MiroMar

Lotnisko w Mirosławcu – pośród żołnierzy i fanów awiacji znane jako „MiroMar” – przez dekady było domem m.in. legendarnych Su-22. Zakończenie służby tych maszyn w Wojsku Polskim symbolizuje coś, co płk pil. Jacek Janowski, dowódca bazy, nazywa „przechodzeniem z rytmu załogowego w bezzałogowy”. Teraz w „MiroMar” rządzą Bayraktary!

Polecam Waszej uwadze film, który z kolegą imiennikiem nakręciliśmy dwa tygodnie temu w Mirosławcu. Jest m.in. o sensowności posiadania Bayraktarów, sfalsyfikowanej rzekomo po doświadczenia z wojny w Ukrainie.

A w październikowym numerze „Polski Zbrojnej” będziecie mogli przeczytać obszerny reportaż z „MiroMar”.

Dobrego weekendu!

—–

Nz. symboliczny moment – przeszłość mija się z przyszłością/fot. Marcin Łobaczewski

Sygnalista

– Odejdźcie stąd – w głosie starszej kobiety słyszałem i błaganie, i żądanie. Wtórowało jej kilkanaście innych równie wiekowych osób, choć w blokującej szosę gromadzie dojrzałem też dwoje całkiem młodych ludzi. – Nie chcemy was tu, wracajcie do siebie, na zachód – kobieta miała zaciśnięte pięści. Imponowała mi jej determinacja, stała bowiem babuszka naprzeciw młodego oficera, wyrośniętego chłopa, za plecami którego było pewnie ze czterdziestu uzbrojonych po zęby żołnierzy. I to on, nie ona, odpuścił.

Na początku 2015 roku po raz pierwszy pojechałem na wschód Ukrainy. Odwiedziłem Kramatorsk, Słowiańsk, Bachmut, który wówczas nosił nazwę Artiomowsk. Byłem w Debalcewie, gdzie toczyły się ciężkie walki, i w kilku innych, mniejszych i większych miejscowościach, których mieszkańcy – na swe nieszczęście – znaleźli się w samym środku bądź „tylko” na obrzeżach wojny. Wróciłem do domu z mieszanymi uczuciami, z jednej strony bowiem rozpętana przez Rosjan rebelia nosiła wszelkie cechy bandyckiej napaści; nie dało się jej nie potępiać. Z drugiej, spotkałem ludzi, którym nie w nos była zbrojna odpowiedź Kijowa. Próba przywrócenia konstytucyjnego porządku, ujęta w karby operacji antyterrorystycznej. Dla tych obywateli Ukrainy własna armia była niemalże wrogiem. „Nie chcemy tu nacjonalistów!”, grzmieli. Wschód Ukrainy ciążył ku Rosji – z taką refleksją opuszczałem Donbas. Utwierdziłem się w przekonaniu, że Ukraina to kraj dwóch narodów, że próby sklejania wschodu z zachodem to karkołomne wyzwanie. Mówiłem, myślałem tezami rosyjskiej propagandy.

Chyba nigdy w życiu tak bardzo się nie myliłem. Nie tylko zresztą ja.

„Łatwo być Ukraińcem, jeśli twoja matka pochodzi ze Lwowa, a ojciec z Połtawy. Jeśli śpiewali ci kołysanki po ukraińsku, dom zdobią tradycyjne hafty, a na półce stoi Kobziarz Tarasa Szewczenki. Jeśli od dzieciństwa nie gubisz się w tożsamościach ani nie masz wątpliwości, gdzie jest twoje miejsce w kraju”, od tych słów zaczyna się pierwszy z rozdziałów książki Pawło Kazarina pt. Dziki Zachód Europy Wschodniej. „U nas na Krymie było inaczej”, kończy akapit autor. A w jednym z wywiadów rozwija znaczenie tego „inaczej”. „Przez długi czas Ukraina była przestrzenią rywalizacji dwóch konceptów, z których jeden był rosyjski, imperialny, w którym Ukraina miała być jednym z peryferii rosyjskiego imperium. Drugi to wizja ukraińskiego narodu etnicznego”, mówi w rozmowie z portalem Nasz Wybir. Tożsamości pośrednich nie było – tak się przynajmniej wydawało, długo, aż nastał Majdan i wyzwolił proces, w wyniku którego zaczął formować się ukraiński naród polityczny. Koncept, „w którym nie ma znaczenia, na jakie litery kończy się twoje nazwisko i nie ma znaczenia język twych kołysanek”, opowiada we wspomnianym wywiadzie Kazarin.

