„Radar”

W środę tuż po 14.00, zaalarmowany doniesieniami z Ukrainy, napisałem na Twitterze: „ruskie poderwały aż 12 Тu-95МS. Za około 2h będą w strefie zrzutu rakiet i wtedy się okaże, czy to straszak czy wstęp do kolejnego ataku rakietowego. Tak czy inaczej, TT chyba za szybko odtrąbił uziemienie flotylli Тu-95 na skutek zużycia”. Około 17.00 (czasu ukraińskiego; w Polsce była wówczas 16.00) osiem rosyjskich bombowców wystrzeliło znad Morza Kaspijskiego 36 pocisków manewrujących Ch-101/Ch-555. Co się stało z czterema pozostałymi maszynami? Zawróciły do bazy – najprawdopodobniej wystartowały dla „zmyły” (by sugerować, że atak będzie liczniejszy), choć nie da się wykluczyć awarii (rosjanie z oczywistych powodów o takich sprawach nie informują).

Ukraińska obrona przeciwlotnicza zgłosiła zniszczenie 33 pocisków Ch-101/Ch-555. Tego dnia „zdjęto” jeszcze trzy z czterech kalibrów, posłanych około godziny 13.00 (czasu ukraińskiego) z morza. Wieczorem zaś przeciwnik użył czterech hipersonicznych kindżałów – wystrzelonych przez samoloty MiG-31 – tych jednak nie udało się strącić.

Była więc środa dniem, w którym rosjanie przeprowadzili kombinowany atak rakietowy, jeden z największych w tym roku. Co istotne, pociski Ch-101/Ch-555, które wleciały nad Ukrainę od południowego wschodu, nieustannie zmieniały kierunek lotu. Ich skomplikowane trajektorie miały rzecz jasna zmylić ukraińską OPL, co niespecjalnie się udało. O jednej z tajemnic tego sukcesu napiszę w dalszej części tekstu. Najpierw mniej optymistyczne podsumowanie środowego ataku – wspomniane kindżały dosięgły zaplanowanych celów, którymi były dwa lotniska sił powietrznych Ukrainy. Nie wiem, czy rosjanom udało się zniszczyć jakieś maszyny; z pewnością polowali na Su-24, które przenoszą storm shadowy.

Druga kwestia dotyczy bombowców Tu-95 – zasygnalizowałem ją już we wpisie na TT. Część analityków od pewnego czasu donosiła o problemach rosjan z bombowcami, będącymi elementem sił strategicznych federacji. Tupolewy – zaprojektowane i przeznaczone do przenoszenia głowic jądrowych – można również wykorzystać do konwencjonalnych ataków, co rosjanie czynią regularnie od początku pełnoskalowej inwazji. Intensywność, ale i wiek maszyn sprawiły, że Tu-95 zaczęły masowo niedomagać. Tak przynajmniej twierdzili twitterowi komentatorzy. Gwoli uczciwości, sam kilka miesięcy temu pisałem o kłopotach Tu-95, choć daleko mi było do twierdzeń o całkowitym uziemieniu flotylli. Na wyposażeniu rosyjskiej awiacji jest około 70 Tupolewów (w dwóch wersjach), brakuje rzetelnych informacji o tym, ile maszyn pozostaje w stanie lotnym. Z uwagi na ich charakter (broń jądrowa to polisa ubezpieczeniowa rosji), naiwnym byłoby założenie, że rosjanie mają zaledwie kilkanaście sprawnych samolotów. To, że jest ich więcej, potwierdza jednorazowe użycie dwunastu Tu-95 – moskale raczej nie wykorzystaliby tuzina bombowców do ataku na Ukrainę, gdyby w zapasie nie mieli kilkunastu innych maszyn, gotowych do realizacji zasadniczej misji, związanej z nuklearnym odstraszaniem i ewentualną odpowiedzią. Ale…

Ale liczba rakiet odpalonych z ostatecznie ośmiu Tu-95 nie powala. „Tutki” zdolne są do przenoszenia ośmiu pocisków tego typu, co dałoby łączna salwę 64 Ch-101/Ch-555. 36 sztuk to znacznie mniej – z jakiegoś powodu wykorzystane do ataku bombowce przenosiły po cztery-pięć rakiet (choć nie da się wykluczyć, że któryś niósł nawet osiem, a inny jedną; potencjalnych kombinacji jest tu sporo, co nie zmienia faktu, że wykorzystano mniej niż 60 proc. możliwości). Oczywiście, może to mieć związek z niedostateczną liczbą posiadanych przez rosjan rakiet, ale może również częściowo potwierdzać doniesienia o kłopotach z nośnikami. Samoloty w tym zakresie niespecjalnie różnią się od ludzi – dźwiganie ciężarów wprost przekłada się na zmęczenie/zużycie konstrukcji. A dodajmy – tupolewy już od wielu miesięcy dźwigają poniżej możliwości, zwykle przenosząc po dwie-trzy rakiety. Tym niemniej latają i lata ich całkiem sporo.

Lecz ze skutecznością bywa różnie. Jako się rzekło, w tym konkretnym przypadku OPL zniszczyła 33 z 36 rakiet. Środa była w Ukrainie pogodna, a więc i widoczność przyzwoita. Co podkreślam, bo choć to przeciwlotnicy strzelali do pocisków – i to im podziękował prezydent Zełenski – za sukcesem stali również zwykli Ukraińcy. 530 konkretnych obywateli, użytkowników aplikacji ePPo, którzy tego dnia zrobili z niej właściwy użytek. W piękne letnie popołudnie nisko lecące rakiety dostrzegło zapewne tysiące ludzi, ale nie wszyscy mieli dość pomyślunku, refleksu, woli i wreszcie technicznych możliwości, by pomóc w namierzeniu i zestrzeleniu intruzów. A do tego celu służy właśnie ePPo.

ePPo jest jak wiele innych aplikacji dostępnych na smartfony – darmowa i łatwa po pobrania, choć wymaga autoryzacji (celem sprawdzenia, czy użytkownik to obywatel Ukrainy). Apka przesyła informacje o zaobserwowanych celach powietrznych, takich jak pocisk manewrujący czy dron-kamikadze. Wystarczy ją otworzyć i skierować smartfona w stronę obiektu. Następnie trzeba wybrać ikonę określającą, jaki obiekt zaobserwowaliśmy: bezzałogowiec, rakietę, śmigłowiec czy samolot. Całą procedurę kończy naciśnięcie czerwonego przycisku.

