Jeśli…

Zimą 2015 roku w rejonie Debalcewa trwały ciężkie walki. Oddziały ukraińskie trzymały miasto przez kilka tygodni – wycofały się na początku lutego, gdy skończyła im się amunicja, a jedyna trasa zaopatrzenia i ewakuacji stała się „drogą śmierci”. Cokolwiek wjeżdżało na szosę wiodącą do Artiomowska – jak wówczas nazywano Bachmut – z miejsca stawało się celem dla wrogiej artylerii.

Wiedziałem o tym aż za dobrze, z obawą więc oglądałem rozklekotany ambulans przeznaczony do wywózki najciężej rannych. Po prawdzie bałbym się jechać nim w czasie pokoju, a co dopiero pędzić ostrzeliwaną drogą. Dobrych 30 km do najbliższego szpitala w Selidowie. Wcześniej relacjonowałem wojny w Iraku i Afganistanie, pracując głównie jako dziennikarz akredytowany przy polskim i amerykańskim wojsku. Gdybym został ranny, trafiłbym do śmigłowca ewakuacji medycznej i niezwłocznie wylądował na stole operacyjnym. System Medevac zaprojektowano tak – poprzez odpowiednie rozlokowanie śmigłowców i placówek medycznych – by niezależnie od miejsca zdarzenia, najdalej w ciągu godziny pacjent uzyskał pomoc ratującą życie.

Istotnym elementem Medevacu była pierwsza pomoc udzielana tuż po zranieniu przez wyszkolonych ratowników. W 2015 roku w armii ukraińskiej – opartej o radzieckie wzorce – lekarzy na pierwszej linii nie było, a sanitariusze, niezależnie od tego, jak oddani i kompetentni, zmagali się z dramatycznym niedoborem podstawowych środków medycznych. Zaś na tyłach, we wspomnianym Selidowie, do obsługi frontowych oddziałów wyznaczono szpital, który nie miał dostępu do bieżącej wody. Podstawowe techniczne instrumentarium pamiętało czasy późnego ZSRR, a stół operacyjny był z połowy lat 50. „Nie mamy sprzętu do intubacji”, skarżył się jeden z lekarzy. Kilka lat wcześniej poznałem go w Afganistanie, gdzie jak wielu ukraińskich medyków, pracował na rzecz polskiej armii. „Tu, w Donbasie, jest inny świat…”, mówił zrezygnowany. Wiedziałem zatem, że nawet gdybym nie wykrwawił się po drodze, zapewne dokończyłbym żywota w tej umieralni. Dawała ona szanse lżej rannym i poszkodowanym – zarówno cywilom, jak i żołnierzom. O dawaniu nadziei w cięższych przypadkach nie było mowy.

—–

Podczas ostatniej wojny światowej współczynnik zabitych do rannych wynosił 1:2,4 w okresie wojny wietnamskiej 1:3. W Iraku i Afganistanie na jednego poległego przypadało siedmiu rannych. Jest więc ta relacja dowodem na zwiększającą się skuteczność środków ochrony osobistej, ale i rosnącej jakości opieki medycznej, zwłaszcza w zestawieniu z informacją o 80-procentowej przeżywalności rannych (którym udzielono pomocy). W oparciu o takie dane łatwo wyciągnąć wniosek o postępującej humanitaryzacji konfliktów zbrojnych.

Niestety, wojna w Ukrainie rewiduje zasadność tej opinii. Z dostępnych danych – przede wszystkim szacunków amerykańskich i brytyjskich służb wywiadowczych – wynika, że relacja zabici-ranni kształtuje się na poziomie 1:2, co dotyczy obu stron, z dwoma zastrzeżeniami. Po pierwsze, w początkowych miesiącach konfliktu Ukraińcy mieli znacznie mniej poległych niż rannych – wspomniany poziom wynosił wówczas 1:4. Po drugie, w liczbach bezwzględnych rosjanie od początku inwazji mają wyższe straty, zarówno jeśli idzie o zabitych, jak i rannych.