Zaś w książce – wracając do początków owego formowania – pisze: „Moskwa była pewna, że Ukraina rozsypie się jak domek z kart. Że całe jej Lewobrzeże zaakceptuje trójkolorowe flagi. Że ukraiński wschód i południe w jednym porywie ruszą walczyć za russkij mir. Kreml nie przewidział ani fenomenu ruchu wolontariackiego, ani ochotniczych batalionów, ani rosyjskojęzycznego ukraińskiego patriotyzmu. Nie wziął pod uwagę narodzin nacji politycznej – tego, że objęła także tych, którzy nie wpasowali się w projekt etniczny. Moskwę zaskoczył cały oddolny zryw i jego ogólnokrajowy zasięg”.

Emancypacja Ukrainy nie nastąpiła z dnia na dzień, rozkładała się w czasie. To, co zobaczyłem w Donbasie zimą 2015 roku, było przebrzmiewającym echem przeszłości – wciąż jednak obecnym w teraźniejszości. Później, podczas kolejnych wyjazdów, wyzbyłem się swoich wątpliwości, widząc ów naród polityczny w działaniu. Ale – przekonuje Kazarin – wcale tak być nie musiało. „Zimą 2013 roku ukraiński protest był powstaniem przeciwko uzurpacji władzy; do kategorii wojny narodowowyzwoleńczej przesunęła go rosyjska inwazja. Gdyby nie aneksja Krymu, kto wie, jaka byłaby dziś Ukraina”. „W lutym 2014 roku większość obywateli nie postrzegała rosyjskiego żołnierza jako wroga”, zwraca uwagę autor Dzikiego Zachodu… Dopiero (…) „po aneksji każdy musiał określić swoją własną tożsamość obywatelską – którą flagę uważa za swoją, do czyjego hymnu jest gotów stanąć na baczność”.

Fatalna pomyłka Rosji, która sądziła, że idzie po swoje (i do swoich), miała długofalowy i nieoczekiwany skutek – to jedna z zasadniczych tez książki Pawło Kazarina. Pozycji wydanej jeszcze przed pełnoskalową inwazją, a mimo to przez nią nieunieważnionej. Na jednej z ostatnich stron autor zdradza: „Mam marzenie. Chcę, żeby ta książka się zestarzała”. Zapewne jest w tej deklaracji odrobina fałszywej skromności, co nie zmienia faktu, że Dziki Zachód…, jako całość pozostaje aktualny, a w niektórych fragmentach wręcz poraża bieżącą adekwatnością.

Spójrzmy choćby na ten ustęp: „Wciąż postrzegamy wojnę w kategoriach XX wieku. Niestety, te wyobrażenia nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Nasze działania są determinowane przez nasze myśli – dlatego można nas pokonać nawet bez użycia klinów pancernych”. I dalej: „Obecny Kreml nie stara się eksportować własnych wartości, lecz niszczyć cudze. Rozmywa pojęcie faktu. Zatruwa przestrzeń medialną fake newsami. Manipuluje opinią publiczną. Strategię wojen pozycyjnych zastąpiła taktyka operacji dywersyjnych. Rosyjska propaganda nie obrała za cel udowodnienia wyższości Kremla. Wręcz przeciwnie, stara się udowodnić, że wszyscy ludzie są tacy sami. Próbuje pogrzebać prawdę w gąszczu kłamstw – dlatego szafuje teoriami spiskowymi (…). Kalkulacja jest prosta: im więcej informacyjnego śmiecia, tym większa szansa, że fakty po prostu umkną uwadze odbiorców”.

