Powściąganie

Wojna w Ukrainie jest największym konfliktem w Europie po 1945 roku. To najpoważniejsze starcie XXI wieku, pośrednio angażujące kilkadziesiąt krajów; de facto kolejna wojna światowa, wszak ogniskująca się na ograniczonym obszarze. Wedle najostrożniejszych szacunków (amerykańskich i brytyjskich służb), pochłonęła dotąd 600 tys. ofiar – zabitych i rannych żołnierzy oraz cywilów. Tylko w pierwszym roku „pełnoskalówki” zniszczono i uszkodzono 150 tys. (!) budynków. Trudno nie mówić o wielkim dramacie, ale warto też mieć świadomość, że mogło być gorzej. Nie jest, bo rosja i Ukraina nie wykorzystują w pełni swoich potencjałów. Jakich i dlaczego?

Odnośnie rosjan – nie, nie chodzi mi o rzekome Wunderwaffe – wszystkie te Armaty czy Su-57 – nie mam również na myśli schomikowanych w dużej liczbie przyzwoitych czołgów, BWP-ów czy dział samobieżnych; takie rezerwy bowiem nie istnieją. Nie będę Was przekonywał, że moskale znacznie wcześniej mogli zadać dotkliwy cios ukraińskiej energetyce – co stało się na początku trzeciego roku wojny. Nie mogli; owszem, mieli i mają stosunkowo liczne lotnictwo strategiczne, ale Ukraińcy weszli w konflikt z przyzwoitą obroną przeciwlotniczą – i dopiero jej zapaść z przełomu 2023 i 2024 roku (będąca efektem strat i zużycia) dała agresorom większą swobodę działania.

No więc nie o powściąganie w używaniu arsenału konwencjonalnego idzie. Asem w rękawie rosjan jest broń jądrową.

Jej użycie niekoniecznie oznaczałoby równanie z ziemią całych miast – do czego zwykle sprowadzają się potoczne wyobrażenia o atakach jądrowych. Te wyobrażenia – pozwólcie na dygresję – ukształtowały się w pierwszych dwóch dekadach zimnej wojny. Wtedy rzeczywiście fiksowano się na budowie ładunków termojądrowych – zabójców całych metropolii – ale z czasem przyszło opamiętanie. Wojna termojądrowa miałaby eksterminacyjny charakter, byłaby NADefektywna w skali całego globu, co sprawiało, że nikomu nie opłacało się jej zaczynać. Na gruncie tej refleksji pojawiły się pomysły o ograniczonym, taktycznym wykorzystaniu „atomówek” odpowiednio „małej” mocy. Takich, których wybuch zabijałby po kilka-kilkanaście tysięcy żołnierzy przeciwnika i nie byłby równoznaczny ze zniszczeniem i skażeniem rozległych obszarów. W rosyjskim arsenale jest sporo takich ładunków – użycie pojedynczego czy nawet kilku-kilkunastu nie wywołałoby gigantycznej katastrofy ekologicznej. Zarazem pozwoliłoby zadać poważne straty armii ukraińskiej, a w warstwie psychologicznej mogłoby wywołać efekt mrożący – tak pośród Ukraińców, jak i ich sojuszników.

Kreml rozważał już sięgnięcie do arsenału jądrowego, przerażony ukraińskimi zwycięstwami z lata i jesieni 2022 roku. Tamę miały postawić dwa kraje – Chiny, grożąc odcięciem rosji od ekonomicznej kroplówki, oraz USA, które przedstawiły inne ultimatum. Jakie? Jeśliby uważnie prześledzić publiczne wystąpienia emerytowanych szefów amerykańskich spec-służb i prominentnych niegdyś wojskowych, które padały w tamtym czasie, wyłania się z nich scenariusz bolesnego odwetu. Byłoby nim zniszczenie kluczowych elementów rosyjskich sił inwazyjnych w Ukrainie i posłanie na dno floty czarnomorskiej – przy użyciu konwencjonalnych środków bojowych.