I Ukraińcy, i rosjanie nie chwalą się współczynnikiem przeżywalności ewakuowanych rannych – z fragmentarycznych informacji można wywnioskować, że jest on wysoki. To pokłosie dwuletnich zmagań – zdobytych doświadczeń i nabytej rutyny, nie bez znaczenia jest też statyczny charakter działań, a więc bliskość i stała odległość zaplecza. Po obu stronach frontu pracują wyspecjalizowane ekipy ratowników, usprawniono system ewakuacji medycznej oraz rozwinięto sieć szpitali polowych. W efekcie jeśli ranny znajdzie się już poza strefą rażenia, jego szanse dramatycznie rosną.

Jeśli…

Skądś bowiem bierze się ów wskaźnik 1:2. Skąd? Zacząłem tekst od amerykańskiego Medevacu opartego o śmigłowce – to standard nadal nieobecny na Wschodzie. Poziom nasycenia wojsk przenośnymi zestawami przeciwlotniczymi jest za wysoki, by maszyny ewakuacji medycznej operowały w pobliżu linii frontu.

Nieobecność śmigłowców ma jednak wtórne znaczenie – 1:2 wynika nade wszystko ze sposobu, w jaki ta wojna jest prowadzona. Dronów jest tak dużo, że polują na pojedynczych żołnierzy. Tymczasem eksplozja nawet małego ładunku w bezpośredniej bliskości człowieka zwykle oznacza śmierć. A jeśli nie… – cóż, „dronowanie” wielokrotnie przybiera postać dobijania rannych. Robią to obie strony, obie niespecjalnie się z tym kryją – ilość dostępnych filmów ilustrujących takie akty jest tak duża, że nie może być mowy o przypadkowych wyciekach. Pomijając kwestie etyczne, i prawne, dobijanie jest działaniem nieracjonalnym. Wbrew ekonomii wojny, wszak w odróżnieniu od zabitego ranny – a później inwalida – stanowi większe i istotnie dłuższe (czasem idące w dziesięciolecia) obciążenie dla budżetu wrogiego państwa.

Od dronów giną żołnierze po obu stronach linii frontu, rosjanie – wciąż będący stroną atakującą – licznie umierają także w czołgach i wozach bojowych. Używanych na wzór sowiecki, do masowych szturmów. Czołgi z rodziny T to trumny na gąsienicach – trafieniu zwykle towarzyszy eksplozja amunicji, której załoga zwyczajnie nie ma prawa przeżyć.

Bezwzględnymi egzekutorami pracującymi na rzecz drugiej strony okazują się FAB-y.

– Półtonówka trafiła w budynek, gdzie było sześciu naszych chłopców – opowiadał mi kilka dni temu ukraiński ratownik medyczny pracujący na awdijewskim odcinku frontu. – Nie było komu pomagać…

Narzędzia używane w tej wojnie są po prostu śmiertelnie skuteczne.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Szpital w Selidowie/fot. własne

„Leningrad”

Wysocy rangą przedstawiciele rosyjskich władz uważają, że zajęcie Charkowa byłoby „realistycznym celem wojskowym”, w przeciwieństwie do dalszej ofensywy w głąb Ukrainy – napisał wczoraj niezależny rosyjski portal Meduza.

Anonimowi rozmówcy serwisu to urzędnicy administracji putina, a także inni członkowie rosyjskich „elit politycznych”. Meduza podkreśla przy tym, że konkretne decyzje prawdopodobnie jeszcze nie zapadły. Co ciekawe, po zdobyciu Charkowa inwazja na Ukrainę mogłaby się zakończyć, lecz ten proces byłby realizowany stopniowo – ocenił jeden z rozmówców portalu. Inny zaś stwierdził, że opanowanie Charkowa oznaczałoby zwycięstwo „w sensie symbolicznym”, bo chodzi o miasto z „milionem mieszkańców i liczną społecznością mówiącą po rosyjsku”.

Z kolei Wiorstka – inne opozycyjne medium – zacytowała przedstawiciela kremlowskiej administracji, który stwierdził, że zajęcie Charkowa możliwe jest tylko poprzez jego okrążenie. Bo „z Charkowa nikt nie chce robić drugiego Mariupola”. Kreml chciałby na przykładzie operacji charkowskiej pokazać, że rosjanie „potrafią walczyć w sposób cywilizowany”.

