Fasada

Po kilkunastodniowym pościgu na Atlantyku Stany Zjednoczone przejęły tankowiec „Marinera” (wcześniej „Bella-1”), będący częścią tzw. floty cieni, pracującej dla rosji.

Według ustaleń amerykańskich władz, statek był wcześniej objęty sankcjami jako „Bella-1”. Jednostka miała uczestniczyć w przewozach ropy realizowanych z naruszeniem restrykcji, a w trakcie rejsu zmieniła nazwę i banderę na rosyjską, co – w ocenie Waszyngtonu – miało utrudnić identyfikację i egzekwowanie prawa. Gdy amerykańskie służby podjęły próbę kontroli, załoga przez pewien czas odmawiała podporządkowania się poleceniom, co zapoczątkowało pościg trwający ponad dwa tygodnie.

Do przejęcia doszło na wodach międzynarodowych. Strona amerykańska podkreśla, że działania były zgodne z prawem: oparto je na nakazie sądowym i przepisach dotyczących egzekwowania sankcji. Po wejściu na pokład ekipy abordażowej, jednostka została zabezpieczona i skierowana do USA. Amerykańscy urzędnicy wskazują, że ładunek oraz dokumentacja przewozowa będą przedmiotem dalszego postępowania.

Sprawa ma także wymiar polityczno-wojskowy. Media odnotowały sygnały o obecności rosyjskich jednostek w rejonie trasy tankowca, jednak – według dostępnych informacji – nie doszło do bezpośredniej interwencji w momencie przejęcia. Moskwa krytycznie odniosła się do działań USA, argumentując, że statek pływał pod rosyjską banderą i znajdował się poza wodami terytorialnymi. Waszyngton odpowiada, że zmiana bandery nie znosi odpowiedzialności za naruszenie sankcji.

Operacja wobec „Marinery” wpisuje się w szerszą kampanię USA przeciwko tzw. „flocie cieni” – sieci starszych tankowców, które zmieniają nazwy, bandery i właścicieli, by przewozić ropę z krajów objętych restrykcjami (jak rosja czy Wenezuela). Amerykańska administracja sygnalizuje, że podobne działania będą kontynuowane, a przypadek „Marinery” ma być sygnałem odstraszającym wobec podmiotów próbujących omijać sankcje.

Tyle, jeśli idzie o warstwę informacyjną. Sprawa jest jednak na tyle ciekawa, że wymaga pogłębionego komentarza.

—–

Amerykanie nie przejęli się ewentualną reakcją rosyjskiej floty wojennej. Waszyngton (przy dyskretnym, ale czytelnym wsparciu Londynu) wykonał swoje zadanie spokojnie, metodycznie i bez nerwowych gestów. Tak postępuje państwo, które nie traktuje przeciwnika jako równorzędnego.

To zresztą kolejne – po wenezuelskiej kompromitacji – upokorzenie władimira putina w tym roku, i to takie, które boli szczególnie. Nie chodzi o sankcje, dyplomatyczne połajanki czy medialne docinki, lecz o demonstrację siły na morzu, czyli w domenie, którą Kreml od dekad próbuje sprzedawać jako jeden z filarów swojego „mocarstwowego” statusu. Przejęcie tankowca pod rosyjską banderą wpisuje się w dłuższą serię zdarzeń, które obnażają fasadowość rosyjskiej potęgi.

Amerykanie i Brytyjczycy mogą sobie na takie operacje pozwolić, bo rosyjska flota nie jest dla nich przeciwnikiem. I – co warto powiedzieć wprost – nigdy nim nie była. Nawet w czasach Związku Radzieckiego, gdy liczby wyglądały imponująco, a propagandowe parady robiły wrażenie, flota nawodna Moskwy nie stanowiła realnej przeciwwagi dla morskiej potęgi NATO. Była głośna, liczna na papierze i kosztowna, ale technologicznie oraz doktrynalnie zawsze krok (albo dwa) za Zachodem.

