„Malcziki”

„Przecież to dzieci…”, pisze Czytelniczka pod jednym ze zdjęć rosyjskich jeńców, wziętych do niewoli w obwodzie kurskim. Ano dzieci; jest ich tam nadreprezentacja po moskalskiej stronie. 18-19 latków, wcielonych do armii wiosną, mających za sobą ledwie podstawowe (unitarne) szkolenie. Albo i nie.

Gdy zaczęła się pełnoskalowa wojna, szybko wyszło na jaw, że w szeregach armii inwazyjnej znaleźli się żołnierze z poboru. Zapewne nie byłoby z tego wielkiej chryi, gdyby „specjalna operacja wojskowa” przebiegła po myśli Kremla. Chłopcy przejechaliby się przez Ukrainę, odbębnili parady w kilku największych miastach i wrócili do domu. Czy nawet zostali jako część kontyngentu okupacyjnego, ale w kraju spacyfikowanym, nieprzejawiającym żadnych form „twardego”, zorganizowanego oporu. Wyszło jak wyszło – Ukraińcy sprawili rosjanom krwawą łaźnię; zdjęcia i filmy przedstawiające przerażonych gołowąsów masowo poddających się do niewoli, wypłynęły już w pierwszym dniu pełnoskalówki.

W rosji zawrzało, putin zwalił winę na wojskowych i ministerstwo obrony, twierdząc, że zgodnie z jego wolą, poborowych w Ukrainie miało nie być. „To nieporozumienie, chłopcy wrócą do rosji, gdzie dokończą służbę”, obiecał. I w sumie słowa dotrzymał, choć w następnych miesiącach nie brakło doniesień o przypadkach rozmaitych nadużyć, w wyniku których poborowi i tak na front trafiali. Tym niemniej, formalnie, działo się to wbrew woli „cara” i oficjalnych dekretów. Wojna (która wojną nie jest…) powinna być domeną ochotników (żołnierzy kontraktowych), no i „mobików” 30 plus; młodzież z przymusowego poboru miała się od niej trzymać z daleka.

To element umowy społecznej między obywatelami a władzą. Część szerszego układu, w ramach którego zwykli rosjanie mają „święty spokój”, w zamian nie krytykując i nie sabotując potencjalnie niepopularnych działań Kremla.

„Dupochron” dla poborowych to efekt rosyjskiej, a wcześniej radzieckiej traumy – fatalnego losu „malczików” wcielanych do wojska, a potem rzucanych na niezwykle brutalne wojny w Afganistanie i Czeczenii, gdzie ginęło ich nieproporcjonalnie dużo, a jeszcze więcej zmagało się później z traumami. „Zmarnowany kwiat młodzieży”, mówiło się jeszcze w czasach sowieckich, a lata przełomu (upadku ZSRR i nastawania rosji) –postępującej brutalizacja życia społecznego, do czego walnie przyczynili się zdegenerowani weterani – tylko wzmocniły tę narrację. Niezależnie od opresyjności obu reżimów – sowieckiego i rosyjskiego – na gruncie tej narracji powstał chyba jedyny oddolny ruch obywatelski, otwarcie krytykujący władzę, stworzony przez matki poborowych. To najlepszy dowód, że los „naszych chłopców” był i jest dla rosjan niezwykle ważny. Na Kremlu nie mieli i nie mają odwagi otwarcie mierzyć się z tą emocją ludu.

Pobór do zasadniczej służby wojskowej odbywa się w rosji dwa razy do roku, wiosną i jesienią. W ostatnim czasie każda z rund skutkuje mobilizacją od 120 do 150 tys. nastolatków. Nim wybuchła wojna w Ukrainie, chłopcy ci przechodzili w miarę przyzwoite przeszkolenie, dziś – gdy z perspektywy generałów są mało bądź w ogóle nieprzydatni, bo nie można ich posłać w bój – karabin często zastępuje łopata. Pół biedy, jeśli ma to jakiś związek ze służbą wojskową – budowaniem koszar czy umocnień – często to po prostu tania siła robocza, na pracy której dorabiają się oficerowie i wszelkiej maści szemrani przedsiębiorcy.

6 sierpnia w obwodzie kurskim – poza nieszczęsnym czeczeńskim Achmatem – stacjonowali nade wszystko tacy właśnie poborowi. W żaden sposób bądź w niewielkim zakresie przygotowani do walki. Tymczasem naprzeciw nich stanęli zaprawieni w boju ukraińscy weterani, w dodatku znakomicie wyposażeni, no i działający w warunkach zaskoczenia. Efekt musiał być (dla rosjan) porażający.