Wycelowanie smartfonem w obiekt pozwala namierzyć koordynaty, jednocześnie jest sposobem na weryfikację zgłoszenia. ePPo jest połączone z systemem obrony przeciwlotniczej Ukrainy, dzięki czemu koordynaty od razu trafiają do jej bazy danych. Dalej działają algorytmy sztucznej inteligencji. W ciągu 2-4 sekund dane z ePPo zostają przetworzone – z uwzględnieniem zarejestrowanych współrzędnych wyliczone zostają prędkości i tory lotów, najbardziej prawdopodobne kierunki ruchu. Zwizualizowane dane trafiają do jednostek OPL, uzupełniając informacje z radarów (które części nisko lecących pocisków nie widzą, bądź widzą z przerwami), tym samym znacząco poprawiając świadomość sytuacyjną przeciwlotników. Potem wystarczy już „tylko” zestrzelić intruza.

ePPo działa od jesieni zeszłego roku, jest na bieżąco udoskonalana i pomogła zestrzelić dziesiątki obiektów. Apkę pobrały setki tysięcy Ukraińców, tworząc coś, co można określić mianem „obywatelskiego radaru”, dając zarazem kolejny dowód zaangażowania zwykłych ludzi w walkę z najeźdźcą.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

„Terroryzm”

Gęsto nad Kijowem, gęsto nad Moskwą…

Nad ranem mieszkańcy rosyjskiej stolicy mieli okazję po raz pierwszy w pełni doświadczyć lęku, regularnie doznawanego przez kijowian od lutego ubiegłego roku. Oto bowiem na moskiewskim niebie pojawiło się co najmniej kilkanaście dronów (niektóre źródła mówią o ponad 30 maszynach). Nie była to pierwsza wizyta ukraińskich bezpilotników w tej części rosji, ale wcześniejsze przyloty (nie licząc ewidentnej rosyjskiej prowokacji z uderzeniami w Kreml) miały charakter rozpoznawczy bądź demonstracyjno-propagandowy („możemy wam wylądować, gdzie nam się żywnie podoba”, komunikowali ruskim Ukraińcy). Co najmniej dwa przypadki (z przełomu zimy i wiosny) użycia dronów bojowych z zamiarem uderzenia w cele w Moskwie zakończyły się niepowodzeniem – maszyny rozbiły się/zostały zestrzelone na odległych rubieżach metropolii. Dziś tymczasem wdarły się nad nią bez większych problemów, choć rzecz jasna ministerstwo obrony federacji raportuje sukces. Dzielna stołeczna OPL miała zestrzelić pięć bezpilotników, trzy pozostałe spadły na skutek generowanych przez rosjan zakłóceń.

Eksplozji było jednak znacznie więcej, niż by to wynikało z tego zestawienia, zatem twierdzenia o ośmiu dronach można włożyć między bajki. Chyba że spanikowana obrona posłała w niebo nieadekwatną liczbę rakiet (ładowała z czego i gdzie popadnie), które nie trafiwszy w cel, spaść gdzieś musiały (one, a raczej ich szczątki po samozniszczeniu). Miasto rozległe, więc efektowne upadki miały miejsce na jego obszarze.

Co ciekawe, większość wybuchów odnotowano w południowo-zachodniej części Moskwy, w tak zwanej Rublówce bądź jej sąsiedztwie. Już od czasów Stalina mieszka tam rosyjska elita polityczno-biurokratyczno-wojskowa, do której za Jelcyna i putina dołączyła śmietanka biznesowo-oligarchiczna. „Szyszki” zajmują zwykle okazałe rezydencje, pośledniej wagi personel mafijno-państwowej struktury zasiedla wielopiętrowe apartamentowce. Na ujawnionych w rosyjskich mediach zdjęciach i filmikach widać zniszczenia na górnych kondygnacjach jednego z takich budynków.

Ministerstwo obrony federacji orzekło, że takie działania „charakteryzują reżim kijowski jako międzynarodowych przestępców, których należy osądzić!”. Niejaki andriej kartapołow, szef komitetu obrony dumy państwowej, nazwał atak dronów „aktem zastraszania ludności cywilnej”. Zaś pieskow, rzecznik Kremla, był łaskaw zauważyć, że „kierowanie piekielnych maszyn na spokojne miasta jest nieludzkie”. Dodał przy tym, że ukraińskie uderzenie dronami było odwetem Kijowa za niedzielny atak rosji na jeden z – jak to ujął – „ośrodków decyzyjnych” w Ukrainie.

Cóż, atakowanie cywilów to istotnie terroryzm, ale nie sposób wykazać, że Ukraińcy takie intencje mieli. Tu zresztą sami rosjanie zapętlili się w swojej narracji, bo jeśli rzeczywiście wszystkie drony zestrzelili (sprowadzili na ziemię), to uszkodzenia budynków są efektem upadku szczątków (rakiet i bezpilotników), nie zaś celowych działań. Oczywiście, jest jeszcze kwestia „bezspornego ryzyka” – świadomości, że posłanie dronów musi wywołać reakcję OPL, a ta może przynieść straty uboczne; Ukraińcy tę świadomość mieli, ale u licha, nie oni tę wojnę zaczęli i nie można od nich oczekiwać, że będą siedzieć z założonymi rękoma, gdy rosja – dzień po dniu – bombarduje ich miasta, zupełnie nie przejmując się losem cywilów. Jako ci cywilizowani, winni Ukraińcy redukować ryzyko ofiar pośród ludności cywilnej, nie tylko własnej, ale i wrogiej. I generalnie tak się dzieje, także w tym konkretnym przypadku. Przynajmniej część dronów wysłanych nad Moskwę nie była uzbrojona. One miały tylko przelecieć nad rosyjską stolicą – zwłaszcza jej „wrażliwą” częścią – by wywołać u rosjan odpowiedni efekt psychologiczny. Wystraszyć, zasiać (kolejne!) ziarno wątpliwości w możliwości reżimu, który obiecuje poddanym bezpieczeństwo.

