Zuchwałość

Zniszczenie przez rosjan elektrowni i sieci przesyłowych – co doprowadziło ukraińską energetykę do utraty 60 proc. mocy – to państwowy terroryzm „najczystszej wody”. Jest lato, więc najpoważniejsze skutki humanitarne tego działania dopiero przed nami. Jakie? Niewykluczone, że Ukrainę czeka kolejny exodus, zwłaszcza gdyby zima okazała się mroźna i długa.

Dlaczego o tym wspominam? Ano staram się ubiec jojczenie wszelkiej maści „oburzonych”, gdyby okazało się, że celem ukraińskiej operacji w rosyjskim obwodzie kurskim jest przejęcie tamtejszych instalacji energetycznych. Nade wszystko kurskiej elektrowni jądrowej, ale też zajętej już przez ZSU przepompowni gazu w Sudży.

Dopuszczam takie intencje, choć oceniam je jako mało prawdopodobne.

Zaraz do tej kwestii wrócę, ale najpierw kilka słów o innym scenariuszu. Obserwując ukraińskie działania i wiedząc już więcej o skali przedsięwzięcia (w które może być zaangażowanych nawet 10 tys. żołnierzy ZSU), coraz bardziej skłaniam się ku hipotezie, że dowództwo armii ukraińskiej chce odciągnąć jak najwięcej rosyjskich jednostek z innych odcinków frontu. Trudną sytuację obrońców w Donbasie i na Zaporożu poprawiłoby dosłanie rezerw, ale taki sam efekt można osiągnąć zuchwałym uderzeniem na tyły przeciwnika – w tym przypadku rozumiane jako jego rdzenne terytorium, co niesie dodatkowe, poważne korzyści propagandowe.

Sądząc po docierających z rosyjskiej strony wiadomościach, moskale weszli w szyte przez Ukraińców buty. Już wczoraj zaczęli wycofywać i przerzucać oddziały dotąd zaangażowane na centralnym i południowym odcinku frontu. Co istotne, w pierwszym rzędzie dotyczy to rosyjskiej „straży pożarnej” – jednostek powietrznodesantowych, których obecność w Donbasie i na Zaporożu mocno doskwierała obrońcom.

Ten scenariusz zakłada, że Ukraińcy planują nieco dłuższy pobyt na rosyjskiej ziemi. I twardą obronę na wysuniętych od granicy pozycjach. Oznaczałoby to dla rosjan konieczność zaangażowania dużych sił do prób zniwelowania zagrożenia. Jeśli istotnie Ukraińcy trzymają tam (w obwodzie kurskim i przyległych doń obszarach Ukrainy) 10 tys. ludzi, rosjanie musieliby rzucić do walki nawet pięciokrotnie liczniejszy kontyngent, przyzwoicie wyposażony w sprzęt ciężki i pochłaniający istotną część zasobów przeznaczonych na „spec-operację”. Przypomnijmy, armia rosyjska w Ukrainie liczy obecnie ponad pół miliona żołnierzy, z których połowa bierze czynny udział w działaniach bojowych. Wycofanie 10 proc. najwartościowszych sił byłoby poważnym osłabieniem wojsk inwazyjnych. Co przyniosłoby Ukraińcom ulgę, a kto wie, może nawet pozwoliło im na przeprowadzenie ograniczonej operacji zaczepnej na własnym terenie (dziś, po zaskakującej akcji w obwodzie kurskim, nie warto z góry zakładać, że ZSU nie są zdolne do takich akcji).

A teraz wróćmy do wspomnianego na wstępie scenariusza. Byłby „hultajski”. Dałby asumpt do zrównywania Ukraińców z rosjanami i ich atomowym terroryzmem, którego najdonioślejszym przykładem jest okupacja zaporoskiej elektrowni jądrowej. Już pojawiają się oskarżenia – napędzane wzrostem cen błękitnego paliwa – że zajęcie przepompowni w Sudży ma na celu szantażowanie Europy, do której trafia rosyjski gaz. Trochę to niemądre, wszak nitki gazociągu wiodą przez Ukrainę i ta – by namieszać – wcale nie musiałaby zajmować przepompowni na rosyjskim terenie. Tak czy inaczej, sklejanie Ukraińców z praktykami terrorystycznymi już się dzieje. Co jest ryzykowne, wziąwszy pod uwagę nierealistyczne oczekiwania Zachodu – tak polityków, jak i opinii publicznych – z których wynika, że Ukraińcy winni być krystaliczni i krystalicznie prowadzić wojnę.