Taaaak…

Nie wiem, jak ocenić tę informację. Czy to klasyczna wrzutka, która ma zmylić przeciwników rosji co do jej intencji, czy rzeczywista niedyskrecja (bo zakładam, że obie redakcje nie wyssały tych doniesień z palca). Wiem za to, że próba realizacji takiego planu byłaby najgłupszym rosyjskim manewrem w historii tego konfliktu.

Charków liczył przed wojną 1,4 mln mieszkańców, dziś żyje tam mniej niż milion osób – reszta wyjechała w bezpieczniejsze rejony Ukrainy bądź uciekła za granicę. Miasto bowiem jest regularnie ostrzeliwane przez rosyjskie rakiety, a przez kilka pierwszych miesięcy „pełnoskalówki” było też celem raszystowskiej artylerii. Wyrzucenie moskali z charkowszczyzny pozwoliło zniwelować to ostatnie zagrożenie, tym niemniej bliskość rosji i tak działa odstraszająco.

Już raz – na początku inwazji – rosjanie próbowali miasto zdobyć. Z marszu, rajdem lekkozbrojnej zmechanizowanej piechoty, która wdarła się do centrum z zadaniem zajęcia budynków regionalnej administracji. Planiści putina liczyli na bierność mieszkańców i miejscowych struktur siłowych – no i srogo się przeliczyli. „Rajdowców” wystrzelano, ich wozy spalono. Spalono też mnóstwo czołgów rosyjskiej 1. Gwardyjskiej Armii Pancernej, która usiłowała przełamać rubieże obronne ustanowione przez Ukraińców pod Charkowem.

Mimo prób, nie udało się metropolii okrążyć.

Okrążyć próbowali rosjanie także znacznie większy od Charkowa Kijów – i ten zamysł im nie wypalił. Ostatecznie uciekli spod stolicy po kilku tygodniach, wcześniej tracąc kilkanaście tysięcy zabitych i co najmniej drugie tyle rannych.

W najnowszej historii wojen toczonych przez regularne armie brakuje przykładu zakończonego powodzeniem szturmu na wielomilionowe czy choćby „tylko” milionowe miasto. W 2003 roku Amerykanie zajęli Bagdad po nielicznych starciach z najbardziej sfanatyzowanymi bojówkarzami. Reżim Husajna właściwie już nie istniał, armia poszła w rozsypkę, obywatele Iraku nie przejawiali woli oporu. W kolejnym roku wojska USA stanęły przed koniecznością pacyfikacji Faludży, Nadżafu i Karbali, ale to znacznie mniejsze miejscowości, no i po drugiej stronie były bojówki, nie regularne wojsko.

W latach 90. Serbowie nie zdołali zająć ćwierćmilionowego Sarajewa. Stolicę Bośni i Hercegowiny otoczyli i przez kilka lat (!) ostrzeliwali – bez wymiernych sukcesów.

Podobnej wielkości Grozny – symbol czeczeńskiego oporu z lat 90. – padło dopiero po tym, jak zostało przez rosjan całkowicie zrujnowane (w 2003 roku ONZ uznała stolicę Czeczenii za najbardziej zniszczone miasto świata).

Co się stało w 2022 roku z 300-tysięcznym Mariupolem wiemy.

Wiemy, że zajęcie 70-tysięcznego przed wojną Bachmutu kosztowało rosjan 50-80 tys. zabitych i rannych oraz że zajęło im osiem miesięcy.

Więc teraz proszę wyobrazić sobie, co mogłoby się stać przy próbie zdobycia dwadzieścia razy większego Charkowa. Nawet jeśli rosjanie chcieliby udowodnić, że „potrafią walczyć w sposób cywilizowany”, najpewniej nic by z tego nie wyszło. Znacząco lepiej od nich wyszkoleni i wyposażeni Amerykanie – stosujący bardziej restrykcyjne zasady walki (w założeniu również bardziej humanitarne) – podczas pacyfikacji irackiej rebelii musieli sięgać po wsparcie ogniowe artylerii i lotnictwa, niektóre kwartały Faludży zmieniając w gruzowiska. A Ukraińcy to nie kiepsko uzbrojeni sadryści. Bo że Ukraina Charkowa bez walki by nie oddała, można uznać za pewnik. Miasto zapewne stałoby się miejscem uporczywej obrony – Bachmutem czy Siewierodonieckiem do potęgi.

