Strach

Wczoraj do Polski przyleciał Wołodymyr Zełenski, dziś trwa jego oficjalna wizyta w naszym kraju. To, z kim się spotyka i o czym rozmawia ukraińska głowa państwa, to temat na odrębny wpis. W tym chciałbym zająć się nieco inną sprawą – wzmożeniem, które obserwujemy w naszych mediach społecznościowych. Zełenski nad Wisłą to jak płachta na byka dla wszelkiej maści skarpetkosceptycznych, antyukraińskich aktywistów medialnych. Więc działają – szczują, rozsyłają fejki, także takie nie-wprost związane z dzisiejszymi wydarzeniami. Jeden z nich dotarł do mnie nad ranem – to opis rzekomego zabójstwa, jakiego miało się dopuścić ukraińskie dziecko na swoim polskim rówieśniku. Zajrzałem w sieć – to jeden z najpopularniejszych, „trendujacych” od wczoraj fejurów. Zbieżność z wizytą Zełenskiego nieprzypadkowa – idzie bowiem o to, by utrwalić antyukraińskość jako postawę części polskiego społeczeństwa. Na tym gruncie wyrośnie, już rośnie, krytyka działań polskich władz, które nie tylko „przyjmują z honorami przywódcę banderowców”, ale też znów podejmą/podejmują konkretne zobowiązania wobec Ukrainy. A przecież oni „mordują nasze dzieci”…

I tak się to kręci – także w oparciu o mechanizm, który odsłania mój rozmówca, dr hab. Grzegorz Ptaszek, prof. AGH, badacz mediów. Rozmawialiśmy kilka tygodni temu, wywiad z Grzegorzem ukazał się na łamach listopadowej „Polski Zbrojnej”. Odsyłam Was do lektury całości (kto nie załapał się na „papier”, wciąż może kupić cyfrowe wydanie „Pezetki” – oto link do e-sklepu), a na potrzeby tego postu – i tytułem zachęty – publikuję poniższy fragment.

—–

Wraz z wybuchem pełnoskalowego konfliktu w Ukrainie w sieci zaroiło się od pseudoekspertów od wojny i wojskowości.

Najpierw istotne zastrzeżenie ogólne – w mediach społecznościowych funkcjonuje wielu wartościowych i rzetelnych twórców. Ale mamy też kompletne pomieszanie z poplątaniem, gdzie specjaliści od zdrowego żywienia czy treningów siłowych wypowiadają się na każdy temat. Na przykład o obronności, o której nie mają pojęcia. Mają za to ogromne zasięgi i dla wielu są autorytetami. Od wszystkiego, choć tak naprawdę od niczego konkretnego…

Jak tacy ludzie budują zaufanie odbiorców?

Jeśli media głównego nurtu są spolaryzowane i przez to oceniane jako niewiarygodne, to eksperci i „eksperci” z mediów społecznościowych są ponad to. Podkreślają swoją niezależność, intelektualną niepokorność, racjonalne spojrzenie. Nie bez znaczenia jest też aspekt wizualny, to, jak ci twórcy wyglądają, gdzie nagrywają swoje materiały.

…na kanapie, w salonie.

No właśnie. A jeśli jesteś postrzegany jako „swój, ziomal”, ktoś, kogo można spotkać w siłowni czy na ulicy, to łatwiej budujesz więź. A więź to zaufanie. A ufający odbiorca nie weryfikuje informacji, zwłaszcza jeśli wpisuje się ona w jego poglądy. No i są jeszcze emocje, bardzo obecne w społecznościówkach. Strach, zniesmaczenie, wstręt.

Wstręt się sprzedaje?

Popularność patostreamingu to najlepszy na to dowód. Jest grupa odbiorców, która łaknie mieszanki zaskoczenia, sprzeczności, naruszenia granic obyczajowych. Teoria emocjonalnych nadawców Kenta Harbera i Dova Cohena mówi, że zderzenie dwóch perspektyw wywołuje napięcie, które chcemy rozładować – dzieląc się treścią, komentując, reagując. To jeden z powodów, dla których ludzie bezrefleksyjnie udostępniają często szokujące materiały.