Kropla drąży skałę – w którymś momencie rosjanie mogą porzucić schemat funkcjonowania niewolnika i nie wybaczyć władzy kolejnej wpadki. Albo władza może w reakcji popełnić jakiś kardynalny błąd. Za dobrą analogię może tu posłużyć rajd Doolittle’a – przeprowadzony 18 kwietnia 1942 roku pierwszy nalot bombowy na terytorium Japonii podczas II wojny światowej. Wykonano go na granicy możliwości technicznych amerykańskiej marynarki (kwestia zasięgu startujących z lotniskowca samolotów), siłą zaledwie 16 maszyn. Zrzucone wówczas bomby wyrządziły Japończykom symboliczne szkody, ale szok wywołany atakiem był tak powszechny i tak silny, że wymusił na japońskim kierownictwie tragiczną w skutkach decyzję o ataku na wyspę Midway. Przypomnijmy, cesarska flota, zwłaszcza zaś lotnictwo pokładowe, dostała tam wpierdziel, z którego już nigdy się nie podniosła.

Ukraińcy właśnie udowodnili, że mają zdolność głębokiej penetracji rosyjskiego zaplecza. A dron śmigający nad Rublówką to nie to samo, co bezpilotnik uderzający w skład paliw w Chujrzecku czy innej ruskiej pipidówie. Zapewne więc usłyszymy jeszcze o kolejnych dronach nad Moskwą, testujących rosyjskie nerwy i stołeczną OPL.

Jak na razie jednak trwa testowanie kijowskiej obrony powietrznej – kolejna noc i poranek upłynęły w ukraińskiej stolicy pod znakiem rosyjskich uderzeń rakietowo-dronowych. Widać, że moskale starają się przeciążyć ukraińskie systemy obronne. Sądząc po propagandowych doniesieniach, już ten cel osiągnęli. Jeden z „dowodów” szerują od wczoraj (pro)rosyjskie konta, także w naszej info-sferze. Składają się nań zdjęcia satelitarne lotniska Żuliany w Kijowie, gdzie mają stacjonować przekazane Ukraińcom patrioty. Pierwsza fotografia jest z 15 maja, druga rzekomo z 18-ego – ich porównanie pozwala niby dostrzec efekty rosyjskiego uderzenia rakietami Kindżał, do którego doszło 16 maja. Mowa o „dwóch lejach o promieniu kilkudziesięciu metrów”, z których jeden to skutek bezpośredniego trafienia w wyrzutnię Patriot. No więc krzywię usta ze śmiechu, przyglądając się tak niepełnosprytnej próbie konfabulacji. Obejrzyjcie oba zdjęcia jedno po drugim – widzicie to, co ja? Tę samą fotografię, poddaną słabiutkiej obróbce (filtr na jednej odsłonie, „wyciągnięte” piksele w miejscach rzekomych trafień w drugiej). Urzekł mnie zwłaszcza pociąg po lewej – trzy dni minęły, a on wciąż w tym samym miejscu. „Nie drgnął, kurwa, nawet o metr”, zauważył jeden z moich kolegów, biegły w wyciąganiu wywiadowczych wniosków. Niby fachura, a nie wie, że pociągi na zdjęciach się nie ruszają…

Tyle tytułem komentarza do kolejnego sowieckiego „sukcesu”.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Skutki dzisiejszego ataku na Kijów. Wrzucam jako przeciwwagę dla obrazków z Moskwy/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

Szczerbata

Dziś w nocy doszło do kolejnego uderzenia rakietowego na Ukrainę. Według danych obrońców, rosjanie użyli 30 pocisków manewrujących, wystrzelonych z samolotów i okrętów. Widać wyraźnie, że na przestrzeni ostatnich kilkunastu dni moskale zintensyfikowali działania – atakują w zasadzie noc po nocy, mniejszą liczbą rakiet niż podczas zimowej ofensywy powietrznej, za to częściej (wówczas interwały między poszczególnymi napadami sięgały dwóch tygodni). Widać też, jakie są ich dwa zasadnicze cele – po pierwsze, zmierzają do obezwładnienia baterii patriotów, słusznie zakładając, że stanowią one poważne zagrożenie. Po drugie, chcieliby sparaliżować ukraińską logistykę, a więc docelowo skomplikować sytuację armii ukraińskiej przed spodziewaną kontrofensywą. Dlatego atakują miejsca rozpoznane jako składy materiałowe ZSU. Nie zawsze trafnie rozpoznane i czasem niecelnie porażone – stąd doniesienia o zniszczonych obiektach niemilitarnych i poszkodowanych cywilach. Tym niemniej jakieś sukcesy mają – w Chmielnickim i Mikołajewie puścili z dymem poważne zapasy amunicji, zdaje się, że i w Odessie coś trafili. Za to na odcinku „wojny z patriotami” poważnych sukcesów brak – wyrzutnia trafiona przedwczoraj odłamkami (spadających, zestrzelonych wcześniej rakiet) wróciła już do służby.