Minęło kilkanaście dni, a „gówniarze” wciąż stanowią istotną większość rosyjskich sił w obwodzie. To ich bowiem w pierwszej kolejności ściąga się w rejon ukraińskiej operacji. Formalnej przeszkody nie ma – prawa (i wola „cara”) gwarantuje poborowym, że nie zostaną wysłani na wojnę za granicę, ale gdy wojna przyszła do nich, to już zupełnie inna sprawa…

Ukraińcy chyba trochę się przeliczyli, zakładając, że w obliczu zagrożenia własnego terytorium, Moskwa zacznie naprędce ściągać frontowe oddziały z Ukrainy. Tak się dzieje, ale poza nielicznymi przypadkami (dotyczącymi głównie „spokojniejszych” odcinków styku wojsk), rosyjskie dowództwo najpierw sięga po stacjonujące w Ukrainie rezerwy. Co docelowo osłabi te pierwszoliniowe formacje – bo ileż można funkcjonować bez uzupełnień i rotacji – ale nie nastąpi to od razu. W kluczowych dla rosjan miejscach w Donbasie jeszcze nie nastąpiło – tam nadal obserwujemy silną rosyjską presję (co wymaga oddzielnego tekstu, w którym zmierzę się z alarmistycznym tonem doniesień niektórych analityków; obiecuję taki materiał po weekendzie).

Wracając do sedna – fakt, iż w obwodzie kurskim nadal mamy nadreprezentację żołnierzy z poboru, oznacza, że Kreml prowadzi bardzo niebezpieczną dla siebie grę. Owszem, najpewniej krzyżuje jakąś część ukraińskich planów, ale zarazem w samym obwodzie ułatwia ZSU robotę. Bo „malcziki”, jakkolwiek wymieszane z przyzwoitym wojskiem, nie będą dla Ukraińców równorzędnym przeciwnikiem. Czyli stan ukraińskiego posiadania będzie się powiększał, w którymś momencie osiągając rozmiar wymagający nieproporcjonalnie dużej mobilizacji potencjału, by zniwelować zagrożenie.

Kolejny element ryzyka to „granie na nerwach” rosyjskiej opinii publicznej. W tamtejszej przestrzeni informacyjnej – mimo iż cenzurowanej – widać poważne emocjonalne wzmożenie. Mówiąc wprost, ruscy są oburzeni tym, że do „łatania dziur” rzuca się poborowych. Da się wyczuć rosnącą świadomość opłakanych skutków tej strategii rosyjskiego dowództwa. Z czego zresztą Ukraińcy zdają sobie sprawę i z premedytacją „dokładają do pieca”. Dziwią Was wypływające co rusz obrazki przedstawiające pojmanych gówniarzy? Mnie nie, to doskonała zagrywka psychologiczna (działania PSY-OPS, jak określa się je w natowskiej nomenklaturze), wykorzystująca rosyjską traumę i status poborowych. „Mamy ich!”, mówią Ukraińcy i więcej mówić nie muszą. Fakt, iż obiektywnie patrząc los rosyjskich jeńców w ukraińskich rękach bywa lepszy niż warunki służby w putinowskiej amii, nie ma tu znaczenia. „Obrobieni” przez propagandę rosjanie żyją w przeświadczeniu, że pojmanych czeka okrutny los.

Na razie proszą putina, by „malczikom” tego losu oszczędził, ale w końcu tego zażądają. Nie, nie spodziewam się jakichś gwałtownych protestów, ale wiem, że kropla drąży skałę. A tych kropel – wszelkich słabości rosji obnażonych przy okazji operacji kurskiej ZSU – sporo się zebrało.

—–

Dziękuję za lekturę! Widzimy się na łączach po weekendzie (no, chyba że wydarzy się coś nadzwyczajnego).

Jeśli tekst Wam się spodobał, udostępniajcie go proszę. Zachęcam też do wspierania mojego raportu – piszę bowiem głównie dzięki Waszym subskrypcjom i „kawom”. Stosowne przyciski znajdziecie poniżej:

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Ukraiński czołg, zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Kontrola

Słusznie przekonani, że istotą polityki informacyjnej Moskwy jest dezinformacja, czasem zapominamy, że Ukraińcy również sięgają po wszelkiej maści wrzutki i fakenewsy. Skutkuje to nadmiernie asymetrycznym postrzeganiem wojennej rzeczywistości, zgodnie z którym ruscy tylko kłamią, a ich przeciwnicy zawsze podają prawdę. Wprowadzanie w błąd wroga, jego wojska i cywilnego zaplecza – czy to bezpośrednio (na przykład pozorowanymi atakami) czy pośrednio (poprzez fałszywe przekazy propagandowe) – to absolutne abecadło wojennego rzemiosła. Warto o tym pamiętać także gdy przyglądamy się i przysłuchujemy Ukraińcom.

