Popłuczyna

rosyjska propaganda uwielbia budowanie analogii między specjalną operacją wojskową a wielką wojną ojczyźnianą. Prawdę powiedziawszy, robiła to już wcześniej, na etapie donbaskiej rebelii. Pamiętam przekazy radiowe i telewizyjne, których słuchałem i które oglądałem podczas wyjazdu do tzw. donieckiej republiki ludowej. Był przełom kwietnia i maja 2015 roku, zbliżała się rocznica wielkiej pobiedy – w kontrolowanych przez rosjan mediach dominował przekaz, zgodnie z którym współcześni rosjanie i prorosyjscy Ukraińcy, niczym ich dziadkowie w latach 1941-45, walczyli z faszyzmem. Tamten był niemiecki, ten ukraiński, ale jeden czort, przekonywano.

Wojenno-ojczyźniana narracja przybrała na sile wraz z przedłużaniem się obecnej wojny. Należało ją zsakralizować, zwłaszcza po upokarzających klęskach armii rosyjskiej w 2022 roku. „Popełniliśmy błędy, ale się otrząsnęliśmy – i teraz już tylko na Zachód”, przekonują propagandyści Kremla. By rzecz się spinała z faktami, do rangi wielkich sukcesów wywyższane są walki o nieznane nikomu przed wojną miejscowości. Zresztą fakty i tak przegrywają w tej konfrontacji, bo rosjanie zwyczajnie kłamią na temat swoich sukcesów. Kłamią świat, okłamują samych siebie – i jakoś się to kręci.

Tyle że nieuchronnie zbliża się 1418. dzień „specjalnej operacji wojskowej” putina. A dokładnie tyle trwała wielka wojna ojczyźniana. To moment, w którym symbol może rosjanom zaciążyć. Dlaczego? Wystarczy spojrzeć na mapę. Armia czerwona w ciągu 1418 dni przeszła drogę od katastrofy 1941 roku do Berlina. Armia rosyjska po ponad 1400 dniach wojny z Ukrainą wciąż walczy o kolejne wsie i miasteczka, płacąc za nie tysiącami ludzi. Dynamika? Skala? Efekt strategiczny? To są zupełnie różne światy. Propaganda może rysować strzałki, ale rzeczywistości nie da się domalować.

I dlatego w rosji czuć dziś napięcie. Bo rocznica sprowokuje – po prawdzie to już prowokuje – niewygodne pytania. Skoro wtedy się udało, a dziś nie, to gdzie tkwi problem? W dowództwie? W państwie? W samej armii? Władza bardzo nie lubi takich pytań.

Bo a nuż ktoś wreszcie zwróci uwagę, że skuteczność armii czerwonej nie była wyłącznie „rosyjska”. Walczyli w niej Ukraińcy – dziś stojący po drugiej stronie frontu. Walczyli Białorusini – obecnie formalnie neutralni, a ich ochotnicy biją się po stronie Ukrainy. Walczyły narody Azji Centralnej – Uzbekowie, Kirgizi, Kazachowie – które dziś mają własne państwa i własne interesy, niekoniecznie zbieżne z interesami Moskwy. Imperium wygrywało, bo było imperium: demograficznym, etnicznym, mobilizacyjnym i kulturowym.

Dziś ten zasób już nie istnieje. Owszem, w szeregach armii rosyjskiej wciąż walczą mniejsze etnosy z Syberii i Kaukazu. Ale to nie one decydują. Są rekrutowane, wysyłane na front i giną pod dowództwem rosjan, w ramach struktury, która pozostała rosyjskocentryczna do bólu.

I tu dochodzimy do sedna problemu. Niska efektywność rosyjskiej armii w Ukrainie uderza w jeden z fundamentów rosyjskiej państwowości: mit o cywilizacyjnej wyższości rosjan. Mit, który głosił, że rusyfikacja to nie przemoc, lecz „ulepszanie”; że rosyjskie państwo, rosyjska kultura i rosyjska armia są narzędziami porządku, rozwoju i sensu. Od czasów carskich wojsko było kluczowym instrumentem tej narracji – kuźnią lojalności i fabryką „lepszych poddanych”.

