Riposta

Pojawiły się prośby, bym napisał, jak wyglądałoby użycie przez rosjan broni jądrowej – w odpowiedzi na porażki w Ukrainie. Szanowni, właśnie o to tym gamoniom chodzi – byśmy nieustannie rozważali najdziksze scenariusze, od których włos jeży się na głowie. Które rozbudzą w nas choćby tylko podskórne lęki. W użyciu „atomówek” nie chodzi jedynie o materialny wymiar destrukcji, ale też o spustoszenia natury psychicznej/psychologicznej. Efekt mrożący, czyli pożądaną przez atakujących zmianę – w tym przypadku złamanie woli ukraińskiego oporu oraz powstrzymanie zachodniej pomocy z obawy przed eskalacją. Tyle że ów efekt (nie od razu i nie w całości) może wywołać sama groźba użycia takiej broni. Atomowy blef, którym usiłuje grać putin, a którego skuteczność zwiększają medialne dywagacje.

No więc nie, nie zagram w tej orkiestrze.

Dodam jednak – bo mam świadomość, że ziarna niepokoju zostały już zasiane, a potoczne wyobrażenia niosą szkodliwe skutki – że:

Po pierwsze, aktywność sił zbrojnych federacji jest monitorowana przez całą dobę, putinowska armia pozostaje w istotnej mierze transparentna dla zachodnich wywiadów, głównie amerykańskiego; to zasługa imponującego zaplecza technologicznego, wielkości i jakości agentury oraz rosyjskiej bylejakości i podatności na korupcję. Dzięki temu wiemy, że nie dzieje się nic, co wskazywałoby na rosyjskie przygotowania do użycia głowic jądrowych.

Po drugie, odpalenie głowic nie następuje „z automatu”. Przycisk w słynnej walizce nie posyła rakiet „w świat”, a jedynie rozkaz ich użycia. Ostateczne decyzje podejmują dowódcy wyrzutni. Wykorzystanie broni strategicznej (dużych głowic przenoszonych przez międzykontynentalne rakiety) poprzedza proces decyzyjny, który nie jest ograniczony do jednej osoby – putina. Tyle wiemy na pewno – klarownej wiedzy na temat szczegółów tego procesu nie mamy. Zdaniem wielu analityków, inicjacja na poziomie strategicznym wymaga jednoczesnej zgody prezydenta, ministra obrony i szefa sztabu generalnego. Z kolei sięgnięcie po broń taktyczną (małe głowice) leży w kompetencjach dowódcy teatru działań, choć z jednej strony wymagana jest zgoda (polityczna) naczelnego dowódcy, z drugiej, rozkaz wędruje przez kolejne szczeble aż do operatora nośnika – pilota czy dowódcy działonu (który musi wiedzieć, co zrzuca/czym strzela). Innymi słowy, mamy do czynienia z długim łańcuchem zależności i reakcji, co pozwala wierzyć, że gdzieś/ktoś w końcu się opamięta.

Bo ryzyka, patrząc z perspektywy Kremla, są ogromne. Pomijam oczywiste stwierdzenie, że w razie eskalacji i wciągnięcia NATO w wymianę nuklearnych ciosów, nikt takiej wojny nie wygra. Gwarantowane Wzajemne Zniszczenie chroni nas przed wielkim nuklearnym konfliktem.

Co zaś się tyczy pomniejszych scenariuszy – zrzucenie taktycznego ładunku w Ukrainie nie pozostanie bez reakcji Zachodu. Ta wojskowa ma być druzgocąca – mówią to wprost przedstawiciele amerykańskiej administracji. Zapowiedzi pozostają bardzo ogólne, a szczegóły – na przykład dotyczące zniszczenia floty czarnomorskiej przy użyciu amerykańskich pocisków samosterujących – to medialne spekulacje. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że generał Mark Milley, przewodniczący połączonych szefów sztabów (najważniejszy żołnierz w USA), jesienią ubiegłego roku tak zdefiniował zasady postępowania z rosją („krajem o nadzwyczajnych zdolnościach nuklearnych”):

1: „Nie miej konfliktu kinetycznego między wojskami USA i NATO a Rosją”.

2: „Zatrzymaj wojnę w granicach geograficznych Ukrainy”.

3: „Wzmacniaj i utrzymuj jedność NATO”.

4: „Umocnij Ukrainę i daj jej środki do walki”.

Jeśli ekstraordynaryjne posunięcie – jakim byłoby odpalenie głowicy atomowej – nie zmieniłoby tych zasad, militarna odpowiedź Zachodu miałaby charakter pośredni i odbyłaby się ukraińskimi rękoma. Ponieważ istotna w tym kontekście byłaby szybkość odpowiedzi, przeprowadzono by ją w oparciu o potencjał, którym Ukraina już dysponuje – acz „na szybkości doładowany”. W mojej ocenie mielibyśmy do czynienia z serią ataków rakietowych na bazy rosyjskiej floty na Krymie, na rosyjskie centra dowodzenia, lotniska i na inne elementy kluczowej wojskowej infrastruktury. Nihil novi, ale… Ale Himarsy strzelałby także pociskami o największym zasięgu (300 km), z natężeniem dotąd nieobserwowanym. Rakiety przeciwokrętowe, w oparciu o precyzyjne koordynaty pochodzące z natowskich samolotów, zafundowałyby rosjanom powtórkę z „Moskwy” do potęgi entej. Ogłoszona wczoraj (a pewnie już zrealizowana) wysyłka do Ukrainy kolejnych kilkunastu Himarsów (co w praktyce oznacza podwojenie ich liczby) daje obrońcom odpowiednią paletę możliwości.