Ukraińcy twierdzą, że zestrzelili dziś 29 z 30 rakiet. Nie mam powodów, by nie wierzyć, że istotnie zdjęli taką właśnie liczbę pocisków. Z biegiem czasu jednak przekonałem się, że obrońcy nagminnie – celowo bądź nie – nie doszacowują skali rosyjskich uderzeń. Rozmiary zniszczeń wywołanych przez kolejne fale ataków nie współgrają z raportowaną skutecznością ukraińskiej OPL. Składu amunicji w Chmielnickim nie mogły zniszczyć spadające odłamki trafionej rakiety, uszkodzenia infrastruktury energetycznej z czasów zimowych napadów były regularnie większe, niż wynikałoby z oficjalnych raportów. Niezestrzelone pięć rakiet nie mogło trafić w dziesięć celów (wybaczcie ten poziom ogólności, ale nie zamierzam dostarczać konkretów rosyjskiej propagandzie).

„Dziś pewnie znów uderzą”, pisze do mnie znajoma z Kijowa. Zapewne tak – rosjanie muszą zniszczyć patrioty także z powodów ściśle propagandowych (by wykazać wyższość swoje super-broni nad zachodnią). Z przyczyn wybitnie pragmatycznych i związanych z „być albo nie być” w Ukrainie, będą dążyć do osłabienia ukraińskiej armii. Na froncie idzie licho, ale przewaga w strategicznych środkach bojowych pozwala im na uderzenia w zaplecze. Gdy przeciwnika nie da się zdzielić w twarz, można skorzystać ze sposobności, by włożyć mu nóż w plecy.

Czy Ukraińcy mogą coś z tym zrobić? Zrobili, ile mogli. Atakując dronami lotniska rosyjskich bombowców strategicznych, przegonili je w głąb rosji. Przy okazji – tupolewy przy granicy z Finlandią i Norwegią to nie jest rosyjski pokaz siły i szantaż wobec NATO, a wyraz słabości w konfrontacji z Ukrainą. Na północy samoloty są bezpieczniejsze – ot i cała tajemnica przebazowania. Topiąc krążownik „Moskwa” i wysycając wybrzeże Morza Czarnego rakietami przeciwokrętowymi, Ukraińcy zmusili rosyjską marynarkę do operowania z głębi akwenu. I owszem, ratuje ich to przed desantem morskim (na przykład Odessy, co zakładały pierwotne rosyjskie plany inwazyjne), lecz w perspektywie ataków rakietowych pozostaje bez znaczenia. Strzelane z okrętów floty czarnomorskiej kalibry bez trudu pokonują dodatkowe kilometry. Zysk jest w odniesieniu do bombowców, które muszą przebyć dodatkowe odległości, liczone w setkach kilometrów, aby dokonać zrzutu rakiet. Ukraińcy mają więc nieco więcej czasu, aby uaktywnić systemy obronne i poinformować cywilów o zagrożeniu (o każdorazowych startach rosyjskich bombowców informuje Kijów NATO; dane pochodzą z bieżącego monitoringu i są przekazywane w czasie rzeczywistym).

Wciąż zatem mamy do czynienia z rażącą asymetrią możliwości. I nie da się jej znieść bez pozbawienia rosji lotnictwa strategicznego i floty czarnomorskiej. Ukraińcy nie mają sił i środków, by tego dokonać, NATO – owszem i to przy zaangażowaniu nieznacznej części potencjału. Ale…

Ale rosja jest jak szczerbaty łobuz. Nie ma połowy zębów, mimo to nadal może gryźć. Z dużym prawdopodobieństwem użre, jeśli dostanie w szczękę i straci dodatkowe kły – użre, póki będzie mogła gryźć. Odchodząc od nieprecyzyjnej analogii – w odpowiedzi przeprowadzi na przykład ograniczone uderzenie nuklearne (na Ukrainę bądź któryś z krajów Sojuszu), wyraźnie sygnalizując wolę deeskalacji („oddaliśmy, ale więcej bić nie będziemy, jeśli tylko wy dacie spokój”). Zachód nie chce podejmować takiego ryzyka, stąd samoograniczający się charakter pomocy dla Ukrainy, wykluczający pełne zaangażowanie.

Nie sądzę, by cokolwiek w tej materii się zmieniło.

Czyli Ukraina jest skazana na rosyjskie ataki rakietowe i ich dewastacyjne skutki? Nie. Przedwczorajsza bitwa nad Kijowem wykazała ogromną skuteczność zachodnich systemów przeciwlotniczych. Stopniowo zastępują one zużywające się poradzieckie systemy i dają Ukraińcom nowe, większe możliwości. Ale tych patriotów (i innych) musi być więcej. Kijów jest dziś chyba najlepiej chronionym na wypadek zagrożeń z powietrza miastem w Europie – niech pozostałe ukraińskie aglomeracje zbliżą się do takiego poziomu. Niech rosjanie rzeczywiście tracą 90-95 proc. wystrzeliwanych rakiet. Oczywiście, to będzie kosztować. Od kiedy odeszliśmy od kija i zaczęliśmy intencjonalnie wytwarzać broń, staje się ona coraz droższa. Dziś jest koszmarnie droga, a na szczycie kosztów i kosztochłonności znajdują się systemy OPL.

Tylko czy kilkanaście miliardów dolarów, no dobra, małe kilkadziesiąt, to naprawdę dużo? Wsparcie dla Ukrainy to 2 proc. budżetów obronnych krajów NATO. Promile całościowych budżetów. Tymczasem rosyjskie wydatki na obronność w styczniu i lutym br. stanowiły aż 36 proc. wszystkich wydatków budżetowych Rosji – i to w obliczu spadku dochodów. Reżim putina przeznaczył na armię prawie cztery razy więcej pieniędzy niż na potrzeby „gospodarki narodowej” i prawie dwa razy więcej niż na cele socjalne – podaje agencja Reutera, w oparciu o oficjalne rosyjskie dane. Przychody rosji z eksportu ropy i gazu spadły w okresie styczeń-kwiecień o 52 proc. rok do roku. Wydatki budżetu wzrosły o 26 proc. – przede wszystkim z powodu toczonej wojny. Deficyt budżetowy pod koniec kwietnia wynosił 3,4 bln rubli (45 mld dol.) i już dawno przekroczył całoroczny plan (2,9 bln rubli). Większość rosjan jest na garnuszku państwa – póki dostają wypłaty i emerytury, póty będą siedzieć cicho. Ale co zrobią, gdy pojawią się zatory?

