Terror

Najnowsze dane z ukraińskiej stolicy są porażające: w efekcie rosyjskich ataków na infrastrukturę energetyczną ponad milion odbiorców pozostaje bez prądu, a około 4–5 tys. budynków mieszkalnych nie ma centralnego ogrzewania. W nocy wskazówki termometrów spadają do –15/–18 stopni Celsjusza, co oznacza, że bloki stają się lodówkami. „Już nawet nie mierzę temperatury w mieszkaniu”, pisze mi koleżanka z Kijowa. „Śpię w bieliźnie termicznej i dresie, pod grubą kołdrą i dwoma kocami, a dzieciom rozstawiliśmy w pokoju namiot”.

Według ostatnich raportów Reutersa, prawie 60 proc. Kijowa jest pozbawione prądu, co przekłada się nie tylko na brak światła, ale też na przerwy w dostawach wody, komunikacji, a nawet łączności komórkowej. Taki stan trwa już od wielu dni i – jak ostrzegają mieszkańcy oraz władze miejskie – może wpędzić społeczność w katastrofę humanitarną.

Ale system energetyczny ledwo zipie w całej Ukrainie. Z powodu ciągłych ostrzałów infrastruktury, w tym linii przesyłowych i elektrowni, wprowadzono harmonogramy awaryjnych wyłączeń, które w niektórych regionach oznaczają brak prądu nawet przez 16-20 godzin na dobę. Ten mechanizm ma zapobiec całkowitej awarii sieci, ale jednocześnie oznacza, że miliony ludzi żyją w permanentnym półmroku i zimnie.

Rosyjskie ataki na sieć energetyczną to strategia militarna z jasno określonym celem: osłabić ukraiński system energetyczny, zdestabilizować społeczeństwo i wymusić polityczne ustępstwa w toczącej się wojnie. Intensywność tych działań znacznie wzrosła w sezonie zimowym 2025/2026. Siły Moskwy wykorzystują drony, pociski balistyczne i manewrujące, aby trafić w krytyczne instalacje energetyczne.

Ukraińskie władze nie pozostają bierne. Już w połowie stycznia prezydent Wołodymyr Zełenski ogłosił stan wyjątkowy w sektorze energetycznym i powołał krajowe centrum koordynacji działań kryzysowych. W Kijowie mer Witalij Kliczko organizuje punkty ogrzewania i „punkty niezłomności”, gdzie ludzie mogą się ogrzać, naładować telefony i uzyskać pomoc. Zarządzono także częściową ewakuację – od 9 stycznia z Kijowa wyjechało już około 600 tys. osób (jedna piąta mieszkańców), które zdecydowały się szukać ciepła poza stolicą.

Równolegle rząd koordynuje przywracanie dostaw energii, pozyskiwanie awaryjnych generatorów i przesuwa zasoby energetyczne tam, gdzie są najbardziej potrzebne. Wiele szpitali i ośrodków krytycznych zostało wyposażonych w agregaty, a firmy energetyczne pracują w trybie ciągłym nad naprawami zniszczonego sprzętu.

Technicy, monterzy i operatorzy dźwigów harują po 48–72 godziny bez porządnego snu, przemieszczając się z punktu do punktu, by przywrócić prąd i ogrzewanie w mieszkaniach, szpitalach i szkołach. Ich praca odbywa się w warunkach skrajnego ryzyka – w nocy, w mrozie, pod ostrzałem dronów i pocisków – a mimo to wracają na kolejne dyżury, bo wiedzą, że każdy naprawiony transformator to uratowane życie. Kilka dni temu jeden z pracowników Ukrenergo zasłabł z wyczerpania podczas działań przy uszkodzonym obiekcie i zginął porażony prądem. „Zima Putina”, jak mówi się o kryzysie w Ukrainie, zbiera i takie ofiary.

Świat nie pozostaje bezczynny. Polska przekazuje właśnie Kijowowi 400 generatorów prądu z rezerw państwowych, które mają pomóc w stabilizacji podstawowych potrzeb energetycznych mieszkańców. Niemcy przeznaczyły 60 mln euro na dostawy generatorów, paliwa i innych środków wsparcia energetycznego dla ukraińskich gospodarstw, szpitali i szkół. Również Wielka Brytania zadeklarowała wsparcie ratunkowe. Poza oficjalnymi działaniami pojawiają się też inicjatywy społeczne. Akcja „Ciepło z Polski dla Kijowa” zebrała już 5,5 mln złotych na zakup generatorów, dzięki wpłatom od ponad 40 tys. darczyńców. Oto link do tej zrzutki, ale pamiętajcie o tym, że marzną też żołnierze. I z myślą o nich udostępniam kolejną zbiórkę – „Razem dla życia”. Wracając zaś do tekstu, który opublikowałem w portalu Polska Zbrojna – jego dalszą część, w której mowa jest m.in. o reakcjach rosyjskiej propagandy, znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. technik naprawiający uszkodzoną przez rosjan linię energetyczną/fot. własne