Dlaczego o tym piszę? Ano wczoraj – po raz pierwszy od momentu wejścia ZSU do obwodu kurskiego – na temat operacji wypowiedzieli się ukraińscy oficjele. Pośród nich gen. Ołeksander Syrski – naczelny dowódca armii – który stwierdził, że pod kontrolą jego podwładnych znajduje się obecnie (w poniedziałkowy wieczór) 1000 kilometrów kwadratowych terytorium rosji. Wielu obserwatorów konfliktu przyjęło to zapewnienie za dobrą monetę, bezrefleksyjnie kolportując coś, co ma wszelkie znamiona dezinformacji.

—–

Zacznijmy od kwestii wielkości obszaru, na którym toczy się operacja kurska. Trudno tu o precyzyjne wskazania, wszak Ukraińcy zręcznie wyizolowali pole walki. Na miejscu nie ma korespondentów, żołnierze zachowują wysoką dyscyplinę i nie publikują własnych zdjęć i filmów o wartości geolokalizacyjnej. To, co z ukraińskiej strony przebija się na zewnątrz, to wyselekcjonowany materiał, zwykle wypuszczany mocno post factum, z intencją budowania przekonania o wysokiej dynamice działań (ich rozległości i szybkości). Co w założeniu ma wywołać pozytywny efekt u „swoich” (podbudować morale) i negatywny u rosjan (zmylić ich, przestraszyć, skłonić do pochopnych działań).

Druga strona nie ułatwia sprawy. O ile w pierwszych dniach operacji mieliśmy do czynienia z nadmiarem relacji (w wydaniu z-blogerów, żołnierzy i cywilów), o tyle teraz w rosyjskiej przestrzeni informacyjnej następuje uporządkowanie. Idzie za tym dyskrecja oraz dezinformacja – moskale już nie publikują zdjęć i filmów kolumn zmierzających z odsieczą, chętnie za to mówią o walkach w miejscach, gdzie z dużym prawdopodobieństwem nie ma ani jednego ruskiego sołdata.

Jak się w tym wszystkim połapać?

Wybaczcie metodyczną dygresję, ale chyba warto w nią pójść. Otóż co do zasady, front na wschodzie od początku pełnoskalowych zmagań nie jest miejscem transparentnym informacyjnie – pozorne bogactwo filmików tego nie zmienia (wszak w większości to wyselekcjonowany materiał). Obie strony nie są „media-friendly”, choć obie korzystają z usług propagandystów obecnych na pierwszej linii. Zewnętrzni obserwatorzy mają pod górkę, ale nie są bezradni (kwestie warsztatowe, związane z kulisami pracy analityka, to temat na odrębny tekst – obiecuję, kiedyś się go podejmę). Z pomocą przychodzą na przykład ogólnodostępne narzędzia, jak wspomniany już nie raz przeze mnie FIRMS – globalny systemu nadzoru satelitarnego rejestrujący pożary na Ziemi. Wiemy już – za sprawą wielokrotnych analiz krzyżowych – że za jego pośrednictwem można w przybliżeniu wyznaczyć linie frontu/styku wojsk/punkty zwarcia – w takich miejscach bowiem zawsze pojawia się duże skupisko pożarów.

Co nam mówi FIRMS o sytuacji w obwodzie kurskim? Do tekstu załączam odczyt z dzisiejszego popołudnia. Te niebieskie linie to już moja osobista ingerencja, poczyniona po to, by wyznaczyć obszar kontroli. Jakby się nie starać, nie da się tam upchnąć tysiąca kilometrów kwadratowych.

—–

Idźmy dalej – dotychczasowe wojenno-reporterskie doświadczenie każe mi z dystansem podchodzić do zapewnień o kontrolowaniu jakiegoś obszaru. Nieufność zaszczepiono mi w czasie wojny w Afganistanie, kiedy wielokrotnie słyszałem o „kontrolowaniu polskiej prowincji”. Mniejsza o polityków – pamiętam rozmowę z ówczesnym dowódcą bazy Giro, którą odbyłem 3 września 2009 roku. Ów sympatyczny skądinąd i ceniony przez podwładnych major przedstawił mi swoją wizję tak zwanych kręgów bezpieczeństwa. O ile dobrze pamiętam, pierwszy krąg miały stanowić mury bazy, drugi rozciągał się w promieniu kilometra od obozowiska, trzeci sięgał do trzech kilometrów itd. Oficer zapewniał mnie – a kilka godzin wcześniej wizytującego Giro szefa MON-u – że w promieniu trzech kilometrów sytuacja jest pod kontrolą. I że czas zabrać się za kolejne kręgi.