Jak już kiedyś pisałem, wojny to domena księgowych – wygrywa je ten, kogo stać na więcej. Ukraina jest biedna jak mysz kościelna, ale stoi za nią nieprawdopodobnie bogaty Zachód. A rosyjskiego szczerbatego łobuza wkrótce nie będzie stać na dentystę…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Eksplozja w Chmielnickim, kadr z monitoringu

Wabik

Morze słów wylano już w temacie rosyjskiej rakiety, która 16 grudnia ub. r. spadła pod Bydgoszczą. Tyle dobrego, że nie muszę niczego streszczać, bo podstawowe fakty są Czytelnikom dobrze znane. Ale obok faktów w przestrzeni publicznej pojawiło się mnóstwo niedomówień, przeinaczeń, nadinterpretacji i zwyczajnych kłamstw. Zaciemniają one obraz niezależnie od tego, czy mają na celu podkręcenie paniki czy przeciwnie – totalne umniejszenie/unieważnienie incydentu. Postaram się z tym zmierzyć, stworzyć w miarę klarowny opis wydarzeń – w oparciu o rozmowy z kilkoma wysokiej rangi wojskowymi oraz własne intuicje i przypuszczenia. Nie narzucam nikomu wniosków, zwłaszcza z drugiej części tekstu. Namawiam jedynie do namysłu, sprawa bowiem jest bardzo poważna.

Jest poważna nie dlatego, że mieliśmy do czynienia z rosyjską prowokacją. Wedle teorii, która ją zakłada, pocisk manewrujący Ch-55 przyleciał pod Bydgoszcz celowo tam wysłany. W opcji „hard” miał trafić w któryś z istotnych obiektów w mieście, w wersji „soft”, już samo jego pojawienie się w naszej przestrzeni powietrznej miało nam (Polsce, NATO) „dać do myślenia”. W obu ujęciach fakt, iż Ch-55 nie posiadał głowicy bojowej – a betonowy wkład – ma być dowodem dobrej woli rosjan. Wpisującym się w logikę rosyjskiej doktryny wojennej, zakładającej deeskalację przez eskalację. „Owszem, idziemy po bandzie, śląc wam rakietę, ale ona była ‘pusta’. Moglibyśmy wysłać ‘pełną’, mamy możliwości. Nie zrobimy tego, a w zamian wycofajcie wsparcie dla Ukrainy” – tak, w skrócie, miałby brzmieć przekaz. Wzmocniony rodzajem użytej broni – pociski Ch-55 pierwotnie przeznaczono do przenoszenia głowic jądrowych.

Pechowe zapętlenie

Brzmi groźnie, prawda? Tymczasem „Bydgoszcz to polska stolica NATO”, podkreślają media. „W mieście znajdują się Wojskowe Zakłady Lotnicze!”, czytamy, zostając z przeświadczeniem o nieprzypadkowym wyborze rosjan. Ale… WZL to żadna fabryka, a warsztat, gdzie obsługuje się przede wszystkim starsze typy maszyn używane przez Siły Powietrzne RP. W kategoriach wojskowych, cel zastępczy, niższej kategorii. Centrum Szkolenia Sił Połączonych Sojuszu istotnie, ma siedzibę w Bydgoszczy. W stolicy województwa kujawsko-pomorskiego (jednej z dwóch obok Torunia) stacjonuje też m.in. Grupa Integracyjna Sił NATO, znajduje się Centrum Eksperckie Policji Wojskowych, działa sojuszniczy Zespół Wsparcia Teleinformatycznego. Zacne „firmy”, lecz mówienie o istotnym elemencie struktur Sojuszu Północnoatlantyckiego jest nieporozumieniem. Najważniejsze natowskie komórki w Polsce znajdują się w Warszawie – są nimi dowództwa Wojska Polskiego oraz Ministerstwo Obrony Narodowej. W ich pobliżu żadnych wraków rakiet nie odnaleziono.

Oczywiście, można napisać „jeszcze nie odnaleziono” lub założyć, że rosjanie celowo wybrali obiekty o mniejszym ciężarze gatunkowym, na tyle jednak ważne, by swój przekaz uprawdopodobnić. Ale czy naprawdę są powody do wiary w intencjonalne działania Moskwy? Przyjrzyjmy się sytuacji Kremla w grudniu 2022 roku (Kremla, bowiem to interesy klasy rządzącej są wyznacznikiem rosyjskiej polityki zagranicznej). Armia federacji uwikłała się w wojnę z Ukrainą, której konwencjonalnymi metodami nie sposób wygrać. Jest to jasne dziś, było jasne i zimą. Zarazem Moskwa nie może sobie pozwolić na przegraną – ryzyko utraty władzy na skutek wewnętrznych ruchawek i degradacji międzynarodowej pozycji rosji jest zbyt duże. Sądząc po działaniach Kremla, putin i jego otoczenie już jesienią ub.r. zorientowali się, że jedynym wyjściem jest dla nich kontynuacja wojny. I nie tyle chodzi o nadzieję, że „a nuż się uda”, a raczej o strategie „odraczania nagrody”. „Walczymy i w końcu zwyciężymy, ale wróg jest silny, więc ta walka musi trwać”, oto sedno rosyjskiego przekazu na użytek wewnętrzny. Coś jak znane z czasów sowieckich budowanie komunistycznego raju, wymagające kolejnych poświęceń. Póki te poświecenia są relatywnie nieduże – rosjanom jakoś się żyje, nad istotną większością męskiej populacji nie wisi widmo poboru – póty da się tak funkcjonować.