Uzależnienie

Skala amerykańskiej obecności wojskowej na terytorium RP oraz tempo modernizacji Sił Zbrojnych, opartej w dużej mierze na sprzęcie z USA, sprawiły, że relacje Warszawy z Waszyngtonem weszły w nową fazę. Stany Zjednoczone są nie tylko głównym gwarantem bezpieczeństwa Polski, lecz także partnerem realnie wpływającym na zdolności obronne państwa w perspektywie dekad. Taka koegzystencja „na dziś” wzmacnia odstraszanie, ale jednocześnie niesie poważne ryzyka operacyjne i strategiczne.

Po 1989 roku relacje Polski z USA miały głównie wymiar polityczny. Waszyngton odegrał kluczową rolę w procesie włączania Warszawy do zachodnich struktur bezpieczeństwa, zwieńczonym wejściem do NATO w 1999 roku. Przez kolejne lata współpraca wojskowa koncentrowała się jednak na misjach ekspedycyjnych – Iraku i Afganistanie – nie przekładając się ani na stałą obecność wojsk USA w Polsce, ani na głęboką integrację operacyjną. Przełom przyniósł dopiero rok 2014 – rosyjska agresja na Ukrainę uruchomiła proces, który w ciągu dekady radykalnie zmienił znaczenie Polski w amerykańskiej architekturze bezpieczeństwa w Europie.

—–

Jeszcze na początku lat 2010. obecność wojsk USA w Polsce miała charakter epizodyczny. Dziś mówimy o stałej, choć formalnie rotacyjnej obecności liczonej w tysiącach żołnierzy oraz o infrastrukturze o znaczeniu regionalnym. Kluczową rolę odegrały amerykańskie programy wzmacniania wschodniej flanki NATO – najpierw European Reassurance Initiative, a następnie European Deterrence Initiative. W ich ramach USA sfinansowały przerzut sił, magazynowanie sprzętu, rozbudowę infrastruktury oraz intensyfikację ćwiczeń. Po 2022 roku skala obecności została dodatkowo zwiększona. W efekcie Polska pełni dziś funkcję jednego z głównych węzłów logistycznych i dowódczych dla wschodniej flanki NATO, a na jej terytorium ulokowano elementy amerykańskiego systemu dowodzenia i wsparcia operacyjnego.

Ramy prawne tej obecności stworzyła podpisana w 2020 roku umowa o wzmocnionej współpracy obronnej (EDCA). Otworzyła ona drogę do długofalowego planowania obecności wojsk USA oraz wieloletnich inwestycji infrastrukturalnych, współfinansowanych przez stronę polską. Ich łączna wartość liczona jest w miliardach złotych.

Po 2014 roku Stany Zjednoczone stały się dla Polski także dominującym dostawcą uzbrojenia. Według danych Stockholm International Peace Research Institute (SIPRI), w latach 2014–2023 USA odpowiadały za około 60–70 procent wartości importu ciężkiego uzbrojenia do Polski. Żaden inny dostawca nie zbliżył się do tego poziomu.

Jeszcze dekadę wcześniej struktura importu była wyraźnie bardziej zróżnicowana. Polska korzystała z dostawców europejskich, izraelskich i amerykańskich, a istotną rolę odgrywał przemysł krajowy. Po aneksji Krymu, a szczególnie po 2022 roku, ten model został zastąpiony strategią szybkiej koncentracji zakupów u jednego partnera.

Skala tej zmiany jest bezprecedensowa. W latach 2022–2024 Polska podpisała z USA kontrakty zbrojeniowe o wartości liczonej w dziesiątkach miliardów dolarów, obejmujące systemy obrony powietrznej, artylerię rakietową, lotnictwo bojowe oraz ciężkie wojska lądowe. W krótkim czasie amerykańskie technologie stały się podstawą kluczowych zdolności bojowych Sił Zbrojnych RP.