Jaka emocja jest wiodąca w społecznościówkch?

Strach.

Znam ludzi, których ta nieustanna ekspozycja na strach skłoniła do porzucenia mediów społecznościowych czy mediów w ogóle.

Całkowite odcięcie nie jest dobrym rozwiązaniem. Skądś musimy czerpać informacje. Ale rozumiem potrzebę ograniczenia negatywnych bodźców.

Jak walczyć z informacyjną patologią?

Częściowo już się to dzieje – są aktywiści, którzy tropią fałszywych ekspertów, obnażają braki wiedzy, prostują bzdury i pokazują manipulacje.

Może to jednak za mało i trzeba to uregulować systemowo? Czy influencerów powinny obowiązywać zasady odpowiedzialności za słowo, tak jak przedstawicieli tradycyjnych mediów?

Na razie influencerzy zostali zobligowani do oznaczania współpracy reklamowej. To krok w dobrym kierunku, ale wciąż niewystarczający. Oczywiście, można obalić ich tezy badaniami, ale to wymaga czasu i zaangażowania. A przeciętny odbiorca często nie ma na to ani siły, ani chęci. W pewien sposób influenserów czy twórców treści cyfrowych obowiązują zasady odpowiedzialności za słowo, ponieważ działają oni w ramach platform internetowych, a te posiadają własne regulaminy. Jednak, jak pokazuje praktyka, z czym często i ja się zetknąłem, w niektórych przypadkach to, co dla jednego użytkownika może być naruszeniem regulaminu, dla platformy niekoniecznie. I wówczas odbijamy się od ściany. Dlatego też uważam, że platformy społecznościowe powinny jeszcze bardziej ponosić odpowiedzialność za dopuszczanie do publikowania treści patologicznych, nawołujących do nienawiści czy wprost manipulacyjnych.

Dlaczego ów przeciętny odbiorca „kupuje” pewne treści, jest podatny na dezinformację?

Podatność na dezinformację wiąże się głównie z cechami indywidualnymi – osobowością, predyspozycjami poznawczymi, zdolnością do analizy i przetwarzania informacji. Dużą rolę odgrywa też poziom wykształcenia. To pierwsza grupa czynników – indywidualna. Druga to czynniki społeczne: ogólny niepokój, zmiany kulturowe, życie w pośpiechu, napięciu. One wpływają na naszą emocjonalną reakcję na przekazy medialne.

Czy są jakieś cechy charakterystyczne dla Polaków jako odbiorców takich treści?

Nie przypominam sobie badań porównawczych, które uwzględniałyby kulturowe różnice w podatności na dezinformację. Próbowaliśmy coś takiego robić – nie w kontekście dezinformacji, ale treści generowanych przez AI – z moją koleżanką ze Stanów Zjednoczonych. Różnice kulturowe się pojawiły, ale były statystycznie nieistotne. Zatem to sposób przetwarzania informacji – ta sfera kognitywna – jest kluczowy. Im bardziej dostrzegamy złożoność świata, tym mniej jesteśmy podatni na manipulację. Im bardziej upraszczamy rzeczywistość, tym łatwiej nami sterować.

Czyli rozwiązaniem jest edukacja?