No i co? I gówno. Emanacja rosyjskiej wyższości kręci się niczym smród po gaciach, od czterech lat próbując pokonać sąsiada – mniejszego, słabszego, pozornie skazanego na klęskę. Trudno nie wywieść z tego wniosku, że rosja bez wartościowych mniejszości to popłuczyna po imperium. 12 stycznia 2026 roku będzie 1418. dowodem tej tezy…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. parada w Moskwie z okazji 9 maja. 1418. dzień spec-operacji raczej takich fajerwerków nie przyniesie…/fot. kremlin.ru

Bicz

Ćwiczenia „Zapad 2025” powoli dobiegają końca. Propaganda Moskwy i Mińska usiłuje nadać im poważny wymiar, użyć ich do zastraszania Europy, zwłaszcza wschodniej flanki, ale fakty są takie, że mamy do czynienia z niemrawym „show of force”. Tegoroczny „Zapad” jest cieniem wcześniejszych edycji manewrów i potwierdza poważne problemy rosyjskich sił zbrojnych oraz to, jak gigantycznym wyzwaniem dla rosji jest toczona przez nią wojna w Ukrainie.

Pisałem o tym przedwczoraj, więc nie będę rozwijał wątku (zainteresowanych odsyłam do sobotniego wpisu). Chciałbym jednak odnieść się do zdarzeń, które wydarzyły się już po publikacji mojego postu. W miniony weekend burzą przez nasze media – głównie społecznościowe – przetoczył się krótki film zarejestrowany w obwodzie królewieckim. Była to klasyczna „wrzutka” rosyjskiej propagandy – materiał prezentujący okazały sprzęt wojskowy, w tym przypadku wyrzutnię Iskander ze spionizowanym (bliższym momentowi wystrzelania) pociskiem. Co istotne, pojazd pojawił się w pobliżu granicy z Polską, a rosyjskie źródła przekonywały, że ta dyslokacja jest elementem „Zapadu”.

W ramach manewrów zrealizowano również w zamyśle bardziej spektakularny epizod. Jako podało ministerstwo obrony rosji, fregata floty północnej „Admirał Gołowko” wystrzeliła pocisk hipersoniczny Cyrkon. Oczywiście cel znajdujący się na Morzu Barentsa „został zniszczony bezpośrednim trafieniem”. Działaniom na odległym akwenie towarzyszyła operacja lotnicza, w trakcie której użyto czterech samolotów bombowych Tu-22M3. Wykonały one czterogodzinny patrol oraz symulację uderzenia rakietowego na cele naziemne. Brzmi to wszystko poważnie? Na pierwszy rzut oka i ucha owszem.

A na drugi? Cóż, skoro nie można grać spektakularnymi obrazkami wielkich manewrów na Białorusi – bo ich nie ma (przypomnę, w tegorocznym „Zapadzie” udział wzięło 10 tys. żołnierzy) – można (a patrząc z rosyjskiej perspektywy trzeba) potrząsać szabelką w inny sposób. Z czym jednak realnie mamy do czynienia? Loty patrolowe samolotów bombowych to nic nadzwyczajnego, a miotane przez nie pociski nie są wielkim wyzwaniem dla natowskich systemów przeciwlotniczych. Wizerunek cudownej broni, jaki usiłuje budować rosyjska propaganda w odniesieniu do Cyrkona, ma z kolei niewiele wspólnego z rzeczywistością. To  ulepszona wersja pocisku Oniks, opracowanego jeszcze w czasach Związku Sowieckiego. Diabelnie szybkiego, to prawda, ale niespecjalnie celnego i już z pewnością nie „niestrącalnego”. Ukraińcy potrafią sobie z nim radzić, używając w tym celu amerykańskich Patriotów. A warto podkreślić, że nie dostali najnowszych wytworów zbrojeniówki zza oceanu (przekazane im systemy prezentują poziom z przełomu wieków).