Wyjątkiem była atomowa flota podwodna końca lat 80. – w momencie, w którym ZSRR rzeczywiście zbliżył się do Amerykanów pod względem technologii i możliwości bojowych. To właśnie wtedy powstała aura grozy wokół radzieckich atomowych okrętów podwodnych, a jej kulturowym echem stało się „Polowanie na Czerwony Październik” – ikona zimnowojennej wyobraźni, w której radziecka technologia na moment dorównuje, a nawet wyprzedza zachodnią. Był to jednak krótki moment historyczny, nie trwały trend.

Potem przyszedł rozpad ZSRR, a wraz z nim powolne gnicie floty podwodnej: brak pieniędzy, odpływ kadr, zapaść infrastruktury i chaos organizacyjny. Symbolicznym, tragicznym domknięciem tej epoki była katastrofa „Kurska” – wydarzenie, które pokazało nie tylko techniczne zaniedbania, ale też systemową niezdolność państwa do ratowania własnych marynarzy (i mówienia prawdy).

Flota nawodna wchodziła w XXI wiek w stanie nie mniejszego kryzysu. Przedłużające się, często groteskowe remonty największych jednostek, chroniczne problemy logistyczne i finansowe oraz serialowe perypetie jedynego lotniskowca – „Admirała Kuzniecowa” – stały się symbolem tej degrengolady. Ostatecznym, niemal podręcznikowym przykładem była historia „odpicowanej po wierzchu” „Moskwy”, flagowego krążownika floty czarnomorskiej, spuszczonego na dno przez Ukraińców. Kolejne porażki tej floty w wojnie z krajem, który nawet nie posiada marynarki wojennej z prawdziwego zdarzenia, tylko podbiły skalę rosyjskiej kompromitacji.

Dlatego obecność rosyjskich okrętów podczas amerykańskiej operacji nie zmieniła(by) niczego. rosyjska flota pozostaje fasadowym atrybutem mocarstwowości, użytecznym w paradach i propagandowych narracjach, lecz bez znaczenia w konfrontacji z państwami, które naprawdę panują na morzach.

Cieszmy mnie, że USA Trumpa znów zademonstrowały swoją siłę wobec rosji i jej sojuszników. Martwi, a raczej smuci, że czynią to tak selektywnie. To jak chodzenie na palcach wokół trupa…

Ps. Amerykańskie wojsko przejęło także drugi tankowiec powiązany z flotą cieni, tym razem na Karaibach. „Przechwycony statek M/T Sophia, operował na wodach międzynarodowych i prowadził nielegalne działania na Morzu Karaibskim” – czytamy w oświadczeniu Pentagonu.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. niesławny, kopcący „Admirał Kuzniecow”/fot. mofr

Popłuczyna

rosyjska propaganda uwielbia budowanie analogii między specjalną operacją wojskową a wielką wojną ojczyźnianą. Prawdę powiedziawszy, robiła to już wcześniej, na etapie donbaskiej rebelii. Pamiętam przekazy radiowe i telewizyjne, których słuchałem i które oglądałem podczas wyjazdu do tzw. donieckiej republiki ludowej. Był przełom kwietnia i maja 2015 roku, zbliżała się rocznica wielkiej pobiedy – w kontrolowanych przez rosjan mediach dominował przekaz, zgodnie z którym współcześni rosjanie i prorosyjscy Ukraińcy, niczym ich dziadkowie w latach 1941-45, walczyli z faszyzmem. Tamten był niemiecki, ten ukraiński, ale jeden czort, przekonywano.

Wojenno-ojczyźniana narracja przybrała na sile wraz z przedłużaniem się obecnej wojny. Należało ją zsakralizować, zwłaszcza po upokarzających klęskach armii rosyjskiej w 2022 roku. „Popełniliśmy błędy, ale się otrząsnęliśmy – i teraz już tylko na Zachód”, przekonują propagandyści Kremla. By rzecz się spinała z faktami, do rangi wielkich sukcesów wywyższane są walki o nieznane nikomu przed wojną miejscowości. Zresztą fakty i tak przegrywają w tej konfrontacji, bo rosjanie zwyczajnie kłamią na temat swoich sukcesów. Kłamią świat, okłamują samych siebie – i jakoś się to kręci.