Zdecydowanie edukacja, a zwłaszcza nauka krytycznego myślenia. Ale to znowu wymaga czasu i systemowych rozwiązań, a nie doraźnych politycznych i chwilowych działań. Od ponad dwóch dekad w środowisku medioznawców i pedagogów walczyliśmy o edukację medialną jako szkolny przedmiot, gdzie ważnym elementem jest krytyczny odbiór mediów. I co? I nic, nie doczekaliśmy się tego. A teraz utyskujemy, że młodzież spędza zbyt dużo czasu ze smartfonem w ręku i bezrefleksyjnie wierzy w fałszywe treści publikowane w Internecie.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. kadr z relacji na żywo, udostępnionej na oficjalnym profilu Wołodymyra Zełenskiego

Wyłączony

15 grudnia 2025 roku Ukraińcy przeprowadzili jedno z najbardziej zuchwałych uderzeń tej wojny. Na cel wzięto rosyjski okręt podwodny klasy Warszawianka (Projekt 636.3, szerzej znany jako „Kilo”), cumujący w porcie Noworosyjsk nad Morzem Czarnym. Do ataku użyto podwodnego drona kamikadze.

Operację przeprowadziła Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU), uprzednio hackując portowy system monitoringu. To dzięki temu Ukraińcom udało się nagrać i upublicznić film, na którym widzimy moment podwodnej eksplozji. Wedle źródeł ukraińskich, w ataku wykorzystano dron typu „Sub Sea Baby” – niestety, nie ujawniono jego dokładnych parametrów. Wiadomo, że SBU rozwija projekt morskich bezzałogowców od początku pełnoskalowej wojny, mając dziś w arsenale jednostki autonomiczne lub półautonomiczne, jednorazowego lub wielokrotnego użytku, przenoszące głowice o masie od stu do tysiąca kilogramów. Dron operujący w Noworosyjsku musiał wykonać precyzyjną nawigację w ograniczonej przestrzeni portowej, omijając przeszkody i bariery ochronne, co wskazuje na rosnący poziom techniczny ukraińskich systemów bezzałogowych.

Zakres uszkodzeń okrętu pozostaje przedmiotem rozbieżnych ocen. Strona ukraińska, w tym analitycy powiązani z SBU, wskazuje na poważne skutki eksplozji podwodnego drona, sugerując możliwość uszkodzenia elementów newralgicznych dla eksploatacji okrętu – przede wszystkim układu napędowego, sterów lub poszycia w rejonie rufy. W takim scenariuszu nawet brak przebicia kadłuba sztywnego mógłby oznaczać długotrwałe wyłączenie jednostki z działań operacyjnych.

Z kolei część analityków zachodnich zwraca uwagę, że dostępne zobrazowania satelitarne nie pozwalają jednoznacznie potwierdzić bezpośredniego trafienia w kadłub okrętu. Bardziej prawdopodobne jest, że eksplozja nastąpiła przy nabrzeżu lub w bezpośredniej bliskości jednostki. Jak podkreśla jeden z czołowych ukraińskich OSINT-owców, Ołeksandr Kowalenko, nawet taki wariant nie wyklucza poważnych konsekwencji technicznych – fala uderzeniowa w ograniczonej przestrzeni portowej mogła doprowadzić do mikrouszkodzeń, rozszczelnień instalacji lub deformacji elementów napędu, które w przypadku okrętu podwodnego mają kluczowe znaczenie dla bezpieczeństwa i dalszej służby. Co więcej, sam fakt przeprowadzenia skutecznego ataku w chronionej bazie oraz potencjalna konieczność długotrwałych inspekcji i napraw oznaczają realne, operacyjne osłabienie rosyjskich zdolności podwodnych na Morzu Czarnym.

rosjanie oficjalnie zaprzeczają, by ich jednostka ucierpiała. Na dowód opublikowali film, na którym widać zacumowaną jednostkę. Obraz jest jednak mocno wykadrowany, to po pierwsze. Po drugie, okręt wciąż pozostaje w tym samym miejscu. 15 grudnia w pobliżu zacumowany był także inny okręt klasy Kilo – po ataku tę jednostkę przebazowano w inną część portu. Stąd przypuszczenie, że zaatakowany okręt nie nadaje się nawet do manewrów wewnątrz względnie bezpiecznego basenu portowego.