Skądinąd to znamienne, że epizod „Zapadu” ćwiczyła flota północna, a nie bałtycka. Ta druga, trzymana w szachu na „wewnętrznym morzu NATO”, niespecjalnie miałaby się czym pochwalić (czym nam pogrozić). Takie są fakty.

Co zaś się tyczy nieszczęsnego Iskandera blisko granicy – w gruncie rzeczy była to żałosna próba zwrócenia uwagi polskiej opinii publicznej. Wyrzutnia nie musi wyjeżdżać niemal pod przejście, by mogła być użyta – te rakiety mają zasięg kilkuset kilometrów. To niebezpieczna broń, w Ukrainie siejąca niemałe spustoszenia w miastach na północy kraju. Lecz miejmy świadomość kontekstu – w obwodzie królewieckim jest raptem kilka wyrzutni, które już w pierwszych minutach wojny nie przetrwałyby konfrontacji z naszym lotnictwem (i siłami specjalnymi). A uzupełnić tych strat rosjanie nie mieliby czym i jak. Generalnie, cała królewiecka eksklawa jest – z ich perspektywy – nie do obrony przy wykorzystaniu dostępnych, konwencjonalnych środków. Niegdyś potężnie uzbrojony obwód – na skutek działań wojennych w Ukrainie – został ogołocony z niemal wszystkiego, co miało jakąkolwiek militarną wartość. Mówiąc wprost i dosadnie, dziś to rosjanie winni się bardziej obawiać naszego „wjazdu” niż my ich.

Co warto podkreślić, by odbić piłeczkę rosyjskiej narracji. Nie dla satysfakcji i potrzeby poprawienia sobie nastroju. Jest rzeczą niepokojącą, jak łatwo „obrabia nas” kremlowska propaganda. „Zapad”, gdzie z „niczego” kręci się przysłowiowy bicz – a my to kupujemy (część mediów i opinii publicznej) – jest kolejnym na to dowodem. Dojrzyjmy owo „nic”, i generalnie dostrzeżmy realne możliwości rosyjskiej armii, brutalnie weryfikowane w Ukrainie. I przestańmy u licha panicznie się bać. Ten diabeł wcale nie jest taki straszny…

—–

Całość swoich rozważań na temat „Zapadu” zawarłem w tekście dla portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Kadr ze wspomnianego w tekście filmu.

Spopielenie

Lęk przed atomową zagładą towarzyszy ludzkości od niemal ośmiu dekad. Apogeum powszechnego strachu miało miejsce w latach 80., ale i dziś da się zauważyć wzmożone napięcia wywoływane przede wszystkim szantażami Moskwy. Kreml regularnie grozi światu „niekontrolowaną eskalacją” jako skutkiem zachodniej pomocy dla Ukrainy. Ile w tym blefu, który ma przykryć słabość i niekompetencje rosyjskiej armii, a ile realnego ryzyka? Spróbujmy to ocenić w oparciu o dostępne informacje.

Gdy kończyła się zimna wojna, w arsenałach jądrowych USA i ZSRR znajdowało się 55 tys. głowic (plus kilkaset ładunków u sojuszników obu stron). Co najmniej jedna trzecia z nich była w pełni gotowa do użycia; taka masa amunicji, w połączeniu z niedoskonałością ówczesnych systemów przeciwlotniczych, w razie wybuchu konfliktu oznaczała kilkanaście tysięcy skutecznie porażonych celów. Po kilka tysięcy eksplozji jądrowych na szeroko rozumianym terytorium przeciwnika. Co istotne, następujących w krótki interwale czasowym.

Nie było to zagrożenie nowe: drastyczny wzrost liczby głowic nastąpił w latach 60. Już wtedy wielkość nuklearnych potencjałów dawała gwarancję wzajemnego zniszczenia (ang. mutual assured destruction, MAD), czego pozytywnym efektem była redukcja ryzyka wymiany atomowych ciosów. Ryzyka, ale nie związanych z nim obawy – podkreślę dla porządku.

Po 1991 roku, mimo poważnego zmniejszenia arsenałów, doktryna MAD („szalona” w języku oryginału, co nadaje jej dodatkowego znaczenia), wciąż miała się dobrze. Nadal zakładano, że najlepszym sposobem na zachowanie pokoju jest wzajemne odstraszanie.