Potencjał sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych pozwalałby na takie przedsięwzięcie, trudno ocenić, czy Waszyngton miałby dość politycznej woli, by przejść do czynów. Faktem jest, że broni „A” na Wschodzie nie użyto, a wobec skali rosyjskich zbrodni naiwnością byłoby założyć, że Kreml kieruje się względami humanitarnymi.

Poza lękiem przed reakcjami USA i Chin idzie tu raczej o wyrachowaną kalkulację, którą można by ująć w kilku punktach. Po pierwsze, nie ma pewności, czy wybuch jądrowy – czy nawet ich seria – złamałyby ukraiński opór. Biorąc pod uwagę to, co obserwowaliśmy w 2022 i 2023 roku, równie dobrze mógłyby zwiększyć determinację obrońców.

Po drugie, atak jądrowy i ryzyko załamania się ukraińskiej operacji obronnej zapewne zmobilizowałyby Zachód, który upadku Ukrainy nie chce, do znacznie wydatniejszej pomocy wojskowej. A przynajmniej taką możliwość musieliby założyć rosyjscy generałowie.

Po trzecie, w rosji trwa „medialna obróbka” narodu, zgodnie z którą „operacja specjalna” to rozprawa nie tylko z „faszyzującą Ukrainą”, ale i całym Zachodem. To ich wersja wojny dobra ze złem. Konfliktu, w którym „nasze malcziki sobie radzą!”. Po co więc ta bomba? Jak zracjonalizować „swoim” jej użycie? W rosyjskiej propagandzie niewiele jest logiki, niemniej byłaby to kwadratura koła. Tym bardziej niebezpieczna, że atak jądrowy zrujnowałby inny, niezwykle istotny element narracji, mówiący o „delikatności” rosyjskiej armii. Nam może się to wydawać absurdalne, ale wielu rosjan wierzy, że ich żołnierze nie mordują, nie strzelają do cywilnych obiektów, nie grabią, nie gwałcą i generalnie postępują według zasad fair play. Przywalenie „atomówką” średnio pasuje do tego obrazu.

Obrazu budowanego także w międzynarodowym przekazie – tam, gdzie Kremlowi udaje się narzuć wizję rosji reagującej zbrojnie na prowokacje Zachodu, w szczególności USA. Afryka, część Azji i Ameryki Południowej kibicuje rosjanom nie tyle z sympatii do ich kraju, co z antypatii do Amerykanów. Istotne są rzecz jasna interesy ekonomiczne, co tylko podbija stawkę. Północ i Południe globu nie różnią się w zakresie postrzegania broni jądrowej jako ostatecznego argumentu. Moskwie zatem trudno byłoby znaleźć uzasadnienie dla sięgnięcia po „atom” – to Zachód/Ukraina musiałyby jako pierwsze wykonać jakąś „grubą akcję”. Bez tego rosja straciłaby w oczach sympatyków, co przełożyłoby się na dalszą polityczną i ekonomiczną izolację.

Warto mieć na uwadze, że istotna baza dla prorosyjskości to postrzeganie USA jako „imperialisty”, łatwo sięgającego po przemoc. Owa łatwość bierze się z poczucia bezkarności, gwarantowanego m.in. przez arsenał jądrowy. Którego Amerykanie – to niezwykle ważny element – już raz użyli wobec innego kraju, mordując dziesiątki tysięcy ludzi. Zrzut bomby „A” na Ukrainę byłby wejściem rosji w amerykańskie buty – w czym zawiera się ostatnie zastrzeżenie.

—–

A przed czym wystrzega się druga strona? Najpierw odrobina historii.