Ale – patrząc z perspektywy Kremla – to spacer na linie wymagający ostrożności także w relacjach zewnętrznych. Zastanawialiście się, dlaczego Moskwa tak potulnie znosi przekraczanie przez Zachód kolejnych tabu w zakresie pomocy wojskowej dla Ukrainy? Bo nie ma wyjścia. Konwencjonalnie nie istnieje dla NATO jako przeciwnik, zwłaszcza gdy 90 proc. jej wojsk lądowych tkwi w Ukrainie. Opcja atomowa z kolei to bilet w jedną stronę, gdyż na końcu tej podróży jest niewygrana przez nikogo wojna i zagłada. Warianty pośrednie, w których mieszczą się również wymierzone w NATO prowokacje, niosą mniejsze, ale i tak potencjalnie dotkliwe skutki. Ograniczona, konwencjonalna odpowiedź Sojuszu, skokowe wzmocnienie potencjału armii ukraińskiej, multiplikacja sankcji – to wszystko mogłoby putina i ekipę zrzucić z liny. Będąc w takiej pozycji lepiej nie siać wiatru, by nie zebrać burzy. NATO jest istotnym źródłem rosyjskich kłopotów w Ukrainie. Zniwelowanie możliwości Sojuszu mogłoby te problemy znieść, a więc i pozwolić wygrać wojnę. Ale próba zniwelowania otwiera worek z ogromnymi ryzykami – do tego sprowadza się pechowe i tragiczne dla rosjan (na pewno dla Kremla) zapętlenie. Zatem nie, nie widzę możliwości tak daleko posuniętej prowokacji. Moskwa miała w grudniu ub.r. za dużo zmartwień (a dziś ma jeszcze więcej), by „otwierać kolejny front”.

Beton nie wybucha

Zdaniem jednego z moich rozmówców, 16 grudnia 2022 roku rosjanie wpadli w panikę. Korzystając z kanałów komunikacji z NATO dali znać, że zgubili rakietę – tym sposobem próbując zapobiec ewentualnej reakcji. To od nich wiadomo, że Ch-55 nie był pociskiem bojowym. Jeśli rzeczywiście tak się sprawy miały, łatwiej zrozumieć działania polskich władz po 16 grudnia – czym zajmę się w dalszej części tekstu. Na tym etapie poprzestańmy na stwierdzeniu, że incydent nie był prowokacją a wypadkiem – co wcale nie odbiera mu powagi. Wrak Ch-55 spadł w lesie, nikomu nie zrobił krzywdy, przeleżał tam nieodkryty przez cztery miesiące. Gdy już go znaleziono, eksperci potwierdzili, że zamiast ładunku wybuchowego pocisk miał tzw.: ekwiwalent gabarytowo-masowy głowicy. Nie był więc klasycznym niewybuchem, stwarzającym zagrożenie dla przypadkowego znalazcy. „O co więc ten hałas?”, pytają niektórzy. O to, że historia i tak mogła skończyć się tragicznie. Nim to rozwinę, wyjaśnię, o co chodzi z tak przerobionym pociskiem. Ch-55 to konstrukcja z przełomu lat 70. i 80., licznie produkowana i wciąż zalegająca w magazynach armii rosyjskiej. Jej zmodernizowana wersja (z dodatkową piątką w nazwie) używana jest przez rosjan do ataków w Ukrainie. Mówimy o rakiecie zrzucanej z bombowca, która kontynuuje lot do zaprogramowanego celu, oddalonego maksymalnie o 2,5 tys. km (wedle niektórych źródeł – o 2,8 tys. km). Od jakiegoś czasu starsze egzemplarze Ch-55 – niezwykle zawodne, spadające przed czasem, zatem nienadające się do użycia bojowego – wykorzystuje się do tzw.: ataków saturacyjnych, „rozrzedzających” ukraińską OPL. Nieuzbrojone pociski pełnią rolę wabików – na radarach nie widać, czym są w istocie, więc do ich strącenia broniąca się strona posyła pełnowartościową amunicję. A tej, jak wiemy, Ukraińcy nie mają w nadmiarze. By zapewnić odpowiednie parametry lotu głowica wabika nie może być pusta – stąd ekwiwalent w postaci bryły betonu. I właśnie takie coś przyleciało do nas 16 grudnia.

Tego dnia nad ranem (a właściwie w nocy) rosjanie przeprowadzili kolejny zmasowany atak rakietowy na ukraińską infrastrukturę krytyczną. Nie znamy dokładnych okoliczności, w jakich uciekł im Ch-55. Te pociski nawet w czasach świetności miały problemy z celnością, nie najlepiej radziły sobie z manewrowaniem. Wiek zapewne zwiększył ryzyko, że rakieta w którymś momencie „zwariuje” i poleci gdzie indziej, niż było to planowane. „Nasza” wpadła do Polski z terenu Białorusi, na wysokości Brześcia. Nie ma jasności, czy wystrzelono ją nad rosyjską kolonią zarządzaną przez Aleksandra Łukaszenkę czy znad Morza Kaspijskiego, skąd zwykle oddają salwy bombowce strategiczne rosji. W tym drugim przypadku mówimy o operowaniu Ch-55 w granicach maksymalnego zasięgu (co również może podważyć celowość działań rosjan, w planowaniu ataków z użyciem pocisków manewrujących zwykle bowiem uwzględnia się spory zapas zasięgu). Ch-55 leci z prędkością mniej więcej 700 km/h, co oznacza, że w polskiej przestrzeni powietrznej pocisk znajdował się około 40 min. Sporo, byśmy mogli liczyć na jakieś przypadkowe zdjęcia, filmiki, no i relacje świadków. Pociski manewrujące poruszają się na niskiej wysokości (100-1000 metrów), można więc je dostrzec nieuzbrojonym okiem. W sieci sporo jest teorii spiskowych, w których pojawia się pytanie: „dlaczego nikt nic nie widział?”. Odpowiedź wydaje się prozaiczna – bo było bardzo wcześnie i ciemno. Nikt też nie zarejestrował eksplozji, bo rakieta z ładunkiem z betonu nie wybucha.