Omawiana książka to zbiór esejów Kazarina, pisanych między 2014 a 2021 rokiem. Nie wiem, kiedy dokładnie powstały powyższe frazy, z pewnością jednak dotyczyły Ukrainy i jej zmagań z Rosją. Tymczasem dziś mamy rok 2025 i zacytowane słowa jak ulał pasują do rzeczywistości, z jaką mierzy się Polska i Polacy; i my staliśmy się celem rosyjskiej wojny hybrydowej. Co prawda nie jest to proces nowy, jednak jego spektakularne nasilenie to kwestia ostatnich miesięcy. Kazarin jawi się tu jako sygnalista, ostrzegający przed rosyjską uzurpacją. Która zresztą w ogóle go nie dziwi, pisze bowiem tak: „Z punktu widzenia większości Rosjan Moskwa w 2014 roku nie sięgnęła w Ukrainie po ‘cudze’, a jedynie zaczęła odzyskiwać ‘swoje’. Podobnie rzeczy się mają przy podziale majątku podczas rozwodu. W ramach podobnego podejścia cała Ukraina jest postrzegana nie jako odrębne, suwerenne państwo, ale jako walizka z rzeczami, w której jest coś ‘naszego’ i ‘waszego’. Dopóki we wspólnym bagażu jest ‘nasze’, mamy niemałe prawo do ‘całości’. Problem w tym, że imperialista zawsze rozmywa granice ‘naszego’. Trudno zrozumieć, w którym dokładnie momencie przestaje z pogardą patrzeć na słupy graniczne (…) Czy ‘zagranicą’ jest Polska? A Rumunia? Albo kraje bałtyckie? (…) W 2014 roku na wojnę wyruszył russkij mir, on zaś nie ma granic. Ma wyłącznie horyzonty”, przestrzega autor Dzikiego Zachodu…

Jego rozważania o Rosji, w tym o naturze rosyjskiego ekspansjonizmu, to jeden z wiodących tematów książki. Szczególnie gorzko – i znów złowieszczo, zwłaszcza w odniesieniu do naszych sojuszników z krajów nadbałtyckich – brzmią wnioski dotyczące stosunku kremlowskich władz do rosyjskich diaspor. „Po rozpadzie Związku Radzieckiego miliony Rosjan znalazły się poza granicami Rosji (…). Dla rodaków mieszkających za granicą Moskwa przewidywała tylko jeden sposób istnienia – irredentę. Przypisała im jedną rolę: być pretekstem do ‘zjednoczenia’ w ramach jednego państwa (…) Sama myśl, że Rosjanie mogliby reprezentować interesy nie Moskwy, lecz swoich nowych ojczyzn, była traktowana jako zdrada. Kreml nigdy nie potrzebował adaptacji Rosjan”.

Koncept kulturowego konia trojańskiego Kazarin rozszerza również na język. „Moskwa odebrała językowi rosyjskiemu najważniejszą rzecz – neutralność polityczną”, przekonuje. „Poszła (…) w przeciwnym kierunku niż na przykład świat anglojęzyczny. Nauka języka angielskiego nie narusza tożsamości: posługując się angielskim, Litwin pozostaje Litwinem, a Kazach – Kazachem. Język rosyjski jest sprzedawany w pakiecie. Kreml próbuje doczepić do tej kulturowej lokomotywy lojalność wobec imperium i akceptację rosyjskiej wersji historii”. Warto, by te słowa wybrzmiały w sytuacji, w której coraz częściej jesteśmy świadkami moralnego relatywizmu. „Przecież nie wolno sekować rosyjskiej kultury!”, przekonują pięknoduchy i cynicznie rozgrywający nas (pro)rosyjscy medialni aktywiści. Zastanówmy się, czego tak naprawdę bronią…

Czegoś, przed czym od jedenastu lat broni się Ukraina.

Ta wojna z russkim mirem Ukrainę zmieniła, ale – przekonuje Kazarin – pewne rzeczy trwają bezwarunkowo. „Ciąży nam brak doświadczenia własnej państwowości oraz zwyczaj postrzegania każdej osoby u władzy jako obcego, przysłanego z metropolii”, konkretyzuje myśl autor Dzikiego Zachodu… „Ukraińcy są przez to mistrzami przetrwania w obcych państwach. Gdy przychodzi do budowania własnego państwa, wirtuozeria zmienia się w bagaż”, pisze. Dla mnie to jedyny wniosek, z którym nie mogę się zgodzić. Zakładam zresztą, że i sam Kazarin – po doświadczeniach z ostatnich trzech lat – nie byłby aż tak krytyczny. Wszak determinacja, z jaką po 2022 roku walczą Ukraińcy, jest najlepszym dowodem na mistrzostwo w przetrwaniu we własnym państwie – mimo czyhających z zewnątrz złych mocy. Czyż nie?