Dzień później pojechałem z konwojem logistycznym do Ghazni. W drodze powrotnej, nieco ponad dwa kilometry od Giro, jadący na czole Rosomak wjechał na IED (minę-pułapkę). Jeden żołnierz zginął, pięciu zostało rannych. Kilka tygodni wcześniej do podobnego zdarzenia doszło przy bazie Warrior – ranny wówczas w głowę wojskowy zmarł wiele tygodni później w Polsce. W czerwcu 2010 roku – dwanaście kilometrów od murów Ghazni, w zasięgu urządzeń obserwacyjnych kontrolujących teren wokół bazy – na najbardziej uczęszczanej drodze Afganistanu rebelianci zainstalowali potężny IED. Rosomak, który w niego wjechał, został doszczętnie zniszczony, zginął żołnierz, kolejnych kilku odniosło rany. Cztery miesiące później – w połowie listopada 2010 roku – znów o przysłowiowy rzut kamieniem od bazy Ghazni talibowie zaatakowali kolumnę polskich pojazdów. Użyli granatników RPG, strzelając z dachu przydrożnego budynku. Jeden z pocisków wpadł do Rosomaka, raniąc trzech ludzi, w tym jednego ciężko – chłopak mało nie stracił ręki.

To tylko kilka incydentów, celowo dobranych spośród wielu innych. Podczas letnich zmian polskich kontyngentów w Afganistanie nie było dnia bez kontaktu z nieprzyjacielem, ale te historie najlepiej obrazują fakt, że mówienie o kontrolowaniu prowincji było składaniem deklaracji na wyrost. Bo Polacy prowincji Ghazni nigdy nie kontrolowali. Nie wynikało to z ich nieudolności. Po prostu, liczący w okresie największego zaangażowania dwa i pół tysiąca ludzi kontyngent, nawet doliczając kolejny tysiąc Amerykanów – nie był w stanie upilnować obszaru o powierzchni 23 tysięcy kilometrów kwadratowych. Zwłaszcza, że część tego terenu to wysokie góry.

– Możemy wjechać do dowolnej wioski i włos nam z głowy nie spadnie. W tym sensie kontrolujemy prowincję – wyjaśniał mi swego czasu pewien oficer. Przy czym, mówiąc o wjeździe, miał na myśli całą uzbrojoną po zęby kolumnę, wspartą dodatkowo z powietrza. A po chwili dodał: – Ale kto się w niej pojawi i co się będzie działo, jak już wyjedziemy, to zupełnie inna bajka.

Obszar ukraińskiej operacji jest znacząco mniejszy, ale i ludzi zaangażowanych w nią (bezpośrednio na rosyjskim terytorium) nie ma tylu, by upilnowali przysłowiowy „każdy kamień”. Efekt kontroli uzyskuje się nie tyle po wyparciu przeciwnika, co po długotrwałej obecności na danym terenie, po uprzednim spacyfikowaniu lub przekonaniu do siebie/nakłonieniu do współpracy miejscowej ludności. Im dalej od linii walk, tym łatwiej ten proces przeprowadzić – bo wówczas okupacyjne wojsko może zadania w tym zakresie delegować na inne służby i cywilną administracji. A i tak nikt nie zagwarantuje – tak długo, jak toczy się wojna – że wróg nie wyśle na utracone obszary grup dywersyjnych, które dadzą w kość okupantom.

Dlatego rozumiejąc logikę, jaką kieruje się gen. Syrski, mimo wszystko nie fetyszyzowałbym tej „kontroli”. Nie o nią w gruncie rzeczy w całej tej – bardzo udanej jak na razie – akcji chodzi.

A co chodzi, to już pisałem, a jutro podrzucę aktualizację.

—–

Dziękuję za lekturę! Jeśli tekst Wam się spodobał, udostępniajcie go proszę. Zachęcam też do wspierania mojego raportu – piszę bowiem głównie dzięki Waszym subskrypcjom i „kawom”. Stosowne przyciski znajdziecie poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Chaos

Wczoraj (to istotne, wszak sytuacja jest dynamiczna) udzieliłem wywiadu „Gazecie Wyborczej” – rozmawialiśmy o sytuacji w obwodzie kurskim oraz o perspektywach ukraińskiej operacji. Poniżej fragmenty tej rozmowy.

Piotr Malinowski: Co właściwie dzieje się obecnie w rosyjskim obwodzie kurskim?

Marcin Ogdowski: (…) Ostatniej nocy Ukraińcy przy użyciu dronów i artylerii zaatakowali wysłaną na odsiecz jednostkę rosyjską wielkości batalionu. Możliwe, że zginęło kilkuset żołnierzy. W mediach społecznościowych krążą drastyczne nagrania, na podstawie których można uznać, że zabitych jest ponad setka rosjan. A na filmach widać tylko fragment zaatakowanej kolumny. Gdyby faktycznie poległo kilkuset ludzi, byłaby to największa jednostkowa strata rosyjska od początku pełnoskalowej wojny. Zdarzenie to świetnie ilustruje fakt, że w rejonie Kurska siły ukraińskie zyskały dużą przewagę ogniową i inicjatywę. Dziś, po trzech dobach operacji, prowadzona jest pierwsza rotacja i wzmocnienia sił ukraińskich. To też sugeruje, że akcja ma poważny charakter.