Reasumując: Jeśli zaatakowany okręt jest cały, niebawem wyjdzie w morze i znów zostanie użyty do ostrzału ukraińskich miast przy użyciu rakiet Kalibr. Jeśli solidnie oberwał, jego remont w Noworosyjsku – gdzie nie ma odpowiedniego zaplecza – jest mało prawdopodobny. W taki scenariuszu konieczne będzie odholowanie jednostki do którejś ze stoczni naprawczych. Najbliższy suchy dok znajduje się w Sewastopolu, co oznacza ryzykowny „marsz” przez obszar, w którym zaroi się od ukraińskich dronów…

Ten komentarz, w znacznie rozbudowanej formie, opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do całości materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Oryginalny kadr z rosyjskiego filmiku, który ma udowodnić, że okręt z Noworosyjska jest cały. Cóż, cała jest z pewnością część widoczna na zdjęciu…/fot. mofr

Racje

Latem 2015 roku linia frontu między wojskami rosyjskimi i ukraińskimi przecinała miejscowość Szyrokino, położoną kilkanaście kilometrów na wschód od Mariupola. Nadmorskiego kurortu bronili żołnierze „Azowa”, zajmujący pozycje w zrujnowanym ośrodku kolonijnym. Ciepłe posiłki przywożono im raz na dobę, pickupem. Żadnych specjałów, ot mielony z ryżem, zalany cienkim sosem. „Nie ma co narzekać”, przekonywał wtedy jeden z azowców. „To, co wolontariusze gotują w naszej bazie na tyłach jest bez porównania lepsze niż to świństwo”, mężczyzna wskazał ręką na rzędy puszek z tuszonką. „Tego nawet pies nie ruszy, a oni chcą, by jedli to żołnierze”, wspominając „onych” Ukrainiec miał na myśli urzędników ministerstwa obrony. Od tych wydarzeń minęło ponad dziesięć lat, prawie cztery w realiach pełnoskalowej wojny i ogromnej mobilizacji państwa ukraińskiego. Czy coś się w kwestii aprowizacji zmieniło? I tak, i nie…

Kompaktowość i kaloryczność

„Zaopatrzenie ukraińskiej armii od 2017 roku opiera się na tzw. systemie katalogowym”, mówi Jurij Hudymenko, zasłużony podoficer, saper, obecnie polityk i lider ruchu „Demokratyczna Siekiera”. Zarządza nim spółka zależna tamtejszego resortu obrony – Państwowy Operator Tyłów. Organizuje ona otwarte przetargi, gdzie zainteresowane firmy oferują katalog 365 produktów – warzyw, mięsa, pieczywa i owoców. „Jednostka szczebla brygady sama decyduje, co nabędzie”, tłumaczy Hudymenko i podkreśla, że zwykle zakupy robione są na dwa tygodnie. „Firmy dostarczają produkty do magazynów jednostek, a stamtąd są one rozwożone do poszczególnych oddziałów. Z zakupionej żywności przygotowuje się śniadania, obiady i kolacje tak, by żołnierz otrzymał co najmniej 3500 kalorii na dobę, a dzienne racje miały wartość 150 hrywień [15 złotych polskich]”, wylicza. Oczywiście mowa o jednostkach, które znajdują się w miejscach stałej dyslokacji lub mają rozwinięte kuchnie polowe. Dla oddziałów na pierwszej linii kupowane są zestawy suchego prowiantu.

Czy istnieją inne różnice w zasadach aprowizacji? „Owszem, związane z rodzajem wojska”, kontynuuje Hudymenko. „Piechota, oddziały szturmowe mają większe zapotrzebowanie na lekkie, łatwe do przenoszenia i wysokokaloryczne racje indywidualne. Specyfika ich zadań wymaga długich marszów i przekłada się na ograniczony dostęp do palników. Oddziały artylerii i broni pancernej mają zwykle sposobność rozłożenia obozów, co pozwala na rozwinięcie kuchni i scentralizowane przygotowywanie posiłków. To wygodniejsze i korzystniejsze dla żołnierzy, ale wymaga większych nakładów na paliwo i logistykę”, podkreśla weteran ukraińskiej armii.

