Wymiana

Dziś – obok rosyjskiego prężenia muskułów – wydarzyło się też coś być może ważniejszego. Zwolniono z niewoli (wymieniono na rosyjskich jeńców) obrońców Azowstalu, w tym najbardziej znienawidzonych przez kremlowską propagandę azowców.

W zamian musiało pójść do ruskich coś cennego (jacyś wyżsi rangą pojmani oficerowie? Okup – niekoniecznie bezpośredni transfer, ale na przykład gwarancja nieruszenia jakiejś części zamrożonych rosyjskich aktywów?). Albo to ważny gest ze strony moskwy, sugerujący – na przekór prowojennej retoryce – gotowość do rozmów.

Dlaczego tak sądzę? Azowcy, zwłaszcza ci, powinni byli zginąć – do takiego obrotu sprawy przygotowywała nas rosyjska propaganda. Wcześniej (klatki w Mariupolu) miano ich maksymalnie upodlić. Tymczasem zwolniono. Nie wierzę w rosyjską dobroduszność i bezinteresowność – nie, nie, po prostu nie.

Niezależnie od okoliczności, dobrze, że nasi są już wolni. To naprawdę wspaniała wiadomość.

—–

Nz. skrin wybranych fotografii, udostępnionych przez Ukraińskie Siły Zbrojne

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Mobilizacja

A zatem eskalacja – wieszczą niektórzy po dzisiejszym wystąpieniu Putina. Owszem, ale… pozorna, biorąc pod uwagę przewidywalne skutki.

Bo tak, ogłoszenie częściowej mobilizacji daje państwu więcej uprawnień do stosowania przymusu. Trudniej będzie wymigać się od poboru, wczorajsze zmiany w prawie wprowadzone przez Dumę dodatkowo temu pomogą. Ale nie zmienia się nastawienie rosjan do tej wojny – rzeczywiste, nie deklaratywne – i oni jak nie chcieli, tak nie zechcą walczyć. Widzieliśmy to wczoraj w metadanych – w gwałtownym skoku wyszukiwań treści na temat możliwości uniknięcia wojska i wyjazdu z rosji.

Zatem w mojej ocenie pobór mobilizacyjny będzie miał co najwyżej mocno ograniczone „osiągnięcia”. Oczywiście, te kilkadziesiąt tysięcy dodatkowych sztuk mięsa armatniego wpłynie na sytuację na froncie. Ale jej jakoś dramatycznie nie zmieni.

Reszta (putinowskiego wystąpienia), to stara mantra: źli Ukraińcy, zły Zachód, konieczność wsparcia „swoich” w Donbasie, groźby użycia broni jądrowej.

Zapowiedź kontynuowania wojny? Tu też bez zaskoczeń – putin, z powodów, o których już tu pisałem, chce konflikt przeciągnąć przez zimę (częściowa mobilizacja ma mu w tym pomóc, bo na froncie jednostki liniowe mają po 40-50 proc. stanów i za chwilę nie byłoby kim walczyć).

Jak dla mnie to wystąpienia to pokaz NIE-mocy. Musimy ogłosić częściową mobilizację – mówi putin, tym samym przyznając się, że „operacja specjalna” leży i kwiczy. Wbrew przewidywaniom, nie zadeklarował przyjęcia DRL i ŁRL do rosji – dobrze wie, że nie byłby w stanie dać „republikom” odpowiednich gwarancji bezpieczeństwa. Nie bez znaczenia jest zapewne projekt legislacyjny z USA, przewidujący – w razie uznania przez moskwę wyników „referendów” – transfer 300 mld dol. rosyjskich aktywów, zamrożonych w Stanach, do… Ukrainy. Widmo takiej straty przywołuje putina do porządku, co skądinąd jest dobrą wiadomością, bo pozwala wierzyć w elementarną racjonalności reżimu.