Dlaczego Ukraina zdecydowała się na taki krok? Co Kijów chce uzyskać i dlaczego milczy? Głos zabrał jedynie Mychajło Podoliak, sugerując, że działania mogą wpłynąć na przyszłe rozmowy pokojowe.

(…) Równie istotny jest element psychologiczny. W obwodzie kurskim zapanowały chaos i panika. Od mieszkańców, poprzez media społecznościowe, w głąb kraju płyną dramatyczne relacje. A pamiętajmy, że w rosji legitymizacja władzy płynie z lęku przed nią oraz z przekonania o jej sprawczości. W obwodzie kurskim państwo rosyjskie nie jest ani silne, ani sprawcze. Wojsko dostaje łomot, policja uciekła, lokalni przedstawiciele władzy razem z nią. To potwornie demoralizujące zdarzenia.

Korzyści, jakie już odniosła strona ukraińska, to też wzięcie do niewoli kilkuset rosyjskich żołnierzy. Istotnie zwiększa to tzw. fundusz wymiany, niewielki jak na rozmach tej wojny. Proszę zauważyć, że przy zaangażowaniu ponad miliona ludzi po obu stronach, w obozach siedzi raptem kilka tysięcy jeńców. A każdy pojmany rosjanin to szansa na powrót do domu pojedynczego ukraińskiego żołnierza.

(…) Część ukraińskich komentatorów, m.in. wpływowy analityk i wojskowy ukraiński ukrywający się pod pseudonimem Tatarigami, studzi entuzjazm i przestrzega przed zbytnim rozciągnięciem sił.

Takie głosy są raczej wyrazem ostrożności czy wręcz asekuranctwa. Rosyjskie siły są w stanie sprawnie operować 100 km od najbliższej stacji kolejowej – potem zaczyna im się sypać logistyka. Ta ukraińska przez większość wojny okazywała się znacznie sprawniejsza od rosyjskiej, ale przyjmijmy, że i ona ma „zasięg” 100 km. Obecnie operacja w obwodzie kurskim toczy się na głębokości 30 km od granicy. Jeśli Kijów chce mieć w ręku poważną kartę przetargową, musi zdecydować się na głębszą penetrację i zajęcie np. stolicy obwodu, czyli miasta Kursk – a ten jest w odległości 90 km od Ukrainy.

Idźmy dalej – by na obszarze kilkuset kilometrów kwadratowych stworzyć tzw. bąbel antydostępowy, Ukraińcom wystarczy pojedyncza bateria patriotów (wsparta rzecz jasna systemami krótszego zasięgu). Ukraińcy weszli do tej operacji z bardzo silnym komponentem WRE (Wojsk Radiowo-Elektronicznych) i właściwie wyłączyli rosyjskie drony. Narzucili walkę, w której to oni dysponują rojami dronów i mogą nimi skutecznie atakować. Jeśli to się nie zmieni, to z powietrza są zabezpieczeni. A zajęcie kilkuset kilometrów kwadratowych nie wymaga odciągania oddziałów z innych odcinków frontu. W innej sytuacji będą i są rosjanie, bo gdy spróbują kontratakować, muszą dysponować kilkukrotną przewagą.

Dlaczego Kijów na taką akcję zdecydował się dopiero teraz?

Jeszcze wiosną SZU pozostawały w kryzysie amunicyjnym i miały problemy z odtwarzaniem rezerw. Wsparcie USA i Europy oraz nowa ustawa mobilizacyjna pozwoliły w istotnej mierze odbudować potencjał armii. Z drugiej strony siły rosyjskie są wyczerpane działaniami ofensywnymi. W efekcie mamy podatny grunt do prowadzenia takich, mimo wszystko na razie ograniczonych, operacji zaczepnych. (…)

Wejście wojsk ukraińskich do rosji, ale też użycie zachodniego sprzętu, jest przekroczeniem czerwonej linii. Kreml jednak nie sięga do swojego arsenału nuklearnego.

Oczywiście należy brać pod uwagę to, czym rosja dysponuje, ale przesadne obawy są nieuzasadnione. Bardzo powściągliwe reakcje Waszyngtonu sugerują, że ta operacja – w zarysie rzecz jasna – była uzgadniana z Zachodem. Warto też zauważyć, że Ukraina używa co prawda zachodniego sprzętu, np. wozów bojowych, ale już nie korzysta z precyzyjnej dalekonośnej artylerii, która dałaby możliwość rażenia celów 200-300 kilometrów w głąb terytorium rosji. Czyli „zielone światło” jest, ale z ograniczeniami.

Jakiego rozwoju wypadków możemy się spodziewać?

Od szybkiego wycofania się Ukraińców, po dalszą penetrację terytorium rosji. Kijów może poprzestać na wysłaniu Moskwie sygnału: „jesteśmy zdolni do takich akcji, miejcie się na baczności i nie próbujcie nas atakować z innych kierunków” i zakończyć operację. Ale budowanie umocnień na zajętych obszarach sugeruje, że Ukraina planuje okupację tego terenu. Wówczas strategicznym celem Ukraińców będzie zajęcie jak największego obszaru i oczekiwanie na rozstrzygnięcia osiągnięte w drodze negocjacji.

