Święto

Dziś trochę wieści z rosji i okolic. A zacznę od kina, gdzie na indeksy trafił film pt.: „72 metry”. To obraz z 2004 roku, z fabułą ewidentnie inspirowaną historią „Kurska”, co już samo w sobie stanowi poważny problem. W putinowskiej rosji ostatnich miesięcy trwa bowiem w najlepsze sekowanie wszelkich przejawów nieprawomyślności. „Rodina” jest wielka, wspaniała i w ogóle – i kto twierdzi inaczej ma przechlapane. „72 metry” nie jest kinem wybitnym, ale ciekawym. W jednej z retrospekcji oglądamy dumnych do niedawna żołnierzy ZSRR, marynarzy drugiej floty na świecie, którzy po rozpadzie imperium – by mieć za co żyć i co jeść – zbierają kartofle. Elita marynarki wojennej – podwodniacy; matrosy i oficerowie – ufajdana błockiem, mająca w tle ponury krajobraz jakieś rozpadającej się wiochy. Z radością konstatująca, że ktoś wreszcie dowiózł worki, w które będzie można zapakować bulwy… Dla polskiego widza to doskonała lekcja, pozwalająca zrozumieć fenomen stadnego zachwytu – i w armii i wśród zwykłych rosjan – nad powrotem do twardej, imperialnej polityki Moskwy, której finalnym aktem jest inwazja Ukrainy. Tyle że film kończy się w sposób nieoczywisty, raczej zły. Z życiem z pewnością uchodzi tylko jedna postać – marynarz ukraińskiego pochodzenia. Choć ukraińskość jest przez bohaterów „72 metrów” postrzegana jako coś felernego, „chocholego”. Niebezpieczne dla cenzorów memento? Najwyraźniej.

A propos uchodzenia z życiem – zachował je, póki co, niesławny generał surowikin, który zapadł się pod ziemię po puczu wagnerowców. Plotki głosiły, że go aresztowano, a nawet stracono w ramach zemsty za wsparcie dla prigożyna. No więc „armagedon” objawił się publicznie, choć faktycznie oberwał po dupie, bo odebrano mu większość dotychczasowych stanowisk. Zachował jedynie posadę koordynatora obrony powietrznej Wspólnoty Niepodległych Państw. Brzmi poważnie? No cóż, to tak, jakby jakiegoś polskiego generała delegować na fuchę koordynatora OPL państw Trójmorza. Albo uznanego dotąd dyplomatę wysłać na arcyważne stanowiska ambasadora w San Escobar. Nazwać to degradacją to nic nie powiedzieć.

Kłopoty ma także inny generał, niejaki konstantin ogienko, który właśnie trafił do aresztu śledczego. Większości obserwatorom to nazwisko nic nie mówi, tymczasem to nie lada szycha. Zatrzymany do niedawna bowiem dowodził obroną przeciwlotniczą Moskwy. Generałowi zarzuca się przyjęcie łapówki w wysokości 30 mln rubli (ok. 300 tys. dolarów) i oszustwa związane z gruntami. Z ustaleń śledztwa ma wynikać, że ogienko opitolił działki należące do jednostek OPL. Mógł sprzedać sterczące tam pancyry i inne wyrzutnie, a tego nie zrobił, śledczy więc muszą brać pod uwagę okoliczność łagodzącą. Żart, choć żartem wydaje się również sam zarzut. Nie dlatego, że jest nieprawdziwy, a dlatego, że w rosji nie karze się za łapówkarstwo osób na eksponowanych stanowiskach. Branie w łapę może stać się pretekstem do wymierzenia kary, gdy sprzeniewierca na innych polach podpadnie władzy. Czym jest moskiewska OPL w ostatnich tygodniach dobrze wiemy. Wiemy też, jak bardzo siarczyste są policzki wymierzane przez ukraińskie drony, hasające nad stolicą rzekomego imperium. Budanowa, którego ludzie ślą nad Moskwę bezpilotowce, putin dopaść nie może, ale ogienko był/jest jak najbardziej pod ręką. No to sobie chłop posiedzi…