Dekapitacja dowództwa polowego, paraliż lotnictwa oraz utrata floty (a więc również koszmarny prestiżowy cios) przyniosłyby dalszą degradację możliwości rosji – i to w ekspresowym tempie. A przecież cały czas mówimy o scenariuszu, w którym wojska USA i NATO nie angażują się w konflikt kinetyczny. Na „drabinie eskalacyjnej” to wciąż jeden z pierwszych szczebli.

C.d.n.

PS. Rzecznik Kremla poinformował, że w piątek dojdzie do „ceremonii podpisania umów o przyłączeniu nowych terytoriów do Rosji” – tzw.: DRL, ŁRL, części zajętego obwodu chersońskiego i zaporoskiego. Uważam, że ten krok ma wymiar przede wszystkim propagandowy i jest skierowany do swoich. Wszystko się sypie, obywatele zaczynają wątpić w siłę i skuteczność armii i państwa. No więc pokażmy im – kalkulują kremliny – żeśmy silni, zwarci, gotowi. Że rosja bierze, co chce. A że nasze groźby ochrony „własnego” terytorium nie odstraszą Ukraińców? Załatwimy im tyle roboty, że nie będą mieli sposobności buszować po „naszym”. Tę masę świeżo zmobilizowanego mięsa armatniego ktoś będzie musiał przerobić. A to zajęcie na całą jesień i zimę. A po zimie, kto wie, może Zachód zmięknie…

—–

Nz. Zniszczymy je w trzy dni – taki los ukraińskiemu lotnictwu zapowiedzieli rosjanie. Z dużym dystansem – tak trzeba traktować rosyjskie groźby/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Mordor

„Czy Amerykanie mają źródła osobowe w rosyjskich centralach wojskowych?”, pytał Piotra Niemczyka, byłego wiceszefa UOP dziennikarz Tygodnika „Przegląd”. „Na pewno jakieś mają, ale tym się nie pochwalą. Wiemy więc niewiele, ale możemy się domyślać. Popatrzmy np. na historię lotniska w Hostomelu. Tam miała zacząć się wojna, miał wylądować rosyjski desant i zająć obiekty rządowe, telewizję, parlament. Wokół Kijowa jest sześć lotnisk, a Ukraińcy nie mieli wystarczających sił, by wszystkich pilnować. Ale Hostomela pilnowali. Jeżeli mieli przygotowane siły do obrony tego lotniska, to znaczy, że prawidłowo wytypowali miejsce, gdzie desant nastąpi. Wiedzieli to. Prawdopodobnie na podstawie informacji wywiadowczych”, usłyszał w odpowiedzi.

Rozmowa została opublikowana na początku sierpnia, dwa tygodnie później „Washington Post” wypuścił doskonały tekst pt.: „Droga ku wojnie”, rekonstruujący zdarzenia, jakie miały miejsce od późnego lata 2021 roku, aż po pierwsze chwile rosyjskiej inwazji. Dziennikarze rozmawiali z przedstawicielami dyplomacji i służb specjalnych, przede wszystkim z USA, ale też z innych zachodnich krajów. No i z Ukrainy. Kreml spotkań z reporterami odmówił, co w sumie nie dziwi, zważywszy na fakt, że tekst po całości obnaża cyniczną grę rosji, której władze tylko udawały, że chciałyby rozwiązań dyplomatycznych. Moskwa parła ku wojnie, wbrew swoim intencjom – i to jest istota tego tekstu – pozostając niemal całkowicie transparentna dla amerykańskiego wywiadu. Waszyngton wiedział, co się dzieje, czerpiąc informacje zarówno z samych szczytów rosyjskiej władzy, jak i z poziomu pojedynczych oddziałów skoncentrowanych przy granicy z Ukrainą.

Ta przejrzystość rosji to absolutny fenomen w dziejach zakulisowych rozgrywek. Temat warty oddzielnego postu, dziś bowiem chciałbym się skupić na czym innym.

„(…) 12 stycznia Burns (dyrektor CIA William Burns – dop. MO) spotkał się w Kijowie z Zełenskim i przedstawił szczerą ocenę sytuacji. Obraz wywiadowczy wyklarował się do tego stopnia, że było już oczywiste, iż Rosja planowała uderzyć na Kijów i zdekapitować rząd centralny. Stany Zjednoczone znały kluczowe elementy planowanej bitwy: Rosja zamierzała desantować swoje siły na lotnisku w Hostomelu, na przedmieściach stolicy, gdzie pasy startowe mogły pomieścić ogromne transportowce przewożące żołnierzy i broń. Tam miał się rozpocząć atak na Kijów”, czytamy we wspomnianym tekście w „Washington Post”.