W tej perspektywie zajmowanie elektrowni to pomysł na utratę wsparcia sojuszników – a przynajmniej trzeba się z tym liczyć.

Ale zarazem pomysł do zrealizowania, wszak wystarczy tam wejść – rosjanie nie są na tyle niemądrzy, by obiekt próbować odbić. Co byłoby potem? Ano handel wymienny – „my wam kurską, wy nam zaporoską”. Desperackie to do bólu (i między innymi dlatego, moim zdaniem, mało prawdopodobne). Ale Ukraina jest w desperackiej sytuacji, doprowadzona do niej przez rosjan – zuchwałość w takich okolicznościach nie wydaje mi się jakąś szczególnie istotną wadą.

Ps. Ukraińskie oddziały prą bardziej na zachód niż na północ, w stronę elektrowni. Albo nie jest ona ich celem, albo… zamierzają ją oskrzydlić.

Dziękuję za lekturę! Jeśli spodobał się Wam ten tekst, szerujcie go proszę. Pamiętajcie również o tym, że piszę głównie dzięki Wam – Waszym subskrypcjom i „kawom”. Trzeba mi ich jak diabli, bo ostatnio ze zbieraniem środków na raport jest „tak se”. Pomożecie? Stosowne przyciski znajdziecie poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Mapa sytuacyjna z rana/fot. WarMapper.org

Tarapaty

Dziś obiecany zapis rozmowy, jaką kilka dni temu przeprowadził ze mną red. Marcin Jan Orłowski z portalu Interia.pl. Jej konkluzja skłoniła mnie do napisania teksu, który opublikowałem wczoraj. Tych, którzy go nie czytali, zapraszam do lektury – ale lepiej po uprzednim odsłuchaniu wywiadu.

Gdzie mówię m.in. o tym że:

– w kolejnych tygodniach należy spodziewać się coraz większych problemów rosyjskiej armii, przy jednoczesnym wzroście możliwości Sił Zbrojnych Ukrainy…

…a więc staram się odtruć dominujący w Polsce, pesymistyczny przekaz, skażony rosyjską dezinformacją.

Ale nie uciekam od realizmu:

– obecnie i Ukraina, i rosja byłyby beneficjentami zawieszenia broni i „komfortu” niepodejmowania operacji wojskowych. Ale obie strony są też więźniami własnych retoryk. I tak putinowi trudno byłoby uzasadnić rozmowy pokojowe, gdy jego armia zdobyła tak niewiele, biorąc pod uwagę wyjściowe oczekiwania. Z kolei prezydentowi Zełenskiemu niełatwo byłoby wytłumaczyć Ukraińcom konieczność pogodzenia się ze stratą części terytoriów.

I dalej:

– musimy mieć świadomość, że rozmowy-przymiarki na niższych szczeblach, niezależnie od deklaracji składanych przez obie strony, były prowadzone przez cały czas. Jedyne, co się zmieniło, to fakt, że pojawiają się w przestrzeni medialnej autoryzowane informacje o coraz większej gotowości Kijowa i Moskwy do negocjacji. Ale nie wyciągałbym z tego poważnych wniosków, bo obie strony nadal tak definiują warunki brzegowe, że są one nieakceptowalne i dla Ukraińców, i Rosjan. Tak naprawdę nie mamy jeszcze do czynienia z żadnym przełomem.

Mam nadzieję, że Was zachęciłem do odsłuchania całości.

Ufam, że przełoży się to również na Wasze wsparcie dla mojego ukraińskiego raportu.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

A na zdjęciu „kawałek” Charkowa – „My razem, my Charkowianie!”, głosi napis na budynku/fot. własna

Dość?

44% Ukraińców chciałoby rozpoczęcia oficjalnych rozmów pokojowych z rosją – wynika z sondażu przeprowadzonego przez Centrum Razumkowa. Liczba osób popierających negocjacje rośnie od jesieni ubiegłego roku, co może mieć związek z nieudaną kontrofensywą na Zaporożu (porażka tej operacji ostudziła ukraiński optymizm co do przyszłości). Dziś z kolei na podtrzymanie trendu wpływa zapewne trudna sytuacja energetyczna Ukrainy, będąca efektem rosyjskich ataków rakietowych na elektrownie.