Wówczas Charków mógłby okazać się dla rosjan tym, czym dla Niemców był Leningrad (oblegany przez hitlerowców od 1941 do 1944 roku). „Czarną dziurą”, która nie daje zwycięstwa, a wsysa ogromne zasoby. Bitwa o miasto wielkości Charkowa zaabsorbowałaby istotną większość rosyjskich sił inwazyjnych i byłaby głównym wyzwaniem rosyjskiej logistyki. Założenie, że szczelny kordon z czasem zdusiłby wolę oporu wydaje się prawidłowe. Tyle że Charków od dawna przygotowuje się na najgorsze scenariusze, w tym na długotrwałe oblężenie.

Tak naprawdę rosyjski plan mógłby się udać wyłącznie w sytuacji, w której Charków szybko by się poddał. Czy w ogóle nie walczył, przyjmując status miasta otwartego. Na to jednak się nie zanosi.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Charkowska Saltówka i zniszczenia wywołane rosyjskim ostrzałem/fot. własne

Azbest

Późnym latem 2009 roku, w przydługiej drodze do domu, wylądowałem w Mazar-i-Szarif w północnym Afganistanie. Za tę część kraju odpowiadał wówczas niemiecki kontyngent, a baza w „Mazar” była największym skupiskiem oddziałów Bundeswehry u podnóża Hindukuszu. Przyznam, nieco zdziwił mnie fakt, jak wygodnie Niemcy się tam urządzili – gdyby nie temperatura i wysokie pasma gór, głowę dałbym sobie uciąć, że trafiłem do koszar gdzieś w środkowych Niemczech. Schludne baraki, gładziutko wyasfaltowane drogi, ścieżki rowerowe, plaża z basenem (!), kasyno z alkoholem – mój boże, czego tam nie było… Ale największy szok przeżyłem po wejściu do jadalni, na widok porcelanowej zastawy i metalowych sztućców. Po kilku tygodniach jedzenia plastikiem i na plastiku, z trudem powstrzymałem się przed ciśnięciem zużytych „statków” do kosza.

W Afganistanie w śmietnikach kończyły swój okres przydatności setki tysięcy zestawów kuchennych dziennie. Amerykańscy logistycy skalkulowali, że tak będzie taniej, niż gdyby zdecydowano się używanie tradycyjnej zastawy. Głównym problemem była konieczność mycia w skali przemysłowej, co wymagało dostępu do odpowiednio obszernych zasobów wody. Niemcy, na północy Afganistanu, mieli z tym łatwiej. Plastikowy talerz nie ma dużej objętości, łatwo go zgnieść, niewiele waży, lecz i tak przy 600-800-tysiącach posiłków dziennie, robią się z tego nieprzebrane tony śmieci. Gdyby ich utylizacja odbywała się z zachowaniem norm środowiskowych, pewnie służby tyłowe armii USA rozważyłyby powrót do porcelany. Ale w Afganistanie (tak jak w Iraku), góry plastikowych śmieci wyjeżdżały za bramę bazy, trafiały do głębokich dołów i był palone. Nie w zamkniętym obiegu wyposażonej w różnego rodzaju filtry spalarni, a na „żywca”, na „świeżym” powietrzu.