23 października 2002 roku czeczeńskie komando Mowsara Barajewa zajęło moskiewski teatr na Dubrowce wraz z niemal tysiącem widzów. Terroryści zażądali zakończenia wojny w Czeczenii i wycofania stamtąd rosyjskich wojsk. Dali Kremlowi tydzień, po czym mieli zacząć zabijać zakładników. Tych jednak zabili ci, którzy powinni ich uwolnić – rosyjscy antyterroryści szturmujący obiekt trzy dni później. W czasie akcji – w której użyto mieszanki gazów usypiających – życie straciło 40 zamachowców i 130 cywilów. Zawaliła rosyjska organizacja – w tym przypadku niedostatecznie przygotowana i fatalnie przeprowadzona ewakuacja podtrutych zakładników. Ale to była tylko finalna „skucha”. Jak bowiem kilkudziesięcioosobowe komando – wyposażone w kałasznikowy i ładunki wybuchowe – dostało się z Czeczenii do centrum rosyjskiej stolicy?

Czeczeni wyruszyli do Moskwy i dotarli na miejsce w zwartej grupie. Przebyli niemal dwa tysiące kilometrów przez wrogi kraj, pełen milicyjnych i wojskowych posterunków. Jak się okazało albo wcale ich nie sprawdzano, albo od sprawdzenia odstępowano – w zamian za wysokie łapówki.

Do czego zmierzam? Do wskazania warunków nie tyle ułatwiających, co wręcz zachęcających do ukraińskiej dywersji w rosji. Pierwszy to korupcja, która przed laty pomogła Czeczenom (nie tylko przy okazji Dubrowki; kaukaskie komanda wykonały w latach 90. kilka podobnych rajdów). Drugi to kulturowa bliskość – doskonała znajomość języka rosyjskiego, zwyczajów, obyczajów; Czeczeni też te atuty posiadali, ale umniejszone przez antropofizyczne cechy. Z tym wiąże się trzeci czynnik – zaplecze. Historia splotła Ukraińców i rosjan na różne sposoby, także poprzez więzy rodzinne i towarzyskie. Tworzą one obszar, w którym łatwo znaleźć bezpieczne kryjówki, przyczaić się. Dodajmy do tego wysoki poziom wyszkolenia ukraińskich „specjalsów”i równie wysoką motywację (nieodzowną, gdy operuje się na terytorium wroga). No i rosyjski „bardak” – bylejakość i bałagan – objawiający się także w podejściu do zabezpieczenia ważnych obiektów. W efekcie otrzymujemy wybuchową, dosłownie, mieszankę.

Ukraińcy mogliby rozkręcić w rosji kampanię terrorystyczną na niespotykaną skalę. Nie mówię o intencjonalnym porywaniu ludzi, ale o uderzeniach w infrastrukturę krytyczną i stricte wojskową, realizowanych bez oglądania się na straty uboczne. Dotychczasowe „pożary”, ataki dronów i zamachy byłyby przy tym przygrywką z placu zabaw. Co Ukraińców powstrzymuje? Względy humanitarne na pewno mają tu znaczenie (choćby z pragmatycznego punktu widzenia, uwzględniającego ukraińskie aspiracje), ale w mojej ocenie najważniejszym „hamulcowym” pozostaje Zachód i widmo odcięcia od pomocy wojskowej, której koalicja odmówiłaby Kijowowi, gdyby ten sięgnął po „niegodne” środki.

Smycz – w postaci atomowego szantażu – trzymają też rosjanie, choć warto dostrzec, że to linka z dwiema obrożami. Można bowiem wyobrazić sobie, że Moskwa sięga po broń jądrową, a w odpowiedzi Kijów rozpoczyna bezpardonową operację terrorystyczną; innymi słowy, obie strony skutecznie się szachują (co oznacza też, że obawę przed ukraińską zemstą należy dopisać do zestawienia rosyjskich „nie” dla opcji atomowej).

—–

Nz. Zdjęcie ilustracyjne, przedstawiające finał operacji „Teapot” z 1955 roku – jeden z odtajnionych testów bomb atomowych/fot. domena publiczna

A gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Ps. Ów tekst – w krótszej formie – ukazał się pierwotnie w portalu Interia.pl, pod wskazanym linkiem.