A skoro o Budanowie mowa – Ukraińcy kontynuują w tym zakresie sowieckie wzorce i celebrują dni chyba wszelkich możliwych rodzajów wojsk i typów służby. No i dziś świętuje Główny Zarząd Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy, struktura, na czele której stoi Kyryło Budanow. Generał opublikował w mediach społecznościowych krótki filmik, na którym gasi świeczki na torcie. Tymczasem w zupełnie przeciwnym kierunku – rozniecania ognia – poszły działania w „realu”. Kilka ukraińskich dronów zaatakowało dziś Rostów nad Donem, a ściślej, okolice kwatery głównej Południowego Okręgu Wojskowego. To stamtąd, od 2014 roku, dowodzona jest operacja wymierzona w Ukrainę. Nie znam szczegółów ataku – rosjanie oczywiście „wszystkie” drony zestrzelili – tym niemniej mowa jest o co najmniej trzech eksplozjach. Jedna z nich została nawet zarejestrowana, z kilku różnych miejsc, co może być przypadkiem, ale może też oznaczać, że filmujący wiedzieli, gdzie upadnie dron-kamikadze. I że wcale nie byli przygodnymi „nagrywaczami”. Cóż, mógł sobie prigożyn swobodnie „wjechać” do Rostowa, mogą też i działać tam ukraińscy dywersanci…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. (screen z filmu) – moment eksplozji drona przy ulicy, gdzie znajduje się dowództwo POW

Kołderka

– Na szczęście z rosjanami jest tak, że mają jeden pomysł dobry i trzy głupie – takim życiowym spostrzeżeniem uraczył mnie kiedyś Walerij, żołnierz armii ukraińskiej, weteran bojów na doniecczyźnie (a prywatnie wielki fan „Sepultury”). Mniejsza o kontekst wypowiedzi – cytuję ją, gdyż nieźle ilustruje problem, jaki chciałbym dziś poruszyć.

A zacznijmy od tego, że moskwianom pali się pod dupskami. Trochę w przenośni, trochę dosłownie, idzie bowiem o zagrożenie, jakie stwarzają ukraińskie drony. Bezpilotowce regularnie nawiedzają rosyjską stolicę i okoliczne miejscowości. Nie są może całkiem bezkarne, ale na tyle efektywne, że burzą kolejny mit narosły wokół możliwości militarnych federacji – ten o niezwykłej skuteczności stołecznej obrony przeciwlotniczej. Po prawdzie to OPL Moskwy budowano na okoliczność innych zagrożeń – wrażych natowskich rakiet, pocisków manewrujących i samolotów, no ale kremlowska propaganda jeszcze kilka miesięcy temu przekonywała, że broń z serii „anałoga w miru niet” i z ukraińskimi bezzałogowcami da sobie radę.

No więc nie daje.

I poszły moskale zaczerpnąć z krynicy rozumu i wyszło im, jak obejść problem „niewidzialności” dronów. Które są małe, czyli nie emitują „obfitego” sygnału i latają na bardzo niskich wysokościach, co tak często pozwala im pojawiać się i atakować znienacka. Co więcej, radary nie lubią się z pofałdowanym terenem i generalną krzywizną Ziemi – ogranicza to ich nominalny zasięg. A jakby tak wyposażone w nie wyrzutnie postawić nad linią lasów i wzgórz? – postukali się po czole rosjanie.

Jak pomyśleli, tak zrobili – co pokazała ich telewizja (a co skądinąd świetnie ilustruje ewolucje kremlowskiej propagandy – od „trzy dni i Kijów nasz” po „bronimy Moskwy przed Ukraińcami”). Pomysł jest prosty – nasypy i wieże rozlokowane wokół stolicy. Nienowy, wszak wyrzutnie Pancyr poustawiano na wysokich rządowych budynkach w centrum Moskwy wiele tygodni temu, a patrząc bardziej wstecz, wieże OPL z rozmachem budowano w hitlerowskich Niemczech jako sposób na alianckie naloty bombowe.

Wiem, jak to wygląda, jednak uwierzcie mi, mogłoby być skuteczne. Mogłoby, ale… „jeden pomysł dobry, trzy głupie”. O ile wyrzutnia Pancyr z nasypu zjedzie i przemieści się w inne miejsce, o tyle na wieży traci swój podstawowy atut, jakim jest mobilność. Co w ostatecznym rozrachunku czyni ją łatwiejszym celem. Tym łatwiejszym, że kremlowska telewizja – gromko chwaląc się nowymi możliwościami OPL – pokazała dane z terenu oraz żołnierzy z oznaczeniami konkretnej jednostki. Geolokalizacja instalacji jest więc zadaniem prostym, zwłaszcza gdy dysponuje się możliwościami ukraińskiego wywiadu wojskowego. Któremu w sukurs przychodzą także… zwykli rosjanie, publikując w mediach społecznościowych zdjęcia wież.