 Cały wywiad znajdziecie na stronie „Gazety Wyborczej” pod tym linkiem.

Ps. Coraz bardziej skłaniam się ku opinii, że operacja kurska ma na celu odciągnięcie sił i uwagi rosjan. Z tą różnicą – w odniesieniu do hipotez sprzed 2-3 dni – że nie chodzi o odciążanie własnej obrony, ale to przygrywka pod… większą operację zaczepną. Spokojnego weekendu – choć pozostańmy w trybie czuwania!

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam w istotnej mierze powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – jakiś czas temu obiecałem, że pojawi się sposobność zakupu „Międzyrzecza”, w wersji z autografem i pozdrowieniami. No i proszę – powieść jest już w ofercie na moim koncie na Patronite. To nie jest nowa pozycja – wydałem ją w 2019 roku – ale trzy lata później mnóstwo zawartych w niej treści okazało się proroczych. Jeśli napiszę, że wiedziałem, że armia rosyjska to papierowy kolos, to skłamię. Ale jeśli przyznam, że domyślałem się rosyjskich słabości i dałem temu wyraz w książce – będzie to najprawdziwsza prawda.

No więc zachęcam do zakupu! Powieść znajdziecie pod tym linkiem. Cały czas w sprzedaży znajduje się też moja najnowsza książka pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, dostępna tu.

Nz. Wspomniana w rozmowie kolumna (a właściwie jej resztki)/fot. anonimowe źródło rosyjskie

„Hybrydowy”

Właśnie mija pół roku, odkąd gen. Ołeksandr Syrski pełni funkcję naczelnego dowódcy Sił Zbrojnych Ukrainy (ZSU). To wystarczająco dużo czasu, by pokusić się o pierwsze podsumowania oraz zastanowić nad przyszłością generała i kondycją dowodzonej przez niego armii.

Syrski zastąpił na stanowisku uwielbianego przez Ukraińców gen. Walerija Załużnego, który wszedł w konflikt z prezydentem Wołodymyrem Zełenskim i najprawdopodobniej z tego powodu musiał podać się do dymisji. Jej okoliczności, osobowość i zasługi Załużnego sprawiły, że Syrski już na wejście „miał pod górkę”. Sugerowano, że nie dorasta do poprzednika, z którym utożsamiano błyskotliwą operację obronną i rekonkwisty z 2022 roku.

Ponadto nowego dowódcę obciążało rosyjskie pochodzenie (rodzice i brat nadal żyją w rosji), edukacja i służba w armii sowieckiej oraz – nade wszystko – wywiedzione stamtąd nawyki. „Syrski to agresywny dowódca, dla którego liczy się cel, bez względu na koszty – dlatego nie jest lubiany przez żołnierzy”, konkludowało wielu obserwatorów konfliktu. Przykładem tej bezceremonialności miały być uporczywe, i w ocenie większości analityków nieefektywne, obrony Sołedaru i Bachmutu. „Ten człowiek wykrwawi ZSU…”, zapowiadali skrajni pesymiści.

Armię, która na początku lutego 2024 roku była w kiepskiej sytuacji. Zdziesiątkowana (mniejsza o 25 proc. w porównaniu ze stanem z wiosny 2022 roku), zmęczona (większość żołnierzy służyła rok lub dłużej), borykająca się z bardzo poważnym kryzysem amunicyjnym oraz z piętnem nieudanej kontrofensywy na Zaporożu, która – biorąc pod uwagę społeczne oczekiwania – miała wręcz rozstrzygnąć losy wojny. Poddana nieustannej rosyjskiej presji, głównie w Donbasie, co zimą 2024 roku przybrało postać wielkiej bitwy o maleńką Awdijiwkę. To tam Syrski miał wykazać swą „sowiecką bezkompromisowość”, żądając od podwładnych obrony do upadłego.

Tymczasem generał zaskoczył adwersarzy i rozkazał wycofanie ZSU z nieperspektywicznej rubieży. I później wielokrotnie udowodnił, że jest dowódcą, który nie realizuje stalinowskiej strategii „ani kroku wstecz!” – że woli obronę manewrową, dopuszcza utratę terytoriów, jeśli tym sposobem można podjąć bardziej efektywną walkę, w której nie dość, że zadaje się przeciwnikowi poważne straty, to jeszcze dba o redukowanie własnych ubytków. Te zaś znów – przez niemal pół roku podobne do rosyjskich – stały się znacząco niższe, co należy uznać za zasługę głównodowodzącego (wszak pamiętajmy, że intensywność działań zbrojnych wzrosła, w związku z czym w liczbach bezwzględnych obie strony ponoszą obecnie straty wyższe niż w pierwszym i drugim roku wojny).