Istotne jest nie tylko tempo zakupów, lecz ich struktura. Polska importuje z USA przede wszystkim systemy o znaczeniu strategicznym, a nie jedynie wyposażenie uzupełniające. Oznacza to, że realna gotowość bojowa wojska – od obrony powietrznej po zdolności uderzeniowe – jest coraz silniej powiązana z amerykańskimi łańcuchami logistycznymi, serwisowymi i szkoleniowymi.

Na tle innych państw regionu skala tej koncentracji jest wyjątkowa. Rumunia czy państwa bałtyckie również zwiększyły zakupy w USA, jednak w ich przypadku amerykański sprzęt nie dominuje całej struktury sił zbrojnych. Polska, modernizując niemal wszystkie kluczowe komponenty armii w krótkim czasie, przyjęła model, w którym jeden dostawca odgrywa rolę systemową.

Z punktu widzenia krótkoterminowego bezpieczeństwa jest to rozwiązanie skuteczne: przyspiesza modernizację, zwiększa interoperacyjność z NATO i wzmacnia odstraszanie. W dłuższej perspektywie oznacza jednak koncentrację ryzyka. Im większy udział jednego państwa w kluczowych zdolnościach bojowych, tym większe znaczenie mają decyzje podejmowane poza granicami kraju – nie tylko polityczne, lecz także budżetowe, prawne i przemysłowe.

—–

Skala zakupów uzbrojenia z USA nie oznacza automatycznie utraty suwerenności decyzyjnej. Oznacza jednak rosnącą zależność funkcjonalną, która ujawnia się nie na etapie podpisywania kontraktów, lecz podczas eksploatacji sprzętu – w czasie pokoju, kryzysu i wojny.

Nowoczesne systemy bojowe nie są samowystarczalne. Ich realna wartość zależy od dostępu do serwisu, części zamiennych, oprogramowania i amunicji. W przypadku sprzętu pochodzącego z USA oznacza to uzależnienie od certyfikowanych procedur, decyzji administracyjnych oraz zdolności przemysłu zbrojeniowego poza Polską. Nawet krótkotrwałe ograniczenia w tym obszarze mogą wpływać na gotowość bojową.

Szczególnie wrażliwym elementem jest oprogramowanie. Współczesne platformy wojskowe funkcjonują w sieciach cyfrowych, wymagają aktualizacji i integracji z systemami dowodzenia NATO. Dostęp do pełnej funkcjonalności bywa regulowany przepisami eksportowymi i zapisami kontraktowymi. W praktyce oznacza to, że sprawność sprzętu nie zależy wyłącznie od decyzji użytkownika.

Kolejnym obszarem ryzyka jest amunicja i logistyka. Zaawansowane systemy uzbrojenia są projektowane pod konkretne typy amunicji, produkowane w ograniczonej liczbie zakładów. Jeśli państwo nie posiada własnych mocy produkcyjnych lub licencji, tempo prowadzenia działań bojowych staje się pochodną dostępności dostaw z zagranicy.

Zależność dotyczy także szkolenia i kadr. Obsługa najbardziej zaawansowanych systemów wymaga długotrwałych programów szkoleniowych i certyfikacji, często realizowanych z udziałem zagranicznych instruktorów. Zdolność do szybkiego zwiększenia liczby wyszkolonych załóg w sytuacji kryzysowej jest więc ograniczona nie tylko zasobami ludzkimi, lecz także procedurami.

Wreszcie pojawia się wymiar planowania operacyjnego. Głęboka interoperacyjność z siłami USA i NATO zwiększa skuteczność wspólnych działań, ale jednocześnie sprawia, że część zdolności jest projektowana pod scenariusze sojusznicze. Samodzielne użycie sił w warunkach ograniczonego wsparcia staje się bardziej wymagające – technicznie i logistycznie.

Nie jest to zależność polityczna w klasycznym sensie. Nikt nie podejmuje decyzji za Warszawę. Jest to jednak zależność systemowa, w której realna sprawność wojska coraz silniej zależy od czynników zewnętrznych. W sprzyjających warunkach wzmacnia to bezpieczeństwo. W mniej sprzyjających – ogranicza pole manewru.

A dodajmy do tego czynnik czynnik politycznej nieprzewidywalności, o którym więcej w dalszej części tekstu. Opublikowałem go w portalu TVP.Info – oto link do całości materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Ćwiczenia 6BPD na Pustyni Błędowskiej, na pierwszym planie amerykański wóz typu Humvee/fot. 6BPD

Rok

Pierwsza kadencja Trumpa była przez wielu traktowana jako chwilowa anomalia, po której amerykańska polityka wróci na znane tory. Druga – i ten pierwszy jej rok, który właśnie dziś mija – bezlitośnie obnażyły fałsz tego myślenia. Trump nie jest już wypadkiem przy pracy amerykańskiej demokracji, lecz jej świadomym wyborem.