Spośród relacji naturszczyków szczególnie ciekawe jest zdjęcie zestawów Pancyr w wersji arktycznej (gąsienice i biały kamuflaż). Ściągnięto je pod Moskwę zza koła podbiegunowego, podobnie zresztą jak wcześniej wyspecjalizowaną brygadę zmotoryzowanej piechoty, obecnie używaną na froncie w roli zwykłej jednostki. Moskwa musi zostać obroniona, a że kołderka krótka – a przemysł masowo nowy sprzęt buduje wyłącznie w mokrych snach (pro)rosyjskich propagandystów – gdzieś trzeba zabrać. Więc biorą.

Na froncie, towarzysze, na froncie macie jeszcze trochę pancyrów. Koniecznie przerzućcie je pod Moskwę.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Andrzejowi Kardasiowi, Jakubowi Wojtakajtisowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu i Piotrowi Maćkowiakowi. A także: Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Mateuszowi Borysewiczowi, Marcinowi Pędziorowi, Sławkowi Polakowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Radosławowi Dębcowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej i Tomaszowi Sosnowskiemu.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Wojciechowi Niedzieli, Przemysławowi Franczakowi, Piotrowi Tomaszewskiemu, Łukaszowi Podsiadle, Annie Wójcik i Sławomirowi Dudce.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Cios!

Bardzo dobre wieści z rana!

W nocy ukraińskie drony zaatakowały rosyjskie lotnisko wojskowe w Pskowie (700 km od granicy). Z dostępnych materiałów filmowych wynika, że spłonęły co najmniej dwa ciężkie samoloty transportowe Ił-76, ale Ukraińcy informują o czterech. W ataku (na inny obiekt?; nie mam co do tego jasności), co najmniej poważnie uszkodzono inny samolot – bombowiec strategiczny Tu-22M. Słowem, zacne polowanko!

Dodajmy do tego ciekawy kontekst. Na odcinku zaporoskim pojawiła się niedawno 76. Dywizja Powietrznodesantowa, jedna z najbardziej elitarnych formacji rosyjskiej armii. Spadochroniarze mają zatrzymać ukraińskie natarcie (skądinąd również prowadzone przez „spadaków”). Walczą twardo, ale dziś w nocy lis wjechał im do kurnika. Pskowskie lotnisko jest bowiem ich bazą macierzystą, iły podstawowym środkiem transportu. A sami przyznajcie – z lekka to deprymujące, gdy wróg hasa ci po tak głębokim zapleczu, czyż nie?

Ps. Nie udało mi się potwierdzić tej informacji, ale warto o niej wspomnieć. Kilka dni temu dowódca spadochroniarzy gen. tepliński – jeden z najbardziej utalentowanych rosyjskich dowódców – miał zostać ranny (w wyniku akcji ukraińskiego wywiadu). Prawda to czy nie, generał (skądinąd zdrajca, bo urodził się w Ukrainie), jakby zapadł się pod ziemię.

Update:

Nie potwierdzają się informacje o zniszczeniu dziś w nocy rosyjskiego bombowca strategicznego Tu-22M. Za to dronowy rajd na Psków nawet w oparciu o relacje rosyjskich mediów należy uznać za sukces – Moskwa przyznała się do czterech „uszkodzonych” Ił-76, a kontrolowane przez Kreml kanały publikują materiały filmowe przedstawiające co najmniej dwa kompletnie wypalone ciężkie transportowce. Jeśli moskale mówią „cztery”, może to oznaczać, że faktyczne straty są jeszcze wyższe – Ukraińcy właśnie podają, że zniszczono i uszkodzono aż sześć iliuszynów. Cztery czy sześć i tak jest to największy jednorazowy cios, jaki otrzymała rosyjska flotylla transportu strategicznego w całej swej historii.

A Ukraińcy atakowali dziś w nocy nie tylko Psków – drony pojawiły się nad Briańskiem, Kaługą, Riazaniem i Orłem. Nad ranem doszło do potężnego uderzenia na węzeł komunikacyjny w pobliżu miasta Dżankoj na Krymie. Na półwyspie odnotowano także eksplozję w innych miejscach.