Prezydent Zełenski oczekiwał od gen. Syrskiego stabilizacji frontu – i zadanie to zostało zrealizowane. Korekty przebiegu linii mają rzecz jasna miejsce – są efektem punktowej rosyjskiej presji i wspomnianej obrony manewrowej Ukraińców – lecz ogólna sytuacja daleka jest od załamania. rosjanie nie mają szansy na wykonanie poważnego wyłomu i wyjścia na ukraińskie tyły. Ba, ich siły się wyczerpują i w najbliższych tygodniach można spodziewać się spadku potencjału bojowego poniżej progu niezbędnego dla przeprowadzania nawet ograniczonych działań ofensywnych.

W maju rosjanie podjęli próbę otwarcia nowego frontu na północ od Charkowa – zamiar ten został przez Ukraińców pokrzyżowany. Co istotne, odbyło się to bez (zapewne oczekiwanej przez agresorów) rotacji jednostek ZSU walczących w Donbasie i na Zaporożu. Syrski poradził sobie z nowym zagrożeniem bez konieczności osłabiania innych odcinków frontu. Stało się tak również za sprawą twardej postawy generała, który – w przeciwieństwie do poprzednika – nie obawiał się „ruszyć świętych krów”, brygad „trwale odwodowych”. Syrski wychodzi z założenia, że obciążenia związane z walką należy rozkładać w armii na tyle równomiernie, na ile się da. Inna sprawa, że na niższych szczeblach często rozumieją to opacznie, wysyłając do okopów „droniarzy”, logistyków, wszelkiej maści specjalistów – ale owo marnowanie potencjału to temat na odrębny tekst.

Stabilizacja, o której piszę, jest też efektem wielu innych czynników. Syrskiemu pomógł powrót do gry Stanów Zjednoczonych i „przebudzenie” Europy, co przełożyło się na potężne wsparcie materiałowe dla ZSU. Nie bez znaczenia jest w tym kontekście przyjęta w maju ustawa mobilizacyjna, dzięki której do koszar znów napływa przyzwoity strumień rekrutów. Z drugiej strony, wyczerpują się zapasy sprzętowe rosjan, a ich przemysł zbrojeniowy okazuje się kolosem na glinianych nogach, niezdolnym do wsparcia armii w prowadzeniu wojny o wysokiej intensywności.

Złośliwiec mógłby rzec, że w takich okolicznościach wystarczy nie przeszkadzać, ale ja nie zamierzam redukować roli Syrskiego do „nieprzeszkadzania”. Zgadzam się jednak z opinią, że generał nie przeszedł jeszcze najważniejszego testu. Potwierdził, że dobrze „czyta” rosjan, stojąc na czele operacji obronnej – nie tylko przez ostatnie pół roku, w skali kraju, ale i wcześniej, podczas walk o Kijów w 2022 roku. Udowodnił, że coś, co go rzekomo obciąża – „sowiecki sposób myślenia” – może być przydatny, zwłaszcza przy jednoczesnym zastosowaniu zachodnich wzorców działania i techniki. Teraz czekam na moment, w którym owa hybrydowość objawi się w operacji zaczepnej, prowadzonej z pozycji głównodowodzącego.

Tylko czy generał doczeka? I nie chodzi mi o możliwości ZSU (nadal zbyt ograniczone), a raczej o zagrożenia natury politycznej. W Ukrainie coraz częściej mówi się o braku chemii między Syrskim a Zełenskim…

Ps. Napisałem ten tekst – dla portalu „Polska Zbrojna” – 5 sierpnia, dwie doby później Ukraińcy rozpoczęli operację kurską. Zdaje się więc, że jednak mamy ów test – i że jak na razie Syrski przechodzi go bardzo pozytywnie.

Nz. Gen. Syrski (po prawej)/fot. SzG ZSU

A gdybyście chcieli nabyć egzemplarze moich książek „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Zuchwałość

Zniszczenie przez rosjan elektrowni i sieci przesyłowych – co doprowadziło ukraińską energetykę do utraty 60 proc. mocy – to państwowy terroryzm „najczystszej wody”. Jest lato, więc najpoważniejsze skutki humanitarne tego działania dopiero przed nami. Jakie? Niewykluczone, że Ukrainę czeka kolejny exodus, zwłaszcza gdyby zima okazała się mroźna i długa.

Dlaczego o tym wspominam? Ano staram się ubiec jojczenie wszelkiej maści „oburzonych”, gdyby okazało się, że celem ukraińskiej operacji w rosyjskim obwodzie kurskim jest przejęcie tamtejszych instalacji energetycznych. Nade wszystko kurskiej elektrowni jądrowej, ale też zajętej już przez ZSU przepompowni gazu w Sudży.

Dopuszczam takie intencje, choć oceniam je jako mało prawdopodobne.