Czas się z tą myślą oswoić – dla własnego dobra.

Dlaczego? A choćby dlatego, że w logice Trumpa sojusze nie są wartością, lecz narzędziem – użytecznym tak długo, jak długo przynoszą wymierny zysk. Najbardziej odczuwalnym skutkiem tej zmiany jest sposób, w jaki Biały Dom mówi – i myśli – o NATO. Retoryka odpowiedzialności zbiorowej ustąpiła miejsca językowi rozliczeń. Artykuł 5 przestał być aksjomatem, a stał się pretekstem do pytań o to, kto płaci, kto korzysta, kto jest „winien”.

Polska polityka bezpieczeństwa przez lata opierała się na założeniu, że demonstracyjna lojalność wobec Waszyngtonu przełoży się na trwałość gwarancji. Stąd bezprecedensowa bliskość polityczna, rekordowe zakupy uzbrojenia, prośby o silną obecność wojskową USA. Rzecz w tym, że efektem tych zabiegów jest narastająca asymetria, w której Polska coraz częściej występuje nie jako partner, lecz klient i beneficjent łaski. Problem nie polega na samym sojuszu z USA, a na ryzyku, że stanie się on jedyną realną osią naszego bezpieczeństwa. A sojusz oparty wyłącznie na jednej gwarancji, w świecie transakcyjnej polityki, jest konstrukcją kruchą. Brak alternatyw jest słabością. Im więcej Polska inwestuje w jeden kierunek, tym mniej ma przestrzeni manewru, gdy ten kierunek zaczyna się chwiać.

To wymusza brutalną, ale konieczną refleksję: bezpieczeństwa nie da się outsourcingować w nieskończoność. Dla naszego kraju oznacza to potrzebę realnej dywersyfikacji: politycznej, wojskowej, przemysłowej. Nie w kontrze do USA, lecz na wypadek ich zmiany kursu.

Rok Trumpa to dla Polski bolesne, lecz konieczne otrzeźwienie. Wiemy już, że lojalność nie jest walutą, którą można zdeponować na przyszłość. Ale w polityce bezpieczeństwa największym zagrożeniem wcale nie jest cynizm partnera. Jest nim naiwna wiara, że cudzy interes na zawsze pokryje się z naszym.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Aneksja

Choć dla wielu brzmi to jak fantazja czy prowokacja, wydarzenia ostatnich tygodni każą zastanowić się nad scenariuszem aneksji Grenlandii przez Stany Zjednoczone. Jakby to wyglądało, czy byłyby jakiś zewnętrzny i wewnętrzny sprzeciw, no i co by z tego wszystkiego wynikło? – zastanawiam się nad tym w tekście, który opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto jego obszerne fragmenty.

Ewentualna interwencja z dużym prawdopodobieństwem nie przybrałaby formy klasycznej wojny lądowej, lecz krótkiej, wielodomenowej operacji wymuszającej zmianę statusu terytorium. Trzon działań stanowiłyby siły morskie i powietrzne USA, wsparte przez ograniczone komponenty wojsk lądowych – przede wszystkim jednostki piechoty morskiej i sił specjalnych, przygotowane do działania w warunkach arktycznych. Nie byłaby to operacja masowa, lecz precyzyjna i punktowa.

Konflikt niskointensywny

Scenariusz działań mógłby przebiegać etapami. W pierwszej kolejności doszłoby do zamknięcia morskich podejść do Grenlandii oraz przestrzeni powietrznej. Równolegle – w oparciu o siły, które Amerykanie już mają na miejscu – zabezpieczone zostałyby kluczowe węzły infrastrukturalne – porty, lotniska oraz obiekty o znaczeniu strategicznym, w tym amerykańska baza Pituffik Space Base. Dopiero w dalszej kolejności możliwy byłby ograniczony desant powietrzno-morski, i to wyłącznie w sytuacji, gdyby wcześniejsze działania napotkały opór.

Istotnym elementem operacji byłoby postępowanie wobec lokalnej administracji Grenlandii. Zamiast jej fizycznego usuwania bardziej prawdopodobny byłby scenariusz „zamrożenia” kompetencji w obszarze bezpieczeństwa i polityki zagranicznej, przy jednoczesnym pozostawieniu władz autonomicznych odpowiedzialnych za sprawy wewnętrzne. W praktyce oznaczałoby to utrzymanie ciągłości funkcjonowania instytucji cywilnych przy równoczesnym przejęciu realnej kontroli nad kluczowymi decyzjami przez stronę amerykańską.