Lecz i tak może zrobić krzywdę – co podkreślam, wracając do argumentacji, wedle której był to poważny incydent. Rozpędzony, ponad półtoratonowy obiekt mógł nie spaść w lesie, a uderzyć w dom (budynek użyteczności publicznej; cokolwiek) – sama kinetyka tego zdarzenia mogłaby uśmiercić nawet kilka osób. A teraz rozważmy inny scenariusz, za punkt wyjścia biorąc „skłonność” rosyjskich pocisków do ucieczki (akceptując prawdopodobieństwo takiego obrotu sprawy). Niechby zatem rosjanom zwiał nie wabik, a rakieta z 300-kilogramową głowicą bojową – gdziekolwiek by uderzyła, gdzie byliby ludzie, doszłoby do ogromnej tragedii. Zakładając, że nie nastąpiłaby eksplozja – że wada rakiety objęłaby także zapalnik – mielibyśmy u siebie niewybuch. Pal licho, gdyby został z miejsca namierzony i przejęty przez wojsko – ale co w sytuacji, z jaką realnie mieliśmy do czynienia? Zapomniany, nieodkryty, śmiertelnie niebezpieczny artefakt czekałby na przypadkowe odkrycie. A nuż sprowokowałoby one wybuch… Naprawdę, machanie ręką na zasadzie „przecież nic się nie stało”, to nieodpowiedzialna postawa. Bo stać się mogło, a na szczęście nie zawsze można liczyć.

Bezzębna obrona

Co przywodzi nas do rozważań o tym, czy penetracji polskiej przestrzeni powietrznej przez Ch-55 dało się uniknąć. Za naszą wschodnią granicą toczy się pełnoskalowy konflikt zbrojny o wysokiej intensywności. Jego odsłona lotniczo-rakietowa nie jest tak „gęsta” jak lądowa, tym niemniej amunicji krąży w powietrzu na tyle dużo, że coś, czasem, po prostu musi tu przylecieć. Incydent spod Bydgoszczy podkopał wiarę opinii publicznej w oficjalne doniesienia sygnowane przez władze RP. Dziś nie jest łatwo uwierzyć, że „nawiedziły” nas tylko dwie rakiety – rosyjska Ch-55, a miesiąc wcześniej ukraińska S-300, która spadła w Przewodowie. Czyli mało jak na 15 miesięcy wojny. „O ilu rakietach nie wiemy?”, to pytanie zadaje sobie teraz wielu Polaków. Jest ono zasadne, choć moim zdaniem, uczciwa odpowiedź wcale nie musi być sensacyjna. Nawet gdyby rząd i wojsko chciały takie wydarzenia przed opinią publiczną ukryć, wielkość Polski i jej gęstość zaludnienia znacząco utrudniłyby sprawę. Jakie jest prawdopodobieństwo, że znów nikt by niczego nie zauważył, a pocisk spadł na niezamieszkały rejon? Chyba mniejsze niż odwrotna sytuacja. Dodajmy do tego nieograniczony przepływ informacji i mamy niemal pełną transparentność. Dość zauważyć, że gdy pocisk spod Bydgoszczy został już odkryty, wieść o nim rozniosła się po kraju lotem błyskawicy (nie od razu zdawano sobie sprawę, czym są resztki, ale i to szybko stało się wiedzą publiczną). Bez względu na to, na ile świadomi, żyjemy zatem w realiach ryzyka rażenia rykoszetem – nie jest ono duże, ale jest. Dla porządku należy odnotować, że pełną odpowiedzialność za owo ryzyko ponosi rosja jako agresor miotający rakietami i zmuszający obrońców do miotania własnymi.

Da się to ryzyko zredukować? Technicznie rzecz ujmując – tak. Ch-55 – z uwagi na relatywnie niską prędkość – dla samolotu byłby łatwym celem. Ale najpierw musiałby zostać wizualnie zidentyfikowany. Radar nam „nie powie”, co dokładnie obserwuje, dlatego w stronę namierzonych obiektów wysyła się samoloty dyżurne. Tak też działo się 16 grudnia ub.r., gdy obrona powietrzna dostrzegła nadlatujące „coś”. Nie ma jasności, czy zbiegło się to z informacją od ukraińskiej OPL, która powiadomiła polski odpowiednik o zagrożeniu. Tak czy inaczej, para dyżurna F-16 wzbiła się w powietrze, publiczne są już informacje, że własne samoloty podnieśli również stacjonujący w Polsce Amerykanie. Niestety, ani naszym, ani amerykańskim pilotom nie udało się przechwycić rosyjskiego pocisku – naprowadzanie zawiodło, bo obiekt znikł z radaru (z radaru polskiej OPL dwa razy). Jak to możliwe? Odpowiedź może wiązać się z tym, że rodzimy system obrony przeciwlotniczej funkcjonuje w rygorze pokojowym. Opiera się zatem o stałe stacje radiolokacyjne (będące częścią natowskiego systemu wczesnego ostrzegania). Teoretycznie radary dalekiego zasięgu (tzw. Backbony) „widzą” na odległość niemal 500 km – ale tylko cele znajdujące się na odpowiednim pułapie. Mniejsza o szczegóły – generalna zasada jest taka, że im niżej jakiś cel leci, tym później zostanie przez radar wykryty. Jeśli pocisk manewrujący „szedł” na wysokości 100 metrów, skuteczny zasięg działania Backbona zmniejszył się dziesięciokrotnie. To daje tylko kilka minut na uruchomienie pozostałych elementów systemu OPL. Załogi samolotów dyżurnych nie wzniosą się ot tak – trzeba na to około kwadransa – no i muszą dolecieć na miejsce ewentualnego spotkania z intruzem. Im bardziej precyzyjne wskazania otrzymają, tym szybciej się to stanie. W przypadku pocisków manewrujących sprawa jest tym bardziej skomplikowana, że nie lecą one torem balistycznym. Gdy znikną z ekranu radaru, trudno w oparciu o działania matematyczne wyliczyć, gdzie za chwilę się pojawią. Zamierzona zmiana kursu to raz, dwa – w tym przypadku mówimy o rakiecie uszkodzonej, nie da się wykluczyć, że „wariującej” całkiem nieprzewidywalnie.