I na koniec jeszcze jedna uwaga. Jak to się czyta! Jak dobrze jest napisane i przełożone… Po pierwszych trzydziestu stronach Dzikiego Zachodu… sięgnąłem po telefon do tłumaczki Anny Ursulenko (z którą miałem wcześniej zawodowy kontakt): „Świetne to jest! Nie sposób się oderwać. Literacko to jest ekstraklasa, podziwiam Pani warsztat. Na przekładzie można wyłożyć znakomite treści, a Pani tylko je wzbogaca. Szacunek!”. Może i zabrzmiało to górnolotnie, ale po lekturze całości nie zmieniłbym w tej wiadomości żadnego słowa…

Dziki Zachód Europy Wschodniej. Ucieczka z imperium: jak to się robi po ukraińsku, Pawło Kazarin, przekład Anna Ursulenko, Wydawnictwo KEW, Wrocław-Wojnowice 2025.

Prowokacje

Wtargnięcie dronów nad Polskę i Rumunię, rajd odrzutowców nad wodami terytorialnymi Estonii, ataki hackerskie na infrastrukturę krytyczną i podpalenia obiektów użyteczności publicznej w krajach wschodniej flanki czy wreszcie intensyfikacja operacji szpiegowskich wymierzonych w członków NATO – oto katalog rosyjskiej aktywności, zarejestrowanej na przestrzeni ostatnich tygodni. Wojna hybrydowa rosji nabrała tempa, ale co się za tym kryje? Czy Moskwa rzeczywiście dąży do otwartej konfrontacji z Sojuszem?

Mimo wyraźnej eskalacji i wciąż podkręcanej, wrogiej wobec Zachodu retoryki rosyjskiej propagandy, ten drugi scenariusz wydaje się skrajnie mało prawdopodobny. Nic nie przemawia za tym, by rosjanie szykowali się do rychłej, gorącej wojny z NATO. Ich siły zbrojne wciąż pozostają zaangażowane w Ukrainie, końca tego konfliktu nie widać, ba, nawet nadzieje na jego zamrożenie po porażkach dyplomacji trumpa można uznać za płonne.

O co więc chodzi rosjanom? Pełną listę motywów, jakimi kieruje się Kreml, znajdziecie w moim tekście dla „Polski Zbrojnej” – oto link. Na potrzeby tego wpisu chciałbym skupić się na jednej kwestii. Moim zdaniem, Moskwa eskaluje napięcie także z przyczyn wynikających z przebiegu konfliktu w Ukrainie oraz wewnątrz-rosyjskich skutków tej wojny. Celem jest wywołanie bardziej spektakularnych reakcji Sojuszu, co z kolei pozwoliłoby rosyjskiej propagandzie jeszcze szerzej rozwinąć skrzydła w temacie zagrożenia z Zachodu. Oczekiwany efekt to taki, który socjolodzy i psycholodzy społeczni nazywają gromadzeniem się wokół flagi. Działania zewnętrznych sił, postrzegane jako nieprzyjazne, mają moc zbliżania społeczeństwa do władzy i właśnie na takiej mobilizacji rosjan zależy putinowi. Dlaczego?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, spójrzmy na Ukrainę. Mimo nachalnej rosyjskiej narracji, wedle której armia ukraińska jest w ciągłym odwrocie, front od listopada 2022 roku stoi. Od tego momentu rosjanie zajęli ledwie 6 tys. km kwadratowych Ukrainy, co odpowiada mniej niż procentowi przedwojennej powierzchni kraju. A stracili przy tym ponad milion żołnierzy – zabitych, rannych, wziętych do niewoli – oraz dziesiątki tysięcy jednostek sprzętu. Niedawno zakończyła się ich kolejna ofensywa, w obwodzie sumskim, która podobnie jak intensywne ataki w rejonie Pokrowska na Donbasie, została utopiona we krwi. Przełomu nie ma, ba, argumentację wedle której wcale nie idzie o terytoria, a o fizyczne zniszczenie przeciwnika, coraz trudniej oprzeć o fakty. Mimo brutalnego młotkowania na froncie armia ukraińska okrzepła, a gospodarka – w tym zbrojeniówka – radzi sobie w realiach częstych rosyjskich uderzeń dronowo-rakietowych. Co więcej, Kijów zezwolił niedawno mężczyznom w wieku 18-22 lat na opuszczanie kraju, co podważa opowieść o tym, że Ukrainie brakuje rekrutów i wkrótce upadnie, bo nie będzie komu nosić broni. Skoro usunięto ograniczenia administracyjne, najwyraźniej tak źle nie jest, samo zniesienie zaś należy odebrać jako komunikat: „stać nas na takie gesty”, wysłany Moskwie.