Dyplomacja USA dawała rosjanom do zrozumienia, że zna ich zamiary (oczywiście, bez szczegółów, ale w takiej sytuacji należy założyć, że przeciwnik wie dużo). Ukraińcy przerzucili pod Hostomel część swoich sił, co nie mogło ujść uwadze rosyjskiemu rozpoznaniu. A mimo to rankiem 24 lutego elitarne oddziały wojsk powietrznodesantowych (WDW) rzucono do walki o lotnisko. Ukraińcy zgotowali desantnikom krwawą łaźnię – dziesiątkując tym samym elitę rosyjskiej armii. Operacja, która miała dowieść kunsztu atakujących, skończyła się spektakularną klapą. Niewykluczone, że przesądziła o porażce rosjan na tym etapie wojny. A przecież wcale tak być nie musiało. Istnieje dość przesłanek, by sądzić, że komuś na Kremlu powinny zapalić się wszystkie czerwone lampki. W obliczu podejrzenia infiltracji plany inwazji należało skorygować, tymczasem – wiele na to wskazuje – rosjanie albo tego nie zrobili, albo postanowili zagrać va banque. Zdaje się, że wojsku nie dano możliwości wyboru. „(…) Wywiad USA ustalił, że plany wojenne Kremla nie trafiały do dowódców na polu bitwy, którzy mieli je zrealizować. Oficerowie nie znali rozkazów. Żołnierze pojawiali się na granicy, nie rozumiejąc, że idą na wojnę. Niektórzy analitycy rządu USA byli zdezorientowani tym brakiem komunikacji w rosyjskim wojsku”, piszą autorzy „Drogi ku wojnie”.

Gdy rozkazy już dotarły, skończyło się, jak skończyło. „(…) Przedstawiciele zachodnich wywiadów – patrząc wstecz na to, co okazało się chaotycznym atakiem na Kijów – przyznają, że przecenili skuteczność rosyjskiego wojska. ‘Założyliśmy, że zaatakują kraj w taki sam sposób, w jaki my byśmy to zrobili’ – powiedział jeden z brytyjskich urzędników”, cytuje „Washington Post”.

A teraz do sedna.

W weekend ze stanowiskiem wiceministra obrony federacji rosyjskiej pożegnał się odpowiedzialny za logistykę gen. Dmitrij Bułhakow. Zastąpił go gen. Michaił Mizincew, znany jako „Rzeźnik Mariupola”. Trudno powiedzieć, czy Mizincew spełni się na nowej posadzie, w każdym razie jego poprzednik poleciał za nieumiejętnie przeprowadzoną mobilizację. Po trzech dniach widać, że chaos mobilizacyjny trwa w najlepsze, a Bułhakow został rzucony na pożarcie w roli kozła ofiarnego.

Jest bowiem tak źle, że nawet w kraju, w którym kanały komunikacji zostały mocno ograniczone i poddane ostrej cenzurze, nie sposób ukryć toczącego się dramatu.

Oto kilka jego aktów (w oparciu o ogólnodostępne filmiki):

– „Armia rosyjska daje mundur i uzbrojenie, a resztę musicie załatwić sobie sami: śpiwór, matę turystyczną, podstawowe medykamenty, opaskę uciskową. Tę ostatnia znajdziecie w apteczce samochodowej. W torebce dziewczyny z kolei będą damskie podpaski i tampony. Bierzcie, bo przydadzą się wam do butów, gdy zamokną, i do zatykania ran postrzałowych”, mówi świeżo przybyłym poborowym rosyjska pani sierżant.

– Z tym uzbrojeniem bywa kłopot, bo do rąk żołnierzy trafiają pordzewiałe (źle przechowywane), rozklekotane kałasze. „Po co ci karabin, jesteś czołgistą”, relacjonuje słowa magazyniera świeżo obdarzony sprzętem żołnierz. A na zdjęciach wykonanych na węźle kolejowym w Irkucku oglądamy eszelon z 60-letnimi ciężarówkami, jadącymi na front. „Siła rdzy”, drwią internauci.

– Od czasu ogłoszenia częściowej mobilizacji z Rosji wyjechało ponad 261 tys. osób, podaje „Nowaja Gazieta”, powołując się na źródła w administracji putina. Jak dodaje, rosyjskie władze rozważają zamknięcie granic. Opublikowane dziś zdjęcia satelitarne pokazują sznury samochodów i nieprzebrane tłumy rosjan przy przejściach granicznych z Gruzją i Mongolią; exodus trwa w najlepsze.

– W obwodzie swierdłowskim na Uralu na wojnę z Ukrainą zmobilizowano 59-letniego chirurga. Lekarz Wiktor Djaczok nie widzi na jedno oko, ma problemy ze słuchem i cierpi na raka skóry. Choroby mężczyzny czynią go niezdolnym do służby, ale komisja wojskowa to zignorowała. „Sztuka jest sztuka”, cytat z „Krola” sam ciśnie się na usta.

