Wizyty

Wojna od zawsze przyciągała ludzi władzy, symbolu i rozpoznawalności. Jedni przyjeżdżali, by dowodzić, inni, by podtrzymywać morale, jeszcze inni – by zaświadczyć, że świat nie odwrócił wzroku. Zmieniały się formy konfliktów i środki przekazu, lecz sama logika obecności pozostała zaskakująco trwała: wizyty w strefach konfliktów – zarówno polityków, jak i celebrytów – to elementy szerszej gry narracyjnej, prowadzonej równolegle do operacji zbrojnych. Niekiedy są równie istotne, co twarde, kinetyczne działania.

Był początek marca 2012 roku, pracowałem wówczas w Afganistanie. Kilka dni wcześniej trafiłem do bazy Warrior na południu tzw. polskiej prowincji. „Rakietowe miasteczko” leżało jakieś 60 km od głównego obozowiska naszych żołnierzy, znajdującego się w mieście Ghazni. Banalny dystans, w czasach pokoju do pokonania w godzinę, w realiach wojny już zdecydowanie nie. Highway 1 – główna droga Afganistanu, wiodąca od Kandaharu do Kabulu – naszpikowana była „ajdikami” (minami-pułapkami). A inaczej jechać się nie dało.

W Warriorze wieści rozchodziły się szybko. „Pojutrze do Ghazni przyleci prezydent Komorowski”, zdradził mi jeden z oficerów. Nadałem cynk redakcji, w odpowiedzi dostając pytanie: „Dasz radę się tam dostać i obsłużyć wizytę?”. „Spróbuję”, odparłem. Jazda „ajdisztrase” zajęła mi kilkadziesiąt godzin. Zdążyłem, ale co się przy tym najadłem strachu, to moje.

Bronisław Komorowski przyleciał do „Gazowni” – jak nazywano naszą główną bazę – z lotniska w Bagram koło Kabulu (gdzie dotarł samolotem) na pokładzie potężnego amerykańskiego Chinooka i w asyście kilku należących do US Army Apaczy. Dlaczego akurat tak, skoro polski kontyngent miał własne śmigłowce transportowe Mi-17 i szturmowe Mi-24? Chinook był większy, a delegacja spora, Apacze zaś doszły „w pakiecie” – tak mi to wtedy tłumaczono. Zapewne nie bez znaczenia był również fakt, że amerykańskie maszyny gwarantowały wyższy poziom bezpieczeństwa, przede wszystkim ich pasywne i aktywne systemy obronne. Co by bowiem nie mówić, prezydent RP wlatywał w paszę lwa. Afgańskim rebeliantom z rzadka się takie akcje udawały, jednak od czasu do czasu potrafili „zdjąć z nieba” koalicyjny helikopter. Tym razem nic takiego się nie wydarzyło…

—–

Przenieśmy się w czasie o kilkanaście lat do przodu. 20 lutego 2023 roku świat przecierał oczy ze zdumienia, po tym, jak prezydent Stanów Zjednoczonych Joe Biden objawił się w Kijowie. Było to wydarzenie bez precedensu w najnowszej historii dyplomacji. Biden przybył do stolicy państwa prowadzącego pełnoskalową wojnę obronną z rosją, bez obecności amerykańskich wojsk bojowych na miejscu, bez kontroli przestrzeni powietrznej, w warunkach realnego zagrożenia atakiem rakietowym. W przeciwieństwie do wizyt jego poprzedników w Iraku czy Afganistanie, nie był to przyjazd do strefy kontrolowanej przez USA, lecz wejście w obszar wojny, nad którą Waszyngton nie miał bezpośredniej kontroli.

rosja została poinformowana o wizycie kilka godzin wcześniej, w ramach kanałów deeskalacyjnych. Nikt Moskwy o zgodę nie pytał – szło o to, by zminimalizować ryzyko przypadkowego incydentu między mocarstwami nuklearnymi.