Ale ten reżim jest schyłkowy – i słabo-silne wystąpienie putina najlepszym tego dowodem. Zauważcie, że znów skłamał, przekonując rosjan, że Ługanda jest już „wyzwolona”. Tymczasem od kilku dni harcują tam oddziały armii ukraińskiej. Luzer nie potrafi się do takich faktów przyznać…

Ps. Wystąpienie tego gamonia szojgu – który dał głos zaraz po putinie – najlepiej ilustruje, jaki to był cyrk. „Straciliśmy 6 tys. zabitych”, mówi minister obrony i zaraz potem dodaje: „Mobilizacja obejmie 300 tys. osób”. Czy ktoś tym durniom jeszcze wierzy?

PS. Za Lotnictwo: „Dzisiejsze ogłoszenie w Rosji mobilizacji wojskowej pozytywnie wpłynęło na ożywienie rynku przewozów lotniczych tego kraju. Samoloty na połączeniach międzynarodowych zaczęły zapełniać się pasażerami do ostatniego miejsca. W kilka minut po przemówieniu prezydenta Putina, w którym ogłosił częściową mobilizację rezerwistów, wszystkie bezpośrednie bilety na 21 września do Stambułu i Erewania zostały wyprzedane.

Jak informuje serwis Aviasales, również w kolejnych dniach zabraknie biletów na bezpośrednie loty z Rosji do Armenii lub Turcji. Za to wciąż istnieje możliwość wykupienia lotu do Dubaju, a dopiero stamtąd do Stambułu. O godzinie 10:30 zostało tylko kilka wolnych miejsc na bezpośrednie loty z Moskwy do Turcji, jednak z terminem wylotu pod koniec bieżącego tygodnia”.

Zobaczy putler te 300 tys. zmobilizowanych jak świnia niebo…

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Deklaracje

Panowie szojgu i putin mają lada moment wygłosić jakieś ważne oświadczenia. Prawdopodobnie będą one dotyczyć „referendów” – i tego, że Moskwa chętnie, a jakże i w ogóle, wesprze swoich braci w mowie, i w razie „społecznego mandatu” przygarnie na łono matuszki rassiji wschodnio-ukraińskie „republiki”. Obecność szojgu każe przypuszczać, że padną jakieś militarne zapowiedzi. Mówi się, że reżim planuje uciec do przodu i ogłosi stan wojenny oraz mobilizację.

Nim dacie się przestraszyć wizją „no to teraz ruskie się rozkręcą; rzucą do walki milionową armię”, chciałbym Was uspokoić. Nim rzucą do walki, muszą:

  • z powodzeniem przeprowadzić mobilizację;
  • odpowiednio wyekwipować nowe oddziały;
  • odpowiednio je przeszkolić.

Tymczasem…

O zebraniu odpowiedniej ilości sprzętu – i o tym, że nie jest to możliwe przy zachowaniu elementarnej jakości – już pisałem.

Odpowiednie szkolenie to pół roku; Ukraińcy dopiero teraz wprowadzają do walki brygady, których formowanie rozpoczęło się zaraz po inwazji. Czynią to po przejściu pełnego cyklu szkoleń. O tym, że ma to sens, przekonaliśmy się podczas niedawnej ofensywy pod Charkowem. O tym, że wprowadzanie do boju na szybko organizowanych oddziałów – bez uprzedniego ich zgrania, ba, bez elementarnych szkoleń dla pojedynczego żołnierza – nie ma sensu, przekonują koszmarne rosyjskie straty i generalne niepowodzenia wszędzie tam, gdzie pojawiają się ochotnicy (i „ochotnicy”).

Co zaś się tyczy mobilizacji – przedsmak za nami. I wcale nie mam na myśli kulawej kampanii rekrutacyjnej, która w ostatecznym rozrachunku trafia co najwyżej do wykolejeńców. Jak pamiętacie, wiosną rozpoczął się w rosji pobór. To w gruncie rzeczy była mobilizacja (analogicznie jak u nas w czasach obowiązkowej zasadniczej służby wojskowej), z tą różnicą, że dotyczyła konkretnych roczników. Wedle planów, od kwietnia do połowy lipca miano zmobilizować 150 tys. mężczyzn. Nim dane utajniono, pod koniec czerwca, wiadomo było, że plan w skali kraju udało się zrealizować w… 26 procentach. W kamasze poszło 40 tys. poborowych. Gros młodych ludzi dało nogę z kraju, ci którzy zostali w rosji, na głowie stawali, by nie założyć munduru.