Ukraińskie ministerstwo obrony zapytane o to, czy dostępne są posiłki wegetariańskie czy wegańskie, odpowiada, że „menu składa się z kilku opcji dań, uwzględniających życzenia żołnierzy i możliwości techniczne kuchni”. Zanim wybuchła pełnoskalowa wojna, resort planował wprowadzenie halalowych i koszernych racji, ale pomysł zarzucono z powodu, jak to określono, „niekorzystnych kalkulacji ekonomicznych”. „Tak naprawdę wszystko zależy od dostępnych zasobów, lokalizacji, od wydarzeń na froncie”, komentuje Hudymenko. „Specjalne diety, wegetarianizm, weganizm, ograniczenia religijne – w spokojnych czasach i miejscu można się do nich stosować samodzielnie, rezygnując z pewnych potraw i zastępując je czymś innym z proponowanego menu. W warunkach polowych priorytetem jest, i zawsze będzie, szybkie wydawanie znormalizowanych posiłków”.

W strefie śmierci

Przy dynamicznej linii frontu nie zawsze jest to możliwe. „W rejonie aktywnych działań wojennych przerwy w dostawach żywności zdarzają się regularnie”, przyznaje Hudymenko. I nie chodzi tylko o zmieniające się położenie oddziałów. „Tak jak my mamy ważne zadanie dostarczenia zaopatrzenia, tak wróg ma równie ważny cel – nie pozwolić nam tego zrobić. Przeciwnik wie, gdzie są kluczowe huby logistyczne, ponieważ na froncie i w jego pobliżu jest ich ograniczona liczba, zna prowadzące do nich drogi”, mówi.

Wyzwaniem jest też charakter frontu, który w ostatnich miesiącach w wielu miejscach uległ drastycznemu przeobrażeniu. Walki nie toczą się już w tradycyjnych okopach czy na jasno wyznaczonych liniach. Zamiast tego istnieje szeroka na kilkanaście kilometrów „strefa śmierci”, kontrolowana przez bezzałogowce. Zgrupowania liczące po kilkunastu-kilkudziesięciu żołnierzy są w niej porozrzucane często w przypadkowy sposób – jedne pododdziały są bliżej, inni dalej od swoich, bywa, że od zaplecza oddzielają je nie tylko połacie skanowanego przez drony terenu, ale i wrogie ugrupowania. W takich warunkach, de facto odcięcia, wojskowi funkcjonują nawet przez wiele tygodni, co oznacza konieczność dostarczania zaopatrzenia z powietrza – dronami, którym mimo wszystko łatwiej się przedrzeć niż wozom na lądzie.

A istnieją też problemy pozamilitarne. Wojna niesie ze sobą możliwość rozwijania interesów – niektóre firmy, walczące o warte miliardy hrywien zlecenia, szkodzą sobie nawzajem. „Duzi gracze podkradają sobie podwykonawców lub nakłaniając ich do zakłócania dostaw”, tłumaczy Jurij Hudymenko. Dodajmy do tego biurokratyczny bałagan, korupcję i niekompetencję części kadry urzędniczej MON, o czym regularnie piszą ukraińskie media i na co wciąż skarżą się przedstawiciele armii.

Na szczęście zmiany systemu zaopatrzenia nie wyeliminowały wolontariuszy – o czym przeczytacie w drugiej części tekstu. Materiał jest dostępny w cyfrowym wydaniu magazynu „Polska Zbrojna” – oto link, pod którym możecie je nabyć. W miesięczniku znajdziecie też kilka innych moich tekstów – polecam je Waszej uwadze. Przeczytajcie również tekst numeru, poświęcony żywieniu w Wojsku Polskim.