Nie próżnowali też rosjanie, przeprowadzając kombinowany nalot na kilka ukraińskich miast, przede wszystkim Kijów. Kombinowany, bowiem najpierw posłano drony kamikadze, a potem pociski manewrujące. Co ciekawe, moskale musieli przestudiować rozmieszczenie stołecznej OPL – i spróbowali ją przechytrzyć. Rakiety, które nadleciały nad Kijów, sporo po drodze „podróżowały”. Wleciały nad Ukrainę z rejonu Sumów, „odwiedziły” Czernihów, skręciły na Czerkasy, potem na Winnicę i stamtąd, od południa, pojawiły się nad stolicą. Zerknijcie na mapę, to naprawdę pokręcona ścieżka. Ale i Ukraińcy musieli podumać nad rozmieszczeniem własnych systemów przeciwlotniczych, bo nie dali się zmylić. Zestrzelono wszystkie z 28 rakiet i 15 z 16 dronów, co sugeruje, że wcześniej doszło do dyslokacji OPL. Niestety, spadające szczątki zabiły w Kijowie dwie osoby, a kilka innych raniły.

Ps. Skarpetkosceptyczni przekonują o porażeniu kilku celów w Ukrainie, ale na kilometr cuchnie to dezinformacją.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Pożary na pskowskim lotnisku/Screen z rosyjskiego filmiku zamieszczonego na Telegramie

„Radar”

W środę tuż po 14.00, zaalarmowany doniesieniami z Ukrainy, napisałem na Twitterze: „ruskie poderwały aż 12 Тu-95МS. Za około 2h będą w strefie zrzutu rakiet i wtedy się okaże, czy to straszak czy wstęp do kolejnego ataku rakietowego. Tak czy inaczej, TT chyba za szybko odtrąbił uziemienie flotylli Тu-95 na skutek zużycia”. Około 17.00 (czasu ukraińskiego; w Polsce była wówczas 16.00) osiem rosyjskich bombowców wystrzeliło znad Morza Kaspijskiego 36 pocisków manewrujących Ch-101/Ch-555. Co się stało z czterema pozostałymi maszynami? Zawróciły do bazy – najprawdopodobniej wystartowały dla „zmyły” (by sugerować, że atak będzie liczniejszy), choć nie da się wykluczyć awarii (rosjanie z oczywistych powodów o takich sprawach nie informują).

Ukraińska obrona przeciwlotnicza zgłosiła zniszczenie 33 pocisków Ch-101/Ch-555. Tego dnia „zdjęto” jeszcze trzy z czterech kalibrów, posłanych około godziny 13.00 (czasu ukraińskiego) z morza. Wieczorem zaś przeciwnik użył czterech hipersonicznych kindżałów – wystrzelonych przez samoloty MiG-31 – tych jednak nie udało się strącić.

Była więc środa dniem, w którym rosjanie przeprowadzili kombinowany atak rakietowy, jeden z największych w tym roku. Co istotne, pociski Ch-101/Ch-555, które wleciały nad Ukrainę od południowego wschodu, nieustannie zmieniały kierunek lotu. Ich skomplikowane trajektorie miały rzecz jasna zmylić ukraińską OPL, co niespecjalnie się udało. O jednej z tajemnic tego sukcesu napiszę w dalszej części tekstu. Najpierw mniej optymistyczne podsumowanie środowego ataku – wspomniane kindżały dosięgły zaplanowanych celów, którymi były dwa lotniska sił powietrznych Ukrainy. Nie wiem, czy rosjanom udało się zniszczyć jakieś maszyny; z pewnością polowali na Su-24, które przenoszą storm shadowy.