Zaraz do tej kwestii wrócę, ale najpierw kilka słów o innym scenariuszu. Obserwując ukraińskie działania i wiedząc już więcej o skali przedsięwzięcia (w które może być zaangażowanych nawet 10 tys. żołnierzy ZSU), coraz bardziej skłaniam się ku hipotezie, że dowództwo armii ukraińskiej chce odciągnąć jak najwięcej rosyjskich jednostek z innych odcinków frontu. Trudną sytuację obrońców w Donbasie i na Zaporożu poprawiłoby dosłanie rezerw, ale taki sam efekt można osiągnąć zuchwałym uderzeniem na tyły przeciwnika – w tym przypadku rozumiane jako jego rdzenne terytorium, co niesie dodatkowe, poważne korzyści propagandowe.

Sądząc po docierających z rosyjskiej strony wiadomościach, moskale weszli w szyte przez Ukraińców buty. Już wczoraj zaczęli wycofywać i przerzucać oddziały dotąd zaangażowane na centralnym i południowym odcinku frontu. Co istotne, w pierwszym rzędzie dotyczy to rosyjskiej „straży pożarnej” – jednostek powietrznodesantowych, których obecność w Donbasie i na Zaporożu mocno doskwierała obrońcom.

Ten scenariusz zakłada, że Ukraińcy planują nieco dłuższy pobyt na rosyjskiej ziemi. I twardą obronę na wysuniętych od granicy pozycjach. Oznaczałoby to dla rosjan konieczność zaangażowania dużych sił do prób zniwelowania zagrożenia. Jeśli istotnie Ukraińcy trzymają tam (w obwodzie kurskim i przyległych doń obszarach Ukrainy) 10 tys. ludzi, rosjanie musieliby rzucić do walki nawet pięciokrotnie liczniejszy kontyngent, przyzwoicie wyposażony w sprzęt ciężki i pochłaniający istotną część zasobów przeznaczonych na „spec-operację”. Przypomnijmy, armia rosyjska w Ukrainie liczy obecnie ponad pół miliona żołnierzy, z których połowa bierze czynny udział w działaniach bojowych. Wycofanie 10 proc. najwartościowszych sił byłoby poważnym osłabieniem wojsk inwazyjnych. Co przyniosłoby Ukraińcom ulgę, a kto wie, może nawet pozwoliło im na przeprowadzenie ograniczonej operacji zaczepnej na własnym terenie (dziś, po zaskakującej akcji w obwodzie kurskim, nie warto z góry zakładać, że ZSU nie są zdolne do takich akcji).

A teraz wróćmy do wspomnianego na wstępie scenariusza. Byłby „hultajski”. Dałby asumpt do zrównywania Ukraińców z rosjanami i ich atomowym terroryzmem, którego najdonioślejszym przykładem jest okupacja zaporoskiej elektrowni jądrowej. Już pojawiają się oskarżenia – napędzane wzrostem cen błękitnego paliwa – że zajęcie przepompowni w Sudży ma na celu szantażowanie Europy, do której trafia rosyjski gaz. Trochę to niemądre, wszak nitki gazociągu wiodą przez Ukrainę i ta – by namieszać – wcale nie musiałaby zajmować przepompowni na rosyjskim terenie. Tak czy inaczej, sklejanie Ukraińców z praktykami terrorystycznymi już się dzieje. Co jest ryzykowne, wziąwszy pod uwagę nierealistyczne oczekiwania Zachodu – tak polityków, jak i opinii publicznych – z których wynika, że Ukraińcy winni być krystaliczni i krystalicznie prowadzić wojnę.

W tej perspektywie zajmowanie elektrowni to pomysł na utratę wsparcia sojuszników – a przynajmniej trzeba się z tym liczyć.

Ale zarazem pomysł do zrealizowania, wszak wystarczy tam wejść – rosjanie nie są na tyle niemądrzy, by obiekt próbować odbić. Co byłoby potem? Ano handel wymienny – „my wam kurską, wy nam zaporoską”. Desperackie to do bólu (i między innymi dlatego, moim zdaniem, mało prawdopodobne). Ale Ukraina jest w desperackiej sytuacji, doprowadzona do niej przez rosjan – zuchwałość w takich okolicznościach nie wydaje mi się jakąś szczególnie istotną wadą.

Ps. Ukraińskie oddziały prą bardziej na zachód niż na północ, w stronę elektrowni. Albo nie jest ona ich celem, albo… zamierzają ją oskrzydlić.

Dziękuję za lekturę! Jeśli spodobał się Wam ten tekst, szerujcie go proszę. Pamiętajcie również o tym, że piszę głównie dzięki Wam – Waszym subskrypcjom i „kawom”. Trzeba mi ich jak diabli, bo ostatnio ze zbieraniem środków na raport jest „tak se”. Pomożecie? Stosowne przyciski znajdziecie poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Mapa sytuacyjna z rana/fot. WarMapper.org