Wnioski z badań przeprowadzonych przez renomowaną pracownię wywołały zamieszanie wśród obserwatorów konfliktu na Wschodzie. Zwłaszcza ów 44-procentowy odsetek dla niektórych stał się wręcz dowodem na defetyzm, a w najlepszym razie na postępujący – ale już niebezpieczny – upadek morale ukraińskiego społeczeństwa.

A jak jest w rzeczywistości?

Najpierw przyjrzyjmy się ustaleniom badaczy, diabeł tkwi bowiem w szczegółach. Jak się okazuje, najwięcej zwolenników negocjacji mieszka w regionach południowych Ukrainy. Za rozpoczęciem rozmów pokojowych opowiada się tam sześciu na dziesięciu obywateli. Może to wynikać z tego, że istotną część ankietowanych na południu stanowili mieszkańcy Odesy, gdzie sympatie prorosyjskie pozostają relatywnie duże. Związki z rosyjską kulturą, rosyjskością, są tam pielęgnowane, co wcale nie oznacza kolaboracji, a raczej trwały psychiczny dyskomfort, że „nasi naszym wyrządzają krzywdę”. Rozmowy pokojowe to sposób na zatrzymanie zabijania.

Mniejsze, bo 49-procentowe poparcie dla rozpoczęcia negocjacji, wyrażają Ukraińcy z regionów centralnych. W zachodniej Ukrainie pomysł akceptuje już tylko 35% badanych. Jeszcze mniejszy entuzjazm dla dogadywania się z Moskwą wykazują mieszkańcy wschodu. Wśród Ukraińców żyjących najbliżej frontu ledwie co trzeci chciałby rozpoczęcia rozmów. W skali całego kraju za takim rozwiązaniem opowiada się wspomniane 44% obywateli.

Jednak jasne jest, że nie może być mowy o pokoju za wszelką cenę. Aż 83% respondentów zapowiedziało, że nie poprze wycofania wojsk ukraińskich z obwodów donieckiego, ługańskiego, chersońskiego i zaporoskiego, jak chciałby tego władimir putin. Warto też zaznaczyć – co podkreślają autorzy sondażu – że w badaniu wzięli udział wyłącznie cywile, którzy nie służyli dotąd w Siłach Zbrojnych Ukrainy.

Co sądzi wojsko? Nastroje w armii nie są przedmiotem publicznych badań, muszę zatem odwołać się do własnych doświadczeń i ustaleń. W ostatnim czasie odbyłem sporo rozmów z mundurowymi ZSU. Wnioski? Armia ukraińska ma mnóstwo problemów i niedostatków (to temat na oddzielny materiał; cały ich cykl), niemniej daje i da sobie radę ze stabilizacją frontu. A jeśli uda się utrzymać obecną dynamikę pomocy materiałowej z Zachodu i nie „zatnie się” mechanizm uzupełniania stanów osobowych, wiosną będzie można myśleć o poważniejszych operacjach zaczepnych. W takiej perspektywie nie ma miejsca na rokowania, zwłaszcza takie, w efekcie których armia miałaby zrezygnować z „rekonkwisty” albo wręcz odstąpić pola przeciwnikowi.

rosjanom kończą się zapasy ciężkiego sprzętu z czasów sowieckich – zwracali uwagę moi rozmówcy, przewidując rychły, znaczący spadek potencjału i efektywności sił zbrojnych przeciwnika. Co prawda w Polsce część analityków uważa, że rosjanie nadal trzymają z dala od frontu gros najlepiej wyposażonych jednostek, ale tego typu argumenty pojawiają się od początku pełnoskalowej inwazji. W mojej ocenie, są próbą racjonalizacji, wyjaśnienia czy zrozumienia niekompetencji, porażek i słabości rosjan. Trudno mi uwierzyć, by Kreml z premedytacją przyzwalał na niekorzystny obrót spraw (przedłużającą się, krwawą i kosztowną wojnę), po to tylko, by nie angażować swego najwartościowszego wojska. Takie – rozumiane jako ponadstandardowa jakość – po prostu (już) nie istnieje.

Ale problemy mają też Ukraińcy, a wyniki sondażu Centrum Razumkowa w jakiejś mierze je odzwierciedlają. Pisałem o tym w jednym z poprzednich wpisów, piszę w artykule dla „Polski Zbrojnej”; zainteresowanych lekturą całości odsyłam pod wskazany link.