„Niedźwiedź”

To miała być trzecia z kolei doroczna defilada po zdruzgotaniu „ukraińskiego nazizmu”. Projekcja siły – huk dziesiątków odrzutowych silników, chrzęst setek gąsienic, tupot tysięcy podkutych buciorów; głośne „uraaa!” zwielokrotnione medialnym przekazem, idące w świat wraz z przesłaniem, że rosja jest niepokonana i nie ma sensu z nią zadzierać.

Bo „Ukraina głupcze…”.

No więc miało być imperialne święto, a dawne zwycięstwo stanowić jedynie pretekst do celebracji współczesnego triumfu. Wyszła zaś kolejna bieda-parada rozpaczliwie odwołująca się do coraz bardziej zamierzchłej historii. Z symbolicznym udziałem ciężkiego sprzętu – widać, że co tylko może, Moskwa wypycha na front – „opędzona” w dużej mierze młodzikami ze szkół wojskowych.

Kompletnie zignorowana przez światowe media.

I nawet pogoda nie dopisała, bo przed południem w Moskwie znów sypał śnieg.

Sypał na głowy zagranicznych gości putina, których obecność – jak jeszcze wczoraj donosiły zatroskane media – ma być dowodem przełamywania przez rosję międzynarodowej izolacji. No więc stanęli obok „bunkrowego dziada” prezydenci takich potęg jak Białoruś, Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan, Turkmenistan, Kuba, Laos i Gwinea-Bissau. Czołg mi jedzie w oku, jeśli to jest owo przełamanie.

A Czasiw Jar wciąż niezdobyty, choć miał być prezentem rosyjskich generałów dla putina z okazji dnia pobiedy.

Tak, Czasiw Jar, dwunastotysięczne przed wojną miasteczko.

Wiem, wiem, aktualne zmagania na doniecczyźnie – ogniskujące się wokół „Czasika” – są o nieco większą stawkę. Idzie w nich mianowicie o takie nasze dwa Włocławki lub Elblągi – bliźniacze miasta Słowiańsk i Kramatorsk. Oto skala bieżących wyzwań i zdolności „drugiej armii świata”.

Patrząc z perspektywy jego konwencjonalnych zasobów, to nawet nie jest cień wojska, które wygrało wschodnioeuropejskie zmagania podczas II wojny światowej. Nie żeby tamta armia była jakoś szczególnie dobra – była duża, a ilość czasem przechodzi w jakość. Wtedy przeszła, teraz nieszczególnie może.

Znów widać to na froncie, po słabnącym impecie rosyjskiego natarcia.

Słabną, bo przygotowują się do wielkiej ofensywy – twierdzą co poniektórzy. I pewnie dlatego na placu czerwonym zabrakło dziś setek nowoczesnych czołgów, samobieżnych dział i mobilnych wyrzutni – skitranych gdzieś po krzakach w oczekiwaniu na sygnał do ataku. Gęste to muszą być krzaki… I pewnie dlatego Moskwa znów używa atomowego straszaka nieplanowanych ćwiczeń jednostek wyposażonych w broń jądrową – co czyni zawsze, gdy jej oddziały na froncie wpadają w kłopoty, bądź gdy Zachód przekracza następne „czerwone linie”, dostarczając ukraińskiej armii bardziej zaawansowane uzbrojenie.

Bo nie wiem, czy wiecie, ale ATACMS-y smażą kolejne rosyjskie sztaby, tylko w tym tygodniu posyłając w diabły dziesięciu orczych pułkowników.

Nie, nie lekceważę moskiewskiej watahy – dla państw- i armii-średniaków to bardzo groźny przeciwnik. Ale u licha, nie dajmy się zwodzić narracji o „obudzonym niedźwiedziu”, który teraz dopiero wszystkim – nie tylko Ukrainie – pokaże.