PS. Kto nie lubi cyfrowych gazet, „Pezetka” jest i w tradycyjnym, papierowym wydaniu – znajdziecie ją w salonikach prasowych.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Ciepły posiłek przygotowany na tyłach trafiał do żołnierzy raz na dobę. W tym przypadku były to mielone kotlety z ryżem. Szyrokino, lato 2015 roku/fot. własne

Zuchwałość

gierasimow, ksywa „młotkowy’, do putina (10 dni temu):

– Zdobyliśmy Kupiańsk!

Zełenski (dziś):

– Potrzymaj mi piwo…

Znajdą się tacy, którzy powiedzą, że chłopięca zuchwałość nie przystoi politykowi, głowie państwa na wojnie. „Propagandowa szopka”, rzekną, usiłując zdezawuować fakt, że prezydent Ukrainy znów odwiedził żołnierzy w strefie walk, gdy jego adwersarz długo nie wychodził z bunkra, a jak już zdecydował się pojechać na front, to zwizytował go zdalnie, z bezpiecznej odległości 40 kilometrów (nawet Hitler, który odwagą nie grzeszył, był bliżej…). Załączone zdjęcie wykonano w Kupiańsku, 2000 metrów od rosyjskich pozycji. Gdy je robiono, Zełenski nagrywał wystąpienie, w którym odnosił się do kremlowskich zapewnień o zdobyciu miasta.

„Frajerzy…”, mówi jego postawa, a komunikat ów skierowany jest nie tylko do putina i jego speca od masowego wytracania własnych żołnierzy. To także przesłanie do Trumpa, coś w stylu: „może i nie mam najmocniejszych kart, mam za to jaja”. Tak również (obok szeregu innych działań!), ową chłopięcą zuchwałością, buduje się morale współobywateli. Kto nie wierzy, niech zerknie w ukraińską przestrzeń informacyjną. Prezydencki gest jest tam odbierany jako symbol niezłomności i nieustępliwości całej Ukrainy. Jednoczy i daje powody do dumy. A na takiej bazie pojawia się skłonność do kolejnych wyrzeczeń.

—–

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Fot. Biuro prezydenta Ukrainy

Bratobójstwo

Jak odróżnić Ukraińca siłą wcielonego do rosyjskiej armii, od innych żołnierzy putina? Zwłaszcza w ferworze walki, gdzie obowiązuje zasada „albo ja jego, albo on mnie”, i żołnierze obu stron najpierw do siebie strzelają, a dopiero później – jeśli jest czas i są ku temu sprzyjające okoliczności – sprawdzają, kogo zabili. Nad przymusowo zmobilizowanym nie unosi się – niczym w grze komputerowej – znaczek identyfikacyjny. Na prawdziwym polu bitwy taki ktoś – zwłaszcza z daleka – jest kolejnym celem do wyeliminowania. W efekcie dochodzi do bratobójczych starć, w czym zawiera się jeden z największych dramatów wojny na Wschodzie.

Znamy to także z własnej historii. Polaków siłą wcielano do armii zaborców, później, w czasie II wojny światowej, wielu obywateli II RP – przede wszystkim z Pomorza i Śląska – przymusowo zmobilizowano do Wehrmachtu. Kilkuset z nich broniło Monte Cassino, szturmowanego przez 2 Korpus Polski. W efekcie nasi rodacy leżą zarówno na polskim, jak i na niemieckim cmentarzu w pobliżu miejsca bitwy. Są pośród nich dwaj rodzeni bracia – jeden spoczywa u Niemców, drugi u Polaków. Nie da się wykluczyć, że w tym tragicznym maju 1944 roku strzelali do siebie…

Walka w bliskim kontakcie dawała sposobność do identyfikacji w porę – wystarczyło się odezwać. Istnieje mnóstwo relacji weteranów 2 Korpusu, w których opisywane są takie sytuacje. Jednostka zresztą w którymś momencie zasilała się przede wszystkim w oparciu o jeńców i dezerterów z Wermachtu, którzy byli polskiego pochodzenia.