Wojna i ekologia nigdy nie miały ze sobą po drodze. Dawniej, gdy żyliśmy w izolowanych społecznościach, przemarszom wojsk towarzyszyła ekspansja zarazków. Cortez, hiszpański pogromca tubylczych ludów Ameryki, zwyciężył, bo jego nieliczny kontyngent zatargał za ocean choroby nieznane dotąd poza Europą. Wraz z mechanizacją, rozpoczął się kolejny rozdział degradacji środowiska naturalnego na skutek działań wojennych. Dla mnie wojna już zawsze będzie miała zapach paliwa lotniczego, tak wiele czasu spędziłem w miejscach, gdzie stacjonowały samoloty i śmigłowce. Nakłada się na to smród przepalonego diesla z agregatów prądotwórczych, bez których trudno wyobrazić sobie sprawnie działający wojskowy mechanizm. Dopiero gdzieś dalej będzie woń spalonego prochu i inne wojenne „perfumy” związane z wysiłkiem ludzkiego ciała i jego brutalną „obróbką” przy użyciu wszelkiej maści zabójczych narzędzi.

Dlaczego Wam o tym wspominam? Kilka dni temu rozmawiałem ze znajomym ukraińskim żołnierzem. Witalij co chwila odkasływał, spytałem go zatem, czy się przeziębił.

– A może to od papierosów? – przyszło mi do głowy. Na wojnie nawet niepalący palą (a niepijący piją, ale to zupełnie inna historia).

– Za dużo dymu – usłyszałem.

Początkowo uznałem, że chodzi o dym z płonącego sprzętu, ale szybko mnie olśniło. Przypomniałem sobie, jak wyglądają wschodnio-ukraińskie wioski i miasteczka – te wszystkie skupiska bieda-chatek pokrytych eternitem. Witalij służy już drugi rok, dużą część tego czasu spędził na froncie lub w strefie przyfrontowej – widział dość wojennej pożogi i miał okazję się nawdychać. Nie tylko toksyn wywołanych pożarami, ale i włókien uwolnionych gwałtownymi uszkodzeniami azbestowych powierzchni. Nie wiem, czy zapadł na azbestozę, on sam też tego nie wie, nikt mu bowiem profesjonalnej diagnozy nie postawił. Ale naiwnością byłoby założyć, że długotrwała ekspozycja na szkodliwe czynniki pozostanie bez wpływu na zdrowie.

A przecież takich jak Witalij – żołnierzy i cywilów z rejonów objętych działaniami zbrojnymi – są w Ukrainie miliony. A azbest w długookresowej perspektywie zabija. No więc opowiadam Wam o tym, by raz jeszcze podkreślić skalę ukraińskiego dramatu. Który wcale nie skończy się w chwili, gdy umilkną strzały…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Joannie Marciniak, Andrzejowi Kardasiowi, Jakubowi Wojtakajtisowi Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu i Michałowi Strzelcowi. A także: Kacprowi Myśliborskiemu, Adamowi Cybowiczowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Radosławowi Dębcowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi i Sławkowi Polakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Czytelnikowi imieniem Piotr, Jarkowi Uścińskiemu, Kasi Byłów i Danielowi Więcławskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Zniszczony dom gdzieś w okolicach Izjumu, styczeń 2023 roku/fot. własne

Tęsknota

– Robi się coraz chłodniej. Nakryję cię kurtą, nie będziesz marzł – mówi kobieta w kadrze i zdejmuje z siebie wierzchnie okrycie. Po czym kładzie je na ziemi, pod którą złożono trumnę z ciałem jej syna. To jeden z najbardziej wzruszających momentów filmu dokumentalnego HBO pt.: „Cmentarz Narodowy w Arlington: Kwatera numer sześćdziesiąt”.

Arlington to gigantyczna nekropolia, na terenie której pochowano niemal 400 tys. osób, głównie żołnierzy i weteranów wszystkich amerykańskich wojen. W kwaterze oznaczonej numerem „60” znajdują się groby poległych w Iraku i Afganistanie.

– Przybył kolejny rząd nagrobków – zauważa jeden z bohaterów filmu.
– Będą następne – dodaje inny.

Były. Film powstał w 2007 roku – w czasie, gdy siłom zbrojnym USA udało się znacznie ograniczyć skutki działalności irackich rebeliantów, ale zarazem przed dramatycznym nasileniem walk, do jakiego doszło w Afganistanie w latach 2008-2012.