Choć zabezpieczenie prezydenta nie polegało na widocznej obecności wojska, Amerykanie zagonili do roboty masę ludzi i sprzętu. Satelity, samoloty rozpoznawcze (które operowały wzdłuż polsko-ukraińskiej granicy), najlepsze oddziały specjalne. Te ostatnie, wraz z maszynami typu V-22 Osprey, rozlokowano na jednym z lotnisk w Polsce, utrzymując w stanie najwyższej gotowości. Samą ich obecność – niewidoczną dla opinii publicznej i nigdy oficjalnie niepotwierdzoną – można uznać za symbol tego, jak niestandardowa była to operacja. A Joe Biden zaskoczył wówczas nie tylko polityczną zuchwałością, ale i osobistą odwagą.

Błyszczy nią, niezwykle często, prezydent Wołodymyr Zełenski, co kilkanaście dni temu przybrało spektakularną postać. Prezydent Ukrainy znów odwiedził żołnierzy w strefie walk, tym razem w Kupiańsku. Niespełna dwa kilometry od rosyjskich pozycji nagrał wystąpienie, w którym odniósł się do kłamliwych kremlowskich zapewnień o zdobyciu miasta. Zagrał na nosie całemu rosyjskiemu aparatowi propagandowemu – budującemu wokół Kupiańska narrację o kolejnej wielkiej, zwycięskiej bitwie – ale i swojemu głównemu adwersarzowi. Putin, jak wiemy, niespecjalnie grzeszy odwagą – po wybuchu pełnoskalowej wojny długo nie wychodził z bunkra, a jak już zdecydował się pojechać na front, to zwizytował go zdalnie, z bezpiecznej odległości 40 kilometrów.

Znajdą się tacy, którzy powiedzą, że tego typu „wygłupy” nie przystojną politykowi, głowie państwa na wojnie. Czyżby? Zełenski w Kupiańsku – spokojnie nagrywający swój „spicz” – to nie tylko komunikat skierowany do Putina i oszukujących szefa rosyjskich generałów. To także przesłanie do Donalda Trumpa, w stylu: „może i nie mam najmocniejszych kart, lecz gotowy jestem zaryzykować własne życie”. Tak również (obok szeregu innych działań!), po trosze chłopięcym zuchwalstwem, buduje się morale współobywateli. Kto nie wierzy, niech zerknie w ukraińską przestrzeń informacyjną i doniesienia z połowy grudnia. Prezydencki gest był tam odbierany jako symbol niezłomności i nieustępliwości całej Ukrainy. Jednoczył i dawał powody do dumy. A na takiej bazie pojawia się skłonność do kolejnych wyrzeczeń. I w tym właśnie zawiera się podstawowa funkcja takich wizyt – są konsolidujące.

Podróż Joe Bidena była gestem solidarności z walczącym krajem, wyrażonym w imieniu całej zachodniej wspólnoty. W ten sam wzorzec (choć oczywiście skala oddziaływania była tu inna), wpisuje się wizyta Bronisława Komorowskiego u polskich wojskowych w Ghazni – miała ona podtrzymać morale, potwierdzić sens misji, pokazać więzi między państwem a armią. Adresatem byli przede wszystkim żołnierze, ale i wyborcy w kraju, a warunki podwyższonego ryzyka podbijały wagę tej deklaracji.

—–

Współczesny sznyt takich wizyt ukształtował się w XX wieku, wraz z nastaniem wojen masowych i rozwojem mediów. Przywódcy państw odwiedzający własnych żołnierzy na froncie mieli ucieleśniać ciągłość władzy i sens poświęcenia. W czasie II wojny światowej Winston Churchill pojawiał się w bombardowanym Londynie, świadomie ryzykując, by pokazać, że rząd dzieli los obywateli. Ten gest, powielany później w różnych konfiguracjach, stał się archetypem politycznej odwagi – choć z czasem coraz częściej był też starannie reżyserowanym elementem przekazu.

W epoce wojen ekspedycyjnych, takich jak Wietnam, Irak czy Afganistan, wizyty przywódców w strefach działań bojowych nabrały bardziej zinstytucjonalizowanego charakteru. Prezydenci USA, premierzy i ministrowie obrony przylatywali do baz wojskowych, lądowali nocą, w tajemnicy, by po kilku godzinach odlecieć z powrotem. Ryzyko istniało, lecz było ono zarządzane – państwo wysyłające kontrolowało przestrzeń powietrzną, dysponowało własnymi wojskami, systemami obrony i zapleczem logistycznym. Były to wizyty „u swoich”, odbywane w ramach znanej, przewidywalnej architektury bezpieczeństwa. Ich głównym adresatem była opinia publiczna w kraju: stanowiły sygnał, że władza panuje nad sytuacją, że żołnierze nie zostali zapomniani, że wojna – jakkolwiek kosztowna – ma sens.

Równolegle do polityków na wojnach zaczęli pojawiać się artyści i celebryci. Podczas wojny w Wietnamie amerykańscy muzycy i aktorzy przyjeżdżali zarówno po to, by występować dla żołnierzy, jak i po to, by dokumentować grozę konfliktu. Koncerty organizowane dla armii miały podnosić morale, tworzyć iluzję normalności w nienormalnych warunkach. Jednocześnie kultura masowa stała się nośnikiem sprzeciwu wobec wojny – obrazy, piosenki i relacje artystów miały często większy wpływ na nastroje społeczne niż oficjalne komunikaty rządu. Już wtedy ujawniła się różnica między obecnością władzy a obecnością symbolu: polityk reprezentował decyzję, artysta – emocję.

Po zakończeniu zimnej wojny i wraz z rozwojem globalnych mediów wizyty celebrytów w strefach konfliktów zaczęły pełnić coraz wyraźniej funkcję humanitarną i komunikacyjną. O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Przylot prezydenta Bronisława Komorowskiego do Ghazni, marzec 2012 roku/fot. własne

2025

2025 rok ma się ku końcowi, ale końca rosyjsko-ukraińskiej wojny nadal nie widać. Minione dwanaście miesięcy nie przyniosło przełomu – wbrew buńczucznym zapowiedziom Kremla, armii rosyjskiej nie udało się rozstrzygnąć konfliktu na polu bitwy. Te zaś drastycznie się przeobraziło, choć jedna jego cecha pozostaje niezmienna – front to nadal „maszynka do mielenia mięsa”, głównie rosyjskiego. Mijający rok rosjanie zamkną ze stratą kolejnych 400 tys. żołnierzy – zabitych, rannych, zaginionych i wziętych do niewoli – niewiele mniejszą niż w najkrwawszym 2024 roku.

Na początku mijającego roku ukraińska armia wciąż utrzymywała pozycje w rosyjskim obwodzie kurskim. Kontrolowany przez Ukraińców obszar znacząco się skurczył w porównaniu ze zdobyczami z początku wyprawy do rosji (z lata 2024 roku), niemniej wciąż mieliśmy do czynienia z sytuacją przeniesienia działań zbrojnych na terytorium agresora. Kreml nie mógł tej zniewagi znieść, stąd desperackie próby wyparcia wojsk ukraińskich, w kwietniu 2025 roku zwieńczone sukcesem. Zapracowali na niego nie tylko rosjanie, ale i wydatnie wspierający ich północni Koreańczycy. Trup ścielił się gęsto – odzyskanie obszaru o wielkości przeciętnego polskiego powiatu (nieco ponad 1000 km kw.) kosztowało rosjan i ich sojuszników życie i zdrowie 40 tys. ludzi. Lecz w ostatecznym rozrachunku, po ośmiu miesiącach walk, obwód kurski został odbity – i jeśli idzie o osiągnięcia na froncie jest to jedyne bezapelacyjne zwycięstwo Moskwy w 2025 roku. Warto wszak dodać, że po sukcesie militarnym Kreml „zapominał” o konieczności odbudowy zniszczonych podczas działań wojennych miejscowości – ma wszak inne priorytety, związane z kontynuowaniem napaści – ale to temat na odrębny komentarz.

—–

Jeśliby porównać mapy z oznaczonymi rosyjskimi zdobyczami z grudnia 2023 roku, z grudnia 2024 roku i obecne – na pierwszy rzut oka nie zobaczymy żadnych zmian. Dopiero w dużym powiększeniu i po uważnym przestudiowaniu poszczególnych odcinków frontu dostrzeżemy symboliczne korekty. Po wejściu rosyjsko-ukraińskich zmagań w fazę wojny pozycyjnej – co nastąpiło jesienią 2023 roku – rosjanie zajęli zaledwie 1,5 proc. powierzchni Ukrainy. W tym czasie szeregi ich armii uszczupliły się o milion (!) żołnierzy – taki jest ludzki wymiar tego sukcesu. Co należy podkreślać w obliczu coraz popularniejszych – także w Polsce – narracji, wedle których rosjanie niepowstrzymanie prą na zachód. W przypadku niektórych prorosyjskich przekazów, owo parcie przyrównywane jest do uporu i determinacji armii czerwonej z lat 1943-45 – co jest wybitnie absurdalną analogią. Sowieci wszak w dwa lata przesunęli front o 2 tys. km, żołnierzom putina w podobnym czasie udało się odeprzeć Ukraińców na głębokość do 50 km. Punktowo, w kilku szerokich na kilkanaście kilometrów pasach natarcia. Gieorgij Żukow pewnie przewraca się w grobie na dźwięk porównań jego wyczynów z osiągnięciami walerija gierasimowa, dowódcy putinowskiej armii.

„Ale to nie jest wojna o teren!”, słyszymy co jakiś czas. Tego rodzaju opinie mają usprawiedliwiać brak rosyjskich zdobyczy oraz rzucić światło na rzeczywiste intencje Moskwy. Ta mianowicie ma dążyć do złamania kręgosłupa ukraińskiej armii, poprzez narzucenie jej wojny na wyniszczenie – ludzi i zasobów, których w rosji jest więcej niż w Ukrainie. W stosowanym momencie – gdy Ukraińcy wreszcie nie będą już mieli kim i czym walczyć – Moskwa przymusi Kijów do odpowiednich ustępstw, także terytorialnych. W takim ujęciu koszmarne rosyjskie straty są rodzajem inwestycji – „na dziś” wydaje się ona przepłacona, ale efekt docelowy ją uzasadni.

Nie da się wykluczyć, że putin tak właśnie kalkuluje i oczyma wyobraźni widzi już Zadnieprze jako część federacji, oddaną przez Kijów po druzgocącej klęsce. Rzecz w tym, że rozmiar owej klęski musiałby być przeogromny, by Ukraina udzieliła rosji takich koncesji. A takiego rezultatu – totalnego rzucenia Ukrainy na kolana – rosjanie bez użycia broni jądrowej nie wywalczą. Nie w perspektywie najbliższych kilkunastu miesięcy, w trakcie których sami muszą zakończyć wojnę, bo zaczyna ona drastycznie przerastać ich możliwości. I kończąc ów wątek terenowy – w rozmowach pokojowych obszar znajdujący się pod kontrolą ma zawsze istotne znacznie. Jest atutem pokonanego czy słabszego przeciwnika – w najgorszym razie towarem, którym można kupczyć, redukując skalę porażki. Obie strony o tym wiedzą i choćby już z tego powodu to JEST wojna o teren.

—–

W dalszej części tekstu przyglądam się obszarowi, gdzie jest ona toczona. Opisuję realia frontu oraz konsekwencje bezwzględnej dominacji dronów na polu bitwy. Wspominam o rozszerzeniu strefy walk na głębokie zaplecze obu stron. Materiał ten znajdziecie w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do całości.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Ukraiński artylerzysta/fot. SzG ZSU.

Strach

Wczoraj do Polski przyleciał Wołodymyr Zełenski, dziś trwa jego oficjalna wizyta w naszym kraju. To, z kim się spotyka i o czym rozmawia ukraińska głowa państwa, to temat na odrębny wpis. W tym chciałbym zająć się nieco inną sprawą – wzmożeniem, które obserwujemy w naszych mediach społecznościowych. Zełenski nad Wisłą to jak płachta na byka dla wszelkiej maści skarpetkosceptycznych, antyukraińskich aktywistów medialnych. Więc działają – szczują, rozsyłają fejki, także takie nie-wprost związane z dzisiejszymi wydarzeniami. Jeden z nich dotarł do mnie nad ranem – to opis rzekomego zabójstwa, jakiego miało się dopuścić ukraińskie dziecko na swoim polskim rówieśniku. Zajrzałem w sieć – to jeden z najpopularniejszych, „trendujacych” od wczoraj fejurów. Zbieżność z wizytą Zełenskiego nieprzypadkowa – idzie bowiem o to, by utrwalić antyukraińskość jako postawę części polskiego społeczeństwa. Na tym gruncie wyrośnie, już rośnie, krytyka działań polskich władz, które nie tylko „przyjmują z honorami przywódcę banderowców”, ale też znów podejmą/podejmują konkretne zobowiązania wobec Ukrainy. A przecież oni „mordują nasze dzieci”…

I tak się to kręci – także w oparciu o mechanizm, który odsłania mój rozmówca, dr hab. Grzegorz Ptaszek, prof. AGH, badacz mediów. Rozmawialiśmy kilka tygodni temu, wywiad z Grzegorzem ukazał się na łamach listopadowej „Polski Zbrojnej”. Odsyłam Was do lektury całości (kto nie załapał się na „papier”, wciąż może kupić cyfrowe wydanie „Pezetki” – oto link do e-sklepu), a na potrzeby tego postu – i tytułem zachęty – publikuję poniższy fragment.

—–

Wraz z wybuchem pełnoskalowego konfliktu w Ukrainie w sieci zaroiło się od pseudoekspertów od wojny i wojskowości.

Najpierw istotne zastrzeżenie ogólne – w mediach społecznościowych funkcjonuje wielu wartościowych i rzetelnych twórców. Ale mamy też kompletne pomieszanie z poplątaniem, gdzie specjaliści od zdrowego żywienia czy treningów siłowych wypowiadają się na każdy temat. Na przykład o obronności, o której nie mają pojęcia. Mają za to ogromne zasięgi i dla wielu są autorytetami. Od wszystkiego, choć tak naprawdę od niczego konkretnego…

Jak tacy ludzie budują zaufanie odbiorców?

Jeśli media głównego nurtu są spolaryzowane i przez to oceniane jako niewiarygodne, to eksperci i „eksperci” z mediów społecznościowych są ponad to. Podkreślają swoją niezależność, intelektualną niepokorność, racjonalne spojrzenie. Nie bez znaczenia jest też aspekt wizualny, to, jak ci twórcy wyglądają, gdzie nagrywają swoje materiały.

…na kanapie, w salonie.

No właśnie. A jeśli jesteś postrzegany jako „swój, ziomal”, ktoś, kogo można spotkać w siłowni czy na ulicy, to łatwiej budujesz więź. A więź to zaufanie. A ufający odbiorca nie weryfikuje informacji, zwłaszcza jeśli wpisuje się ona w jego poglądy. No i są jeszcze emocje, bardzo obecne w społecznościówkach. Strach, zniesmaczenie, wstręt.

Wstręt się sprzedaje?

Popularność patostreamingu to najlepszy na to dowód. Jest grupa odbiorców, która łaknie mieszanki zaskoczenia, sprzeczności, naruszenia granic obyczajowych. Teoria emocjonalnych nadawców Kenta Harbera i Dova Cohena mówi, że zderzenie dwóch perspektyw wywołuje napięcie, które chcemy rozładować – dzieląc się treścią, komentując, reagując. To jeden z powodów, dla których ludzie bezrefleksyjnie udostępniają często szokujące materiały.

Jaka emocja jest wiodąca w społecznościówkch?

Strach.

Znam ludzi, których ta nieustanna ekspozycja na strach skłoniła do porzucenia mediów społecznościowych czy mediów w ogóle.

Całkowite odcięcie nie jest dobrym rozwiązaniem. Skądś musimy czerpać informacje. Ale rozumiem potrzebę ograniczenia negatywnych bodźców.

Jak walczyć z informacyjną patologią?

Częściowo już się to dzieje – są aktywiści, którzy tropią fałszywych ekspertów, obnażają braki wiedzy, prostują bzdury i pokazują manipulacje.

Może to jednak za mało i trzeba to uregulować systemowo? Czy influencerów powinny obowiązywać zasady odpowiedzialności za słowo, tak jak przedstawicieli tradycyjnych mediów?

Na razie influencerzy zostali zobligowani do oznaczania współpracy reklamowej. To krok w dobrym kierunku, ale wciąż niewystarczający. Oczywiście, można obalić ich tezy badaniami, ale to wymaga czasu i zaangażowania. A przeciętny odbiorca często nie ma na to ani siły, ani chęci. W pewien sposób influenserów czy twórców treści cyfrowych obowiązują zasady odpowiedzialności za słowo, ponieważ działają oni w ramach platform internetowych, a te posiadają własne regulaminy. Jednak, jak pokazuje praktyka, z czym często i ja się zetknąłem, w niektórych przypadkach to, co dla jednego użytkownika może być naruszeniem regulaminu, dla platformy niekoniecznie. I wówczas odbijamy się od ściany. Dlatego też uważam, że platformy społecznościowe powinny jeszcze bardziej ponosić odpowiedzialność za dopuszczanie do publikowania treści patologicznych, nawołujących do nienawiści czy wprost manipulacyjnych.

Dlaczego ów przeciętny odbiorca „kupuje” pewne treści, jest podatny na dezinformację?

Podatność na dezinformację wiąże się głównie z cechami indywidualnymi – osobowością, predyspozycjami poznawczymi, zdolnością do analizy i przetwarzania informacji. Dużą rolę odgrywa też poziom wykształcenia. To pierwsza grupa czynników – indywidualna. Druga to czynniki społeczne: ogólny niepokój, zmiany kulturowe, życie w pośpiechu, napięciu. One wpływają na naszą emocjonalną reakcję na przekazy medialne.

Czy są jakieś cechy charakterystyczne dla Polaków jako odbiorców takich treści?

Nie przypominam sobie badań porównawczych, które uwzględniałyby kulturowe różnice w podatności na dezinformację. Próbowaliśmy coś takiego robić – nie w kontekście dezinformacji, ale treści generowanych przez AI – z moją koleżanką ze Stanów Zjednoczonych. Różnice kulturowe się pojawiły, ale były statystycznie nieistotne. Zatem to sposób przetwarzania informacji – ta sfera kognitywna – jest kluczowy. Im bardziej dostrzegamy złożoność świata, tym mniej jesteśmy podatni na manipulację. Im bardziej upraszczamy rzeczywistość, tym łatwiej nami sterować.

Czyli rozwiązaniem jest edukacja?

Zdecydowanie edukacja, a zwłaszcza nauka krytycznego myślenia. Ale to znowu wymaga czasu i systemowych rozwiązań, a nie doraźnych politycznych i chwilowych działań. Od ponad dwóch dekad w środowisku medioznawców i pedagogów walczyliśmy o edukację medialną jako szkolny przedmiot, gdzie ważnym elementem jest krytyczny odbiór mediów. I co? I nic, nie doczekaliśmy się tego. A teraz utyskujemy, że młodzież spędza zbyt dużo czasu ze smartfonem w ręku i bezrefleksyjnie wierzy w fałszywe treści publikowane w Internecie.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. kadr z relacji na żywo, udostępnionej na oficjalnym profilu Wołodymyra Zełenskiego

Racje

Latem 2015 roku linia frontu między wojskami rosyjskimi i ukraińskimi przecinała miejscowość Szyrokino, położoną kilkanaście kilometrów na wschód od Mariupola. Nadmorskiego kurortu bronili żołnierze „Azowa”, zajmujący pozycje w zrujnowanym ośrodku kolonijnym. Ciepłe posiłki przywożono im raz na dobę, pickupem. Żadnych specjałów, ot mielony z ryżem, zalany cienkim sosem. „Nie ma co narzekać”, przekonywał wtedy jeden z azowców. „To, co wolontariusze gotują w naszej bazie na tyłach jest bez porównania lepsze niż to świństwo”, mężczyzna wskazał ręką na rzędy puszek z tuszonką. „Tego nawet pies nie ruszy, a oni chcą, by jedli to żołnierze”, wspominając „onych” Ukrainiec miał na myśli urzędników ministerstwa obrony. Od tych wydarzeń minęło ponad dziesięć lat, prawie cztery w realiach pełnoskalowej wojny i ogromnej mobilizacji państwa ukraińskiego. Czy coś się w kwestii aprowizacji zmieniło? I tak, i nie…

Kompaktowość i kaloryczność

„Zaopatrzenie ukraińskiej armii od 2017 roku opiera się na tzw. systemie katalogowym”, mówi Jurij Hudymenko, zasłużony podoficer, saper, obecnie polityk i lider ruchu „Demokratyczna Siekiera”. Zarządza nim spółka zależna tamtejszego resortu obrony – Państwowy Operator Tyłów. Organizuje ona otwarte przetargi, gdzie zainteresowane firmy oferują katalog 365 produktów – warzyw, mięsa, pieczywa i owoców. „Jednostka szczebla brygady sama decyduje, co nabędzie”, tłumaczy Hudymenko i podkreśla, że zwykle zakupy robione są na dwa tygodnie. „Firmy dostarczają produkty do magazynów jednostek, a stamtąd są one rozwożone do poszczególnych oddziałów. Z zakupionej żywności przygotowuje się śniadania, obiady i kolacje tak, by żołnierz otrzymał co najmniej 3500 kalorii na dobę, a dzienne racje miały wartość 150 hrywień [15 złotych polskich]”, wylicza. Oczywiście mowa o jednostkach, które znajdują się w miejscach stałej dyslokacji lub mają rozwinięte kuchnie polowe. Dla oddziałów na pierwszej linii kupowane są zestawy suchego prowiantu.

Czy istnieją inne różnice w zasadach aprowizacji? „Owszem, związane z rodzajem wojska”, kontynuuje Hudymenko. „Piechota, oddziały szturmowe mają większe zapotrzebowanie na lekkie, łatwe do przenoszenia i wysokokaloryczne racje indywidualne. Specyfika ich zadań wymaga długich marszów i przekłada się na ograniczony dostęp do palników. Oddziały artylerii i broni pancernej mają zwykle sposobność rozłożenia obozów, co pozwala na rozwinięcie kuchni i scentralizowane przygotowywanie posiłków. To wygodniejsze i korzystniejsze dla żołnierzy, ale wymaga większych nakładów na paliwo i logistykę”, podkreśla weteran ukraińskiej armii.

Ukraińskie ministerstwo obrony zapytane o to, czy dostępne są posiłki wegetariańskie czy wegańskie, odpowiada, że „menu składa się z kilku opcji dań, uwzględniających życzenia żołnierzy i możliwości techniczne kuchni”. Zanim wybuchła pełnoskalowa wojna, resort planował wprowadzenie halalowych i koszernych racji, ale pomysł zarzucono z powodu, jak to określono, „niekorzystnych kalkulacji ekonomicznych”. „Tak naprawdę wszystko zależy od dostępnych zasobów, lokalizacji, od wydarzeń na froncie”, komentuje Hudymenko. „Specjalne diety, wegetarianizm, weganizm, ograniczenia religijne – w spokojnych czasach i miejscu można się do nich stosować samodzielnie, rezygnując z pewnych potraw i zastępując je czymś innym z proponowanego menu. W warunkach polowych priorytetem jest, i zawsze będzie, szybkie wydawanie znormalizowanych posiłków”.

W strefie śmierci

Przy dynamicznej linii frontu nie zawsze jest to możliwe. „W rejonie aktywnych działań wojennych przerwy w dostawach żywności zdarzają się regularnie”, przyznaje Hudymenko. I nie chodzi tylko o zmieniające się położenie oddziałów. „Tak jak my mamy ważne zadanie dostarczenia zaopatrzenia, tak wróg ma równie ważny cel – nie pozwolić nam tego zrobić. Przeciwnik wie, gdzie są kluczowe huby logistyczne, ponieważ na froncie i w jego pobliżu jest ich ograniczona liczba, zna prowadzące do nich drogi”, mówi.

Wyzwaniem jest też charakter frontu, który w ostatnich miesiącach w wielu miejscach uległ drastycznemu przeobrażeniu. Walki nie toczą się już w tradycyjnych okopach czy na jasno wyznaczonych liniach. Zamiast tego istnieje szeroka na kilkanaście kilometrów „strefa śmierci”, kontrolowana przez bezzałogowce. Zgrupowania liczące po kilkunastu-kilkudziesięciu żołnierzy są w niej porozrzucane często w przypadkowy sposób – jedne pododdziały są bliżej, inni dalej od swoich, bywa, że od zaplecza oddzielają je nie tylko połacie skanowanego przez drony terenu, ale i wrogie ugrupowania. W takich warunkach, de facto odcięcia, wojskowi funkcjonują nawet przez wiele tygodni, co oznacza konieczność dostarczania zaopatrzenia z powietrza – dronami, którym mimo wszystko łatwiej się przedrzeć niż wozom na lądzie.

A istnieją też problemy pozamilitarne. Wojna niesie ze sobą możliwość rozwijania interesów – niektóre firmy, walczące o warte miliardy hrywien zlecenia, szkodzą sobie nawzajem. „Duzi gracze podkradają sobie podwykonawców lub nakłaniając ich do zakłócania dostaw”, tłumaczy Jurij Hudymenko. Dodajmy do tego biurokratyczny bałagan, korupcję i niekompetencję części kadry urzędniczej MON, o czym regularnie piszą ukraińskie media i na co wciąż skarżą się przedstawiciele armii.

Na szczęście zmiany systemu zaopatrzenia nie wyeliminowały wolontariuszy – o czym przeczytacie w drugiej części tekstu. Materiał jest dostępny w cyfrowym wydaniu magazynu „Polska Zbrojna” – oto link, pod którym możecie je nabyć. W miesięczniku znajdziecie też kilka innych moich tekstów – polecam je Waszej uwadze. Przeczytajcie również tekst numeru, poświęcony żywieniu w Wojsku Polskim.

PS. Kto nie lubi cyfrowych gazet, „Pezetka” jest i w tradycyjnym, papierowym wydaniu – znajdziecie ją w salonikach prasowych.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Ciepły posiłek przygotowany na tyłach trafiał do żołnierzy raz na dobę. W tym przypadku były to mielone kotlety z ryżem. Szyrokino, lato 2015 roku/fot. własne

Zuchwałość

gierasimow, ksywa „młotkowy’, do putina (10 dni temu):

– Zdobyliśmy Kupiańsk!

Zełenski (dziś):

– Potrzymaj mi piwo…

Znajdą się tacy, którzy powiedzą, że chłopięca zuchwałość nie przystoi politykowi, głowie państwa na wojnie. „Propagandowa szopka”, rzekną, usiłując zdezawuować fakt, że prezydent Ukrainy znów odwiedził żołnierzy w strefie walk, gdy jego adwersarz długo nie wychodził z bunkra, a jak już zdecydował się pojechać na front, to zwizytował go zdalnie, z bezpiecznej odległości 40 kilometrów (nawet Hitler, który odwagą nie grzeszył, był bliżej…). Załączone zdjęcie wykonano w Kupiańsku, 2000 metrów od rosyjskich pozycji. Gdy je robiono, Zełenski nagrywał wystąpienie, w którym odnosił się do kremlowskich zapewnień o zdobyciu miasta.

„Frajerzy…”, mówi jego postawa, a komunikat ów skierowany jest nie tylko do putina i jego speca od masowego wytracania własnych żołnierzy. To także przesłanie do Trumpa, coś w stylu: „może i nie mam najmocniejszych kart, mam za to jaja”. Tak również (obok szeregu innych działań!), ową chłopięcą zuchwałością, buduje się morale współobywateli. Kto nie wierzy, niech zerknie w ukraińską przestrzeń informacyjną. Prezydencki gest jest tam odbierany jako symbol niezłomności i nieustępliwości całej Ukrainy. Jednoczy i daje powody do dumy. A na takiej bazie pojawia się skłonność do kolejnych wyrzeczeń.

—–

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Fot. Biuro prezydenta Ukrainy