A czy dziś takie rozumowanie ma jeszcze sens?

—–

Oficjalnie rosja dysponuje niemal 6 tys. głowic jądrowych, spośród których jedna czwarta jest gotowa do użycia (a większość pozostałych przeznaczona do utylizacji). USA mają nieco mniejszy arsenał, z podobną liczbą „aktywnych” ładunków. Te trzy tysiące głowic to dość, by obawiać się wzajemnego zniszczenia (a są jeszcze ładunki sojuszników).

Wiedzmy jednak, że na Ziemi wykonano dotąd… ponad dwa tysiące prób jądrowych. Większość przeprowadziły Stany Zjednoczone i Związek Radziecki; od 1992 roku Waszyngton i Moskwa utrzymują moratorium na dalsze testy. W latach 2006-2016 doszło do pięciu podziemnych prób w Korei Północnej – i były to ostatnie zarejestrowane eksplozje.

Tak czy inaczej, potoczne, apokaliptyczne wyobrażenia o skutkach tysięcy eksplozji nie są do końca realistyczne. Jak widać, planeta ma się nieźle mimo tylu wybuchów (trapiący ją klimatyczny kryzys nie ma z nimi związku). Oczywiście, jednoczesna detonacja setek ładunków to „inna historia”, ale wcale nie musi do niej dojść.

—–

Kilka dni temu Moskwa planowała zafundować światu pokazówkę i kolejny akt atomowego szantażu. Z poligonu w Plesiecku miała wystartować rakieta balistyczna Sarmat, cud rosyjskiej inżynierii, przeznaczony do przenoszenia ładunków jądrowych na dystanse międzykontynentalne. Skończyło się na blamażu, pocisk bowiem eksplodował w silosie, podczas wypełniania zbiorników paliwem. Nie był uzbrojony, doszło więc „tylko” do poważnych zniszczeń poligonowej infrastruktury, dobrze uchwyconych przez obiektywy satelitów.

RS-28 Sarmat to ulubieniec propagandy i osobiście władimira putina, wielokrotnie opiewany jako „ostateczny argument na Amerykanów”. Wedle samych rosjan, unikalne właściwości pozwalają mu „wykiwać” satelitarne czujniki podczerwieni (podstawowe narzędzie do wykrywania pocisków balistycznych), dają sposobność przelotu na orbicie szczątkowej (czyli szybkiego osiągnięcia celów w USA), ma też Sarmat mieć niezwykle skuteczny system aktywnej obrony. Innymi słowy, to „anałoga w miru niet” (niemający odpowiednika w świecie), z zastrzeżeniem że… niespecjalnie „chce mu się” latać. Dość napisać, że z pięciu ostatnich próbnych wystrzeleń, aż cztery zakończyły się niepowodzeniem.

A mowa o systemie oficjalnie przyjętym do uzbrojenia!

—–

Kłopoty Sarmata ilustrują niemoce w dziedzinie zaawansowanych technologii, a jego pośpieszne wdrożenie prymat propagandy nad realnymi działaniami. Bolączki rosyjskiej armii i przemysłu, które – w połączeniu z innymi słabościami i niekompetencjami – bezlitośnie i po całości obnażyła wojna w Ukrainie. Jej kompromitujący rosjan przebieg rodzi wątpliwości co do kondycji sił strategicznych federacji; one wszak, jak wojska konwencjonalne, również mogą być niczym potiomkinowska wioska.

Jest całkiem możliwe, że spośród półtora tysiąca głowic, część do niczego się nie nadaje. Tak było z wieloma rosyjskimi czołgami, samolotami czy systemami przeciwlotniczymi, które „na papierze” uchodziły za nowe lub zmodernizowane, a już z pewnością za sprawne. A potem okazywało się, że to złom niebezpieczny głównie dla użytkowników.