Zresztą, wojna u podnóża Hindukuszu trwa dla Amerykanów do 2021 roku. W sumie 20 lat…

„Cmentarz Narodowy…” opiera się o prosty pomysł – kamera towarzyszy rodzinom odwiedzającym groby bliskich. Matki opowiadają o synach, żony o mężach, dzieci o ojcach. Brat wspomina brata. Zwyczajne historie, które łączy wspólny mianownik – tęsknota. Czasem tak dojmująca, że ojca jednego z poległych zmusza do wielogodzinnego leżenia przy grobie syna.

– Zasnąłem – mówi ów mężczyzna. – Często zasypiam – dodaje. Oczy ma wąskie, opuchnięte – znać po nim niedawny sen i płacz.
– Zbliża się siedemnasta, za chwilę każą nam opuścić cmentarz – martwi się młoda wdowa.
– Słyszałam, że dziś możemy być do osiemnastej – odpowiada jej koleżanka, także wdowa.

Arlington kojarzymy z niekończących się rzędów białych nagrobnych płyt. Gdy groby wizytują rodziny, pojawiają się kwiaty, zdjęcia, narodowe flagi. No i maskotki, przynoszone przez sieroty. Niektóre z dzieci nie miały nawet szansy poznać swoich ojców i matki.

– Znów kogoś chowają – zapowiada jakiś głos z offu. Kamera wędruję w miejsce ceremonii. Są galowo ubrani żołnierze, jest honorowa salwa, żałobna melodia odegrana trąbką. I najbliżsi poległego – matka z trwałą na głowie, ojciec z sumiastym wąsem, siostry (kuzynki?), jakieś młodziutkie dziewczęta i młodzi chłopcy. Biali, więc nie sposób oprzeć się wrażeniu, że taki pogrzeb mógłby się odbywać gdziekolwiek indziej. Na przykład w Polsce czy Ukrainie.

Kolejne ceremonie unaoczniają amerykańską wieloetniczność, zarazem pokazując to, co wspólne dla wszystkich sfilmowanych pogrzebów. I dla miażdżącej większości osób, którym kamera towarzyszy podczas wizyt na grobach najbliższych. Zabici żołnierze pochodzili ze zwykłych rodzin, klasy pracującej, w najlepszym razie aspirującej do grona „średniaków”. Tym samym „Cmentarz Narodowy…” potwierdza starą jak świat prawdę: że wojny wywołują bogaci i wpływowi, giną zaś na nich ci najbiedniejsi. Których śmierć wcale nie oznacza końca dramatu, bo po wszystkim pozostaje jeszcze cierpienie najbliższych.

– Mąż tej kobiety zginął w Wietnamie – słyszymy w pewnym momencie kolejną opowieść. – Minęło czterdzieści lat, a ona wciąż tu przychodzi. I tęskni…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Kadr z filmu/fot. własne

„Swoje”

Spędziłem w strefach działań wojennych i kryzysów humanitarnych dwa lata. Nie ciągiem – jeździłem zwykle na dwa-cztery tygodnie, przytrafiły mi się również dwie dłuższe wyprawy. Działo się to na przestrzeni kilkunastu lat, było zatem doświadczeniem mocno rozłożonym w czasie. I stopniowalnym. W Afganistanie czym innym był wyjazd na patrol z grupą bojową, czym innym opuszczenie bazy w towarzystwie CIMIC-u realizującego projekty dla ludności. Jeszcze innym doświadczeniem były wyprawy samodzielne, bez wojska; poznawanie kraju i ludzi w trybie, powiedzmy, „turystycznym”. Inne ryzyka, inna „adrenalina” i strach. Podobnie sprawy mają się z Ukrainą, gdzie nie sposób zrównać przebywania na froncie z pobytem w miejscowości, gdzie owszem, słychać działa, czasem nawet coś przyleci, ale zasadniczo trzeba by wyjątkowego pecha, żeby czymś oberwać. Pecha lub czyjegoś nieogaru – w Iraku mało mnie nie zabił tamtejszy żołnierz (z nowej irackiej armii), który podczas ćwiczeń z ostrą amunicją rzucił granat tak, jakby sam chciał się nim zabić. Uratował mnie refleks, lecz i tak tygodniami szorowałem dupsko, by pozbyć się drobinek, kamyków i bóg wie czego jeszcze, co poszło z falą uderzeniową, czyniąc z części moich spodni siateczkę.