Równolegle prowadzone byłyby działania osłonowe o charakterze politycznym i dyplomatycznym. Obejmowałyby one intensywną komunikację z sojusznikami w ramach NATO, akcentowanie wyjątkowego charakteru sytuacji oraz argumentację opartą na bezpieczeństwie Arktyki i interesach całego Zachodu. Celem byłoby opóźnienie lub rozmycie ewentualnej reakcji sojuszniczej, zanim powstałyby podstawy do uruchomienia formalnych mechanizmów odpowiedzi.

Całość miałaby charakter szybkiej „operacji faktu dokonanego”: zakończonej zanim doszłoby do jednoznacznej, wspólnej reakcji międzynarodowej. Z wojskowego punktu widzenia byłby to scenariusz niskointensywny, lecz obciążony ogromnym ryzykiem politycznym i strategicznym.

Równi czy jednak nie?

Ewentualny spór o Grenlandię od początku miałby charakter asymetryczny. USA i Dania pozostają formalnie równoprawnymi członkami NATO, jednak ich realne możliwości polityczne i wojskowe są nieporównywalne. USA dysponują globalnym potencjałem militarnym, zdolnością do samodzielnego prowadzenia operacji we wszystkich domenach oraz dominującą pozycją wewnątrz Sojuszu. Dania, mimo wysokiego poziomu interoperacyjności i aktywnego udziału w misjach NATO, nie posiada narzędzi pozwalających na samodzielne przeciwstawienie się presji ze strony Waszyngtonu.

Z punktu widzenia USA kluczowe znaczenie miałaby kalkulacja kosztów politycznych, a nie militarnych. Otwarta konfrontacja z Danią – nawet ograniczona – niosłaby ryzyko kryzysu wewnątrz NATO, osłabienia wiarygodności sojuszniczej oraz napięć z innymi państwami europejskimi – o czym szerzej w dalszej części tekstu. Z drugiej strony Waszyngton mógłby zakładać, że żaden z sojuszników nie byłby gotów na eskalację konfliktu z USA w obronie Grenlandii, zwłaszcza w sytuacji, gdy działania zostałyby przedstawione jako wyjątkowe, związane z bezpieczeństwem Arktyki i rywalizacją globalnych mocarstw.

Dla Kopenhagi scenariusz ten oznaczałby ograniczone pole manewru. Odpowiedź stricte wojskowa byłaby nierealna, a presja dyplomatyczna – zależna od zdolności zbudowania szerokiego poparcia wśród sojuszników. Jednocześnie Dania znalazłaby się w trudnej sytuacji politycznej: z jednej strony jako państwo odpowiedzialne za terytorium Grenlandii, z drugiej – jako członek NATO, starający się uniknąć otwartego konfliktu z jego najsilniejszym uczestnikiem.

W tym sensie potencjalny kryzys wokół Grenlandii byłby nie tylko testem relacji dwustronnych USA–Dania, lecz także sprawdzianem realnych mechanizmów solidarności sojuszniczej. Pokazywałby, w jakim stopniu NATO funkcjonuje jako wspólnota równych państw, a w jakim jako struktura oparta na przywództwie jednego dominującego aktora.

„Jeden za wszystkich…”, ale…

Choć artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego bywa postrzegany jako automatyczny mechanizm zbiorowej obrony, w praktyce jego uruchomienie ma charakter polityczny, a nie techniczny. Każdorazowo wymaga jednomyślnej decyzji państw członkowskich NATO, poprzedzonej oceną sytuacji i uznaniem, że doszło do zbrojnej napaści na jedno z nich. W przypadku Grenlandii proces ten od początku byłby obarczony poważnymi wątpliwościami interpretacyjnymi.

Po pierwsze, potencjalne działania USA mogłyby zostać przeprowadzone poniżej progu otwartego konfliktu zbrojnego. Ograniczona blokada morska, przejęcie kontroli nad infrastrukturą czy zmiany administracyjne, nawet jeśli byłyby postrzegane jako naruszenie suwerenności Danii, nie musiałyby jednoznacznie spełniać kryteriów „zbrojnego ataku” w rozumieniu Traktatu. To z kolei otwierałoby pole do sporów prawnych i politycznych wewnątrz Sojuszu.

Po drugie, podmiotem potencjalnych działań byłyby same USA – państwo pełniące kluczową rolę w strukturach NATO i stanowiące filar jego zdolności wojskowych. Dla wielu sojuszników oznaczałoby to realny dylemat: poparcie formalnego uruchomienia art. 5 przeciwko USA wiązałoby się z ryzykiem głębokiego kryzysu sojuszniczego, którego konsekwencje mogłyby wykraczać poza sam spór o Grenlandię.

Po trzecie, reakcja NATO byłaby uzależniona od tempa rozwoju wydarzeń. W scenariuszu szybkiej, punktowej operacji – zakończonej zanim Rada Północnoatlantycka zdołałaby wypracować wspólne stanowisko – Sojusz mógłby znaleźć się w sytuacji faktu dokonanego. Historia pokazuje, że w takich przypadkach mechanizmy kolektywne reagują wolniej niż działania jednostronne, zwłaszcza gdy brak jest jednoznacznego obrazu sytuacji w pierwszych godzinach i dniach kryzysu.

W efekcie NATO mogłoby zostać zepchnięte do roli forum konsultacyjnego, a nie bezpośredniego instrumentu odpowiedzi wojskowej. Nie oznaczałoby to jednak bierności Sojuszu, lecz raczej przeniesienie ciężaru reakcji na dyplomację, presję polityczną oraz próby mediacji – przynajmniej w początkowej fazie kryzysu.

Zarządzanie ryzykiem

W hipotetycznym scenariuszu działań wobec Grenlandii kluczową rolę odgrywałaby postawa amerykańskich sił zbrojnych. Armia USA jest strukturą silnie sprofesjonalizowaną, opartą na cywilnej kontroli władzy, ale jednocześnie głęboko zakorzenioną w myśleniu sojuszniczym i wielostronnym. Z tego punktu widzenia ewentualna operacja wymierzona w terytorium państwa NATO mogłaby spotkać się z wyraźnym oporem części kadry dowódczej, zwłaszcza na poziomie strategicznym.

Ten opór nie musiałby jednak mieć charakteru otwartego sprzeciwu. W realiach amerykańskiego systemu dowodzenia wojsko wykonuje decyzje legalnie wybranych władz cywilnych, nawet jeśli są one postrzegane jako politycznie kontrowersyjne lub obarczone wysokim ryzykiem strategicznym. W praktyce oznacza to, że sprzeciw armii mógłby przybrać formę prób ograniczania skali operacji, nacisku na warianty minimalizujące eskalację lub opóźniania decyzji, a nie odmowy wykonania rozkazów.

Nie można przy tym wykluczyć, że część środowiska wojskowego mogłaby zaakceptować taki scenariusz, jeśli zostałby on przedstawiony jako działanie o charakterze wyjątkowym, związane z długofalowym bezpieczeństwem USA w Arktyce oraz rywalizacją z innymi mocarstwami. W takim ujęciu operacja na Grenlandii mogłaby być postrzegana nie jako konflikt sojuszniczy, lecz jako rozszerzenie istniejącej obecności i odpowiedzialności strategicznej.

Przykład wojny secesyjnej pokazuje, że armia USA ma doświadczenie funkcjonowania w warunkach głębokiego napięcia politycznego i niejednoznaczności lojalności, co pozostaje ważnym, choć pośrednim punktem odniesienia. Współcześnie bardziej prawdopodobny byłby nie rozłam, lecz wewnętrzna debata o granicach odpowiedzialności wojska w realizacji decyzji politycznych. Kończąc wątek najrozsądniej uznać, że armia USA nie byłaby ani jednolitym hamulcem, ani bezrefleksyjnym narzędziem eskalacji. Jej rola sprowadzałaby się raczej do zarządzania ryzykiem, ograniczania kosztów politycznych i militarnych oraz realizacji decyzji władz cywilnych w możliwie najbardziej kontrolowany sposób.

A czy NATO by przetrwało taki kryzys? O tym w dalszej części tekstu – oto link do tego materiału.

—–

Po weekendzie wracam do tematyki ukraińskiej. A gdybyście chcieli już dziś wesprzeć mój wschodni raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne, wykonane przeze mnie zimą 2012 roku w Afganistanie/fot. własne

Skradzione

Rozmawiam z dr Alicją Bartnicką, badaczką nazizmu, o germanizacji polskich dzieci w czasie II wojny światowej i grabieży nieletnich jako formie ludobójstwa, oraz o tym, że współczesna rosja idzie tropem III Rzeszy. Wywiad ukazał się w styczniowym wydaniu magazynu „Polska Zbrojna” – tu publikuję tylko jego fragmenty. Nim zaproszę Was do lektury, dodam tylko, że rozmowę wieńczy taka refleksja mojej rozmówczyni: „Trudno mi pogodzić się z myślą, że to znów się dzieje…”. Ano trudno…

W marcu 2023 roku Międzynarodowy Trybunał Karny wydał nakaz aresztowania władimira putina. Zarzuca się mu popełnienie zbrodni wojennych, w tym grabież tysięcy ukraińskich dzieci. Znamy z najnowszej historii tę metodę działania agresorów, prawda?

To, co robi rosja, tożsame jest z działaniami podejmowanymi przez III Rzeszę. Niemcy także rabowali dzieci z terenów podbitych.

Po co putinowi mali Ukraińcy?

Oddani w adopcję do rosyjskich rodzin, z czasem staną się „pełnoprawnymi rosjanami”. Przymusowa rusyfikacja, jak kiedyś germanizacja, jest metodą pozyskiwania nowych członków wspólnoty. Ale to także sposób na prowadzenie wojny, anihilacji przeciwnika. Niszczenie nie odbywa się tylko na froncie, pod postacią zabijania żołnierzy. Kradnąc małych obywateli napadniętego państwa, robimy coś równie dotkliwego – kradniemy przyszłość narodu, który to państwo tworzy.

W odniesieniu do rosjan sprawa wydaje się prostsza – oni nie uważają Ukraińców za „gorszych rasowo”. W III Rzeszy przekonanie o wrodzonej wyższości Niemców miało rangę faktu. Jak w ten schemat myślenia o narodzie wpisuje się pomysł germanizacji obcych dzieci?

Tysiącletnia Rzesza miała być rozległa, sięgająca aż po Ural. Do ziszczenia tej wizji 60-milionowy naród niemiecki był za mały. Naziści potrzebowali 90-milionowej wspólnoty Aryjczyków, której dodatkowo miały służyć narody „gorsze”. Problem w tym, że nie dało się w krótkim czasie „wyprodukować” kilkudziesięciu milionów nowych Niemców. Już u zarania nazistowskiej państwowości uruchomiono różne programy prodemograficzne – jak zasiłki rodzinne czy preferencyjne kredyty dla małżeństw – ale one nie przyniosły pożądanego efektu. Kompletnie też nie wypalił pomysł „hodowli rasy panów”, realizowany przez podległą Heinrichowi Himmlerowi SS. Esesmani się nie żenili – przed wybuchem wojny tylko 30-40% z nich była w związku małżeńskim, z rzadka realizowali nakaz posiadania czwórki dzieci. Niewypałem okazała się niesławna instytucja Lebensborn, w której placówkach do końca 1939 roku przyszło w nich na świat dokładnie 1371 dzieci.

Dzietność w Niemczech wzrosła pod koniec lat 30., dobijając do progu zastępowalności pokoleń, a aneksja Austrii i czeskich Sudetów dała Rzeszy osiem milionów „pożądanych” obywateli…

To wciąż było za mało jak na ambicje nazistów. Tak zrodził się pomysł, by poszerzyć społeczeństwo o „najbardziej wartościowe rasowo” dzieci z podbitych krajów. U jego podstaw leżała wiara, że w każdym narodzie, na skutek różnego rodzaju okoliczności historycznych, rozsiana jest niemiecka krew – trzeba ją tylko „przywrócić” Rzeszy.

To zadanie wziął na siebie Himmler. Czy germanizacja dzieci to był jego autorski pomysł?

To raczej zbiorowe „dzieło” pracowników Urzędu Rasy i Osadnictwa [Rasse- und Siedlungshauptamt, RuSHA]. Ten, w listopadzie 1939 roku, stworzył dokument mówiący o konieczności wyszukania „dzieci o krwi niemieckiej” wśród Polaków. Zakładano, że część polskich sierot może mieć niemieckie pochodzenie – zaczęto więc od „kwerendy” w domach dziecka. Szybko jednak ta idea przerodziła się w jawną grabież dzieci, które wcale nie były sierotami. W lutym 1942 roku Ulrich Greifelt, jeden z zastępców Himmlera, wydał zarządzenie dotyczące systematycznego odbierania dzieci polskim rodzinom, żeby poddać je germanizacji.

Podstawowym kryterium był „aryjski wygląd” – co, jeśli żydowskie dziecko miało odpowiednie cechy?

Stwierdzenie kryteriów wizualnych – blond włosy i niebieskie oczy – było jedynie pierwszym etapem. Potem badano m.in. pochodzenie, co dyskwalifikowało Żydów, nawet jeśli „właściwie” wyglądali. Znamienna jest tu historia, którą poznałam, pracując w Bundesarchive w Berlinie nad książką o Himmlerze. Ten, podczas wizytacji na froncie wschodnim, spotkał rosyjskiego chłopca, który miał blond włosy i niebieskie oczy. „Jesteś Żydem?”, spytał go, a gdy dziecko zaprzeczyło, szef SS nakazał sprawdzenie papierów chłopca. W efekcie młody Rosjanin i jego brat trafili do Niemiec, co Himmler postrzegał w kategoriach osobistej zasługi…

Jakie były inne kryteria selekcji?

Dzieci przechodziły testy psychologiczne. Sześciotygodniowa obserwacja mogła zakończyć się odrzuceniem: wystarczyło jąkanie, moczenie nocne czy buntowniczość, by w dokumentach wpisano „wrodzony imbecylizm”. Takie dzieci kierowano do obozów koncentracyjnych, gdzie ginęły lub były wykorzystywane do pseudoeksperymentów, które w większości także kończyły się śmiercią.

A co z tymi, które pomyślnie przeszły selekcję?

Młodsze, między 2. a 6. rokiem życia, trafiały do placówek Lebensbornu, które w czasie wojny stały się ośrodkami adopcyjnymi – i stamtąd przekazywano je niemieckim rodzinom. Starsze kierowano do specjalnych szkół, gdzie intensywnie uczono je języka i dyscypliny. Dopiero po tym okresie – gdy uznano, że „rokują”, a ich germanizacja się powiedzie – były przekazywane rodzinom adopcyjnym.

Czy rodzice biologiczni wiedzieli, co się dzieje?

W większości przypadków – nie. Dzieci odbierano podczas wysiedleń i akcji pacyfikacyjnych, do których dochodziło w trakcie wojny. Ludzie ginęli, gubili się, tracili ze sobą kontakt, nie było jasności, co się z kim stało, gdzie jest, czy żyje.

Zaboru dokonywano także pod pretekstem np. badań lekarskich.

Rodzice dostawali wezwanie do stawienia się w placówce medycznej, zostawiali dziecko, po czym po kilku dniach wręczano im informacje o śmierci syna czy córki. Ciał nie wydawano, co czasami rodziło wątpliwości, lecz nie dało się ich zweryfikować. Nie było swobody przemieszczania się czy dostępu do informacji medycznej. A Polacy byli ludźmi gorszej kategorii, więc ich działania uznane przez Niemców za zbytnią dociekliwość groziły utratą życia. Dodajmy do tego celowe zacieranie śladów. Zrabowanym dzieciom jeszcze w Polsce zmieniano metryki i wpisywano inne imiona, nazwiska, często daty urodzeń. Formalnie stawały się Niemcami, zanim trafiły do Rzeszy. Oryginalne dokumenty niszczono, by w przyszłości nikt nie mógł się o te dzieci upomnieć, a one nie były w stanie zrekonstruować swojej historii.

Rozumiem, że świadomość społeczna dotycząca tego rabunku była w okupowanej Polsce szczątkowa?

Niemcy dobrze się z tą akcją kryli. Nie mamy też źródeł, z których wynikałoby, że Polskie Państwo Podziemne dysponowało informacjami o skali procederu. Zorganizowanych prób oporu nie było.

Czy dzieci grabiono wyłącznie w Polsce?

Rabowano też dzieci ukraińskie, rosyjskie, jugosłowiańskie, norweskie. Jednak w Polsce robiono to na największą skalę. Szacuje się, że wywieziono stąd od 50 do 200 tys. dzieci. Ten duży rozrzut liczb to skutek braku materiałów źródłowych, bo Niemcy nie tylko niszczyli dokumentację w Polsce. Gdy wojna miała się ku końcowi, spalono też wiele archiwów w samej Rzeszy.

Co działo się z dziećmi po tym jak trafiały do Niemiec? Co wiedzieli o nich rodzice adopcyjni? Co działo się po wojnie? Jakie były psychologiczne skutki tego, co zrobiono zrabowanym dzieciom? O tym dowiecie się z lektury całości wywiadu, który opublikowałem w „Polsce Zbrojnej”. Miesięcznik w papierowym wydaniu jest dostępny w salonikach prasowych, wersję elektroniczną możecie nabyć pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.