Te same wątpliwości można odnieść do rakiet-nośników (rosjanie mają ich kilkaset) i samolotów bombowych. Jeśli idzie o te ostatnie – połowa flotylli (maszyny Tu-95) była przez ostatnie 2,5 roku nadmiernie eksploatowana. W efekcie ledwie jedna trzecia bombowców tego typu (kilkanaście sztuk) nadaje się obecnie do długotrwałych lotów bojowych. Niewiadomą pozostaje kondycja okrętów podwodnych przeznaczonych do nuklearnych uderzeń, tak zwanych „boomerów”. Ogłaszane z pompą kolejne modernizacje i budowy nowych oceanicznych jednostek mogą niepokoić, ale przypomnijmy sobie, że wedle tych samych rosyjskich źródeł, zatopiony w 2022 roku flagowy krążownik „Moskwa” także przeszedł gruntowny remont i unowocześnienie.

—–

Do czego zmierzam? Ano do tego, że realne rosyjskie możliwości mogą być mniejsze, niż się zakłada. Że w ewentualnym ataku Moskwa mogłaby użyć nie półtora tysiąca, a „tylko” kilkuset głowic. To wciąż dużo, ale sowieckie symulacje z czasów zimnej wojny przewidywały konieczność porażenia od 300 do 1300 celów, przy czym jako cel rozumiano obiekty wojskowe i miasta (a po prawdzie to przede wszystkim miasta i dotyczyło to zamiarów obydwu stron). Dopiero wówczas – sądzono – udałoby się zrealizować scenariusz unicestwienia przeciwnika.

Dodajmy do tego wiedzę wyniesioną z konfliktu w Ukrainie oraz jego skutki. Najbardziej zaawansowane rosyjskie systemy przeciwlotnicze i przeciwrakietowe znacząco ustępują zachodnim odpowiednikom. A część zestawów – trafiona przez Ukraińców – fizycznie przestała istnieć. Tarcza rosji jest więc wybrakowana, a rosyjscy wojskowi dobrze wiedzą, że wiele z wysłanych na wroga rakiet nie osiągnęłoby celu. I tak z „dużych” kilkuset mogłoby się zrobić „małe” kilkaset skutecznych porażeń, co dla zaatakowanych byłoby wielką katastrofą, ale nie końcem ich świata.

A odpowiedź byłaby miażdżąca. I łatwa do przeprowadzenia, bo rosja to Moskwa, Petersburg i kilkanaście innych dużych miast, a reszta kraju w wymiarze kulturowym się nie liczy.

Tymczasem utrata centrów cywilizacyjnych, bez wcześniejszego zadania wrogowi nokautującego ciosu, podważa sensowność nuklearnej eskalacji. I czyni ją bardzo mało prawdopodobną.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, „Międzyrzecze. Cena przetrwania” i „(Dez)informacji” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Jedna z ponad tysiąca amerykańskich prób jądrowych – eksplozja bomby „Baker” w lipcu 1946 roku na atolu Bikini/fot. Departament Obrony USA/domena publiczna

Tekst pierwotnie ukazał się w portalu Interia.pl

(Nie)wypłacanie

Kremlowska propaganda chwali się, że przez cały 2023 i pierwszy kwartał tego roku do wojska zgłosiło się ponad 600 tys. ochotników. Tymczasem za ten okres wypłacono nieco ponad 400 tys. jednorazowych wynagrodzeń, przyznawanych świeżo upieczonym kontraktorom. Czyżby ochotników było mniej, niż sugeruje ministerstwo obrony?

Taka odpowiedź wydaje się oczywista, wziąwszy pod uwagę rosyjskie realia. Pompowanie statystyk – tak, by dobrze ilustrowały kolejny „sukces” – to codzienność reżimu. Na miano nadzwyczajnego zasługuje fakt, że ujawniające sprzeczność dane można było do niedawna wygrzebać ze sprawozdań dotyczący realizacji budżetu federacji. Sabotaż, wpadka czy celowe działanie, u podłoża którego leży przekonanie, że i tak nikt nie będzie kopał i się czepiał? Nie wiem i nie ma to znaczenia; skupmy się na wskazanej różnicy.