Los donbaskich zdrajców

Ale w walce na dystans trudno wykrzyczeć narodowość i zostać usłyszanym – tymczasem tak właśnie wyglądają potyczki na Wschodzie. rosjanie nieustannie szturmują ukraińskie pozycje, ale rzadko kiedy do nich docierają. Bezpośrednich starć jest więc niewiele, gros „roboty” wykonują drony, to one odpowiadają za co najmniej 70 proc. strat zadawanych drugiej stronie. Swoje kilkanaście procent dokłada bijąca z oddali artyleria. Dronowi – a właściwie sterującemu nim operatorowi – można się poddać, trudno o to jednak podczas ataku. Brutalna ekonomia wojny jest taka (patrząc z perspektywy atakowanych), że lepiej zabić na wszelki wypadek i zająć się kolejnym celem, niż zadbać o to, by poddający się przeżył i oddał do niewoli – wszak trzeba go do niej „odprowadzić”. A co jeśli blefuje? – tego rodzaju kalkulacja (u operatora drona) to kolejny czynnik ograniczający szansę przymusowo wcielonych na dostanie się do swoich.

Ukraińcy strzelali do siebie od początku konfliktu na Wschodzie. Gdy w 2014 roku rosjanie rozpętali rebelię w Donbasie, owszem, zasilili ją własnymi „ochotnikami”, nade wszystko jednak ługańska i doniecka milicja składały się z miejscowych. Większość z nich wstępowała do prorosyjskich formacji z własnej woli, więc jako obywatele Ukrainy dopuszczali się zdrady. Do 2022 roku przez „armie” pseudo-republik przewinęło się ponad 100 tys. ludzi, jedna czwarta z nich zginęła lub została ranna (przede wszystkim w latach 2014-16). Los donbaskich zdrajców nie musi nas szczególnie zajmować, ale warto wiedzieć, że w tym samym czasie na okupowanym Krymie – formalnie wcielonym do rosji – już w 2015 roku uruchomiono pobór miejscowych do rosyjskiej armii. Osobiste motywacje wcielanych nie miały tu znaczenia, podobnie jak ich etniczna identyfikacja; zgodnie z rosyjskim prawem byli obywatelami federacji, a ta nakłada na młodych mężczyzn obowiązek służby zasadniczej; koniec-kropka.

Równowartość trzech dywizji

Tuż przed wybuchem pełnoskalowego konfliktu w 2022 roku Moskwa uznała niepodległość Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej, a ich „armie” formalnie zintegrowano z rosyjską. Konsekwencje okazały się zgubne dla dużej części męskiej populacji DRL/ŁRL, gdy planowana na kilka tygodni spec-operacja zmieniła się w niezwykle krwawy i długotrwały konflikt. Koszmarne straty ponoszone przez oddziały dawnych separatystów wymagały odtworzenia stanów osobowych, a że ochotników nie zbywało, wkrótce ulice Doniecka i Ługańska stały się areną łapanek. Branka objęła nie tylko zdrowych i młodych mężczyzn – prowadzono ją „jak leci”, wyłapując emerytów, inwalidów, osoby chore psychicznie. Ów jakościowo kiepski zasób został następnie „zmielony” przez front – obecnie jednostki armii rosyjskiej wywodzące się z byłych milicji tylko w niewielkim stopniu składają się z mieszkańców Donbasu, ci bowiem wyginęli; gros żołnierzy stanowią obywatele rosji właściwej oraz zagraniczni najemnicy. No i Ukraińcy z pozostałych zajętych po 2022 roku terytoriów.