Druga kwestia dotyczy bombowców Tu-95 – zasygnalizowałem ją już we wpisie na TT. Część analityków od pewnego czasu donosiła o problemach rosjan z bombowcami, będącymi elementem sił strategicznych federacji. Tupolewy – zaprojektowane i przeznaczone do przenoszenia głowic jądrowych – można również wykorzystać do konwencjonalnych ataków, co rosjanie czynią regularnie od początku pełnoskalowej inwazji. Intensywność, ale i wiek maszyn sprawiły, że Tu-95 zaczęły masowo niedomagać. Tak przynajmniej twierdzili twitterowi komentatorzy. Gwoli uczciwości, sam kilka miesięcy temu pisałem o kłopotach Tu-95, choć daleko mi było do twierdzeń o całkowitym uziemieniu flotylli. Na wyposażeniu rosyjskiej awiacji jest około 70 Tupolewów (w dwóch wersjach), brakuje rzetelnych informacji o tym, ile maszyn pozostaje w stanie lotnym. Z uwagi na ich charakter (broń jądrowa to polisa ubezpieczeniowa rosji), naiwnym byłoby założenie, że rosjanie mają zaledwie kilkanaście sprawnych samolotów. To, że jest ich więcej, potwierdza jednorazowe użycie dwunastu Tu-95 – moskale raczej nie wykorzystaliby tuzina bombowców do ataku na Ukrainę, gdyby w zapasie nie mieli kilkunastu innych maszyn, gotowych do realizacji zasadniczej misji, związanej z nuklearnym odstraszaniem i ewentualną odpowiedzią. Ale…

Ale liczba rakiet odpalonych z ostatecznie ośmiu Tu-95 nie powala. „Tutki” zdolne są do przenoszenia ośmiu pocisków tego typu, co dałoby łączna salwę 64 Ch-101/Ch-555. 36 sztuk to znacznie mniej – z jakiegoś powodu wykorzystane do ataku bombowce przenosiły po cztery-pięć rakiet (choć nie da się wykluczyć, że któryś niósł nawet osiem, a inny jedną; potencjalnych kombinacji jest tu sporo, co nie zmienia faktu, że wykorzystano mniej niż 60 proc. możliwości). Oczywiście, może to mieć związek z niedostateczną liczbą posiadanych przez rosjan rakiet, ale może również częściowo potwierdzać doniesienia o kłopotach z nośnikami. Samoloty w tym zakresie niespecjalnie różnią się od ludzi – dźwiganie ciężarów wprost przekłada się na zmęczenie/zużycie konstrukcji. A dodajmy – tupolewy już od wielu miesięcy dźwigają poniżej możliwości, zwykle przenosząc po dwie-trzy rakiety. Tym niemniej latają i lata ich całkiem sporo.

Lecz ze skutecznością bywa różnie. Jako się rzekło, w tym konkretnym przypadku OPL zniszczyła 33 z 36 rakiet. Środa była w Ukrainie pogodna, a więc i widoczność przyzwoita. Co podkreślam, bo choć to przeciwlotnicy strzelali do pocisków – i to im podziękował prezydent Zełenski – za sukcesem stali również zwykli Ukraińcy. 530 konkretnych obywateli, użytkowników aplikacji ePPo, którzy tego dnia zrobili z niej właściwy użytek. W piękne letnie popołudnie nisko lecące rakiety dostrzegło zapewne tysiące ludzi, ale nie wszyscy mieli dość pomyślunku, refleksu, woli i wreszcie technicznych możliwości, by pomóc w namierzeniu i zestrzeleniu intruzów. A do tego celu służy właśnie ePPo.

ePPo jest jak wiele innych aplikacji dostępnych na smartfony – darmowa i łatwa po pobrania, choć wymaga autoryzacji (celem sprawdzenia, czy użytkownik to obywatel Ukrainy). Apka przesyła informacje o zaobserwowanych celach powietrznych, takich jak pocisk manewrujący czy dron-kamikadze. Wystarczy ją otworzyć i skierować smartfona w stronę obiektu. Następnie trzeba wybrać ikonę określającą, jaki obiekt zaobserwowaliśmy: bezzałogowiec, rakietę, śmigłowiec czy samolot. Całą procedurę kończy naciśnięcie czerwonego przycisku.

Wycelowanie smartfonem w obiekt pozwala namierzyć koordynaty, jednocześnie jest sposobem na weryfikację zgłoszenia. ePPo jest połączone z systemem obrony przeciwlotniczej Ukrainy, dzięki czemu koordynaty od razu trafiają do jej bazy danych. Dalej działają algorytmy sztucznej inteligencji. W ciągu 2-4 sekund dane z ePPo zostają przetworzone – z uwzględnieniem zarejestrowanych współrzędnych wyliczone zostają prędkości i tory lotów, najbardziej prawdopodobne kierunki ruchu. Zwizualizowane dane trafiają do jednostek OPL, uzupełniając informacje z radarów (które części nisko lecących pocisków nie widzą, bądź widzą z przerwami), tym samym znacząco poprawiając świadomość sytuacyjną przeciwlotników. Potem wystarczy już „tylko” zestrzelić intruza.

