Obietnica

Gdy w ubiegłym tygodniu pod Moskwą rozbił się Su-57, rosja straciła nie tylko jeden z najnowocześniejszych samolotów bojowych. Katastrofa po raz kolejny przypomniała historię programu, który miał być dowodem technologicznej potęgi Kremla. Zamiast tego stał się symbolem ambicji, których rosyjski przemysł nigdy nie zdołał zrealizować.

Historia Su-57 rozpoczęła się na początku XXI wieku, kiedy rosja uruchomiła program PAK FA (Perspektywny Kompleks Lotnictwa Frontowego). Maszyna miała stać się odpowiedzią na amerykańskie F-22 Raptor, a później również F-35 Lightning II, zapewniając rosyjskiemu lotnictwu przewagę na kolejne dekady.

Prototyp wzbił się w powietrze w 2010 roku, a przedstawiciele rosyjskich władz oraz koncernu Suchoj zapowiadali, że seryjna produkcja ruszy już w połowie następnej dekady. Program miał przynieść również znaczące sukcesy eksportowe. Kluczowym partnerem miały zostać Indie, które planowały wspólnie z rosją opracować własną wersję myśliwca.

Su-57 miał dysponować wszystkimi cechami przypisywanymi samolotom piątej generacji: obniżoną wykrywalnością radiolokacyjną (stealth), zdolnością do długotrwałego lotu z prędkością naddźwiękową bez użycia dopalaczy (supercruise), nowoczesnym radarem z aktywnym skanowaniem elektronicznym (AESA), rozbudowanym zestawem sensorów oraz całkowicie nowym silnikiem, który miał zapewnić osiągi porównywalne z najlepszymi konstrukcjami amerykańskimi.

Problem w tym, że niemal żaden z tych ambitnych planów nie został zrealizowany, tworząc historię rozczarowania, która trwa do dziś.

Niszowa konstrukcja

Pierwszym i chyba najbardziej symbolicznym problemem okazał się silnik. Su-57 od początku projektowano z myślą o zupełnie nowej jednostce napędowej, znanej jako „Izdielije 30”. To ona miała zapewnić maszynie możliwość długotrwałego lotu z prędkością naddźwiękową bez użycia dopalaczy, lepszą ekonomikę pracy oraz większy ciąg. Innymi słowy – miała uczynić z Su-57 pełnoprawny myśliwiec piątej generacji.

Tyle że nowy silnik przez lata pozostawał bardziej obietnicą niż rzeczywistością. Prace nad nim wielokrotnie się opóźniały, dlatego większość wyprodukowanych dotąd Su-57 wyposażono w zmodernizowane silniki AL-41F1, wywodzące się z konstrukcji opracowanej jeszcze dla Su-35. Nie oznacza to, że są to jednostki złe – przeciwnie, należą do bardzo udanych – jednak nie zapewniają osiągów, które od początku zakładano dla nowej generacji rosyjskiego myśliwca. Paradoksalnie więc samolot, który miał symbolizować technologiczny skok, przez większą część swojej historii korzystał z napędu będącego rozwinięciem rozwiązań poprzedniej generacji.

Problemy z silnikiem były jednak tylko początkiem. Jeszcze większym wyzwaniem okazało się uruchomienie produkcji seryjnej. W pierwszych latach programu rosyjskie władze mówiły o zakupie ponad dwustu maszyn. Później plany stopniowo ograniczano – najpierw do około 150 egzemplarzy, a następnie do 76, które miały zostać dostarczone siłom powietrznym do końca dekady. Nawet ten znacznie skromniejszy cel pozostaje jednak trudny do osiągnięcia. Szacuje się, że do tej pory powstało zaledwie około 40–50 Su-57, przy czym część z nich to prototypy lub egzemplarze przedseryjne wykorzystywane do badań i prób. W efekcie samolot, który miał stać się nowym filarem rosyjskiego lotnictwa, nadal pozostaje konstrukcją niszową.

Zniechęcony partner

Źródeł tych problemów należy szukać znacznie głębiej niż w samym zakładzie produkcyjnym w Komsomolsku nad Amurem. Program Su-57 od początku wymagał dostępu do zaawansowanej elektroniki, nowoczesnych materiałów kompozytowych oraz precyzyjnych obrabiarek. rosyjski przemysł w wielu z tych obszarów był uzależniony od importu, a po 2022 roku dostęp do zachodnich technologii został dodatkowo ograniczony przez sankcje. Owszem, Moskwa wciąż pozyskuje część komponentów za pośrednictwem państw trzecich, jednak taki system dostaw jest znacznie droższy, mniej wydajny i trudniejszy do utrzymania przy produkcji skomplikowanego uzbrojenia. W przypadku samolotu piątej generacji nawet pozornie niewielkie opóźnienia w dostawach pojedynczych podzespołów mogą spowolnić montaż całej maszyny.

Nie spełniły się również nadzieje na sukces eksportowy, który miał obniżyć koszty programu i zapewnić środki na jego dalszy rozwój. Przez wiele lat za najważniejszego partnera uchodziły Indie. Wspólny program FGFA miał doprowadzić do powstania eksportowej odmiany Su-57 i otworzyć rosyjskiej konstrukcji drogę na światowe rynki. Ostatecznie jednak New Delhi wycofało się z projektu, wskazując między innymi na niezadowalające parametry maszyny oraz zbyt wolne tempo prac.

To właśnie ta kumulacja problemów sprawiła, że program coraz bardziej rozmijał się z pierwotnymi założeniami. Nie zawiódł jeden element – silnik, radar czy elektronika – lecz cały mechanizm, który miał zamienić obiecujący prototyp w nowoczesny system uzbrojenia produkowany na dużą skalę. I właśnie tę słabość najdobitniej obnażyła wojna w Ukrainie.

…o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

(Nie)obecni

Jednym z ostatnich akordów bitwy o Awdijiwkę były zmasowane rosyjskie naloty na ukraińskie pozycje. Przez co najmniej dziesięć dni rosjanie zrzucali po sto i więcej bomb na ruiny i okolice niewielkiego miasteczka (równanego z ziemią i przez artylerię). Takiej intensywności użycia lotnictwa taktycznego w tej wojnie dotąd nie notowano, zwłaszcza na tak wąskim odcinku frontu.

Wnioski? Pierwszy jest oczywisty – Awdijiwkę miano zdobyć za wszelką cenę, niezależnie od kosztów ludzkich i technicznych.

Drugi wiąże się z możliwościami rosyjskiego lotnictwa, które przez pierwszych kilkanaście miesięcy wojny w Ukrainie było wielkim nieobecnym na polu bitwy. Nasycenie środkami obrony przeciwlotniczej – przede wszystkim przenośnymi wyrzutniami rakietowymi krótkiego zasięgu – uczyniło strefę (przy)frontową niezwykle niebezpieczną dla samolotów. Niedostatek dalekonośnej i precyzyjnej amunicji tylko uwypuklił problem. Wojska lądowe zasadniczo musiały radzić sobie bez wsparcia sił powietrznych. Aż rosjanie wpadli na pomysł kreatywnego zastosowania starych bomb lotniczych. Obarczoną wielkim ryzykiem konieczność zrzucania ładunków nad celem – a więc w zasięgu rażenia systemów OPL – wyeliminowano poprzez doposażenie bomb w skrzydła i prosty system nawigacji. Tak powstały bomby szybujące, zrzucane z samolotów daleko za linią frontu. Mają one zasięg nawet do 70 km (jeśli zwolni się je z wysokości 12 tys. metrów), poruszają się lotem ślizgowym, kierując na zaprogramowane wcześniej współrzędne. Ich celność jest taka sobie – najlepsza na dystansie 10-15 km – ale i po prawdzie rosjanie nieszczególnie ów parametr fetyszyzują. Po pierwsze z uwagi na ogromne zapasy starych bomb, po drugie, z powodu pokaźnej masy samych ładunków (nawet półtonowe głowice). Bomby mają burzyć duże obiekty – jeśli jest ich dużo i są duże, precyzja schodzi na plan dalszy.

No więc wraz z „odkryciem” szybujących bomb (techniki znanej moskalom wcześniej, ale z jakiegoś powodu licznie zastosowanej dopiero w drugim roku wojny), rozhulało się rosyjskie lotnictwo, co w pobliżu Awdijiwki przybrało już postać bezkarności. Czyli zupełnie nowej dla tego konfliktu jakości.

Jakości, na występowanie której Ukraińcy na dłuższą metę pozwolić sobie nie mogą. Więc nie siedzą z założonymi rękoma.

Odwrót ZSU z Awdijiwki osłaniany był przez któryś z najefektywniejszych/najlepszych systemów OPL, będących w dyspozycji armii ukraińskiej. Najprawdopodobniej przez Patrioty bądź SAMP/T-y, zdolne razić cele na odległość powyżej 100 km. Tak czy inaczej, w weekend spadły łącznie cztery rosyjskie samoloty Su-34/35. Dziś, już bez związku z bojami o Awdijiwkę, zestrzelono kolejne dwie maszyny. W przypadku trzech strąceń mamy wiarygodne potwierdzenia z kilku rosyjskich źródeł, co do pozostałych bezpieczniej uznać zestrzelenia za prawdopodobne. W najkorzystniejszym dla Ukraińców ujęciu – przy sześciu strąceniach – łączne rosyjskie straty przekroczą 400 mln dolarów, mowa bowiem o najnowszych i najlepszych w parku maszynowym agresora samolotach.

Nosicielach bomb szybujących.

Czy bolesna strata, nade wszystko jednak świadomość obecności „na teatrze” niebezpiecznego i skutecznego systemu OPL z „długimi rękoma”, znów sparaliżuje rosyjskie lotnictwo? Przekonamy się już niebawem. Wiele zależy od tego, na jak długo i jak licznie Ukraińcy delegowali na front zachodnie wyrzutnie, dotąd używane głównie do ochrony Kijowa. Jeśli rzeczywiście transfer sprzętu odbył się kosztem możliwości stołecznej obrony powietrznej, bez dwóch zdań mamy do czynienia z „gościnnym występem”. Ale jeśli jest inaczej – w Ukrainie pojawiły się kolejne baterie zachodnich systemów – to ich obecność w strefie (przy)frontowej może się okazać nową i stałą jakością.

Czy to w ogóle możliwe? Prezydent Zełenski ujawnił niedawno, że do kraju dotarły dwa nowe systemy „zdolne zestrzelić wszystko”. Nie dodał, czy chodzi o broń amerykańską czy zachodnioeuropejską, czy stało się to w ramach wcześniejszych pakietów pomocowych (część asortymentu zawsze trafia w późniejszym terminie), czy chodzi o jakieś nowe zobowiązanie. Bazując na tych wcześniejszych, zeszłorocznych, w 2024 roku w Ukrainie powinno się pojawić co najmniej pięć dodatkowych baterii Patriot i ich europejskich odpowiedników. W obliczu bieżących kłopotów ZSU coś z tego zasobu mogło(by) trafić na front, a nie do obrony zaplecza.

Ukraińcy są bowiem w defensywie, rosjanie kontynuują natarcie w kilku punktach od charkowszczyzny po Zaporoże. Z ich aktywności wyłania się czytelny obraz intencji – moskale zamierzają wymazać zeszłoroczne zdobycze terytorialne Ukraińców, w miarę możliwości uszczknąć też coś z tego, co ZSU urwały im latem i jesienią 2022 roku. Spieszą się, chcąc wykorzystać aktualne ukraińskie słabości – niedostatki rezerw i amunicji artyleryjskiej, do soboty wydawało się, że również braki w dalekonośnej OPL. Bombami szybującymi rosjanie ofensywy nie wygrają, ale ich masowe użycie powiększa ukraińskie straty i w którymś momencie mogłoby się okazać kluczowe w przełamaniu frontu.

Dlatego Ukraińcy muszą trzymać rosyjskie suchoje na dystans.

PS. Nie dajmy się zwariować – na skutek obecnych działań i przy założeniu, że rosyjskie ataki się powiodą, przedmiotem „korekt” będzie procent, może półtora procenta terytorium Ukrainy. Taki jest zasięg i skala rosyjskiej ofensywy.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi, Michałowi Strzelcowi, Joannie Marciniak, Andrzejowi Kardasiowi i Irinie Wolańskiej. A także: Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Maciejowi Ziajorowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Sławkowi Polakowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu i Jakubowi Dziegińskiemu.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Łukaszowi Podsiadle, Michałowi Baszyńskiemu, Rafałowi Rachwałowi i Milenie Karlińskiej-Nehrebeckiej.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Su-35/fot. MOFR

Durak

Wczoraj durny ruski pilot na Su-35 usiłował zaczepić Francuzów lecących dwoma myśliwcami Rafale. Zbliżył się, wykonał kilka niebezpiecznych manewrów, Francuzi zareagowali.

Do zdarzenia doszło podczas lotu patrolowego wzdłuż granicy iracko-syryjskiej.

Pilotowi moskowii może i nie zabrakło brawury, ale umiejętności owszem. Co w żaden sposób nie dziwi, wziąwszy pod uwagę to, co prezentuje sobą rosyjskie lotnictwo nad Ukrainą.

Tak czy inaczej, z incydentu Francuzom pozostanie pamiątka w postaci załączonego kadru z systemu optoelektronicznego jednego z Rafali.

A gdyby tak Francuzowi osunął się palec. Ehhh…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Myśliwiec Rafale/fot. Siły Powietrzne Republiki Francuskiej

„Zniknięci”

Rodzimi skarpetkosceptycy nadal w bezsilnej złości tupią nóżkami i wrzeszczą: „ale rosja odniosła wielkie zwycięstwo, nie możecie temu zaprzeczyć, że zdobyła Bachmut!”. No, zdobyła. A wczoraj wieczorem i dziś rano spadochroniarzy wchodzących na luzowane przez wagnerowców pozycje pokryła silnym ogniem ukraińska artyleria. Co ciekawe, chłopcy z WDW, którzy zastępują chłopców prigożyna, mają z ukraińską artylerią paskudne doświadczenia – mówimy bowiem o tych samych oddziałach, które na początku inwazji wzięły w skórę na płycie lotniska w Hostomelu. Niewielu weteranów tamtej misji przetrwało do dziś – rosja wszak szafowała życiem swoich najlepszych żołnierzy, jakby w każdej chwili można ich było zastąpić równie wartościowym wsadem – no ale tym, którzy pamiętają nieudany desant, zafundowano paskudne deja vu. Tyle dobrego – patrząc z perspektywy ruskich bojców – że ruiny miasta to jednak nie to samo, co odkryte lądowisko. Ale widoki na przyszłość i tak chujowe.

A skoro o widokach i wagnerowcach mowa – wczoraj trzydziestu z nich, korzystając z zamieszania, jakie towarzyszy relokacjom w Bachmucie, wzięło się i dało nogę. Nie że po prostu uciekło – oni drapnęli ciężarówkę, pick-upa, zamordowali dwóch cywilów i zastrzelili trzech żołnierzy. A potem zapadli się pod ziemię – o czym w dramatycznym tonie donoszą sami rosjanie. Suka-bladź! – rzeknie jeden z drugim. No ale cóż, tak się kończy werbowanie kryminalistów. Panowie zapewne obawiali się, że legalny powrót do rosji wcale nie skończy się dla nich dobrze – przyobiecanym darowaniem reszty wyroków. Wzięli więc sprawy w swoje ręce, a że to łapy nawykłe do przemocy – jest jak jest. Prigożynowe zeki urywały się już wcześniej, ale po raz pierwszy mamy do czynienia z tak liczną jednorazową dezercją. Hołubieni kilka dni temu przez putina „bohaterowie” zapewne zechcą wrócić do ojczyzny i „pójść w tajgę”. Uda im się czy nie, pewnie jeszcze o nich usłyszymy.

„Ni widu, ni słychu!”, mamiła wielbicieli ruskiego miru kremlowska propaganda. Raz donosząc, że już nie żyje, innym razem, że jeszcze dycha, ale koniec jest bliski, ostatnio zaś, że przeżył, lecz egzystuje w trybie mocno zwarzywionym. Idzie o Walerego Załużnego, dowódcę Sił Zbrojnych Ukrainy, trafionego pod Bachmutem, innym razem w Pawłohradzie, a wedle jeszcze innej wersji w Kijowie, w trakcie „zuchwałego ataku rakietowego” na kwaterę główną ZSU. Miał generał pożegnać się z życiem, a co najmniej ze zdrowiem, na początku maja; wtedy to pojawiły się pierwsze ruskie wrzutki. Jedna z nich – jakkolwiek wizualnie wyjątkowo nieprzyjemna – rozbawiła mnie szczególnie. Skadrowały bowiem orki zdjęcie żołnierskiego trupa, pokazując nadpsutą twarz od biedy podobną do wizerunku ukraińskiego wodza. Problem w tym, że na oryginale – dostępnym w sieci, jak wiele innych fotografii dokumentujących tę wojnę – nieboszczyk ma na ramieniu wstążkę świętego Jerzego. Jest więc martwym rosjaninem – zresztą bardzo konkretnym, zidentyfikowanym – nie zaś najważniejszym generałem Ukrainy.

Nie wiem, jakie wydarzenie dało początek plotkom, ale sprzyjała im publiczna nieobecność Załużnego. Gdy dobiła do niemal trzech tygodni i ja zacząłem się z lekka niepokoić. Propaganda moskali to wypełniony gównem strumień, ale czasem przemyka tam coś informacyjnie wartościowego. Ziarno prawdy, jak to zwykło się mówić. Szczęśliwie nie tym razem. „Ataman” żyje, ma się dobrze – mogliśmy się o tym przekonać wczoraj. Wygląda jakby nieco chudziej, ale bez wyraźnych śladów urazów czy choroby. Na świecie nie znajdziemy obecnie oficera tej rangi, który miałby na głowie więcej niż Załużny – chyba nie ma sensu szukać innych niż ten powodów absencji i prezencji generała.

Pozostając przy wątku „znikniętych” – kilka dni temu Ukraińcy zaatakowali dronami morskimi rosyjski okręt zwiadowczy „Iwan Churs”. Stało się to tuż po tym, jak jednostka wpłynęła na Morze Czarne przez cieśninę w Bosforze. Wedle zapewnień ministerstwa obrony rosji, wszystkie trzy bezzałogowce zostały zniszczone. Na dowód rosjanie pokazali moment eksplozji i zatopienia jednego z dronów. Następnego dnia Ukraińcy opublikowali własny film, na którym widać, że co najmniej jeden z morskich bezzałogówców uderzył w burtę rosyjskiego okrętu. Kadr przeciwko kadrowi, tyle że „Iwan Churs” już dawno winien być w Sewastopolu – a nadal go tam nie ma. Jeden z ruskich mil-blogerów opublikował właśnie zdjęcia i filmik, które mają ilustrować dotarcie jednostki na Krym. Rzecz w tym, że w tej części półwyspu jest dziś piękna słoneczna pogoda, są więc powody, by wątpić w prawdziwość tego materiału. Nie przesądzam, ale życzyłbym sobie, aby „Iwan Churs” dołączył do krążownika „Moskwa” – ten były czarnomorski flagowiec stał się ostatnio lotniskowcem, gdy do morza zanurkował rosyjski myśliwiec Su-35 (poczęstowany uprzednio rakietą przez ukraińską OPL). Lotniskowce zaś dobrze się czują w towarzystwie okrętów zwiadowczych.