Nie było więc na nią sposobu? Byłby. Po pierwsze, musielibyśmy prowadzić stały dozór przestrzeni powietrznej poniżej wysokości 3 tys. metrów. Czyli działać w trybie wojennym i poza Backbonami używać także mobilnych stacji radiolokacyjnych (obecnie wykorzystywanych jedynie częściowo, w ramach dyżurów bojowych i ćwiczeń). Konflikt w Ukrainie jest chyba odpowiednim pretekstem do zmiany trybu i baczniejszego obserwowania tego, co dzieje się na niższych wysokościach, choć uczciwie trzeba przyznać, że Wojsko Polskie nie ma aż tylu mobilnych stacji, żeby myśleć o pełnym pokryciu. Coś się zatem zawsze przebije, pozostanie niezauważone bądź zniknie w nieodpowiednim momencie. Po drugie, wykorzystywanie samolotów do zestrzeliwania pocisków manewrujących jest jakimś sposobem, ale do niwelowania takich zagrożeń służą przede wszystkim systemy antyrakietowe. Te klasy Patriot radzą sobie bardzo przyzwoicie, ale… trzeba je mieć. I tu jest pies pogrzebany, nasza OPL jest bowiem w istotnej mierze bezzębna. O czym więcej w kolejnej części tekstu, już jutro.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jakubowi Dziegińskiemu, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Marcinowi Pędziorowi, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani i Jarosławowi Grabowskiemu.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Czytelnikowi imieniem Krzysztof oraz Adamowi Wasielewskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Rakieta Ch-55 i bombowiec Tu-95/fot. defence-ua.com

Zwarcie

Pamiętacie wrześniową wizytę putina w Kaliningradzie? Tę, w ramach której samolot cara zmuszony został do lotu wąskim korytarzem między przestrzeniami lotniczymi państw NATO i sojuszników. W jej trakcie putler miał ponapinać muskuły, między innymi pokazać się na lotnisku, gdzie stacjonowały MiG-i-31. Wcześniejsze przybycie tych maszyn do obwodu na kilkanaście dni rozgrzało rosyjskie media. W hurraoptymistycznej narracji podkreślano, że myśliwce przenoszą hipersoniczne pociski Kindżał, i że teraz NATO już na pewno narobi w majtki, mając taką broń u swych bram. Jak wiemy nie narobiło, putin zaś na żadnym lotnisku się nie pojawił. Jak ognia unikał otwartych przestrzeni, stać go było jedynie na zamknięte spotkanie ze szkolną młodzieżą w stolicy prowincji. Załogi nosicieli Kindżałów obeszły się smakiem.

Kindżały i migi co jakiś czas wracały na tapet. Wbrew intencjom kremlinów, paniki u wrogów rosji nie wywoływały, ale używane przeciwko Ukrainie, budowały markę niebezpiecznego systemu broni. Nie tyle nosiciele, co same pociski, które dzięki hipersonicznym prędkościom miały być niezniszczalne. Kto choć trochę siedział w temacie, ten widział, że to bzdura – że Kindżały jak najbardziej da się zestrzelić, zwłaszcza w końcowej fazie lotu, kiedy muszą gwałtownie hamować. Są wówczas wolniejsze od większości głowic klasycznych pocisków balistycznych, w czym tkwi ich ewidentna słabość. Gdy pędzą, rzeczywiście jest trudniej, ale nawet wtedy da się je strącać, choć wymaga to odpowiednio „gęstego ognia”. Wzrasta zatem relacja nakład-zysk – antyrakiety kosztują, w realiach ukraińskich trudno znaleźć uzasadnienie dla posyłania kilku czy nawet kilkunastu pocisków w stronę jednego hipersonika. Te zatem trafiały w zaprogramowane cele – ku frustracji ukraińskich przeciwlotników, dysponujących ograniczonymi zasobami i ograniczonych słabościami poradzieckiej techniki.

Aż na scenie pojawiły się Patrioty. Amerykańskie wyrzutnie od kilku dni bronią nieba nad Kijowem. Wczoraj o godz. 2.40 nad stolicą zaobserwowano pojedynczą eksplozję, dziś wiemy już, że był to moment przechwycenia Kindżała (wystrzelonego z MiG-a latającego nad terytorium Białorusi).

Szczątki pocisku opadły na jeden ze stołecznych stadionów, redakcja portalu Defense Express opublikowała właśnie zdjęcia wraku.

Moim zdaniem, to kontrolowany wyciek, mający dowieść skuteczności kijowskiej OPL oraz samych Patriotów. Informacja istotna także na płaszczyźnie symbolicznej, oto bowiem mamy pierwsze realne zwarcie rosyjskiej i amerykańskiej „supertechniki” (przeciw)lotniczej – zwycięskie dla tej drugiej.

Co zaś się tyczy nosicieli Kindżałów – nie dalej jak tydzień temu na ziemię spadł czwarty na przestrzeni nieco ponad roku MiG-31. Wszystkie wypadki miały miejsce z dala od frontu, bez udziału ukraińskich sił zbrojnych – po prostu, flotę tych kluczowych dla rosjan maszyn trapią usterki i awarie, będące skutkiem zużycia i niskiej kultury technicznej użytkowników. Co ciekawe, jeden z kluczowych elementów konstrukcyjnych silnika MiG-ów produkowany był w Ukrainie – i dziś rosyjskie lotnictwo cierpi na brak nowych zamienników.

A więc MiG-i-31 będą spadać. I Kindżały, ich szczątki, miejmy nadzieję też.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -