Pierwszy

Nie milkną echa skandalicznych słów Donalda Trumpa, który zakwestionował wkład sojuszników z NATO, sugerując, że w Afganistanie „trzymali się z tyłu”. I że Ameryka ich nie potrzebowała. Wypowiedź spotkała się z ostrymi reakcjami polityków z Wielkiej Brytanii, Włoch czy Niemiec, przeprosin oczekują weterani i rodziny poległych z kilkudziesięciu krajów. Amerykańskie służby dyplomatyczne starają się ugasić pożar. Ambasady USA, także ta w Polsce, wydają pojednawcze oświadczenia. Ale sam Trump, póki co, pokajał się jedynie przed Brytyjczykami; resztę sojuszników ignoruje. Jakby historia, o której tu wspomnę, w ogóle się nie wydarzyła…

2 czerwca 2011 roku z bazy Giro wyruszył kilkudziesięcioosobowy patrol kołowy. Polacy zmierzali ku głównej arterii, szosie Highway 1, mijając pod drodze m.in. wioskę Bahar. Tam kolumna dostała się pod ogień. Początkowo ostrzał nie był ani intensywny, ani groźny, mimo to nie można go było zignorować. Incydenty bez odpowiedzi tylko rozzuchwaliłyby talibów.

Polacy zaczęli napierać na wioskę, a ogień rebeliantów zgęstniał do tego stopnia, że niezbędne okazało się wezwanie samolotów. Dwa amerykańskie F-15 poprzestały na niskich przelotach – użycie działek czy rakiet w gęsto zamieszkałym rejonie nie wchodziło w grę. Pokaz siły nie przyniósł jednak oczekiwanych efektów – Afgańczycy się nie wycofali.

Rosomaki podjechały jak najbliżej zabudowań i wysadziły desant. Jedną z drużyn, która od razu ruszyła między domy, dowodził starszy kapral Jarosław Maćkowiak z 17. Wielkopolskiej Brygady Zmechanizowanej. Zaczęło się przeczesywanie terenu – sprawdzanie każdego domu, każdego budynku gospodarczego. Od czasu do czasu rozlegały się serie z broni maszynowej, gdy dochodziło do kontaktu z przeciwnikiem. W którymś momencie drużyna „Maćka” zatrzymała się przy końcu muru jednego z domostw. Pójście dalej oznaczało wyjście w otwartą przestrzeń. Afgański policjant i tłumacz Polaków chciał ruszyć jako pierwszy. Maćkowiak, widząc że Afgańczyk nie ma kamizelki kuloodpornej, sam zajął jego miejsce.

– Pójdę jako pierwszy – powiedział i ruszył, a za nim kolejni. I wtedy rebeliancka seria skosiła dwóch biegnących na czele Polaków.

Mimo ognia koledzy wynieśli rannych w bezpieczniejsze miejsce, w pobliże jednego z Rosomaków. Wozem dowodził starszy kapral Tomasz Byczek, który ogniem z kaemu osłaniał ewakuację rannych.

– Skupiłem się na celach, by nas nie podeszli – opowiadał mi kilka lat później. – Gdy spojrzałem w bok, medyk już „Maćka” pompował…

Maćkowiak dostał w udo, pocisk przerwał mu tętnicę. Był nieprzytomny, gdy ładowano go na pokład śmigłowca ewakuacji medycznej, zmarł w szpitalu w Ghazni.

– Gdy go zabierali, wiedziałem, że jest źle, ale nie sądziłem, że widzę chłopa ostatni raz żywego… – relacjonował kapral Byczek.

Podczas akcji w Bahar zginęło 15 talibów. Skala i intensywność potyczki wzięły się stąd, że tego dnia do wioski zjechało wielu bojowników na wesele jednego z nich.

—–

Przez Afganistan przewinęło się około 33 tysięcy polskich żołnierzy; 44 z nich wróciło w trumnach, setki z ranami i traumą. Znałem osobiście pięciu żołnierzy, weteranów Wojska Polskiego, którzy po powrocie do kraju przegrali zmagania z PTSD i popełnili samobójstwo. Nie znamy dokładnej liczby śmiertelnych ofiar stresu pourazowego, ale z całą odpowiedzialnością mogę napisać, że jest ich co najmniej kilkadziesiąt. W skali koalicji (nawet bez Amerykanów) – tysiące. I już choćby dlatego słowa Donalda Trumpa o tym, że sojusznicy w Afganistanie byli „niepotrzebni”, są nie tylko fałszywe, lecz także moralnie obrzydliwe.

Jako kronikarz „polskiego Afganistanu” poznałem setki żołnierzy, utrzymywałem kontakt z rodzinami wielu z nich, także z bliskimi poległych. To te relacje sprawiły, że uczestniczyłem w ich żałobie i widziałem z bliska, jak mierzą się z traumą straty. Widziałem domowe ołtarzyki, które w mieszkaniach rodziców poległych chłopaków stawały się centrum codziennego życia. Wiem, jak wielkie znaczenie dla pogodzenia się ze stratą miało przekonanie, że te śmierci miały sens – i mogę się tylko domyślać, jak bardzo bolą dziś słowa Donalda Trumpa, że w gruncie rzeczy były niepotrzebne.

—–

Nz. Polscy żołnierze w Afganistanie podczas jednej z wielu misji bojowych/fot. Adam Roik

Ten tekst, w znacznie obszerniejszej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

Oszukany

Afganistan to była dla mnie wspaniała przygoda, „turbomęska”, jak mówił o tej misji jeden z moich mundurowych kolegów. Adrenalina, egzotyka, przyjaźń – to słowa-klucze, które dobrze oddają istotę tego doświadczenia.

Zawodowo spełniłem się po całości, budując wyjątkowy warsztat i pozycję.

To dzięki Afganowi wszedłem w świat twórców literackich.

Ale Afganistan to także wspomnienie bólu po urazie ciśnieniowym i długa relacja ze stresem pourazowym. Poczucie wyplucia, gdy wojna się skończyła, a redakcja stanęła na stanowisku „kij ci w oko, radź sobie teraz sam”. Wyrzuty sumienia wobec najbliższych, których przez lata dręczyłem swoją nieobecnością i ryzykiem, że nie wrócę. Sporo mógłbym tu jeszcze dodać, ale nie w tym rzecz. Chcę tylko napisać, że gdybym rachunek sumienia oparł wyłącznie o osobiste zyski i straty, uznałbym, że nie warto było. Że cała ta wojenna reporterka na chuj mi była potrzebna, że lepiej, bym niektórych rzeczy nigdy nie zobaczył i nie usłyszał.

Ale ja tak nie myślałem. Sądziłem, że widzę i w jakiejś mierze współtworzę historię, że jestem częścią czegoś większego. Brałem udział w odkłamywaniu fatalnej narracji o misji stabilizacyjnej, która tak naprawdę była wojną. Pisząc o tym, jak ta wojna wygląda, dawałem świadectwo wysiłków podejmowanych przez chłopców i dziewczęta w mundurach Wojska Polskiego. Oni nie stali z tyłu, jak mówi dziś Trump. Bywałem srogim recenzentem, zwłaszcza dla tych na górze, ale zawsze towarzyszyło mi przekonanie, że misja naszych żołnierzy ma sens. Bo „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”; byliśmy w Afganistanie z sojusznikami i dla sojuszników. Przekonywałem do tego swoich Czytelników, wprost pisząc, że jutro to my możemy poprosić o pomoc – i że ją dostaniemy, skoro jej udzieliliśmy, jadąc na amerykańską wojnę.

W tym upatrywałem sens Afganu, osobiste wysiłki, by ludzie w ten sposób myśleli, nadawały „większy” sens mojej pracy.

I Trump, serią wyplutych z siebie zdań, zadał temu wszystkiemu kłam. Mówiąc, że my, Polacy, nie byliśmy im, Amerykanom, potrzebni, dotknął mnie do żywego. I nawet nie chodzi o to, że bredził. Rzecz w tym, że jego „niepotrzebni” oznacza również, że w jego mniemaniu Ameryka nie ma wobec nas żadnych zobowiązań.

A przecież o te zobowiązania chodziło. Po to to wszystko było, cały ten pierdolony Afganistan.

Czuję się oszukany i czuję się źle, że oszukiwałem innych – stąd mój piątkowy wpis, i ten dzisiejszy też.

Ps. Wiem, że Trump nie jest depozytariuszem opinii większości Amerykanów. Wierzę, że nie doczeka końca kadencji i odejdzie w niesławie. Ale bardzo się boję tego, co może się wydarzyć, nim ów koniec nadejdzie…

Zdjęcie z czasów, gdy „staliśmy w tyle”/fot. Krzysiek Żuczkowski

(Nie)potrzebni

„Nigdy ich nie potrzebowaliśmy” – powiedział Donald Trump o sojusznikach w Afganistanie. To zdanie nie jest kontrowersyjne, ono jest fałszywe. I obraźliwe. Byłem w Afganistanie, wielokrotnie, stając się kronikarzem polskiej misji. Pamiętam wszystkie nazwiska tych, którzy wrócili do kraju w trumnach owiniętych biało-czerwoną flagą. I już choćby dlatego nie mogę przejść obok słów pomarańczowego pajaca obojętnie.

Afganistan był wojną Ameryki. Zaczęła się ona po 11 września 2001 roku, w odpowiedzi na atak wymierzony w Stany Zjednoczone. To na wniosek USA, po raz pierwszy w historii, NATO uruchomiło artykuł 5. To po pierwsze.

Po drugie, skala ma znaczenie. Stany Zjednoczone nie wzięły na siebie największego ciężaru dlatego, że inni nie chcieli walczyć, lecz dlatego, że mogły go wziąć. Dysponowały największą armią w NATO, największym budżetem obronnym, największą logistyką i zdolnościami, których sojusznicy po prostu nie posiadali. Dla mniejszych państw wysłanie kilkuset czy kilku tysięcy żołnierzy było wysiłkiem porównywalnym do wkładu globalnego mocarstwa.

Przez Afganistan przewinęło się około 775 tysięcy amerykańskich żołnierzy. Zginęło 2461, ponad 20 tysięcy zostało rannych. To liczby, które robią wrażenie i które trzeba powtarzać, bo bez nich każda rozmowa o „obciążeniach” jest jałowa. Amerykanie walczyli najdłużej, najintensywniej i w najtrudniejszych rejonach. Prowadzili operacje ofensywne na skalę, o jakiej mniejsze armie mogły tylko czytać w raportach.

Ale z tych liczb nie wynika, że reszta była zbędna.

Operacja ISAF nie była fasadowym dodatkiem do amerykańskiej kampanii. W szczytowym momencie uczestniczyło w niej ponad 130 tysięcy żołnierzy z 51 państw. Nie jako statyści, lecz jako kontyngenty odpowiedzialne za konkretne prowincje, konkretne bazy i konkretne odcinki. Każdy z nich działał w ramach własnych ograniczeń politycznych, prawnych i militarnych – co samo w sobie było koszmarem dla planistów – ale nikt nie był tam „turystycznie”.

To prawda, że nie wszystkie prowincje były takie same. Że nie wszędzie intensywność walk była porównywalna z Helmandem czy Kandaharem, gdzie prym wiedli Amerykanie Ale sojusznicy nie jechali do Afganistanu po to, by zastąpić USA w prowadzeniu wojny. Pojechali tam, by udźwignąć jej wspólny ciężar na tyle, na ile byli w stanie – wiedząc, że zapłacą za to cenę polityczną w kraju i realną cenę na miejscu.

Dlatego porównywanie liczb wprost – „oni tylu, my tylu” – jest intelektualnie nieuczciwe. Afganistan nie był konkursem na straty ani rankingiem zaangażowania. Był testem, czy NATO potrafi działać jako realny sojusz militarny, a nie zbiór państw chowających się za amerykańską flagą. I Sojusz ten test zdał.

—–

Jeśli ktoś chce znaleźć istotę kłamstwa zawartego w słowach „pozostawali z dala od linii frontu” (kolejny cytat z Trumpa), powinien pojechać palcem po mapie Afganistanu i zatrzymać się na jednej nazwie: Helmand Province.

To była jedna z najtrudniejszych prowincji. Rolnicze zaplecze talibów, centrum produkcji opium, teren płaski jak stół, pozbawiony naturalnych osłon, idealny do podkładania improwizowanych ładunków wybuchowych i zasadzek. Miejsce, w którym linia frontu nie była linią, lecz stanem wszechogarniającym i permanentnym.

W Helmandzie walczyli Amerykanie. I nikt tego nie kwestionuje. Ale walczyli tam również Brytyjczycy – i zapłacili za to krwawą cenę. Setki zabitych, tysiące rannych, operacje prowadzone w koszmarnych warunkach, o których w Londynie długo nie chciano mówić głośno.

A obok nich byli Duńczycy.

Państwo liczące niespełna sześć milionów mieszkańców wysłało do Helmandu kontyngent, który proporcjonalnie do swojej wielkości poniósł jedne z najwyższych strat w całej koalicji. Czterdziestu czterech poległych, kolejne setki rannych. Liczba, która w amerykańskiej statystyce może zniknąć w tabeli, ale dla Danii była narodowym wstrząsem. To nie była armia „od stabilizacji”. To byli żołnierze, którzy regularnie wychodzili w patrole i wchodzili w kontakt bojowy z przeciwnikiem.

Duńczycy nie mieli w Afganistanie żadnego interesu narodowego. Nie bronili Kopenhagi, nie zabezpieczali własnych granic, nie odpowiadali na bezpośrednie zagrożenie. Byli tam, bo tak działa sojusz. I właśnie dlatego dzisiejsze lekceważenie ich wysiłku jest tak głęboko niesprawiedliwe.

—–

Polski Afganistan nie był Helmandem. Polscy żołnierze nie operowali w najkrwawszych prowincjach, nie prowadzili działań o intensywności porównywalnej z tym, czego doświadczali Amerykanie, Brytyjczycy czy Duńczycy na południu kraju. I nikt rozsądny nigdy tego nie twierdził.

Ale z faktu, że to nie był Helmand, nie wynika, że była to misja bezpieczna, symboliczna, „na tyłach”.

Polska odpowiadała przede wszystkim za prowincję Ghazni – region niestabilny, z aktywną obecnością talibów, gdzie leżały ważne szlaki komunikacyjne. Gdzie regularnie dochodziło do ostrzałów baz, ataków na patrole z użyciem improwizowanych ładunków wybuchowych i broni maszynowej. To nie był obszar „stabilizacyjnej sielanki”, lecz przestrzeń, w której wojna miała swój codzienny, monotonnie brutalny rytm.

Przez Afganistan przewinęło się około 33 tysięcy polskich żołnierzy, zginęło 44, ponad 200 zostało rannych, a kolejnych kilkuset kontuzjowanych.

Polacy – tak jak Duńczycy – nie jechali do Afganistanu dlatego, że Taliban zagrażał naszym miastom. Jechali, bo Polska traktowała zobowiązania sojusznicze poważnie. Bo wiedziała, że wiarygodności nie buduje się deklaracjami, lecz obecnością tam, gdzie ryzyko jest realne.

Polacy, Duńczycy, Brytyjczycy, Niemcy, Francuzi, Włosi i inni pojechali do Afganistanu nie dlatego, że wierzyli w jego transformację w liberalną demokrację. Pojechali, bo rozumieli, że jeśli dziś odmówią, jutro ktoś odmówi im. To jest niewygodna prawda o sojuszach: solidarność kosztuje, czasem ceną są życia wielu osób.

—–

Słowa Donalda Trumpa to nie tylko publicystyczny skandal i kolejna prowokacja polityka, który od lat testuje granice odpowiedzialności. One są czymś znacznie groźniejszym: aktem amnezji, który – jeśli stanie się normą – podkopuje fundamenty sojuszy szybciej niż jakikolwiek przeciwnik z zewnątrz.

Bo sojusz to nie tylko zdolności wojskowe, bazy i interoperacyjność. Sojusz to także wspólna pamięć. Pamięć o tym, kto był, gdy było trudno. Kto wysłał swoich ludzi, choć nie musiał. Kto zapłacił cenę za cudzą wojnę, wierząc, że w razie potrzeby ta solidarność zadziała w drugą stronę.

—–

Amerykanie, militarnie, poradziliby sobie w Afganistanie sami. Dysponowali siłą, logistyką i determinacją wystarczającą, by prowadzić tę wojnę bez wsparcia sojuszników. Ale Afganistan nie był tylko kampanią wojskową. Był także przedsięwzięciem politycznym, wymagającym międzynarodowej legitymizacji, bez której szybko stałby się w oczach świata kolejną imperialną wyprawą Stanów Zjednoczonych, samotną interwencją supermocarstwa narzucającego swoją wolę słabszemu państwu. Obecność sojuszników nadawała tej wojnie charakter wspólnej odpowiedzi Zachodu. Waszyngton doskonale to rozumiał i błagał sojuszników o wsparcie, choćby symboliczne. Także w tym kontekście owo „niepotrzebni” jest obrzydliwym kłamstwem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Sojuszniczy patch z afgańsko-misyjnych czasów, kiedy wszystko wydawało się znacznie prostsze/fot. własne

Terror

Najnowsze dane z ukraińskiej stolicy są porażające: w efekcie rosyjskich ataków na infrastrukturę energetyczną ponad milion odbiorców pozostaje bez prądu, a około 4–5 tys. budynków mieszkalnych nie ma centralnego ogrzewania. W nocy wskazówki termometrów spadają do –15/–18 stopni Celsjusza, co oznacza, że bloki stają się lodówkami. „Już nawet nie mierzę temperatury w mieszkaniu”, pisze mi koleżanka z Kijowa. „Śpię w bieliźnie termicznej i dresie, pod grubą kołdrą i dwoma kocami, a dzieciom rozstawiliśmy w pokoju namiot”.

Według ostatnich raportów Reutersa, prawie 60 proc. Kijowa jest pozbawione prądu, co przekłada się nie tylko na brak światła, ale też na przerwy w dostawach wody, komunikacji, a nawet łączności komórkowej. Taki stan trwa już od wielu dni i – jak ostrzegają mieszkańcy oraz władze miejskie – może wpędzić społeczność w katastrofę humanitarną.

Ale system energetyczny ledwo zipie w całej Ukrainie. Z powodu ciągłych ostrzałów infrastruktury, w tym linii przesyłowych i elektrowni, wprowadzono harmonogramy awaryjnych wyłączeń, które w niektórych regionach oznaczają brak prądu nawet przez 16-20 godzin na dobę. Ten mechanizm ma zapobiec całkowitej awarii sieci, ale jednocześnie oznacza, że miliony ludzi żyją w permanentnym półmroku i zimnie.

Rosyjskie ataki na sieć energetyczną to strategia militarna z jasno określonym celem: osłabić ukraiński system energetyczny, zdestabilizować społeczeństwo i wymusić polityczne ustępstwa w toczącej się wojnie. Intensywność tych działań znacznie wzrosła w sezonie zimowym 2025/2026. Siły Moskwy wykorzystują drony, pociski balistyczne i manewrujące, aby trafić w krytyczne instalacje energetyczne.

Ukraińskie władze nie pozostają bierne. Już w połowie stycznia prezydent Wołodymyr Zełenski ogłosił stan wyjątkowy w sektorze energetycznym i powołał krajowe centrum koordynacji działań kryzysowych. W Kijowie mer Witalij Kliczko organizuje punkty ogrzewania i „punkty niezłomności”, gdzie ludzie mogą się ogrzać, naładować telefony i uzyskać pomoc. Zarządzono także częściową ewakuację – od 9 stycznia z Kijowa wyjechało już około 600 tys. osób (jedna piąta mieszkańców), które zdecydowały się szukać ciepła poza stolicą.

Równolegle rząd koordynuje przywracanie dostaw energii, pozyskiwanie awaryjnych generatorów i przesuwa zasoby energetyczne tam, gdzie są najbardziej potrzebne. Wiele szpitali i ośrodków krytycznych zostało wyposażonych w agregaty, a firmy energetyczne pracują w trybie ciągłym nad naprawami zniszczonego sprzętu.

Technicy, monterzy i operatorzy dźwigów harują po 48–72 godziny bez porządnego snu, przemieszczając się z punktu do punktu, by przywrócić prąd i ogrzewanie w mieszkaniach, szpitalach i szkołach. Ich praca odbywa się w warunkach skrajnego ryzyka – w nocy, w mrozie, pod ostrzałem dronów i pocisków – a mimo to wracają na kolejne dyżury, bo wiedzą, że każdy naprawiony transformator to uratowane życie. Kilka dni temu jeden z pracowników Ukrenergo zasłabł z wyczerpania podczas działań przy uszkodzonym obiekcie i zginął porażony prądem. „Zima Putina”, jak mówi się o kryzysie w Ukrainie, zbiera i takie ofiary.

Świat nie pozostaje bezczynny. Polska przekazuje właśnie Kijowowi 400 generatorów prądu z rezerw państwowych, które mają pomóc w stabilizacji podstawowych potrzeb energetycznych mieszkańców. Niemcy przeznaczyły 60 mln euro na dostawy generatorów, paliwa i innych środków wsparcia energetycznego dla ukraińskich gospodarstw, szpitali i szkół. Również Wielka Brytania zadeklarowała wsparcie ratunkowe. Poza oficjalnymi działaniami pojawiają się też inicjatywy społeczne. Akcja „Ciepło z Polski dla Kijowa” zebrała już 5,5 mln złotych na zakup generatorów, dzięki wpłatom od ponad 40 tys. darczyńców. Oto link do tej zrzutki, ale pamiętajcie o tym, że marzną też żołnierze. I z myślą o nich udostępniam kolejną zbiórkę – „Razem dla życia”. Wracając zaś do tekstu, który opublikowałem w portalu Polska Zbrojna – jego dalszą część, w której mowa jest m.in. o reakcjach rosyjskiej propagandy, znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. technik naprawiający uszkodzoną przez rosjan linię energetyczną/fot. własne

Uzależnienie

Skala amerykańskiej obecności wojskowej na terytorium RP oraz tempo modernizacji Sił Zbrojnych, opartej w dużej mierze na sprzęcie z USA, sprawiły, że relacje Warszawy z Waszyngtonem weszły w nową fazę. Stany Zjednoczone są nie tylko głównym gwarantem bezpieczeństwa Polski, lecz także partnerem realnie wpływającym na zdolności obronne państwa w perspektywie dekad. Taka koegzystencja „na dziś” wzmacnia odstraszanie, ale jednocześnie niesie poważne ryzyka operacyjne i strategiczne.

Po 1989 roku relacje Polski z USA miały głównie wymiar polityczny. Waszyngton odegrał kluczową rolę w procesie włączania Warszawy do zachodnich struktur bezpieczeństwa, zwieńczonym wejściem do NATO w 1999 roku. Przez kolejne lata współpraca wojskowa koncentrowała się jednak na misjach ekspedycyjnych – Iraku i Afganistanie – nie przekładając się ani na stałą obecność wojsk USA w Polsce, ani na głęboką integrację operacyjną. Przełom przyniósł dopiero rok 2014 – rosyjska agresja na Ukrainę uruchomiła proces, który w ciągu dekady radykalnie zmienił znaczenie Polski w amerykańskiej architekturze bezpieczeństwa w Europie.

—–

Jeszcze na początku lat 2010. obecność wojsk USA w Polsce miała charakter epizodyczny. Dziś mówimy o stałej, choć formalnie rotacyjnej obecności liczonej w tysiącach żołnierzy oraz o infrastrukturze o znaczeniu regionalnym. Kluczową rolę odegrały amerykańskie programy wzmacniania wschodniej flanki NATO – najpierw European Reassurance Initiative, a następnie European Deterrence Initiative. W ich ramach USA sfinansowały przerzut sił, magazynowanie sprzętu, rozbudowę infrastruktury oraz intensyfikację ćwiczeń. Po 2022 roku skala obecności została dodatkowo zwiększona. W efekcie Polska pełni dziś funkcję jednego z głównych węzłów logistycznych i dowódczych dla wschodniej flanki NATO, a na jej terytorium ulokowano elementy amerykańskiego systemu dowodzenia i wsparcia operacyjnego.

Ramy prawne tej obecności stworzyła podpisana w 2020 roku umowa o wzmocnionej współpracy obronnej (EDCA). Otworzyła ona drogę do długofalowego planowania obecności wojsk USA oraz wieloletnich inwestycji infrastrukturalnych, współfinansowanych przez stronę polską. Ich łączna wartość liczona jest w miliardach złotych.

Po 2014 roku Stany Zjednoczone stały się dla Polski także dominującym dostawcą uzbrojenia. Według danych Stockholm International Peace Research Institute (SIPRI), w latach 2014–2023 USA odpowiadały za około 60–70 procent wartości importu ciężkiego uzbrojenia do Polski. Żaden inny dostawca nie zbliżył się do tego poziomu.

Jeszcze dekadę wcześniej struktura importu była wyraźnie bardziej zróżnicowana. Polska korzystała z dostawców europejskich, izraelskich i amerykańskich, a istotną rolę odgrywał przemysł krajowy. Po aneksji Krymu, a szczególnie po 2022 roku, ten model został zastąpiony strategią szybkiej koncentracji zakupów u jednego partnera.

Skala tej zmiany jest bezprecedensowa. W latach 2022–2024 Polska podpisała z USA kontrakty zbrojeniowe o wartości liczonej w dziesiątkach miliardów dolarów, obejmujące systemy obrony powietrznej, artylerię rakietową, lotnictwo bojowe oraz ciężkie wojska lądowe. W krótkim czasie amerykańskie technologie stały się podstawą kluczowych zdolności bojowych Sił Zbrojnych RP.

Istotne jest nie tylko tempo zakupów, lecz ich struktura. Polska importuje z USA przede wszystkim systemy o znaczeniu strategicznym, a nie jedynie wyposażenie uzupełniające. Oznacza to, że realna gotowość bojowa wojska – od obrony powietrznej po zdolności uderzeniowe – jest coraz silniej powiązana z amerykańskimi łańcuchami logistycznymi, serwisowymi i szkoleniowymi.

Na tle innych państw regionu skala tej koncentracji jest wyjątkowa. Rumunia czy państwa bałtyckie również zwiększyły zakupy w USA, jednak w ich przypadku amerykański sprzęt nie dominuje całej struktury sił zbrojnych. Polska, modernizując niemal wszystkie kluczowe komponenty armii w krótkim czasie, przyjęła model, w którym jeden dostawca odgrywa rolę systemową.

Z punktu widzenia krótkoterminowego bezpieczeństwa jest to rozwiązanie skuteczne: przyspiesza modernizację, zwiększa interoperacyjność z NATO i wzmacnia odstraszanie. W dłuższej perspektywie oznacza jednak koncentrację ryzyka. Im większy udział jednego państwa w kluczowych zdolnościach bojowych, tym większe znaczenie mają decyzje podejmowane poza granicami kraju – nie tylko polityczne, lecz także budżetowe, prawne i przemysłowe.

—–

Skala zakupów uzbrojenia z USA nie oznacza automatycznie utraty suwerenności decyzyjnej. Oznacza jednak rosnącą zależność funkcjonalną, która ujawnia się nie na etapie podpisywania kontraktów, lecz podczas eksploatacji sprzętu – w czasie pokoju, kryzysu i wojny.

Nowoczesne systemy bojowe nie są samowystarczalne. Ich realna wartość zależy od dostępu do serwisu, części zamiennych, oprogramowania i amunicji. W przypadku sprzętu pochodzącego z USA oznacza to uzależnienie od certyfikowanych procedur, decyzji administracyjnych oraz zdolności przemysłu zbrojeniowego poza Polską. Nawet krótkotrwałe ograniczenia w tym obszarze mogą wpływać na gotowość bojową.

Szczególnie wrażliwym elementem jest oprogramowanie. Współczesne platformy wojskowe funkcjonują w sieciach cyfrowych, wymagają aktualizacji i integracji z systemami dowodzenia NATO. Dostęp do pełnej funkcjonalności bywa regulowany przepisami eksportowymi i zapisami kontraktowymi. W praktyce oznacza to, że sprawność sprzętu nie zależy wyłącznie od decyzji użytkownika.

Kolejnym obszarem ryzyka jest amunicja i logistyka. Zaawansowane systemy uzbrojenia są projektowane pod konkretne typy amunicji, produkowane w ograniczonej liczbie zakładów. Jeśli państwo nie posiada własnych mocy produkcyjnych lub licencji, tempo prowadzenia działań bojowych staje się pochodną dostępności dostaw z zagranicy.

Zależność dotyczy także szkolenia i kadr. Obsługa najbardziej zaawansowanych systemów wymaga długotrwałych programów szkoleniowych i certyfikacji, często realizowanych z udziałem zagranicznych instruktorów. Zdolność do szybkiego zwiększenia liczby wyszkolonych załóg w sytuacji kryzysowej jest więc ograniczona nie tylko zasobami ludzkimi, lecz także procedurami.

Wreszcie pojawia się wymiar planowania operacyjnego. Głęboka interoperacyjność z siłami USA i NATO zwiększa skuteczność wspólnych działań, ale jednocześnie sprawia, że część zdolności jest projektowana pod scenariusze sojusznicze. Samodzielne użycie sił w warunkach ograniczonego wsparcia staje się bardziej wymagające – technicznie i logistycznie.

Nie jest to zależność polityczna w klasycznym sensie. Nikt nie podejmuje decyzji za Warszawę. Jest to jednak zależność systemowa, w której realna sprawność wojska coraz silniej zależy od czynników zewnętrznych. W sprzyjających warunkach wzmacnia to bezpieczeństwo. W mniej sprzyjających – ogranicza pole manewru.

A dodajmy do tego czynnik czynnik politycznej nieprzewidywalności, o którym więcej w dalszej części tekstu. Opublikowałem go w portalu TVP.Info – oto link do całości materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Ćwiczenia 6BPD na Pustyni Błędowskiej, na pierwszym planie amerykański wóz typu Humvee/fot. 6BPD