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Monice Rani, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi i Joannie Marciniak. A także: Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Pawłowi Krawczykowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Mateuszowi Jasinie, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu i Arturowi Żakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Łukaszowi Podsiadle, Rafałowi Blatkiewiczowi, Tomaszowi Wieśkowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Przemysławowi Buczkowi, Kasi Byłów i Jarkowi Uścińskiemu.

Nz. Transport ciężkiego sprzętu ZSU w okolicach Charkowa…/fot. własne

Gladiatorzy

„Odsroczka” – dla mnie to słowo-klucz ostatniego wyjazdu do Ukrainy, tak często je słyszałem. Znaczy ono tyle co „odroczenie”, wielu mężczyzn wypowiada je z nabożnością, inni czynią to z pogardą.

„Odsroczka” to stan zawieszenia, ledwie trzymiesięczny, ale i tak pożądany przez tych, którym nie uśmiecha się służba w armii. W wymiarze fizycznym ma postać pokaźnego kwitu, z okrągłą (a jakże, tylko takie w Ukrainie się liczą…) pieczęcią. Dla posiadaczy jest niczym przepustka do życia, dla mundurowych z blok-postów, nade wszystko zaś dla tych na froncie, to niemal poświadczenie tchórzostwa i kolaboracji.

—–

– Chłopcy, nie siedźcie w domach, robota dla prawdziwych mężczyzn jest tu, w siłach zbrojnych – zachęca ubrany na bojowo żołnierz, występujący w reklamie rekrutacyjnej, jakich pełno obecnie w ukraińskiej telewizji.

„Gwarantujemy dwumiesięczne szkolenie przygotowawcze!”, obiecuje jedna z brygad ZSU na bilbordach rozwieszonych w Charkowie.

– Azow poszukuje żołnierzy, podoficerów i oficerów (…); przyłącz się do najlepszych! – namowy płyną też z radia.

Zwłaszcza dwie ostatnie znamionują desperację, bo jak inaczej rozumieć „gwarancję dwumiesięcznego szkolenia”, gdy zgodnie ze sztuką takie przygotowanie winno trwać pół roku? Jak interpretować fakt, że cieszący się mianem elitarnej formacji Azow musi reklamować się w mediach? Kiedyś i bez nachalnego marketingu ludzie garnęli się doń tłumnie.

Gwoli rzetelności – kilka dni temu zjadłam obiad w „najbezpieczniejszym lokalu w Izjumie” (jak głosiła reklama przed wejściem do przekształconej w kantynę głębokiej piwnicy). Większość klientów stanowili żołnierze 3 brygady Azowa, głównie młodzi i bardzo młodzi mężczyźni. Raz, że średnia wieku nie odpowiadała realiom ZSU, dwa, ci chłopcy musieli być ochotnikami, gdyż byli poniżej wieku mobilizacji. A więc ktoś się jeszcze zaciąga z własnej woli, ale – jako się rzekło – „czar elitarności” nie działa już jak niezawodny magnes.

W Ukrainie bowiem próżno szukać śladów patriotycznego wzmożenia, typowego dla pierwszych miesięcy pełnoskalowej wojny – obecnie istotą rekrutacji pozostaje przymusowy pobór. Z którego wielu usiłuje się wykręcić, zabiegając o „odsroczki”.

—–

Nie zrozumcie mnie źle. Armia nadal cieszy się ogromnym szacunkiem. Widać to na różne sposoby, na przykład na drodze, gdzie utarło się pozdrawiać wyprzedzane wojskowe pojazdy światłami. Czy w lokalach, gdzie dla żołnierzy zawsze znajdzie się miejsce, podobnie jak w środkach komunikacji publicznej. Ów respekt da się zauważyć w sklepach z ich „promocjami dla bohaterów”, przede wszystkim zaś w sposobach, w jaki zwykli Ukraińcy opowiadają o „naszych chłopcach”. Mnóstwo w tych narracjach tkliwości, dumy, troski, zrozumienia.

A zarazem nikt już nie ma złudzeń, że front to także dla Ukraińców „maszynka do mielenia mięsa” (wstrząsnęły mną obrazki małych wiejskich cmentarzy z kilkoma, czasami kilkunastoma grobami poległych…). Dodajmy do tego powszechne rozczarowanie, że „wróciło stare” – korupcja, prywata ludzi władzy – i towarzyszące mu przekonanie, że wojnę toczy się rękoma najbiedniejszych. Zdecydowanie nie są to okoliczności sprzyjające rekrutacji.