Owe 200 tys. nie musi być wymysłem propagandystów. Mogą to być mężczyźni, którzy kontrakty podpisali, do koszar dotarli, ale obiecane premie do nich już nie. Wystarczy powierzchowna lektura rosyjskich forów poświęconych „specjalnej operacji wojskowej”, by zorientować się, że ochotnicy są przez urzędników MON regularnie oszukiwani. Jednorazowe dodatki nie są im wypłacane, bądź trafiają na konta z istotną zwłoką czy tylko częściowo (dotyczy to również pensji i odszkodowań, ale to temat na oddzielny wpis).

Nie mam na myśli kradzieży, rozumianej jako przejęcie pieniędzy ze świadczenia przez nieuczciwych urzędników (a i takie sytuacje mają miejsce), ale praktykę administracyjną, nastawioną na redukowanie kosztów ponoszonych przez MON.

Na co narzekają głównie żony i matki wojskowych, oni sami bowiem często już nie żyją. Najłatwiej wyrolować rodzinę, gdy wcześniej doszło do śmierci żołnierza, zwłaszcza w pierwszym miesiącu służby – co nie jest niczym nadzwyczajny, bo tylko jedna trzecia rosyjskich rekrutów trafia na dłuższe przeszkolenie, reszta przewidziana jest do roli armatniego mięsa. Chłop nie tylko nie dożywa pierwszej wypłaty, ale też traci prawo do premii za angaż, bo „armia nie miała z niego większego pożytku” – przekonują oszuści. Niektórzy są na tyle bezczelni, by podważać sam akt podpisania kontraktu. „Tego towarzysza u nas nie było i żadnej umowy nie zawierał”. A że „dobrowolec” przepadł? No przepadł, niech się rodzina martwi.

Na jednorazowe wypłaty za zawarcie kontraktu z ministerstwem obrony składają się władze federalne, regionalne i lokalne. Po ostatnich podwyżkach może to być nawet 2,3 mln rubli – nieco ponad 100 tys. zł – ale przeciętnie jest to kwota miliona rubli (46 tys. zł). Gdy zaczynała się „spec-operacja” za podpisanie kontraktu z wojskiem płacono 200 tys. rubli.

—–

Wybaczcie, że dziś tak skrótowo, ale usiadłem do pisania kolejnej książki.

By rzecz nie umknęła Waszej uwadze, zamieszczam skrina z FIRMS-a, globalnego systemu nadzoru satelitarnego rejestrującego pożary na Ziemi. Odczyt z 17.00 ujawnia rozległe ogniska w rosyjskim mieście Sudża i jego okolicy. Co się tam dzieje? Ano rano do obwodu kurskiego weszły regularne odziały armii ukraińskiej (żaden tam rosyjski korpus ochotniczy i inna zbieranina), wsparte artylerią, czołgami i… (!) lotnictwem. Ukraińcy wyizolowali obszar informacyjnie, niewiele wiadomo o tym, co się dzieje, jaka jest skala działań i zamiary atakujących. W rusnecie w każdym razie panika, jakby Ukraińcy rzeczywiście wyprawiali się na Kursk – o czym donoszę z satysfakcją i obiecuję pilotować sytuację.

—–

A dziś dziękuję za lekturę! Pamiętajcie proszę wesprzeć mój raport – subskrypcją lub „kawą”. Bez Was – jako się rzekło – nie znajdę dość czasu na regularne pisanie. Stosowne przyciski znajdziecie poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Zapasy

I weszliśmy w trzecie lato pełnoskalowej rosyjsko-ukraińskiej wojny. Pod koniec czerwca 2022 roku toczyła się bitwa o Donbas, a inicjatywę posiadali rosjanie. Kilkanaście tygodni później ze zdumieniem i podziwem obserwowaliśmy postępy ukraińskiej kontrofensywy na Charkowszczyźnie. Z kolei przed rokiem trwała już inna operacja zaczepna sił zbrojnych Ukrainy – na Zaporożu. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że zakończy się porażką; pośród Ukraińców i obserwatorów konfliktu dominowały optymizm i nadzieja.

A co nam przyniesie obecne lato? Szerzej piszę o tym w felietonie dla „Polski Zbrojnej”, który ukaże się w przyszłym tygodniu (oczywiście udostępnię link). Na potrzeby dzisiejszego tekstu dość stwierdzić, że upalne miesiące upłyną najpewniej w realiach wojny pozycyjnej, w której stroną bardziej aktywną pozostaną rosjanie.

Dlaczego tak uważam? Ano widzę, że moskale się „wypstrykali”. Nadal nie brakuje im ludzi, ale sprzętu ciężkiego już tak. Większość jednostek frontowych ma do dyspozycji najwyżej 40-50 proc. etatowo przewidzianych czołgów, dramatycznie brakuje wozów bojowych, coraz częściej zastępowanych przez… motocykle i niewielkie czterokołowce (umownie nazywane wózkami golfowymi).

—–

Zapyta ktoś, jakim cudem rosja – „leżąca na czołgach” – ma problem z wyekwipowaniem liniowych oddziałów. Ano pamiętajmy, że miażdżąca większość z około 15 tys. maszyn – używanych i zmagazynowanych w 2022 roku – to sprzęt wyprodukowany w czasach ZSRR. Po 1991 roku powstało niewiele nowych czołgów – to, co trafiało do jednostek, było zwykle starą skorupą, odświeżoną i wyposażoną w nowsze, zmodernizowane elementy. Co do zasady – nie ma w tym nic zdrożnego. Do mniej więcej tego samego sprowadza się apgrejt amerykańskich Abramsów. Oba procesy różni jakość wykonania; jak niska była ona (i nadal jest) w przypadku maszyn z rodziny T, przekonujemy się każdego dnia w Ukrainie.

W latach 2011-2020 rosyjska zbrojeniówka dostarczała armii rocznie 160-170 sztuk zmodernizowanych wozów T-72 oraz około 50 w wersji T-80. W 2021 roku było to już tylko kilkadziesiąt maszyn. Łącznie w całym tym okresie do jednostek bojowych trafiło około 2 tys. czołgów o względnie wysokiej wartości bojowej. Wszystkie one poszły już z dymem.

—–

(Pro)rosyjscy propagandyści co rusz przekonują, że rosja masowo produkuje nowe czołgi. Na poparcie tej tezy otrzymujemy bogaty materiał filmowy i zdjęciowy, ilustrujący hale fabryczne czy ładowane na eszelony maszyny. Te multimedia nie są sfabrykowane, lecz i tak nie oddają prawdy. W trzecim roku pełnoskalowej wojny rosyjski przemysł nadal wytwarza nowe czołgi ś l a d o w o. To raptem 20-30 maszyn typu T-90 Proryw. T-72 i T-80 nie są produkowane od 1998 roku, ostatnio udało się rosjanom uruchomić ograniczoną produkcję silników do T-80. Tyle z zapowiadanych przez propagandę sukcesów…

Mimo administracyjnych wybiegów, których celem jest militaryzacja rosyjskiej gospodarki, moce produkcyjne dwóch fabryk zajmujących się produkcją i modernizacją czołgów nie wzrosły. Cóż bowiem z tego, że załoga ma pracować w reżimie trzyzmianowym, skoro brakuje elektronicznych komponentów zachodniego pochodzenia (niezbędnych na przykład w systemach celowniczych)? Skoro część parku maszynowego nie nadaje się do użytku – poradziecka z uwagi na zużycie, nowoczesna z powodu sankcji (brak części zamiennych, niedziałający soft itp.). Można mieć kupę stali, ale bez obrabiarek ani rusz. Brak tych ostatnich usiłują rosjanie obejść w desperacki sposób – kupując od Chińczyków używane, wycofane z linii produkcyjnych urządzenia made in Japan.

A to nie jest ich jedyny problem. Jak wylicza Aleksander Kowalenko, ukraiński analityk militarny, do produkcji T-72 potrzeba 6,5 tys. form prasowych, a czołg składa się z 20 tys. części, z których większość nie jest od lat wytwarzana. Brakuje nie tylko narzędzi, ale też dokumentacji i kadry (w rosyjskim przemyśle zbrojeniowym są etaty, na produkcji, gdzie jest aż 47 proc. wakatów). Więc owszem, zakłady i warsztaty pracują w trybie trzyzmianowym, ale mogą co najwyżej remontować.

—–

Jaka jest skala tych remontów? W najlepszym dla siebie momencie, wiosną ub.r., rosjanie byli w stanie „udrożnić” do służby około 200 czołgów miesięcznie (nie mam na myśli napraw w przyfrontowych warsztatach), średnia z wojennych miesięcy nie przekracza 150 sztuk. Oczywiście to sporo, ale są dni, kiedy armia rosyjska traci po kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt czołgów, rzadko kiedy jest to mniej niż pięć sztuk. Zatem bieżąca „produkcja” nie zapewnia nawet pełnej kompensacji poniesionych strat. A rezerwuar stosunkowo nowych maszyn – nadających się do remontu – nieskończony nie jest. To dlatego moskale odbudowują swój potencjał pancerny sięgając do coraz głębszych zapasów. Nie byłoby potrzeby przywracania do służby 50-letnich T-62, gdyby inne zmagazynowane wozy, młodsze o 10-20 lat T-72, do czegokolwiek się jeszcze nadawały. Wiele się nie nadaje, więc jest jak jest – kilkanaście dni temu podziwialiśmy zdjęcie T-54 wysłanego do Ukrainy. Maszyny tego typu liczą sobie… 70 lat.

—–

Oczywiście, „nowość” nie jest decydującym atrybutem, zwłaszcza że czołg po remoncie może być wyposażony w generacyjne nowsze komponenty, które podnoszą jego wartość.

Ale przywracane do służby wozy, nawet te najmłodsze, nie są „bogato” udoskonalane (pomijam wszelkie wariacje na temat ochrony antydronowej). Nie pakuje się do nich masowo najnowszej opto-elektroniki, bo jej brakuje. Rosyjska nie jest tak dobra jak zachodnia, a sankcje – choć łamane na różne sposoby – nie pozwalają na pozyskiwanie podzespołów w pożądanej liczbie. Tak naprawdę wychwalane przez rosyjską propagandę „najnowsze” T-90, to bieda-czołgi w porównaniu z przedwojennymi egzemplarzami.

No i rosjanom czkawką odbija się niska jakość wykonania. Silniki do czołgów T-72/90 wymagają remontu po tysiącu godzin użytkowania. Wozy, które wjechały do Ukrainy na początku roku – a nie zostały zniszczone – i tak nie są dziś zdatne do użycia. A owe 1000 km to i tak dobry wynik – najstarsze „klamoty” (T-62/55/54) często psują się po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów. Teoretycznie mogłyby pełnić role statycznych punktów obrony. Z uwagi na wysoką awaryjność armat produkowanych w latach 60. i 70., nawet w tym zakresie nie spisują się zbyt dobrze.

—–

Ukraińcy twierdzą, że zniszczyli już osiem tysięcy wrogich czołgów. Dostępny materiał zdjęciowy i filmowy pozwala przyjąć, że z całą pewnością z walki wyeliminowanych zostało niemal trzy tysiące rosyjskich tanków. Część z nich dałoby się wyremontować, ale tu zaczynają się kolejne schody. Mimo prób ukrócenia tych praktyk, wycofywane z frontu maszyny są po drodze okradane z każdego elementu, który da się sprzedać. Rosyjscy żołnierze handlują głównie za wódkę – ów rys kulturowy moskiewskiej armii nadal pozostaje silny i niezmienny. Ogołocone skorupy często nie nadają się do żadnego remontu – w ich miejsce lepiej wyciągnąć coś z głębokiego magazynu. Ale dotychczasowy „przerób” oraz fatalna jakość głębokiego magazynowania – zwykle pod chmurką – mocno ów rezerwuar uszczupliły.

A z pustego i Salomon nie naleje…

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. T-62 po apgrejdzie; tyleż to ciekawa, co żałosna przeróbka czołgu-dziadka/fot. anonimowe źródło rosyjskie