Niestety, dronami posługują się również rosjanie. Dziś w nocy znów mieliśmy do czynienia ze zmasowanym atakiem na ukraińskie miasta przy użyciu szahidów. Regułą stało się już, że poranny przylot samolotu transportowego irańskich sił powietrznych do Moskwy – z nieujawnionym oficjalnie ładunkiem – oznacza przeprowadzony kilkanaście godzin później rosyjski nalot. Jakie stąd wnioski? Ano rosjanom nie udało się namówić Irańczyków do przeniesienia produkcji szahidów do rosji. Zaś produkcja w Iranie wystarcza jedynie na pokrycie bieżącego zapotrzebowania. Płytkie to źródełko i chyba czas, żeby w końcu wyschło. Iran to kolega rosji, ale możliwości kumpli Ukrainy są deczko większe…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Selfiak wodza ZSU

Pogrom

No to jest już pogrom. Pogrom rosyjskiego lotnictwa. Źródła (pro)rosyjskie potwierdzają utratę w ciągu ostatnich kilku godzin dwóch śmigłowców Mi-8, bombowca Su-34, myśliwca Su-35 – wszystko to w jednym incydencie (o którym za chwilę nieco więcej). Ponadto raportują utratę kolejnego Su-34 oraz szturmowca Su-25.

Co ciekawe, pierwsze cztery maszyny zostały zestrzelone… nad rosją, w przygranicznym obwodzie briańskim. Jak? Ano głowią się nad tym kremlowscy analitycy, stawiając dwie hipotezy. Wedle pierwszej, ruskich zmiotły z nieba amerykańskie rakiety powietrze-powietrze AIM-120. Strzela się nimi z samolotów, co oznaczałoby kolejną udaną konfigurację zachodnich systemów z ukraińskimi (poradzieckimi) samolotami. Wedle drugiej hipotezy, Ukraińcy podciągnęli pod granicę wyrzutnie Patriotów.

Tyle tamta strona. Moi ukraińscy znajomi uśmiechają się znacząco, posyłając podziękowania Włochom. Łączę kropki i przypominam, że Rzym na początku roku obiecał Kijowowi francusko-włoski system obrony przeciwlotniczej SAMP/T. Miał on zostać przekazany Ukrainie wiosną tego roku. A wiosnę to mamy już od dłuższego czasu…

No ale jak to z tym strzelaniem do celów znajdujących się nad rosją? – spytacie. Ano tak – rosjanie od jakiegoś czasu używają bomb szybujących – zrzucone w jednym miejscu, potrafią przelecieć jeszcze kilkadziesiąt kilometrów do celu. Jeśli cele znajdują się w stosunkowo bliskiej odległości od granicy, atakujące samoloty nie muszą wlatywać w przestrzeń powietrzną wroga. I z taką sytuacją mieliśmy dziś do czynienia. Su-34 miał bombardować, Su-35 go osłaniał. Zestrzelone śmigłowce nie były zwykłymi transportowymi maszynami – te konkretne Mi-8 służyły do robienia zakłóceń radioelektronicznych, w teorii służących ochronie formacji przed atakami ukraińskiej OPL.

Ponoć „mi-ósemki” spadły jako pierwsze…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. ilustracyjnym wrak rosyjskiego Suchoja/fot. za Oryx