Mniejsza o to; nie o weterańskie wspomnienia chodzi. Chcę o skutkach. Kiedyś, po nieprzyjemnym kontakcie z IED, cały i zdrów wróciłem do domu. Poszedłem do kina, zgasło światło, a ja… uciekłem z sali. Ciemność wywołała atak paniki; to w takich okolicznościach dowiedziałem się, że choruję na PTSD. Terapia pomogła, po rocznej przerwie wróciłem do wyjazdów. Ale po kilku latach, z których najintensywniejsze były doświadczenia donbaskiego frontu, uznałem, że mam już dość. Przestałem się bać, a to jest gorsze niż paraliżujący strach. Dlatego moje ostatnie pobyty w Ukrainie to wolontaryjna humanitarka a nie wojenna reporterka. Na front niech pakują się młodsi dziennikarze, z mniejszym bagażem. Ja swoje zrobiłem.

„Ja swoje zrobiłem”, mówi Ihor, którego poznałem w 2015 roku. To skądinąd ciekawa historia, bo mowa o chłopaku z Doniecka, który osiem lat temu opowiadał się za noworosją. W stolicy tzw. donieckiej republiki ludowej działał w proseparatystycznej młodzieżówce; zapewniał mnie wtedy, że to, co działo się na wschodzie, to prawdziwa ludowa rewolucja. Nie przekonał mnie, nie przekonał samego siebie – rok później był już w wolnej Ukrainie, w kolejnych latach odbył turę na Donbasie. Po 24 lutego znów zaciągnął się do wojska. Odsłużył rok, wiosną został zdemobilizowany. Latem dołączył do rodziny w Polsce. „Proponowali mi kolejne pół roku w wojsku, ale odmówiłem. Nie mam już na to sił”.

Mnie nie musi się tłumaczyć, jednak w Polsce spotkał się już z komentarzami typu „dezerter”, „dekownik”, „tchórz”.

Jakiś czas temu rozmawiałem z kolegą fotoreporterem na temat wyzwań rekrutacyjnych, przed jakimi staje ukraińska armia. Ubywa ochotników, mobilizowane są kolejne roczniki; to kwestia na odrębny wpis, dość zaznaczyć, że wielu doświadczonych żołnierzy opuściło już szeregi. „No kurwa, po roku w wojsku, kilku miesiącach na froncie, który tam przecież jest prawdziwym młynem, opcja demobilizacji to jak wygrany los na loterii”, skwitował ów kolega.

Mogłem tylko przytaknąć.

Nie wolno – zwłaszcza tym, którzy nie wiedzą, czym jest wojna – oceniać wyborów Ihora i jemu podobnych. Powściągliwość w tym przypadku to kwestia elementarnej przyzwoitości. Pamiętajmy też o czynnikach obiektywnych – gdy zaczęła się inwazja, Ukraińcy walczyli o przetrwanie. Po drodze okazało się, że diabeł nie taki straszny, że orków można pokonać, że moskal nie jest w stanie zagrozić całemu państwu. Że dla większości Ukraińców nie jest to zagrożenie egzystencjalne. Jest i nie jest, karty wszak mogą się obrócić, ruskim mogłoby być łatwiej, gdyby nie mieli się z kim bić. Tym niemniej w ukraińskiej świadomości społecznej coraz mocniej zakorzenia się przekonanie o „odległej wojnie”. Podobnej do tej z lat 2014-22. Do której można się przyzwyczaić i która niekoniecznie jest już tak motywująca dla potencjalnych rekrutów. Ukraiński sukces – przetrwanie, odzyskanie części ziem, straszliwe poturbowanie rosyjskiej armii – ma i taki wymiar: sprzyja myśleniu „ja swoje zrobiłem”.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. To zdjęcie zrobiono mi zimą 2015 roku, gdzieś na ługańszczyźnie