Tyle że nieuchronnie zbliża się 1418. dzień „specjalnej operacji wojskowej” putina. A dokładnie tyle trwała wielka wojna ojczyźniana. To moment, w którym symbol może rosjanom zaciążyć. Dlaczego? Wystarczy spojrzeć na mapę. Armia czerwona w ciągu 1418 dni przeszła drogę od katastrofy 1941 roku do Berlina. Armia rosyjska po ponad 1400 dniach wojny z Ukrainą wciąż walczy o kolejne wsie i miasteczka, płacąc za nie tysiącami ludzi. Dynamika? Skala? Efekt strategiczny? To są zupełnie różne światy. Propaganda może rysować strzałki, ale rzeczywistości nie da się domalować.

I dlatego w rosji czuć dziś napięcie. Bo rocznica sprowokuje – po prawdzie to już prowokuje – niewygodne pytania. Skoro wtedy się udało, a dziś nie, to gdzie tkwi problem? W dowództwie? W państwie? W samej armii? Władza bardzo nie lubi takich pytań.

Bo a nuż ktoś wreszcie zwróci uwagę, że skuteczność armii czerwonej nie była wyłącznie „rosyjska”. Walczyli w niej Ukraińcy – dziś stojący po drugiej stronie frontu. Walczyli Białorusini – obecnie formalnie neutralni, a ich ochotnicy biją się po stronie Ukrainy. Walczyły narody Azji Centralnej – Uzbekowie, Kirgizi, Kazachowie – które dziś mają własne państwa i własne interesy, niekoniecznie zbieżne z interesami Moskwy. Imperium wygrywało, bo było imperium: demograficznym, etnicznym, mobilizacyjnym i kulturowym.

Dziś ten zasób już nie istnieje. Owszem, w szeregach armii rosyjskiej wciąż walczą mniejsze etnosy z Syberii i Kaukazu. Ale to nie one decydują. Są rekrutowane, wysyłane na front i giną pod dowództwem rosjan, w ramach struktury, która pozostała rosyjskocentryczna do bólu.

I tu dochodzimy do sedna problemu. Niska efektywność rosyjskiej armii w Ukrainie uderza w jeden z fundamentów rosyjskiej państwowości: mit o cywilizacyjnej wyższości rosjan. Mit, który głosił, że rusyfikacja to nie przemoc, lecz „ulepszanie”; że rosyjskie państwo, rosyjska kultura i rosyjska armia są narzędziami porządku, rozwoju i sensu. Od czasów carskich wojsko było kluczowym instrumentem tej narracji – kuźnią lojalności i fabryką „lepszych poddanych”.

No i co? I gówno. Emanacja rosyjskiej wyższości kręci się niczym smród po gaciach, od czterech lat próbując pokonać sąsiada – mniejszego, słabszego, pozornie skazanego na klęskę. Trudno nie wywieść z tego wniosku, że rosja bez wartościowych mniejszości to popłuczyna po imperium. 12 stycznia 2026 roku będzie 1418. dowodem tej tezy…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. parada w Moskwie z okazji 9 maja. 1418. dzień spec-operacji raczej takich fajerwerków nie przyniesie…/fot. kremlin.ru

Niepewność

Kilkadziesiąt godzin po amerykańskiej akcji w Wenezueli wiemy już nieco więcej o naturze operacji. Wiele wskazuje na to, że nie było to preludium do większej kampanii wojskowej, prowadzącej do obalenia reżimu rządzącego krajem. Zdaje się, że napad USA miał samoograniczający się charakter – że chodziło tylko o Maduro i o zmianę na szczycie wenezuelskiej władzy, ale bez wymiany elit. Ba, we współpracy z ich częścią, która najwyraźniej Maduro zdradziła i teraz układa się z administracją Trumpa. Efekt docelowy tych zabiegów to proamerykańska (a może powinien napisać protrumpowska?) Wenezuela.