Przymusowy pobór na terenach okupowanych po pełnoskalowej inwazji zaczął się jeszcze późną wiosną 2022 roku. Tyle że wówczas był prowadzony „na dziko”, w niezgodzie nawet z rosyjskim prawem. Formalnych podstaw nadał mu dekret putina z końca września 2022 roku, skutkiem którego cztery ukraińskie obwody – doniecki, ługański, chersoński i zaporoski – zostały włączone do rosji. Jak pamiętamy, stało się to po uprzednich pseudo-referendach (wskazujących na rzekomo ponad 90-procentowe poparcie dla idei integracji z rosją…) oraz mimo tego, że istotna część zaanektowanych terenów znajdowała się poza kontrolą armii rosyjskiej. Kolejnym krokiem było włączeniu okupowanych obwodów do Południowego Okręgu Wojskowego federacji rosyjskiej, co nastąpiło w lutym 2024 roku. Tak naprawdę dopiero ta decyzja uruchomiła administracyjną machinę „legalnego” poboru. Jak dotąd objął on ponad 46 tysięcy osób – takimi danymi posługuje się ukraiński Sztab Koordynacyjny ds. Jeńców Wojennych. To równowartość trzech dywizji piechoty, choć z zastrzeżeniem, że skala przymusowej mobilizacji bez wątpienia jest większa. rosjanie nie raportują na ten temat, a okupowane terytoria są przez nich skutecznie izolowane informacyjne – trudno zdobyć stamtąd wiarygodne, całościowe dane, zwłaszcza za okres „dzikiej mobilizacji”. Ukraińskie NGS-y szacują, że po 2022 roku w sidła rosyjskiej branki mogło wpaść nawet 100 tys. mężczyzn.

Pogarda wobec prawa wojennego

Przy czym podkreślmy – formalizacja poboru obywateli Ukrainy z okupowanych terytoriów nie jest tylko kwestią wewnętrznej polityki Kremla. To działanie, które wprost narusza prawo międzynarodowe, a w szczególności normy dotyczące ochrony ludności cywilnej na terenach okupowanych. Najważniejszym punktem odniesienia jest tu IV Konwencja Genewska z 1949 roku, która reguluje status ludności cywilnej pod okupacją. Artykuł 51 tej konwencji zakazuje zmuszania osób chronionych do służby w siłach zbrojnych państwa okupującego. Oznacza to, że każdy przypadek przymusowej mobilizacji mieszkańców okupowanych obwodów Ukrainy jest bezpośrednim złamaniem prawa międzynarodowego. Konwencja przewiduje także odpowiedzialność karną za takie działania – mogą one być kwalifikowane jako zbrodnie wojenne.

Międzynarodowe prawo humanitarne dokonuje jasnego rozróżnienia między obowiązkami okupanta – w czym mieści się zapewnienie bezpieczeństwa, porządku publicznego i podstawowych warunków życia – a zakazami, jakie na nim spoczywają – tu mamy m.in. zakaz zmuszania ludności do służby wojskowej, deportacji czy paszportyzacji. rosja, formalizując pobór, narusza oba filary: zamiast chronić ludność, wykorzystuje ją jako zasób wojskowy. Ukraina konsekwentnie dokumentuje przypadki mobilizacji, gromadząc dowody dla przyszłych procesów. Kijów ma tu wsparcie ONZ, OBWE i organizacji praw człowieka, które wielokrotnie wskazywały na naruszenia prawa humanitarnego przez rosję. Dla państwa Zachodu formalizacja poboru jest kolejnym argumentem w dyskusji o sankcjach i izolacji rosji na arenie międzynarodowej. A Kreml i tak wciąż wykazuje pogardę wobec prawa wojennego i traktuje okupowane tereny jak własne zaplecze wojskowe.

Dlaczego tak się dzieje? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Tomaszowi Krajewskiemu, Piotrowi Rucińskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi oraz Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewic. A także: Piotrowi Żakowi, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Adamowi Cybowiczowi, Janowi Mozełewskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Przemysławowi Kowalskiemu, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej i Piotrowi Habeli.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Krzysztofowi Martynie, Krzychoo Jóźwiakowi i Dariuszowi Wołosiańskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Bijąca z oddali artyleria…/fot. SzG ZSU