Tymczasem dla putina i jego współpracowników wojna z Ukrainą to „gra o wszystko”. W tym znaczeniu, że trudno wyobrazić sobie scenariusz, w którym po porażce zachowają oni władzę. Faktu, iż po czterech latach „specjalnej operacji wojskowej” zyski są tak marne, a straty tak koszmarne, nie da się  ubrać w szaty zwycięstwa; takich umiejętności nie posiada nawet rosyjska propaganda. A taki stan rzeczy winduje determinację Kremla na bardzo wysoki poziom. Wojna musi trwać, rosja musi coś jeszcze zdobyć, coś, co uda się sprzedać jako spektakularny sukces, po którym społeczeństwo rosyjskie puści w niepamięć poniesione ofiary.

Tylko jak to zrobić, gdy armii na froncie brakuje sił? W Ukrainie walczy obecnie 700 tys. rosyjskich żołnierzy – najwięcej od momentu rozpoczęcia pełnoskalowej wojny. Lecz i tak za mało, by złamać Ukraińców. Odpowiedzią mogłaby być dalsza rozbudowa kontyngentu, problem w tym, że rozkręcona do granic możliwości kampania rekrutacyjna pozwala w niewielkim zakresie na coś więcej niż pokrywanie bieżących strat. Mało tego, rosjanie nie garną się na front inaczej niż za wielkie (relatywnie) pieniądze – których zapas w państwowej kasie topnieje w zastraszającym tempie. Przymusowa mobilizacja w miejsce ochotniczego zaciągu? Owszem, jest to rozwiązanie, ale obarczone ryzykiem buntu chronionej dotąd wielkomiejskiej, „białej”, prawosławnej rosji. Ta godzi się na wojnę pod warunkiem, że jest ona prowadzona rękoma biednej, etnicznie różnej prowincji; swoich chłopców na nią nie zamierza posyłać. Lecz w scenariuszu powszechnej mobilizacji ci „lepsi” obywatele federacji musieliby do wojska pójść. Jak ich do niego zwabić? Ano rozbuchaną narracją o groźnym Zachodzie, który czyha na mateczkę rosję. Wystarczy „złe NATO” sprowokować, by pokazało zęby i pazury. Że w samoobronie? rosjanie takimi szczegółami nie zajmują sobie głowy…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Polskie efy podczas dyżuru bojowego, zdjęcie ilustracyjne/fot. Bartek Bera

Biadolenie

Rosyjskie samoloty wojskowe naruszyły estońską przestrzeń powietrzną. Chodzi o trzy ciężkie myśliwce MiG-31. Informację na ten temat podał szef MSZ Estonii, potwierdzają ją również źródła NATO-wskie.

W polskich mediach typowa histeryczna reakcja – co obserwuję z rosnącym niesmakiem. Nie zrozumcie mnie źle, nie umniejszam wagi incydentu, ale spójrzmy na sprawy rzeczowo.

Pilotowane przez roSSjan samoloty zostały przechwycone przez włoskie F-35, które pełnią dyżur bojowy w krajach nadbałtyckich. Do przechwycenia doszło nad estońskimi wodami.

Przy czym owo przechwycenie w języku polskim „waży” znacznie więcej niż procedura, jaką opisuje. Ta zaś jest banalna. Zadaniem pary dyżurnej jest dotarcie do „intruza” i jego wizualna identyfikacja. To pierwsza część misji, o drugiej dalej.

rosjanie nad Bałtykiem latają nad wodami międzynarodowymi (zwykle w drodze z i do obwodu królewieckiego, z lub do bazy pod Petersburgiem), a naruszenia przestrzeni należą do rzadkości, trwają zwykle kilka sekund i najczęściej nie są intencjonalne (ten rejon usiany jest maleńkimi wyspami, należącymi do krajów nadbałtyckich, łatwo nad nie wlecieć). Mimo to trzeba ich przechwytywać – dlaczego? Ano dlatego, że moskale od lat ignorują obowiązek składania planów lotu i poruszania się z włączonym transponderem. Wojskowe radary widzą ich maszyny, ale dla cywilnych systemów pozostają one niewidzialne. A to stwarza potencjalne zagrożenie dla ruchu lotniczego. Przechwycenie jest więc nade wszystko dalszym lotem w towarzystwie rosjan, aż opuszczą naszą i międzynarodową strefę. W tym czasie transpondery pary dyżurnej niejako w zastępstwie wskazują lokalizację „niewidzianego” samolotu.

Media piszą o 12-minutowej obecności roSSjan w estońskiej przestrzeni. W większości relacji brakuje określania „łącznej”. A to słowo-klucz. Obejrzyjcie sobie linię brzegową Estonii – na dużym przybliżeniu googlowskiej mapy widzimy tam wyspę na wyspie. Lecąc wzdłuż brzegu, ruskie wpadały, wypadały, wpadały, wypadały z estońskiej przestrzeni. Tak uzbierało się te 12 minut, a nie ze stałej obecności nad estońskim interiorem.

„Samoloty zbliżyły się do stolicy Estonii”, alarmują media; i to już brzmi naprawdę poważnie. Oczyma wyobraźni – przekładając sprawy na realia polskie – widzimy ruskie maszyny gdzieś nad Mińskiem Mazowieckim, co oznaczałoby głębokie wtargnięcie. No ale pamiętajmy, że Tallin to miasto portowe.

Nie wiem, czy incydent był celowy, choć media orzekły już, że tak. Zapewne był – w mojej ocenie, słaba reakcja Amerykanów na prowokację z dronami zachęci Moskwę do kolejnych tego typu akcji. Będą testować nasze natowskie czerwone linie w różnych miejscach wschodniej flanki. W tym przypadku dostali po łapach – ich MiG-i dały dyla, gdy tylko włoskie F-35 znalazły się w pobliżu. W gruncie rzeczy nic w tym dziwnego, biorąc pod uwagę różnice w poziomach wyszkolenia i przewagę techniczną zachodniego lotnictwa – ruski pilot może być bezczelny, ale samobójcą nie jest.

Jednak w mojej ocenie, tę bezczelność też trzeba ukrócić – i strzelać do łobuzów, nie tylko ich odpędzać. Tym na kremlowskim stolcu może się bowiem wydawać, że nieużycie broni to wyraz słabości.

Ps. Ten incydent to kolejny dowód na istnienie europejskiej wspólnoty obronnej; nie pozwólmy, by w tym medialnym biadoleniu („olaboga, te bezczelne ruskie…”) nam to umknęło.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Obserwatorzy

„Amerykanów zaproszono do obserwowania rosyjsko-białoruskich ćwiczeń Zapad 2025” – we wtorek doniesienie tej treści zelektryzowało opinię publiczną w Polsce. No bo jak tak można, obserwować ćwiczenia, w których (biało)rusy trenują atak na wschodnią flankę NATO…?

Olaboga! (wybaczcie, nie mogłem się powstrzymać)

Tak czy inaczej, obiecałem Czytelnikom odnieść się do tej kwestii. Zrobiłem to już wczoraj, ale nie każdy ma w nawyku oglądanie rolek na FB i Insta, podrzucam więc nagrany dla „Polski Zbrojnej” materiał i tu.

Dobrego dnia i nie dajmy się zwodzić ruSSkiej dezinformacji!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.