Sporo o tym myślałem podczas ostatniej podróży po Ukrainie i wyszło mi, że żołnierze armii ukraińskiej są w oczach rodaków niczym gladiatorzy. Owszem herosi, a jednocześnie życiowi pechowcy, wepchnięci w tryby śmiercionośnej maszynerii. Można darzyć ich uznaniem, szacunkiem czy nawet miłością, ale lepiej nie być na ich miejscu. Szczęściem w nieszczęściu to niepełna analogia, bo ci gladiatorzy nie walczą dla poklasku.

—–

Czy dla rosjan to dobre wieści? Tak, ale rzućmy na nie dodatkowe światło.

Okazuje się, że Kreml zmuszony został znacząco podnieść jednorazowe wypłaty dla ochotników wstępujących do wojska. Do tej pory było to 200 tys. rubli (9 tys. zł), od 10 lipca stawki wzrosły od 5 do 8 razy. Różnice mają charakter regionalny, najmniejszy wzrost odnotowano w Moskwie, gdzie za angaż oferuje się jednorazowo milion rubli (45 tys. zł). Najwięcej – kolejno 1,65 mln i 1,5 mln – dostaną ochotnicy z Krasnodaru i Tatarstanu.

Co nam te kwoty i wzrosty mówią? Że putin nadal oszczędza „białych, prawosławnych i wielkomiejskich rosjan” (w tym przypadku ma to postać znacznie słabszej zachęty), chcąc jak do tej pory prowadzić wojnę rękoma biednej, etnicznie odmiennej prowincji. Co zaś się tyczy kilkukrotnego wzrostu – nie da się go wytłumaczyć inflacją (realnie jest ona na poziomie około 40 proc.). Najbardziej oczywista odpowiedź to taka, że obywatele federacji z coraz mniejszym entuzjazmem garną się do wojska. Że dotychczasowe zachęty już nie wystarczają, trzeba więc było sięgnąć po ekstra bonusy. Których rosyjski budżet w perspektywie kilkunastu miesięcy nie wytrzyma…

—–

Szanowni, wróciłem cały i zdrów. Mam mnóstwo zdjęć, sporo ciekawych informacji – wszystko to przetworzę w najbliższych tygodniach (w sierpniu planuję kolejny wyjazd, tym razem na Zaporoże). Jest jednak pewne „ale” – potrzebuję Waszego wsparcia. Raport to robota na pełen etat, w istotnej mierze utrzymywany z Waszych „kaw” i subskrypcji. O które – jeśli nie wyczerpała się formuła – niezmiennie i serdecznie Was proszę.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Baner rekrutacyjny Azowa w Charkowie. „Lato, FPV, 3 szturmowa”/fot. własne

Szum

„Lada moment rosjanie pomaszerują na Sumy, a zajęte miasto będzie dla nich przyczółkiem do dalszych działań wymierzonych bezpośrednio w Kijów”, czytam alarmistyczne zapowiedzi. Uśmiecham się pod nosem i w myślach kontynuuję wywód: „gdy wezmą już Kijów, pójdą na Lwów, a stamtąd wprost na Warszawę, by zaraz potem ruszyć na Berlin. Chyba, k…, taczankami…”.

Wybaczcie ów sarkazm, ale śmieszą mnie zabiegi (pro)moskiewskich propagandystów, usiłujących przekonać odbiorców – także tu, w Polsce – że armia neosowiecka „już jest w ogródku, już wita się z gąską”; że lada moment wyprowadzi decydujący cios, który powali wojsko ukraińskie na kolana. Śmieszą i martwią zarazem, bo grono łapiących się na te brednie systematycznie rośnie. Nie zżymam się na to, gdyż wiem, jak działa przestrach, wiem, że w tym konkretnym przypadku karmi się on obiektywnymi przesłankami, które każą sytuację Ukrainy traktować jako poważną. Ale wiem też – znając całkiem nieźle realia wojny – że rosyjska buńczuczność nijak się ma do rzeczywistych możliwości. Sumy w rękach rosjan? Już mi kaktus wyrasta na dłoni…