ePPo działa od jesieni zeszłego roku, jest na bieżąco udoskonalana i pomogła zestrzelić dziesiątki obiektów. Apkę pobrały setki tysięcy Ukraińców, tworząc coś, co można określić mianem „obywatelskiego radaru”, dając zarazem kolejny dowód zaangażowania zwykłych ludzi w walkę z najeźdźcą.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

„Terroryzm”

Gęsto nad Kijowem, gęsto nad Moskwą…

Nad ranem mieszkańcy rosyjskiej stolicy mieli okazję po raz pierwszy w pełni doświadczyć lęku, regularnie doznawanego przez kijowian od lutego ubiegłego roku. Oto bowiem na moskiewskim niebie pojawiło się co najmniej kilkanaście dronów (niektóre źródła mówią o ponad 30 maszynach). Nie była to pierwsza wizyta ukraińskich bezpilotników w tej części rosji, ale wcześniejsze przyloty (nie licząc ewidentnej rosyjskiej prowokacji z uderzeniami w Kreml) miały charakter rozpoznawczy bądź demonstracyjno-propagandowy („możemy wam wylądować, gdzie nam się żywnie podoba”, komunikowali ruskim Ukraińcy). Co najmniej dwa przypadki (z przełomu zimy i wiosny) użycia dronów bojowych z zamiarem uderzenia w cele w Moskwie zakończyły się niepowodzeniem – maszyny rozbiły się/zostały zestrzelone na odległych rubieżach metropolii. Dziś tymczasem wdarły się nad nią bez większych problemów, choć rzecz jasna ministerstwo obrony federacji raportuje sukces. Dzielna stołeczna OPL miała zestrzelić pięć bezpilotników, trzy pozostałe spadły na skutek generowanych przez rosjan zakłóceń.

Eksplozji było jednak znacznie więcej, niż by to wynikało z tego zestawienia, zatem twierdzenia o ośmiu dronach można włożyć między bajki. Chyba że spanikowana obrona posłała w niebo nieadekwatną liczbę rakiet (ładowała z czego i gdzie popadnie), które nie trafiwszy w cel, spaść gdzieś musiały (one, a raczej ich szczątki po samozniszczeniu). Miasto rozległe, więc efektowne upadki miały miejsce na jego obszarze.

Co ciekawe, większość wybuchów odnotowano w południowo-zachodniej części Moskwy, w tak zwanej Rublówce bądź jej sąsiedztwie. Już od czasów Stalina mieszka tam rosyjska elita polityczno-biurokratyczno-wojskowa, do której za Jelcyna i putina dołączyła śmietanka biznesowo-oligarchiczna. „Szyszki” zajmują zwykle okazałe rezydencje, pośledniej wagi personel mafijno-państwowej struktury zasiedla wielopiętrowe apartamentowce. Na ujawnionych w rosyjskich mediach zdjęciach i filmikach widać zniszczenia na górnych kondygnacjach jednego z takich budynków.

Ministerstwo obrony federacji orzekło, że takie działania „charakteryzują reżim kijowski jako międzynarodowych przestępców, których należy osądzić!”. Niejaki andriej kartapołow, szef komitetu obrony dumy państwowej, nazwał atak dronów „aktem zastraszania ludności cywilnej”. Zaś pieskow, rzecznik Kremla, był łaskaw zauważyć, że „kierowanie piekielnych maszyn na spokojne miasta jest nieludzkie”. Dodał przy tym, że ukraińskie uderzenie dronami było odwetem Kijowa za niedzielny atak rosji na jeden z – jak to ujął – „ośrodków decyzyjnych” w Ukrainie.