Pokaże, jak pokazała dzisiaj – z okazji dnia pobiedy – państwowa korporacja Rostec, prezentując grafikę myśliwca Su-57 pomalowanego w barwy samolotu Ła-7 z czasów II wojny. Nie pomalowanego okolicznościowo myśliwca, nie demonstratora, nawet nie atrapy, a grafikę przedstawiającą oba samoloty. Taki „miś” na miarę (neo)sowieckich możliwości. Bardzo a propos…

PS. Rzeczona grafika przedstawia maszynę należącą do radzieckiego asa myśliwskiego, Iwana Kożeduba. Który był Ukraińcem…

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Parada w śniegu/fot. Kremlin.ru

Szantaż

26 lutego 2022 roku był trzecim dniem pełnoskalowej inwazji na Ukrainę. Wedle zapowiedzi kremlowskiej propagandy – tożsamych z ocenami wielu zachodnich analityków – ukraiński zorganizowany opór miał właśnie dogorywać. Tymczasem działo się dokładnie na odwrót – obrona tężała, a rosjanie, choć w wielu miejscach posuwali się naprzód, ponosili dotkliwe straty. Także wizerunkowe, oto bowiem z wojennej mgły wyłaniał się coraz bardziej kompromitujący obraz rosyjskiej armii.

putin postanowił reagować – i rozkazał ministerstwu obrony, by przez Moskwę przejechały mobilne wyrzutnie z rakietami przeznaczonymi do przenoszenia głowic jądrowych. Potężne zestawy pojawiły się na stołecznych ulicach popołudniu (rzekomo w ramach przygotowań do defilady z okazji dnia zwycięstwa), o czym niezwłocznie poinformowały i co dokładnie zilustrowały służby prasowe resortu. Kreml przypominał i przestrzegał: „mamy ‘atomówki’, nie należy wątpić w nasze militarne możliwości”. Zarazem – zapewne wbrew intencjom – zaprzeczył oficjalnym deklaracjom, zgodnie z którymi operacja w Ukrainie szła zgodnie z planem. „Nie ma lepszej recenzji skali i charakteru ukraińskiego oporu”, napisałem wówczas na Facebooku, komentując „atomowe” zdjęcia rosyjskiego MON. Dużo bardziej kąśliwie zareagowali nad Sekwaną. „My też mamy broń jądrową…”, komunikat tej treści pojawił się na profilach społecznościowych Quai d’Orsay, francuskiego MSZ.

Następnego dnia zrobiło się nieco poważniej: putin ogłosił, że siły nuklearne rosji wchodzą w stan podwyższonej gotowości bojowej. Sytuacja zaczynała przypominać fabuły zachodnich powieści i filmów o dobrych Amerykanach i złych ruskich, których władca – w obliczu militarnego niepowodzenia – traci maskę zimnokrwistości oraz zdolność do racjonalnej oceny sytuacji. W filmowo-książkowych narracjach najczęściej kończyło się to pałacowym przewrotem, poprzedzonym jednak poważnymi incydentami, z wybuchami „atomówek” włącznie. Jak wiemy, rzeczywistość nie sprostała standardom Hollywood, ale pierwsze poważne lęki, że konflikt rosji z Ukrainą może wymknąć się w stronę nuklearnej eskalacji, zostały zasiane.

Obawiali się nie tylko Ukraińcy – strach dopadł też społeczeństwa zachodniej wspólnoty, która właśnie zaczynała stawać za Ukrainą murem. Bo i owszem, obnażana przed światem kiepska kondycja rosyjskiej armii pozwalała wątpić w wysoką sprawność arsenału jądrowego rosji. Tyle że rozważania, czy 50 proc. rosyjskich głowic nadaje się do użycia, czy „tylko” 10, nie miały większego sensu. W 2022 roku federacja dysponowała 6 tys. ładunków, a już pojedynczy wyrządziłby wielkie szkody, kilka lub kilkanaście eksplozji przyniosłoby poważną katastrofę w skali kontynentu.

Kolejne miesiące rosyjsko-ukraińskiej wojny ugruntowały znaczenie atomowego straszaka, który stał się dla Moskwy polisą ubezpieczeniową. Machanie nią przed oczami światowej opinii publicznej nie było wyrazem siły i pewności siebie – przeciwnie. Zauważmy pewną prawidłowość – nowe szantaże putina i jego ludzi pojawiały się za każdym razem, gdy rosja wpadała na froncie w kłopoty – jej siły konwencjonalne znów „dawały ciała” – bądź gdy Zachód przekraczał następne „czerwone linie”, dostarczając ukraińskiej armii coraz bardziej zaawansowane uzbrojenie. I choć te wrzaski dowodziły bezsilności Kremla, zarazem okazały się całkiem skutecznym narzędziem. Zostawiały bowiem cień niepewności co do determinacji rosjan, technicznie wciąż zdolnych do wyprowadzenia atomowego ciosu nie tylko Ukrainie, ale i członkom NATO. Gdyby nie ta niepewność (istota wspomnianej polisy), współpraca Sojuszu Północnoatlantyckiego z Ukrainą najpewniej wyglądałaby inaczej. W najgorszym dla Moskwy scenariuszu doszłoby do otwartej konfrontacji zbrojnej z Zachodem, która – zważywszy na różnice konwencjonalnych potencjałów – zakończyłaby się klęską rosji. W wersji light brak ryzyka atomowej eskalacji mógłby skłonić zachodnich przywódców do przekazania Kijowowi znacznie większej ilości i szerszego asortymentu broni ciężkiej, lotniczej, rakietowej, co oznaczałoby kolejne problemy armii inwazyjnej, a najpewniej również jej zagładę.

Tego rodzaju kalkulacje czyniono w wielu rządowych gabinetach, a dla bandyckich reżimów stało się jasne, że jedynie własny „atom” zapewnia właściwy poziom bezpieczeństwa. W najbliższych latach należy zatem spodziewać się intensyfikacji programów jądrowych oraz prób nielegalnego pozyskania broni „A” przez różne podmioty państwowe. Poza rosyjskim, pouczający pozostaje przykład Korei Północnej. Choć to obrzydliwie opresyjna dyktatura, strach jej tykać, bo skutki dla regionu – niewielkiego w gruncie rzeczy półwyspu – byłyby dramatyczne. W grudniu 2023 roku spotkałem się z emerytowanym generałem południowokoreańskiej armii. Głównym tematem rozmowy była współpraca przemysłów naszych krajów, ale skorzystałem z okazji i poprosiłem o ocenę możliwości wojsk Kim Dzong Una. „Dla nas jedynym poważnym zmartwieniem są ich głowice nuklearne”, usłyszałem. W takim kontekście łatwiej zrozumieć działania Chin, w 2022 roku posiadających stosunkowo skromny zasób 350 głowic jądrowych. Z danych Pentagonu wynika, że Pekin zamierza podwoić arsenał do 2027 roku, a trzy lata później dysponować już tysiącem pocisków.

Myślenie w kategoriach atomowego zabezpieczenia nieobce jest też Ukraińcom. Ale o tym przeczytacie w książce, nad którą właśnie pracuję. A która, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, ukaże się pod koniec lutego przyszłego roku. Do lektury „Zabić Ukrainę! Alfabet rosyjskiej agresji” zapraszam już dziś.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Irinie Wolańskiej, Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Joannie Marciniak i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Remiemu Schleicherowi, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi i Sławkowi Polakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich 10 dni: Ani CC, Michałowi Wacławowi, Michałowi Baszyńskiemu i Maciejowi Krukowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Screen wpisu rosyjskiego MON z 26 lutego 2022 roku