Mówimy o ćwierćmilionowym mieście – obecnie mniej ludnym, ale przecież powierzchnia zabudowy nie zmieniła się wraz z wojenną emigracją. Szturmowanie takiego kolosa – gdzie wiele elementów infrastruktury nadaje się do tworzenia pozycji obronnych – to zadanie dla dziesiątek tysięcy żołnierzy, wspartych ogromną ilością sprzętu ciężkiego. Tymczasem po drugiej stronie granicy – w rosyjskim obwodzie kurskim – stacjonuje zaledwie kilkanaście tysięcy żołnierzy, głównie lekko zbrojnej piechoty. Koncentracji liczniejszych i lepiej wyposażonych oddziałów nie widać – potwierdzają to zarówno ukraińskie, jak i zachodnie służby wywiadowcze, te ostatnie także w oparciu o dane ze zwiadu satelitarnego. Oczywiście, wojsko zawsze można przerzucić, lecz i to wymaga przygotowań, których „nasi” nie rejestrują (co z ogromnym prawdopodobieństwem oznacza, że takich przygotowań zwyczajnie nie ma).

Idźmy dalej, obwód sumski jest lepiej przygotowany na przyjęcie moskali niż północne obrzeża Charkowa. Mam tu na myśli umocnienia, inżynieryjne przeszkody, pola minowe i inne „niespodzianki”. Ponoć to skutek lepszej jakości administracji wojskowej, tak przynajmniej twierdzą moje ukraińskie źródła. Moim zdaniem, ważniejsza jest chyba bliskość Kijowa, którego ochrona – także wysunięta – jest absolutnym priorytetem sił zbrojnych Ukrainy. W tym kontekście nie bez znaczenia jest fakt, że droga krajowa 07 (Автошлях Н 07) – wiodąca z Sum do stolicy – była już zimą 2022 roku osią natarcia rosyjskich jednostek zmierzających pod Kijów.

Dodajmy do tego fakt, że na wschodnim brzegu Dniepru, między Czernihowem a Czerkasami, stacjonuje kilkanaście dużych jednostek armii ukraińskiej. Część z nich stanowi straż przednią stolicy, ale rejon ten używany jest również do odtwarzania zdolności bojowych wycofanych z frontu brygad (wbrew potocznym wyobrażeniom, w tym celu nie wykorzystuje się wyłącznie zachodniej Ukrainy). Tak czy inaczej, w razie potrzeby – rozumianej jako poważne zagrożenie na kierunku sumskim – dowództwo ZSU miałoby możliwość szybkiego sięgnięcia po odwody i to bez konieczności ściągania oddziałów z pierwszej linii na wschodzie.

Z czego rosjanie doskonale zdają sobie sprawę – czy zatem rzeczywiście zaatakują? Zapewne tak. Podobnie jak w przypadku operacji charkowskiej ograniczonymi siłami, z tymże z nieco inną intencją. O ile w przypadku „Charkowa” atak moskali miał charakter „saturacyjny” – chodziło w nim (w dużej mierze) o zaabsorbowanie uwagi, sił i środków oddziałów ZSU zaangażowanych na nieodległym froncie bądź stanowiących bezpośredni odwód – o tyle w przypadku „Sum” szłoby raczej o efekt propagandowy. Szum związany z tym, że rosjanie „otwierają kolejny front”, znów „stwarzają zagrożenie dla Kijowa” czy „uderzają, by wyjść na tyły broniącej Donbasu armii ukraińskiej”. A każda z takich katastroficznych narracji – podsuwanych przez rosjan, posłusznych im aktywistów medialnych, no i rzesze użytecznych idiotów – ma moc kropli drążącej skałę. Bo jeśli jest tak, jak mówią rosjanie, to Ukraina zaraz upadnie – po co więc ją wspierać?

A kaktus na dłoni jak nie wyrósł, tak nie wyrasta…

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. Tymczasem ruskie pięknie chlastają się same – wczoraj do aresztu trafił iwan popow, jeden z najlepszych liniowych dowódców armii rosyjskiej. Chłop w zeszłym roku publicznie przejechał się po MON i sztabie generalnym, odwołali go ze stanowiska dowódcy 58. Armii, a teraz postawili mu zarzut korupcji. Brał-nie brał; mało który w rosji nie bierze. Grunt, że potencjalnie niebezpieczny pionek definitywnie spadł z szachownicy. Idźcie dalej tą drogą, moskiewscy towarzysze…/fot. MOFR

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.