I dla przykładu – w Samarze do służby stawiło się 100 na 3200 poborowych, w regionie woroneskim – także stu na 2800. Niżny Nowogród zrealizował plan poboru w 44 proc., w Tule do armii zgłosił się co trzeci rekrut.

Kilkanaście dni temu rosyjski urząd statystyczny Rosstat podał, że w pierwszym półroczu z rosji wyjechało (nie w celach turystycznych, a na dłużej) 419 tys. osób. To ponad dwa razy więcej niż w tym samym okresie poprzedniego roku. Pierwszy raz w historii rosji po 1991 roku więcej osób wyemigrowało, niż imigrowało. Imigrantów – głównie z dawnych republik sowieckich – było 322 tys. Tradycyjnie przybyli oni do rosji w poszukiwaniu pracy (mimo zachęt skierowanych do tego środowiska – m.in. obietnicy szybkiego uzyskania obywatelstwa – nie stało się ono rezerwuarem rekrutacyjnym).

– 76 proc. poparcia dla wojny to poparcie z kanapy? Zwolennicy wojny nie są gotowi pójść i umrzeć za ojczyznę?” – pyta Lwa Gudkowa, socjologa z Centrum Lewady Masza Makarowa, rosyjska dziennikarka mieszkająca w Polsce (w rozmowie dla OkoPress).

– Oczywiście, że nie są – odpowiada Gudkow. – Jest to znane i stabilne zjawisko. W 2014 roku, kiedy w Donbasie odbywała się próba powtórzenia tego, co stało się na Krymie, pytaliśmy „Czy Pan/Pani jest gotowy/gotowa pojechać tam, by walczyć?” albo: „Czy Pan/Pani zgadza się, by syn, mąż, brat pojechał tam, by bronić Rosjan w Donbasie?” Albo jeszcze inaczej: „Czy Pan/Pani jest gotowy/gotowa ponieść koszty aneksji Donbasu?” Gotowych czysto deklaratywnie było od 3 do 5 proc. A reakcja innych to: „Ale co to ma wspólnego ze mną? Dlaczego ja mam być za to odpowiedzialny?”. Wsparcie na słowach i aktywne uczestnictwo to różne płaszczyzny świadomości.

Innymi słowy wowa, czego byś nie zrobił, to jeb…e.

—–

Nz. Czołg ukraińskiej armii – jeden z tych, którego załoga miesiącami przygotowywała się do walki/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Referenda”

Kilka osób zapytało mnie, o co chodzi z tymi referendami w Doniecku i Ługańsku. „Co oni kombinują?” – zastanawiają się Czytelnicy, mając na myśli zarówno Moskwę, jak i „separów”. Niezorientowanym wyjaśniam – wczoraj ci drudzy zaapelowali o jak najszybsze przeprowadzenie referendów w sprawie przyłączenia obu tzw. republik ludowych do Rosji. „Nadszedł czas, aby wymazać nieistniejącą granicę między naszymi państwami”, tamtejsze media cytują przewodniczącego Izby Publicznej DRL Aleksandra Kofmana. Na marginesie – nadal nie wiadomo, gdzie jest doniecki „numero uno” Penis Duszylin (odkąd kanalia zadekretował, oficjalnie!, że nie wolno zamieniać pierwszych liter jego imienia i nazwiska, czynię to z ogromną lubością). Kilka dni temu zwiał z Doniecka, najpewniej do rosji, i jak dotąd się nie objawił.

Mniejsza o niego – idea referendów spodobała się byłemu rosyjskiemu prezydentowi Dymitrowi Miedwiediewowi, o czym poinformował na Telegramie. Miedwiediew to w ostatnim czasie propagandowa strzelba reżimu, miotająca groźby i bluzgi pod adresem krajów wspierających Ukrainę. Tajemnicą poliszynela jest, że odstawiony przez putina na boczny tor polityk od dawna mierzy się z chorobą alkoholową. I to głównie po pijaku aktywuje się w sieci. Niezależnie od knajackich standardów putinowskiej polityki i dyplomacji, pewnych rzeczy pisać i mówić nie wypada czy to Ławrowowi czy Pieskowowi; rolę użytecznego idioty realizuje więc „Dimon”. Trudno jednak ocenić, czy w tym przypadku jego „tak” dla pomysłu separatystów oznacza zgodę Kremla (Miedwiediew potrafi bowiem „odlecieć”).

Przystając na propozycje liderów ŁRN i DRL Moskwa dużo ryzykuje.

Nie sądzę, by był to pomysł skrojony na Kremlu. W mojej ocenie jest on desperacką próbą uzyskania większych gwarancji bezpieczeństwa dla pseudo-republik ze strony Moskwy. Ukraińcy po ostatniej kontrofensywie nie zatrzymali się w granicach obwodu charkowskiego – weszli na ługańszczyznę. Od kilku dni – wzorem wcześniejszych działań na innych odcinkach frontu – „grillują” zaplecze wroga przy użyciu precyzyjnej artylerii rakietowej. Jest oczywiste, że zamierzają iść za ciosem i wyzwolić kolejne tereny, także te utracone w 2014 roku.

Przed lutym 2022 roku połączone „siły zbrojne” ŁRL i DRL liczyły 40 tys. bojców. Było to ostrzelane w kilkuletniej wojnie okopowej, nieźle wyposażone „wojsko”. Tyle że nie ma już po nim śladu – trzon został wytracony, a potencjalne rezerwy wydrenowane. Doszło do tego, że „separy” zniosły nienaruszalną dotąd zasadę – niemobilizowania górników. Wcześniej zaś przymusowy pobór objął nawet niepełnosprawnych mężczyzn. Duża w tym zasługa dowództwa armii rosyjskiej, które milicje traktowała – nadal traktuje – jako mięso armatnie służące do rozpoznania bojem.

Innymi słowy, coraz bardziej nie ma komu bronić „republik” – a armia ukraińska nie odpuszcza.

Mimo padających od lat deklaracji, elity ŁRL i DRL wcale nie pragnęły ścisłej integracji z rosją. Mówimy bowiem o mafijnym układzie, nastawionym na brutalną, ekspansywną eksploatację zasobów ekonomicznych obu regionów, rzecz jasna dla własnych korzyści. Większa zależność administracyjna oznaczałaby konieczność dzielenia się z Moskwą, zarówno w wymiarze formalnym, jak i nieformalnym (transfer kapitału w rosji odbywa się z peryferii do centrum; to prowincja żywi Moskwę – i tę polityczną, i tę mafijną; zresztą, oba światy się przenikają). „Donieckim” i „ługańskim” wystarczał rosyjski „bicz boży”, wiszący nad Ukraińcami, gdyby Kijowowi przyszło do głowy rozbić „republiki”. I istotnie, perspektywa interwencji armii rosyjskiej przez lata powstrzymywała władze Ukrainy przed wyzwoleniem Donbasu. Moskwie z kolei wystarczał fakt, że jątrzący się tam konflikt de facto blokował ukraińskie aspiracje dotyczące integracji z Zachodem. Był więc to układ (między rosją a „republikami”) wzajemnie pasożytniczy, ba, „separy” potrafiły nawet zagrać Kremlowi na nosie i wprowadzać cła na niektóre towary z federacji – by i na tym zarobić.

Ale to już przeszłość. Teraz uścisk „pańskiej ręki” Moskwy musi być silniejszy, jeśli mafiosom z Ługańska i Doniecka marzy się przeżycie. Tak przynajmniej kalkulują, zakładając, że Ukraińcy nie odważą się wchodzić na teren formalnie będący rosją. Wyobrażają sobie, że ochroni ich rosyjska doktryna obronna, zakładająca atomową odpowiedź w przypadku ataku na federację.

Tyle że Kreml już się przekonał o ograniczonych możliwościach, jakie niesie szantaż nuklearny. Wielokrotnie powtarzane groźby ani nie wygasiły ukraińskiego oporu, ani nie powstrzymały Zachodu przed niesieniem pomocy wojskowej. W Moskwie mają świadomość, że tym mieczem za bardzo wojować się nie da – bo w którymś momencie trzeba go wyjąć z pochwy, co i dla rosji oznaczałoby dotkliwe i dramatyczne skutki. Stąd chowanie głowy w piasek i udawanie, że nic się nie stało, gdy Ukraińcy zaatakowali instalacje wojskowe na Krymie – a przecież półwysep w myśl rosyjskiego prawa od 2014 roku stanowi część federacji.

Krymu chroni potężne zgrupowanie rosyjskich wojsk i minie jeszcze sporo czasu, nim ukraińskie „sprawdzam” potwierdzi kremlowski blef. W Donbasie sytuacja jest inna – i grozi kolejną kompromitacją rosji.

Oczywiście, intelektualna uczciwość każe założyć inny scenariusz – że Moskwa szuka pretekstu do ogłoszenia stanu wojny i powszechnej mobilizacji. Jeśli tak jest, w mojej ocenie świadczy to o totalnym „odjechaniu” autorów takiego pomysłu. Gdzie oni bowiem widzą te zasoby sprzętu, w który dałoby się wyekwipować zmobilizowanych? To, co realne, co ma jakąś wartość, już zostało w Ukrainie zaangażowane. Część zresztą sczezła, część zasiliła wroga. Nieprzebrane magazyny sprawnej techniki to nic więcej jak mokry sen. Realia zaś są takie, że wczoraj rosyjskie okręty podwodne przebazowano z Krymu do portu w Noworosyjsku w Kraju Krasnodarskim. To wciąż nad Morzem Czarnym, ale z dala od ukraińskich rakiet. Tyle w temacie…

—–

Nz. Ukraiński czołgista podczas niedawnych działań w charkowszczyźnie. Presja armii ukraińskiej trwa…/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Rasputica

Pytacie, co dalej/jak potoczy się sytuacja na froncie, po ewidentnym przyśpieszeniu, z jakim mieliśmy do czynienia w ostatnich tygodniach. Odpowiem Wam, przyjmując na chwilę perspektywę rosyjskich generałów, którym zostało… modlić się o deszcz. O błoto, a później mróz (mam nadzieję, że Wojtek Jagielski nie będzie miał mi za złe tej parafrazy tytułu jego książki).

W języku rosyjskim warunki pogodowe sprzyjające powstawaniu błota doczekały się własnej nazwy: распу́тица (pol. rasputica). To swoisty dowód uznania dla skutków wywoływanych przez rasputicę. W ZSRR zjawisko to odcinało od świata około 40% wiosek położonych w europejskiej części kraju. Potężne imperium aż po swój kres nie było w stanie zbudować przyzwoitej sieci dróg, w związku z czym dwa razy do roku gruntowe w większości szlaki stawały się trudno lub w ogóle nieprzejezdne. Po rozpadzie ZSRR sytuacja nie uległa istotnym zmianom – rasputica nadal dokucza rosjanom, Ukraińcom i Białorusinom. Ta jesienna, wywołana intensywnymi opadami deszczu, rozpoczyna się w połowie października, kończy miesiąc później wraz z pierwszymi mrozami, kiedy wilgotna ziemia zamarza na głębokość metra. Podczas roztopów następuje rasputica wiosenna, groźniejsza z powodu wody uwięzionej w glebie. Jej wytopienie rozmiękcza grunt, co prowadzi do powstania grząskiego błota, głębokiego nawet na kilkadziesiąt centymetrów.

W marcu tego roku w takim błocie utopiło się mnóstwo rosyjskich czołgów, biorących udział w inwazji na Ukrainę. Świat obiegły wówczas zdjęcia porzuconych wozów, będące kolejnym dowodem fatalnej jakości planowania w rosyjskiej armii. Rasputica nie powinna była zaskoczyć rosjan – żyją z nią od wieków. Generałowie z Moskwy doskonale też wiedzieli, że na obszarze między Ukrainą a Białorusią dominują bagna i mokradła. I że podczas odwilży teren ten będzie w większości nieprzejezdny. Jeśli chcieli zacząć wojnę zimą, należało to uczynić do połowy lutego, podczas największych mrozów. Atak tymczasem nastąpił kilkanaście dni później, na najbardziej priorytetowym kierunku wiodąc przez „królestwo rasputicy”. Media ochrzciły ją wtedy kolejnym określeniem – jednego z „czterech jeźdźców armii ukraińskiej”, obok pocisków Javelin i Stinger oraz platform społecznościowych (gdzie Ukraińcy toczą skuteczną wojnę informacyjną).

Rasputica obnażyła jeszcze inną słabość rosyjskiego wojska – fakt iż korzysta ono z kiepskiej jakości ogumienia. Przekłada się to na poważne kłopoty z transportem i logistyką – tym większe, im bardziej nie dopisuje pogoda. W czasach radzieckich przemysł oponiarski produkował solidne opony, sprawdzające się w każdych warunkach atmosferycznych. Ale to już pieśń przeszłości, odległa także z powodu sankcji gospodarczych, uniemożliwiających rosji import niezbędnych narzędzi i komponentów do produkcji. W praktyce oznacza to, że Ziły i Kamazy jeżdżą na oponach importowanych z zaprzyjaźnionych krajów. W użyciu są m.in. chińskie „gumy” YS20, czyli kiepska kopia doskonałej skądinąd wojskowej opony Michelin XZL. W porównaniu z oryginałem, podróbka ściera się setki razy szybciej. Zwykle wystarcza na pojedynczy przejazd z bazy logistycznej w rosji do oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów zgrupowania własnych wojsk. rosjanie korzystają też z białoruskich opon Bel-95. Zakładają je np. na ciężarówki będące nośnikami niezwykle kosztownych systemów przeciwlotniczych Pancyr. W marcu br. jeden z takich Kamazów nie był w stanie samodzielnie wydostać się z błotnej pułapki. Wóz rosjanie porzucili, Ukraińcy puścili go z dymem.

Nie tylko w ocenie mediów, ale i zdaniem wojskowych analityków, pogoda i wywołane nią komplikacje w sposób istotny przyczyniły się do ukraińskiego zwycięstwa w bitwie o Kijów. Wiosenna rasputica zagrała wtedy w jednej drużynie z Ukraińcami. Komu przysłuży się ta jesienna? Ukraińska kontrofensywa w obwodzie charkowskim z początku września oraz wcześniejsze „mielenie” rosyjskiego zaplecza logistycznego i systemu dowodzenia przy użyciu precyzyjnych systemów artyleryjskich (głównie Himarsów), sprawiły, że na froncie rosjanie stracili inicjatywę operacyjną. Nadal, przy użyciu broni strategicznej, mogą razić cele w całej Ukrainie, bez większego ryzyka symetrycznej odpowiedzi. Tyle że nie przekłada się to na sytuację ich wojsk bezpośrednio zaangażowanych w walkę. Obecnie są one w stanie prowadzić niemal wyłącznie operacje obronne (w skali frontu pojedyncze akcje zaczepne nie mają większego znaczenia). Od chwili szokującej porażki pod Charkowem rosyjscy generałowie modlą się o deszcz i błoto, zakładając, że dzięki temu ukraińska presja ulegnie wyhamowaniu. A to pozwoli im przegrupować wojsko, uzupełnić stany osobowe i zapasy. Z tym jednak może być niemały problem, bo po rosyjskiej stronie linii frontu w Donbasie jest niewiele solidnych szlaków komunikacyjnych. Z konieczności więc uzupełnienia będą musiały pójść głębszym zapleczem, przez tereny rosji – co istotnie wydłuża drogę.

Na tym etapie wojny wydaje się, że Kreml chce ją przeciągnąć przez zimę. Licząc, że niskie temperatury dadzą się we znaki zachodnim Europejczykom. Zmarznięci obywatele Unii zażądają od swoich rządów powrotu do taniej rosyjskiej energii, co będzie możliwe tylko po uprzednim zawieszeniu wsparcia wojskowego dla Ukrainy. A odcięci od „zachodniej kroplówki” Ukraińcy nie będą w stanie długo się bronić. I tak pogoda znów ocali rosję, kalkuluje putin. Rasputica to jedno, ale i generał Mróz ma przecież niemałe w tym zasługi…

Obyś się gamoniu po raz kolejny przeliczył!

—–

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to