Czy ten scenariusz się ziści? Nie mnie wróżyć z fusów, ale warto wskazać na kilka konsekwencji zaistniałej sytuacji. I nie, nie będę Was zanudzał twierdzeniem, że Waszyngton dał Pekinowi i Moskwie zielone światło do podobnych operacji. To teza chwytliwa, świetnie grająca na czołówkach i w sołszalach, ale niewiele mająca wspólnego z rzeczywistością. Bo na rozum i logikę (oraz fakty!) – czy rosja i Chiny rzeczywiście potrzebują pretekstów do swoich napaści? Naprawdę bez amerykańskiego przykładu nie byłyby w stanie tego zrobić? Nie mówcie o tym Ukraińcom, bo to jakby splunąć im w twarz…

Miast bawić się w histeryczne przepowiednie, spójrzmy na fakty.

Po pierwsze, akcja w Wenezueli to był to pstryczek w nos dla Pekinu i Moskwy, które przez lata deklarowały się jako polityczni i – przynajmniej w teorii – strategiczni patroni wenezuelskiego reżimu. Zarówno Chiny, jak i rosja budowały narrację o „ochronie suwerenności”, „sprzeciwie wobec ingerencji Zachodu” i gotowości do wspierania sojuszników przeciwko presji USA. Amerykańska operacja pokazała, ile warte są te deklaracje w momencie próby. Dokładnie tak samo było wcześniej w Syrii czy w Iranie: wielkie słowa, dużo symboliki, a gdy sytuacja staje się realna – brak gotowości do konfrontacji z USA.

—–

Pozostańmy jeszcze przy wątku chińskim. Dla Chin amerykańska akcja w Wenezueli jest szczególnie niewygodna, bo uderza w kilka warstw chińskiej strategii jednocześnie – od geopolitycznej narracji, przez interesy gospodarcze, po wiarygodność Pekinu jako „alternatywnego patrona” dla reżimów skonfliktowanych z Zachodem.

Oto bowiem „rozbrojona” została chińska opowieść o nieingerencji. Pekin od lat buduje swoją soft power na haśle: „nie wtrącamy się w waszą politykę wewnętrzną, nie zmieniamy reżimów, nie stawiamy warunków ideologicznych”. W Ameryce Łacińskiej ta narracja trafiała na podatny grunt, bo była kontrą wobec doświadczeń z USA. Problem w tym, że w momencie próby okazało się, iż chińska „nieingerencja” oznacza także brak realnej ochrony. Gdy amerykańska operacja doszła do skutku, Pekin nie zrobił nic – poza werbalnym protestem. Dla elit w państwach autorytarnych to sygnał bardzo czytelny: Chiny mogą finansować, handlować i kredytować, ale nie są gwarantem przetrwania władzy, gdy sytuacja staje się egzystencjalna.

Idźmy dalej – Wenezuela była jednym z kluczowych punktów chińskiej obecności surowcowej i kredytowej w regionie, klasycznym przykładem modelu „surowce za finansowanie”. Amerykańska akcja pokazuje, że te inwestycje są politycznie kruche, jeśli nie stoją za nimi realne zdolności odstraszania. To nie jest tylko problem Caracas. To ostrzeżenie dla całej chińskiej obecności w Ameryce Łacińskiej i Afryce: bez parasola bezpieczeństwa Pekin może bardzo szybko stracić wpływy, które budował latami, miliardami dolarów i cierpliwą dyplomacją.

I teraz crème de la crème wątku chińskiego – sygnalizowałem to już wcześniej, ale rzecz warta jest podkreślenia. Otóż Amerykanie uderzyli w mit strategicznej symetrii Chin i USA. Chiny lubią być postrzegane jako mocarstwo zdolne do równoważenia amerykańskiej siły na globalnej szachownicy. Tymczasem operacja w Wenezueli pokazuje brutalnie, że USA nadal mają zdolność projekcji siły i operacyjnej inicjatywy, także w regionach, które Pekin uważał za coraz bardziej „postamerykańskie”. To nie była wojna czy długotrwała kampania, a precyzyjna akcja polityczno-operacyjna. Dokładnie taki typ działania, na który Chiny – mimo postępów technologicznych – wciąż nie mają odpowiedzi poza retoryką.

—–

Zostawmy Chiny i wróćmy do wcześniejszej wyliczanki. Amerykańska operacja dała światu kolejną fatalną reklamę rosyjskich systemów obrony powietrznej. Po Ukrainie i po Bliskim Wschodzie to następny przypadek, w którym sprzęt reklamowany jako „bariera nie do sforsowania” okazał się systemem, który można obejść, oślepić lub obezwładnić, jeśli po drugiej stronie stoi przeciwnik dysponujący przewagą technologiczną, rozpoznawczą i operacyjną. Dla potencjalnych klientów rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego to sygnał bardzo czytelny, a dla Moskwy – problem strukturalny. Bo jeśli OPL nie działa w sytuacji realnej konfrontacji, to cała narracja odstraszania zaczyna się kruszyć.

Najważniejsze jest jednak coś innego – mechanizm samej operacji. „Wyjęcie” dyktatora, przeprowadzone szybko, precyzyjnie i z wykorzystaniem ludzi z jego najbliższego otoczenia, to zła wiadomość dla wszystkich bandyckich reżimów. Pokazuje bowiem nie tylko, że USA są w stanie fizycznie sięgnąć po przywódcę, ale – co znacznie groźniejsze – że potrafią wcześniej dogadać się z jego współpracownikami. To uderzenie nie w zewnętrzne mury, lecz w wewnętrzną spoistość reżimu: w zaufanie, lojalność, mechanizmy kontroli i strachu. A to fundamenty, na których opierają się autorytarne systemy władzy.

W tym sensie władimir putin ma dziś realny powód do niepokoju. Nie dlatego, że Amerykanie jutro wylądują w Moskwie i wyciągną go z bunkra pod Kremlem, lecz dlatego, że każda taka operacja (jak ta w Caracas) wzmacnia paranoję, podejrzliwość i wewnętrzną erozję systemu. Im bardziej dyktator boi się własnego otoczenia, tym gorzej funkcjonuje cały aparat władzy. A putin JEST paranoikiem, gotowym założyć, że są w jego otoczeniu ludzie, którzy mogliby się z Waszyngtonem dogadać. Arsenał jądrowy rosji i mięta, jaką Trump czuje do putina, zapewne osłabiają tę paranoję, ale z pewnością jej nie znoszą. Bo „a nuż rudy diabeł dogada się z moimi generałami i oligarchami, i nic mi wtedy po atomowej walizce…”. Skądinąd, nie chciałbym dziś być w skórze rosyjskich negocjatorów, którzy mają dobre relacje z Amerykanami. Owa cecha może być niczym płachta na byka, w zestawieniu z wybuchem paranoi putina…

Już wybuchł jego tłusty sojusznik. Demonstracyjny test broni hipersonicznej przeprowadzony wczoraj przez Kim Dzong Una, można czytać właśnie tym kluczem: jako nerwową próbę pokazania, że „ja też potrafię”, że mój reżim jest nietykalny. To klasyczna reakcja odstraszająca – im głośniejsza, tym częściej maskująca niepewność.

I ta niepewność „grubasów” jest największym plusem amerykańskiej akcji…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Tomaszowi Krajewskiemu, Piotrowi Rucińskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi oraz Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewic. A także: Piotrowi Żakowi, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Jakubowi Kojderowi, Adamowi Cybowiczowi, Janowi Mozełewskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Przemysławowi Kowalskiemu, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej i Piotrowi Habeli.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Kamilowi Zemlakowi, Marcie Muller-Reczek, Kasi Byłów i Krzysztofowi Martynie.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Honor

Dokumenty, które przynieśli moi rozmówcy, pachniały tytoniowym dymem. Kilka lat wcześniej wyprowadziłem się z domu palaczy – świadom korzyści płynących z detoksu, alergicznie reagowałem na tę woń. Stąd moja początkowa niechęć. Szybko jednak zrozumiałem, że z opowieści małżeństwa w średnim wieku oraz z przedstawionych papierów, układa się historia godna pierwszej strony. Co zresztą niebawem się ziściło.

Mój ówczesny szef, po zapoznaniu się z gotowym tekstem, nie miał wątpliwości, jak go zatytułować. „Honor armii” – wystukał na klawiaturze i pobiegł do sekretariatu redakcji zapowiedzieć mocny materiał.

Bo mocny w istocie był. „Nasz syn nie popełnił samobójstwa” – twierdzili państwo, z którymi rozmawiałem. I na dowód przedstawili masę dokumentów. Ich chłopak zginął w wojsku – miał wyskoczyć przez okno koszar. Ale nic w papierach nie potwierdzało tej tezy. Protokół z oględzin miejsca wypadku, protokół sekcji zwłok, zeznania; wszystko to kompletnie nie współgrało z ustaleniami wojskowej prokuratury (dość napisać, że ciało, które dostarczono do sekcji, najprawdopodobniej należało do kogo innego…).

Zgłosiłem te wątpliwości podczas rozmowy z prokuratorem. Jego argumentacja brzmiała nieprzekonująco, a na koniec usłyszałem coś znamiennego: sprawa została zakwalifikowana jako samobójstwo, nie zaś zabójstwo z handlem narkotykami na terenie jednostki w tle. To rodzicom zabitego żołnierza nie pasuje, dlatego szukają dziury w całym. A przecież tak nie można, gdyż takie zachowanie godzi w honor armii…

Ów dramat sprzed ćwierć wieku – mimo nagłośnienia, także w ogólnopolskich mediach, nierozstrzygnięty na korzyść rodziców, którym odmówiono ekshumacji i ponownego śledztwa – przypomniał mi się podczas oglądania filmu Romana Polańskiego pt.: „Oficer i szpieg” (tytuł oryginału: „Oskarżam”). Widziałem go kilka temu w kinie, obejrzałem ponownie podczas ostatniej świąteczno-noworocznej przerwy. I wciąż we mnie pracują – i film, i tamta sprawa; stąd mój dzisiejszy wpis.

Afera Dreyfusa, której poświęcona została produkcja, nie schodziła z czołówek francuskich gazet na przełomie XIX i XX wieku. Alfred Dreyfus, oskarżony o szpiegostwo na rzecz Niemiec, został zdegradowany i uwięziony. Dla sądu – i dużej części wojskowego establishmentu – istotne znaczenie miał fakt, że kapitan artylerii był Żydem. Z zasady więc musiał być winny. Rzecz w tym, że dowody przeciwko niemu były marne i, co gorsza, częściowo spreparowane. I preparowano je dalej, gdy na trop oszustwa wpadł pułkownik Georges Picquart, szef jednej z sekcji francuskiego wywiadu.

W filmie pieczołowicie odtworzono śledztwo prowadzone przez Picquarta. Człowieka, który nie krył niechęci wobec Żydów, a mimo to nie był w stanie zaakceptować bezpodstawnego skazania Dreyfusa. Zaryzykował więc własną karierę, by doprowadzić do oczyszczenia kapitana z zarzutów. Sam stając się ofiarą oszczerstw ze strony przełożonych (i podwładnych). „Tu chodzi o coś więcej niż o jednego oficera. Nie możemy przyznać, że wojskowy sąd się pomylił, bo tym sposobem armia straci zaufanie ludu” – taka argumentacja generałów nie przekonała śledczego. Drążył dalej, aż w końcu sam znalazł się w więzieniu. Antysemickie nastroje panujące w społeczeństwie okazały się tu pomocne – pułkownik, na równi z Dreyfusem, został przez część Francuzów uznany za zdrajcę. Gdy już trafił za kraty, uznano, że dobre imię armii zostało zachowane.

Gdy sensacyjne ustalenia Picquarta przeciekły do prasy, wywołały nad Sekwaną powszechny szok. Efektem społecznej presji były kolejne procesy, w których ostatecznie całkowicie uniewinniono Dreyfusa. Ten, już jako podpułkownik, wziął udział m.in. w bitwie pod Verdun. Zmarł jako Oficer Orderu Legii Honorowej w 1935 roku. Georges Picquart, po zwolnieniu z więzienia, również wrócił do armii. Dosłużył się stopnia generała dywizji, pełnił nawet funkcję ministra wojny. Zmarł jeszcze przed wybuchem I wojny, na skutek nieszczęśliwego wypadku.

Ale o tym już film nie opowiada. Kończy go scena spotkania Dreyfusa i Picquarda, w ministerialnym gabinecie tego drugiego. W tej rozmowie dwóch niemłodych już żołnierzy zawiera się najważniejsze przesłanie produkcji – żadna instytucja nie jest świętą krową. Lojalność, dbałość o jej wizerunek, to cnota. Lecz wartością nadrzędną jest dobro pojedynczej ludzkiej jednostki. Bo to na tym poziomie buduje się kondycję państwa. Wspomniani przeze mnie rodzice żołnierza na zawsze pozostali wrogo nastawieni wobec armii i wymiaru sprawiedliwości. A państwo kojarzyło im się z przemocą, jakiej doznali. Z zalutowaną trumną, której nie mogli otworzyć, by zmierzyć się ze swoimi wątpliwościami.

—–

Dziś wpis z cyklu „filmowe polecajki”, ale jutro wracam do tematyki okołoukraińskiej. A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. kadr z filmu „Oficer i szpieg”/fot. materiały prasowe

Wyczerpywanie

„No to Ukraina już przegrała”, napisał jeden z moich Czytelników w reakcji na tekst, który opublikowałem w TVP Info. Dotyczył on przewidywań na 2026 rok i opisywał trudną sytuację władz w Kijowie. O niczym w artykule nie przesądzałem, ale materiał istotnie nie był hurra-optymistyczny (bo być nie mógł…), ponieważ jednak pisałem głównie z perspektywy ukraińskiej, rzeczywiście można było odnieść wrażenie pewnej „asymetrii pesymizmu”. Nie było moją intencją przekonanie Czytelnika, że rosja jest w wyjątkowo lepszej sytuacji niż Ukraina. Bo nie jest, o czym pisałem wielokrotnie, ale najwyraźniej muszę napisać raz jeszcze, w kontrze do defetystycznych nastrojów.

Zatem nie, rosja nie wygrała (już) wojny z Ukrainą. Teza o rosyjskim zwycięstwie jest nieprawdziwa nie w myśl zasady „zależy, jak spojrzeć”, tylko w sensie elementarnym – nie zgadza się ani z logiką wojny, ani z faktami, ani z tym, jak w historii kończą się konflikty zbrojne.

—–

Problem zaczyna się już na poziomie definicji zwycięstwa. Jeśli zwycięstwo ma oznaczać realizację celów politycznych i wojskowych, to rosja tych celów nie osiągnęła. Wojna nie miała być długotrwałym konfliktem pozycyjnym, lecz operacją zmieniającą układ sił w regionie. Ukraina miała zostać złamana, jej elity zastąpione, a państwowość podporządkowana rosyjskiej woli. Tymczasem Ukraina nie tylko przetrwała, ale zbudowała armię zdolną do zadawania rosji realnych, bolesnych strat. Państwo, które po prawie czterech latach pełnoskalowej wojny nadal walczy, zachowuje ciągłość władzy i zdolność mobilizacyjną, nie jest dowodem czyjejś wygranej – jest dowodem porażki planowania agresora.

W wymiarze czysto wojskowym rosja nie osiągnęła rozstrzygnięcia: nie zdobyła przewagi strategicznej, nie zniszczyła sił przeciwnika i nie narzuciła tempa działań. Linia frontu, tak często przywoływana jako dowód „faktów dokonanych”, jest miarą impasu okupionego ogromnym kosztem ludzkim, zużyciem sprzętu i koniecznością permanentnej mobilizacji. Państwo, które musi rok po roku dosypywać ludzi i zasobów tylko po to, by utrzymać stan posiadania, nie znajduje się w fazie zwycięstwa, lecz w fazie strategicznego wyczerpywania.

Jeszcze wyraźniej widać to na poziomie politycznym. Wojny wygrywa się wtedy, gdy przeciwnik uznaje porażkę, a otoczenie międzynarodowe akceptuje nowy stan rzeczy. Tego nie ma. rosja nie uzyskała legitymizacji swoich zdobyczy, nie stworzyła nowego ładu bezpieczeństwa i nie zmusiła Zachodu do powrotu do „business as usual”. Wręcz przeciwnie: wojna doprowadziła do trwałego wypchnięcia Ukrainy z rosyjskiej strefy wpływów i do wzmocnienia zachodnich struktur bezpieczeństwa. Narracja o „zmęczonym Zachodzie” funkcjonuje dobrze w mediach społecznościowych, ale słabo radzi sobie z faktami. Pomoc bywa wolniejsza, bardziej targowana i mniej entuzjastyczna niż na początku wojny, lecz nie została cofnięta – mimo częściowej obstrukcji USA – a kluczowe decyzje – dotyczące produkcji amunicji, szkolenia czy przekazywania coraz bardziej zaawansowanych systemów – zapadły i są realizowane.

—–

Argument gospodarczy również nie wytrzymuje krytyki. Owszem, rosyjska gospodarka funkcjonuje, a wskaźniki wzrostu można pokazać na wykresach. Tyle że jest to wzrost charakterystyczny dla państwa w trybie wojennym, opartego na masowej produkcji zbrojeniowej i wydatkach publicznych podporządkowanych frontowi. To nie jest historia o sukcesie, lecz o przestawieniu całego organizmu na jeden cel. Kosztem inwestycji cywilnych, elastyczności i długofalowego rozwoju rosja stała się państwem coraz bardziej uzależnionym od wojny – bo bez niej model ten zaczyna się chwiać. Trudno uznać to za wygraną; to raczej opis sytuacji, w której konflikt staje się warunkiem stabilności systemu.

Co więcej, fabryki pracują, broń schodzi z taśm, ale efektywność produkcji maleje, koszty rosną szybciej niż zdolność państwa do ich absorpcji, a brak rąk do pracy i inflacja stają się problemami strukturalnymi. Nad rosją cały czas wisi widmo załamania importu krytycznych komponentów, bez których zbrojeniówka i przemysł wydobywczy sobie nie poradzą. To nie jest pozycja siły, lecz kruchej równowagi.

Idźmy dalej, rosja ma większą populację niż Ukraina, ale ponosi też wielokrotnie wyższe straty. Wojna wyciąga z rynku pracy setki tysięcy mężczyzn w wieku produkcyjnym, zwiększa presję demograficzną i pogłębia nierównowagi regionalne. Każda kolejna fala mobilizacji jest droższa niż poprzednia, a mechanizmy zachęty finansowej wymagają sięgania do topniejących oszczędności. Na 2026 rok jeszcze ich wystarczy, ale co będzie dalej?

Skąd więc w ogóle bierze się przekonanie, że rosja „już wygrała”? Z przesunięcia znaczeń. Dla wielu obserwatorów zwycięstwo nie oznacza dziś jednoznacznego rozstrzygnięcia, lecz sam fakt, że wojna trwa, że jest kosztowna, że wspierający Ukrainę Zachód nie potrafi jej szybko zakończyć. Tyle że zmęczenie wojną nie jest jej przegraniem, a brak szybkiego sukcesu jednego z przeciwników nie oznacza automatycznie triumfu drugiego. Wojna, w której jedna ze stron nie potrafi ani wygrać, ani się wycofać bez strategicznej i symbolicznej porażki, rzadko bywa zapamiętana jako zwycięska. I żadna propaganda tego nie zmieni.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne, za SzG ZSU