– Osoby, które zmobilizowano w Rosji na wojnę z Ukrainą omyłkowo, mają wrócić do domów, oświadczył Ajsen Nikołajew, przywódca leżącej na wschodzie Syberii Jakucji. Dodał, że dotyczy to np. wielodzietnych ojców. „Są przypadki mobilizacji obywateli, którzy nie powinni być wcielani do wojska. Na przykład przypadki wezwań wielodzietnych ojców, którzy mają czworo i więcej dzieci poniżej 16. roku życia”, napisał na Telegramie. „Wszyscy, którzy zostali zmobilizowani przez pomyłkę, powinni wrócić. Te działania już się zaczęły”, zaznaczył.

– „A ja mobilizacji przeprowadzał nie będę”, zapewnia Razman Kadyrow. „Czeczenia wypełniła plan poboru w 254 procentach”, wylicza.

– W sąsiednim Dagestanie zaczęły się siłowe przepychanki, po tym, jak tysiące ludzi – przede wszystkim kobiet – wyszło protestować przeciw mobilizacji. Protest się rozkręca, a ktoś tam w federalnej administracji wpadł na pomysł, by do jego zduszenia posłać Rosgwardię z Czeczenii. Jak się Czeczeni z Dagestańczykami wezmą za łby, to Kaukaz znów zapłonie – zdaje się, że tego scenariusza nie wzięto pod uwagę (a może wzięto?).

– Wczoraj w komisji poborowej w Ust-Ilimsku 25-letni Rusłan Zinin zastrzelił dowódcę wojenkomatu. „Wolę iść do więzienia niż na wojnę”, przyznał tuż po zatrzymaniu.

– W sieci co rusz pojawiają się kolejne filmiki, z których wynika, że docierający do jednostek poborowi zwykle są zalani w sztok. Wódka ma tu funkcjonalny charakter; na trzeźwo chłopcy pewnie by tak chętnie nie pakowali się do koszar. „Zabawa się skończyła, od teraz jesteście żołnierzami!”, drze się na potężnie skacowanych mężczyzn jakiś podoficer. Ot, sedno całej sytuacji.

– Na innym filmiku widzimy budynek koszarowy wytrzebiony z wszystkich instalacji. Wygląda to jak obiekt w rozbiórce albo budynek przeznaczony do generalnego remontu. „Tak nas zakwaterowali”, śmieje się mężczyzna, autor materiału.

– Uśmiecha się gen. Walery Załużny, dowódca naczelny Ukraińskich Sił Zbrojny. „Zniszczyliśmy zawodową armię rosyjską, zniszczymy i tę z poboru”, zapowiada.

– Proces niszczenia już się zaczął. Wbrew twierdzeniom putina i szojgu, nowo powołani żołnierze nie przechodzą żadnych szkoleń przygotowawczych/zgrywających. Od razu wysyłani są na front jako uzupełnienie wykrwawionych oddziałów. W ostatnich dniach rosyjskie straty wzrosły 2-3-krotnie i sięgają 500-600 zabitych dziennie. To już nie jest wojna, to zbiorowe samobójstwo.

Przykładów obnażających prawdziwe oblicze mobilizacji jest oczywiście co niemiara – bez trudu je znajdziecie. Pozwoliłem sobie wymienić kilka, by tym sposobem zilustrować wnioski, o jakich mówią rozmówcy „Washington Post”. A jakie należy rozciągnąć nie tylko na wydarzenia już historyczne, ale i na to, co dzieje się obecnie, i co jeszcze się wydarzy. Na armię rosyjską nie wolno patrzeć tak, jak na armie zachodnie. A na rosję tak, jak na inne kraje. To odmienny świat, odmienna filozofia funkcjonowania. Istny Mordor – obdarty z humanitaryzmu, choć funkcjonalnie niewydolny, to silny masą. Pchany bezwzględnością dowództwa i władzy – do czasu aż rozpieprzy się na jakimś murze. Oby ten ukraiński nie skruszał.

—–

Nz. Zwycięstwo „Z”eków? Na tak postawione pytanie może być tylko jedna odpowiedź…/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Giganty”

– Ehh, gdyby mieć jeden taki – westchnął mężczyzna uzbrojony w aparat, po czym przystawił urządzenie do oka i zrobił serię zdjęć. A było co fotografować – 14 września, tuż po wschodzie słońca, w Gdyni zacumował największy jak dotąd okręt wojenny, który pojawił się w polskim porcie. Pokład USS Kearsarge roił się od śmigłowców i pionowzlotów (samolotów Harrier i zmiennowirnikowców Ospey), prezentując siłę, o jakiej wszystkie bałtyckie marynarki wojenne mogą tylko pomarzyć.

– Prawdziwy lotniskowiec mieć! To by dopiero było! – wtórował koledze inny spotter. Jego słowa nie wyrażały rozczarowania. Odnosiły się do wyglądu jednostki, laikowi przypominającej lotniskowiec, będącej zaś – wedle wojskowej nomenklatury – „uniwersalnym okrętem desantowym”.

Choć imponujący rozmiarami – 257 m długości i 43 m szerokości – USS Kearsarge to rzeczywiście inna liga. „Wzorce z Sevres” w dziedzinie przenoszących samoloty morskich gigantów od 80 lat ustalają Amerykanie. Najnowszy typ lotniskowca – Gerald R. Ford (tak też nazywa się pierwszy z okrętów) – ma 333 m długości i 77 m szerokości. Wypiera 100 tys. ton (Kearsarge „tylko” 41), a z jego pokładu może operować do 90 samolotów wielozadaniowych i śmigłowców. To mobilna baza wojskowa, zdolna dotrzeć w najdalsze zakątki globu. Dla Amerykanów lotniskowce są tak ważne, że konieczność ich posiadania zapisano w zbiorze praw federalnych – Kodeksie Stanów Zjednoczonych. Zgodnie z zamieszczonymi tam wytycznymi, USA muszą dysponować przynajmniej 11 okrętami. I tyle ich aktualnie mają, pozostając niedoścignionym liderem, na którego atuty z zazdrością spogląda niemal cały wojskowy świat.

Chiny i Indie nie tylko patrzą.

Drenaż cennych środków

Na początku września indyjska marynarka wojenna przyjęła do służby lotniskowiec INS Vikrant – pierwszy okręt tej klasy zbudowany w Indiach. Uroczystość z udziałem premiera Narendry Modiego odbyła się w stoczni w Koczinie, gdzie trzynaście lat temu zaczęto prace nad jednostką.

„Vikrant jest wielki, zasłużony i wyjątkowy”, mówił Modi. „To nie tylko okręt, ale też świadectwo ciężkiej pracy, talentu, wpływowości i determinacji Indii w XXI wieku. Jeśli cele są odległe, podróże długie, a ocean i jego wyzwania nieskończone, to odpowiedzią Indii jest Vikrant”, patos szefa rządu nie brał się znikąd. Budowa okrętu pochłonęła prawie 3 mld dol., pod drodze napotykając liczne problemy. Tuż po położeniu stępki wyszło na jaw, że stoczni brakuje odpowiedniej jakości stali do konstrukcji kadłuba – surowiec przyszedł z Rosji z wielomiesięcznym opóźnieniem. Niemal trzy lata trwało rozwiązywanie problemów ze źle zaprojektowanym i wykonanym układem napędowym. A potem nastała pandemia COVID-19 – na Półwyspie Indyjskim wyjątkowo śmiercionośna – której efektem były przestoje produkcyjne i zerwane łańcuchy dostaw niezbędnych do wykończenia komponentów. Przez cały okres budowy w dowództwie sił zbrojnych ścierali się zwolennicy i przeciwnicy posiadania tak dużych okrętów. Dla przykładu Bipin Rawat, szef sztabu generalnego w latach 2020-21, był zdania, że należy skupić się na zwiększaniu floty podwodnej, antagonistom zarzucając zgodę na drenaż cennych środków. Mówił o Vikrancie, ale miał również na myśli inną jednostkę, wcieloną do służby w 2013 r. INS Vikramaditya został zakupiony w Rosji, gdzie niszczał od upadku ZSRR. Łącznie z przebudową i modernizacją ten lotniskowiec kosztowała indyjski budżet 2,4 mld dol.

Rawat nie przeforsował swojej koncepcji w ministerstwie obrony. Vikranta ukończono i uczyniono okrętem flagowym indyjskiej marynarki. Okręt ma 262 m długości i 62 m szerokości, wyporność 40 tys. ton. Jego komponent lotniczy może liczyć 40 statków powietrznych. Miejscowa prasa zachwyca się możliwościami Vikranta, pisząc jednocześnie o konieczności rozpoczęcia budowy kolejnego lotniskowca. Ma ona wynikać przede wszystkim z chińskich planów mocarstwowych.

Chińskie skracanie dystansu

Chińska marynarka wojenna ma w linii dwa lotniskowce – Liaoning i Shandong. Tak jak Hindusi, tak i Chińczycy wybrali się swego czasu na zakupy do dawnego ZSRR. Późniejszy Liaoning nabyty został w 2002 r. z rzekomym zamiarem przerobienia okrętu na park rozrywki. Dekadę później wszedł do służby, a doświadczenia z jego modernizacji posłużyły chińskim inżynierom przy budowie Shandonga, pod banderą od 2019 r. Shandong jest kopią Liaoninga, z tą różnicą, że od początku do końca powstał w Chinach. Od początku też przewidziano dla niego rolę jednostki przejściowej – mimo planów rozbudowy flotylli lotniskowców, Liaoning pozostanie „jedynakiem”. Chińskie ambicje ma realizować Fujian i jego następcy.

Fujiana zwodowano w lipcu tego roku. Nim trafi do aktywnej służby minie jeszcze kilka lat, ale Pekin już dziś chwali się, że najnowsze dziecko ich przemysłu stoczniowego pod względem zdolności bojowych dorówna amerykańskim superlotniskowcom.

Przy takim postawieniu sprawy może się wydawać, że lęki Hindusów zostały źle zaadresowane – że Chińczycy nie zerkają łakomym wzrokiem na „ich” ocean, a bardziej w stronę Pacyfiku, gdzie pierwsze skrzypce gra flota Stanów Zjednoczonych. Otóż niezależnie od globalno-mocarstwowych zamiarów Chin, kraj ten nadal pozostaje uzależniony od transportu surowców energetycznych i towarów drogą morską, głównie przez obszar Oceanu Indyjskiego. I bez odpowiednio silnej floty nie jest w stanie samodzielnie kontrolować najważniejszych szlaków, narażając się na blokadę w sytuacji konfliktu. Są więc Indie tak jak Tajwan, Japonia i Korea Południowa potencjalnym zagrożeniem dla ChRL. Delhi nie rzuca wyzwań Waszyngtonowi (co w percepcji Pekinu dodatkowo je obciąża) – silna obecność wojskowa na wodach oblewających Półwysep Indyjski, głównie na Morzu Arabskim, przez dekady wynikała z konieczności szachowania Pakistanu. Kraje położone nad Zatoką Bengalską i Morzem Andamańskim nie sprawiały kłopotów, Chiny były daleko.

Dwie dekady temu zaczęły skracać ten dystans.

Problematyczne samoloty

Zatem – choć ostatecznym celem pozostają Stany Zjednoczone – droga do globalnej dominacji i tak wiedzie Chiny przez konfrontację z indyjską marynarką wojenną. Teoretycznie lotniskowce odegrałyby w niej ogromną rolę, jako wiodące okręty morskich grup uderzeniowych. Ale…

Pod koniec lipca koncern Boeing poinformował o zakończeniu prób operacyjnych samolotów bojowych F/A-18, realizowanych na prośbę Indii w bazie lotniczej w Goa. Dwa Hornety testowały możliwości startów i lądowań na pasie symulującym pokład lotniskowca. Wyjaśnić należy, że w okrętach o radzieckiej proweniencji – inaczej niż w przypadku amerykańskich konstrukcji – start odbywa się z rampy ski-jump (zakrzywiony ku górze pokład). Bez zbędnego wchodzenia w szczegóły techniczne, testy wykazały, że F/A-18 mogłyby pełnić rolę samolotów pokładowych indyjskiej marynarki wojennej. Kilka miesięcy wcześniej podobne próby przeprowadzono z francuskimi maszynami Rafale. Po co? Okazuje się, że choć Delhi dysponuje dwoma lotniskowcami w służbie, niekoniecznie mogą one wykonywać zadania. Na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat Indie zakupiły w Rosji (za około 1,6 mld dol.) 45 myśliwców MiG-29K. Problemy z silnikami oraz wady konstrukcyjne – które doprowadziły do utraty trzech maszyn – czynią MiG-i nieużytecznym złomem, dlatego Hindusi pilnie poszukują następców. Na wszelki wypadek zrezygnowali też z zakupu w Rosji śmigłowców morskich Ka-31, choć w tym przypadku powodem nie są kwestie techniczne, a sytuacja międzynarodowa, powstała po agresji na Ukrainę. Indie nie chcą łamać reżimu sankcyjnego, obawiając się retorsji ze strony Zachodu.

Kłopoty Hindusów nie dają jednak przewagi Chińczykom. Ciekawe w tym kontekście są informacje na temat aktywności lotniskowa Liaoning. Otóż nie jest on intensywnie eksploatowany, większość czasu spędzając w porcie Qingdao. Gdy już wypływa w morze, z rzadka służy załogom samolotów – te zwykle startują z lądu i nie jest to lotnisko imitujące pokład lotniskowca (mimo iż takie obiekty zostały w Chinach wybudowane). Mnożą się zatem spekulacje na temat stanu technicznego Liaoninga i przede wszystkim kompetencji chińskich pilotów. Problemy, z jakimi mierzą się lotnicy pokładowi z Indii oraz generalny blamaż rosyjskiej broni podczas wojny w Ukrainie, mogą tu wiele wyjaśnić. Chińczycy latają na maszynach o egzotycznie brzmiącej nazwie Shenyang (do której dodawane są numery typów), ale w rzeczywistości są to kopie radzieckich i rosyjskich konstrukcji.

—–

Lotniskowiec Shandong na Morzu Południowochińskim/fot. MW ChRL

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 40/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Order

Andrzej Duda odznaczył Orderem Orła Białego (najwyższym cywilnym medalem) Antoniego Macierewicza.

Czuję, jakby mi ktoś strzelił w pysk.

Rozumiem powody tego działania. Obóz władzy ulega przyśpieszonej erozji, widoki na wygranie wyborów z każdym tygodniem maleją. Należy zatem cementować twardy elektorat, którego Macierewicz jest twarzą. Bo „może rzeczywiście nie wygramy, ale jako silna opozycja mamy szansę przetrwać”.

Czyli znów logika partyjnego interesu zwycięża nad racją stanu.

Bo Macierewicz jest zaprzeczeniem wartości, które leżą u podstaw interesu narodowego. Cała jego aktywność polityczna z ostatnich kilkunastu lat – przede wszystkim rozpieprzenie armii – lokuje go w gronie największych szkodników w dziejach RP. I użytecznych idiotów Moskwy. Co zwłaszcza dziś – w dobie okrutnej wojny toczonej za naszą wschodnią granicą – nabiera dodatkowych znaczeń. Macierewicz zrobił więcej dla osłabienia polskiej obronności, niż zrobiłyby tabuny ruskich szpiegów, agentów wpływu czy wreszcie pokaźna część rosyjskiej armii, gdyby pchnięto ją nad Wisłę.

No ale pomógł PiS zdobyć władzę, rozkręcając smoleńską histerię.

Miast zamknąć trupa w szafie, władza funduje nam cyrkowy występ z wolnym dostępem dla gawiedzi. Wstydu nie macie…

Ja zaś mam dwa państwowe odznaczenia (nadane zresztą przez obie strony politycznego sporu). Dumą napawają mnie przede wszystkim okoliczności, jakie stały za decyzjami o ich przyznaniu. Ale skłamałbym mówiąc, że krążki się nie liczą. Tyle że dziś skarlały w moich oczach.

Trudno kocha się tę naszą ojczyznę…

—–

Nz. Skrin z komentarza, który idealnie oddaje sytuację…

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

(Nie)inność

rosja. Stu protestujących wieje przed jednym policjantem.

– Ej, a dlaczego my uciekamy? – reflektuje się niechętny mobilizacji demonstrant. – Przecież nas jest setka, a on jeden?

– A bo to wiadomo, komu przypierdoli? – odpowiada mu kolega, równie niechętny wysyłce na front.

I uciekają dalej…

Prezentowałem już kiedyś dowcip oparty o ten schemat (ich stu – on jeden). Zaadaptowałem go do potrzeb teraźniejszości, by łatwiej mi było zilustrować pewną kwestię. Mam rzecz jasna świadomość niepoprawności politycznej, ale nie zamierzam za to przepraszać. Ostatecznie rosjanie zasługują na nasze drwiny, co i tak jest łagodnym potraktowaniem za setki lat egzystencjalnego zagrożenia, jakie nam tu zgotowali. Ale ja nie o tym.

Ogłoszenie mobilizacji wywołało w rosji niemałą panikę. Pisałem o tym wczoraj, wspomnę więc dla porządku o tłumach na lotniskach i na granicach, które rosjanie jeszcze mogą przekraczać. Potencjalni poborowi wolą uciec niż dać się wcielić i trafić na front. Przy tej okazji mała historyczna dygresja. Tylko dwa procent żołnierzy armii czerwonej w 1945 roku stanowili weterani wcieleni do służby przed wybuchem wojny w czerwcu 1941 roku. Reszta poległa, została ranna lub trafiła do niewoli, co w większości przypadków i tak oznaczało śmierć. Między 1941 a 1945 rokiem zginęło co najmniej 12,5 mln czerwonoarmistów. Na 5 mln niemieckich żołnierzy zabitych podczas II wojny światowej, 4 mln ofiar przypada na front wschodni. Wschód (i „wschód”, bo przecież sowieci mieli nieco inną perspektywę geograficzną niż Niemcy) był przedsionkiem piekła. W relacjach rodzinnych – tej części mojej familii, która miała niemieckie korzenie – jeszcze długo po wojnie obecny był wątek bezbrzeżnego lęku przed posłaniem do rosji, z jakim mierzyli się męscy krewni. Babcia wspominała kiedyś o uldze – która spadła na rodzinę – gdy okazało się, że zmobilizowani brat i kuzyn zostali wysłani do Francji. Ten drugi i tak zginął, co jednak nie zmieniło wyobrażeń o piekielnym wschodzie. Sowieckie bestialstwo wobec cywilów – nieodłączny element towarzyszący przemarszowi armii czerwonej – tylko je ugruntowało.

Wróćmy do współczesności. Przez front ukraiński (z naszej perspektywy wschodni, dla rosjan raczej południowy), przewinęło się dotąd 400 tys. wojskowych z armii putina. 80 tys. zginęło, zostało rannych i kontuzjowanych, dostało się do niewoli. Innymi słowy, co piąty żołnierz został wyeliminowany z walki (przy czym jeńców jest tam garstka). Powiestki – wezwania mobilizacyjne – są zatem dla rosjan niczym zaproszenie do tańca z diabłem. Tak jak kiedyś były dla ich (pra)dziadków i (pra)dziadków dawnych wrogów. To wyroki śmierci lub kalectwa, obarczone ogromnym ryzykiem realizacji.

Nie dziwi mnie zatem „nie” dla mobilizacji, lecz na boga, stanowczo protestuję przed nazywaniem demonstrantów „obrońcami praw człowieka”. Zagotowało się we mnie, gdy po raz pierwszy – wczoraj wieczorem – zetknąłem się z tą frazą. Bo nie o prawa człowieka tu idzie, a prawo Andrieja czy innego Saszy do wygodnego życia. Gdzie byli ci wszyscy obrońcy do tej pory? Jakoś nie przeszkadzało im, że giną Ukraińcy, w tym kobiety i dzieci, a większość tych śmierci to efekt terrorystycznej kampanii oraz zwyczajnego łajdactwa. Obudzili się, gdy zawisło nad nimi, nad ich bliskimi, ryzyko wysyłki na śmierć. Ja to oczywiście rozumiem, bunt zaś wspieram (jak wszystko, co kruszy zręby tego pseudopaństwa), ale nazywajmy rzeczy po imieniu.

Z tego samego powodu (intelektualnej uczciwości) nie ulegajmy narracji o jakimś gwałtownym przebudzeniu – rosji/rosjan. To, co od wczoraj oglądamy, to reakcja zlęknionej wielkomiejskiej elity, która zdała sobie sprawę, że jej w miarę wygodne życie może zostać zaburzone. Dopóki ruchawki nie obejmą biednej prowincji, dopóty nie będzie to nic istotnego. Z dostępnych informacji wynika, że policja zatrzymała półtora tysiąca demonstrantów. Sporo? Cóż, to dziesięć procent protestujących, w 144-milionowym kraju…

Ale nie chcę utwierdzać Was w przekonaniu, że „ruskie są jakieś inne/dziwne”. Pozwólcie, że znów wspomogę się historią. Babcia mojej żony spędziła okupację w jednej z podkrakowskich wsi. Jako dziewczynka, potem nastolatka, przeżyła wojnę świadomie. Z jej wspomnień wyłania się obraz zupełnie inny od martyrologicznej wizji, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni. Niemców właściwie tam nie ma – od czasu do czasu do wsi przyjeżdżał policjant na rowerze. Taki dobroduszny pierdoła z mauzerem niezdarnie przewieszonym przez plecy, co to może i kiedyś – podczas poprzedniej wojny – zdolny był do jakichś heroicznych czynów, ale jako chłop pod pięćdziesiątkę myślał tylko o tym, żeby mieć święty spokój. Co jakiś czas do wsi wbijała większa grupa okupantów – po kontrybucje – i wówczas już tak sielsko nie było, niemniej wciąż mówimy o świecie zupełnie innym niż realia wielkich miast. Gdzie okupacja równała się bezpardonowemu terrorowi na niespotykaną wcześniej skalę. Ale w percepcji bohaterki mojej opowieści te miasta były daleko, dalekie też wydawały się wsie, które poddano brutalnym pacyfikacjom. Okupacyjny nadzór realizował ów nieszczęśnik na rowerze (nieszczęśnik, bo w końcu utłukli go partyzanci) oraz „strażnik w głowach” wieśniaków, który „przypominał im”, że Niemcy dysponują atutem przemocy i chętnie po niego sięgają.

Polska była krajem przyfrontowym, przez cały okres okupacji zmierzały nią nieprzebrane masy wojska, lecz do służby okupacyjnej oddelegowano tylko nieznaczną część niemieckich sił zbrojnych i aparatu bezpieczeństwa. Przez większość tego czasu na jednego hitlerowskiego funkcjonariusza przypadło dosłownie – jak w zacytowanym dowcipie – stu Polaków. A jednak dali się zastraszyć. Oczywiście, powstało podziemie, prowadzono akcję zbrojną, lecz wyzwolenie musiało przyjść z zewnątrz (na nieszczęście byli to sowieci).

W czasach PRL-u tylko w okresie stalinowskim mieliśmy do czynienia z powszechnym terrorem – później opresyjność systemu była już tylko niższa. Ale trwał, dzięki strategii terroru selektywnego. Nie było konieczności masowego gnębienia ludzi – wystarczyło, że raz na jakiś czas milicja obtłukła komuś twarz, ktoś trafił do pudła za „działalność antysystemową”, kto inny miał kłopoty (z pracą, z otrzymaniem mieszkania, z dostępem do jakichś dóbr). Ludzie wiedzieli, i bez spektakularnych akcji typu rozpędzona demonstracja czy strajk, że władza ma narzędzia do stosowania przemocy. I to wystarczało, by „karawana toczyła się dalej”. Sprzyjał temu naturalny konformizm – potrzeba zorganizowania sobie życia niezależnie od okoliczności, a choćby i z bagnetem przy dupie.

Tak naprawdę rosjanie nie realizują jakiejś etnicznie swoistej strategii życiowej – robią to, co (robiliby) inni. Z tą różnicą, że oni żyją w warunkach okupacji/zniewolenia od dawna. „Był czas przywyknąć”, wchłonąć normy wiernopoddaństwa do tego stopnia, że niemożnością wydają się inne reguły.

Na szczęście putinowskie imperium ufundowane jest na kłamstwie. Wojna w Ukrainie pokazała, że rzekoma reforma armii rosyjskiej była jedną wielką ściemą. Oszukiwano się nawzajem, trudno w tej chwili ocenić, kto kogo bardziej i kto w tym wszystkim miał większą świadomość realiów. putin, zdaje się, uwierzył, że biliony rubli wyłożone na zbrojenia dały mu wojsko na miarę XXI wieku. No i się przejechał. A upadłych mitów może być więcej. Armia jest zwykle wzorcową instytucją, świadczącą o sprawności państwa – jeśli więc ona nie działa, uprawnionym są podejrzenia, że aparat represji jest w podobnej kondycji.

Czy jest? rosjanie chyba tego nie wiedzą, nie wiem, czy chcą wiedzieć. Czy chcą sprawdzić, co się stanie, jak wrzucą „pierdołę na rowerze” do studni. Będzie to (byłoby!) co najmniej tak ważne jak ukraińskie zwycięstwa na froncie. Bez wewnętrznej presji to obrzydliwe gmaszysko się nie przewali.

—–

Nz. „Sprawdzam!” w odniesieniu do rosyjskiej armii przynosi takie skutki…/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to