Cóż, atakowanie cywilów to istotnie terroryzm, ale nie sposób wykazać, że Ukraińcy takie intencje mieli. Tu zresztą sami rosjanie zapętlili się w swojej narracji, bo jeśli rzeczywiście wszystkie drony zestrzelili (sprowadzili na ziemię), to uszkodzenia budynków są efektem upadku szczątków (rakiet i bezpilotników), nie zaś celowych działań. Oczywiście, jest jeszcze kwestia „bezspornego ryzyka” – świadomości, że posłanie dronów musi wywołać reakcję OPL, a ta może przynieść straty uboczne; Ukraińcy tę świadomość mieli, ale u licha, nie oni tę wojnę zaczęli i nie można od nich oczekiwać, że będą siedzieć z założonymi rękoma, gdy rosja – dzień po dniu – bombarduje ich miasta, zupełnie nie przejmując się losem cywilów. Jako ci cywilizowani, winni Ukraińcy redukować ryzyko ofiar pośród ludności cywilnej, nie tylko własnej, ale i wrogiej. I generalnie tak się dzieje, także w tym konkretnym przypadku. Przynajmniej część dronów wysłanych nad Moskwę nie była uzbrojona. One miały tylko przelecieć nad rosyjską stolicą – zwłaszcza jej „wrażliwą” częścią – by wywołać u rosjan odpowiedni efekt psychologiczny. Wystraszyć, zasiać (kolejne!) ziarno wątpliwości w możliwości reżimu, który obiecuje poddanym bezpieczeństwo.

Kropla drąży skałę – w którymś momencie rosjanie mogą porzucić schemat funkcjonowania niewolnika i nie wybaczyć władzy kolejnej wpadki. Albo władza może w reakcji popełnić jakiś kardynalny błąd. Za dobrą analogię może tu posłużyć rajd Doolittle’a – przeprowadzony 18 kwietnia 1942 roku pierwszy nalot bombowy na terytorium Japonii podczas II wojny światowej. Wykonano go na granicy możliwości technicznych amerykańskiej marynarki (kwestia zasięgu startujących z lotniskowca samolotów), siłą zaledwie 16 maszyn. Zrzucone wówczas bomby wyrządziły Japończykom symboliczne szkody, ale szok wywołany atakiem był tak powszechny i tak silny, że wymusił na japońskim kierownictwie tragiczną w skutkach decyzję o ataku na wyspę Midway. Przypomnijmy, cesarska flota, zwłaszcza zaś lotnictwo pokładowe, dostała tam wpierdziel, z którego już nigdy się nie podniosła.

Ukraińcy właśnie udowodnili, że mają zdolność głębokiej penetracji rosyjskiego zaplecza. A dron śmigający nad Rublówką to nie to samo, co bezpilotnik uderzający w skład paliw w Chujrzecku czy innej ruskiej pipidówie. Zapewne więc usłyszymy jeszcze o kolejnych dronach nad Moskwą, testujących rosyjskie nerwy i stołeczną OPL.

Jak na razie jednak trwa testowanie kijowskiej obrony powietrznej – kolejna noc i poranek upłynęły w ukraińskiej stolicy pod znakiem rosyjskich uderzeń rakietowo-dronowych. Widać, że moskale starają się przeciążyć ukraińskie systemy obronne. Sądząc po propagandowych doniesieniach, już ten cel osiągnęli. Jeden z „dowodów” szerują od wczoraj (pro)rosyjskie konta, także w naszej info-sferze. Składają się nań zdjęcia satelitarne lotniska Żuliany w Kijowie, gdzie mają stacjonować przekazane Ukraińcom patrioty. Pierwsza fotografia jest z 15 maja, druga rzekomo z 18-ego – ich porównanie pozwala niby dostrzec efekty rosyjskiego uderzenia rakietami Kindżał, do którego doszło 16 maja. Mowa o „dwóch lejach o promieniu kilkudziesięciu metrów”, z których jeden to skutek bezpośredniego trafienia w wyrzutnię Patriot. No więc krzywię usta ze śmiechu, przyglądając się tak niepełnosprytnej próbie konfabulacji. Obejrzyjcie oba zdjęcia jedno po drugim – widzicie to, co ja? Tę samą fotografię, poddaną słabiutkiej obróbce (filtr na jednej odsłonie, „wyciągnięte” piksele w miejscach rzekomych trafień w drugiej). Urzekł mnie zwłaszcza pociąg po lewej – trzy dni minęły, a on wciąż w tym samym miejscu. „Nie drgnął, kurwa, nawet o metr”, zauważył jeden z moich kolegów, biegły w wyciąganiu wywiadowczych wniosków. Niby fachura, a nie wie, że pociągi na zdjęciach się nie ruszają…

Tyle tytułem komentarza do kolejnego sowieckiego „sukcesu”.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Skutki dzisiejszego ataku na Kijów. Wrzucam jako przeciwwagę dla obrazków z Moskwy/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки