Zemsta

W ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin Ukraińcy zaatakowali dronami miejsca stałej dyslokacji dwóch rosyjskich jednostek rakietowych. Na pierwszy ogień, 15 kwietnia, poszła baza 448. brygady w obwodzie kurskim, dzień później uderzono w koszary 112. brygady w obwodzie iwanowskim (dziś w nocy ponowiono atak). Obie formacje mają na wyposażeniu mobilne wyrzutnie, z których wystrzeliwane są rakiety balistyczne Iskander-M. Niebezpieczne przede wszystkim dla ukraińskich cywilów…

Według rosyjskich blogerów militarnych, na bazę 448. brygady spadło nawet 30 dronów. Wśród personelu są zabici i ranni, kilka budynków zostało uszkodzonych. Szczegółów jeszcze nie znamy, podobnie jak strat poniesionych przez rosjan w drugim i trzecim ataku (tu wiemy jedynie, że 16 kwietnia siedzibę 112. brygady poraziło co najmniej 10 bezzałogowców).

Ukraińskie media zgodnie interpretują, że oba uderzenia były odpowiedzią na ostatnie masakry, jakich dopuścili się rosjanie. Chodzi o ataki rakietowe na Krzywy Róg (z 4 kwietnia br.) i Sumy (z 13 kwietnia), w których łącznie zginęło 54 cywilów, a niemal dwustu zostało rannych. Według ukraińskiego wywiadu wojskowego (HUR), tragedie w Krzywym Rogu i Sumach to sprawka wspomnianych brygad. Media nad Dnieprem publikują wizerunki ich oficerów, a Ukraińcy masowo nawołują do zemsty. Pierwszy akt rewanżu zatem nastąpił i naiwnością byłoby sądzić, że nie będzie kolejnych.

—–

Skąd taki wniosek? Z doświadczeń z nieodległej przeszłości.

Wróćmy najpierw do 14 lipca 2022 roku – tego dnia około godz. 10.40 w centrum Winnicy spadły pociski rakietowe Kalibr. rosjanie wystrzelili cztery rakiety, dwie zostały strącone przez ukraińską obronę przeciwlotniczą. Niestety, pozostałe uderzyły w budynki cywilne, w których znajdowały się centrum medyczne, biura, sklepy i mieszkania. Zginęło 27 osób, w tym trójka dzieci, liczba rannych przekroczyła setkę. W oficjalnym komunikacie rosjanie stwierdzili, że atakowali cel wojskowy – miejscowe dowództwo sił powietrznych. Nawet jeśli tak było, przestrzelili. Świadomi pory dnia (a więc i zagęszczenia na ulicach) oraz problematycznej celności swoich rakiet i tak zdecydowali się na atak. Ukraińcy zakwalifikowali ów czyn jako zbrodnię wojenną i wszczęli dochodzenie. A szef wywiadu wojskowego Kiryło Budanow dał do zrozumienia, że jego ludzie będą ścigać sprawców.

Niespełna rok później, 11 lipiec 2023 roku, rządowa rosyjska agencja TASS poinformowała o rozpoczęciu śledztwa w sprawie zabójstwa urzędnika departamentu mobilizacji w Krasnodarze na południu rosji. „Kapitan drugiej rangi stanisław rżycki został zastrzelony w poniedziałek rano podczas joggingu w pobliżu kompleksu sportowego Olympus. 42-latek miał cztery rany postrzałowe, zmarł na miejscu. Według śledczych, do oficera strzelono dwukrotnie w głowę i dwa razy w klatkę piersiową”. Jaki ma to związek z Winnicą? Ano taki, że rżycki, nim przeszedł do administracji, był dowódcą okrętu podwodnego. Tego, który wystrzelił Kalibry w Winnicę.

Co ciekawe, kapitan rżycki lubił biegać (i jeździć na rowerze), lubił też się tym chwalić. Miał profil w aplikacji biegowej Strava, gdzie na bieżąco zamieszczał swoje rekordy. Inni użytkownicy mieli więc sposobność zapoznania się nie tylko z wynikami oficera, ale i z dokładnymi trasami, jakie wybierał. I z godzinami, w których zwykle oddawał się aktywności sportowej. Dla wywiadu takie dane to nieocenione źródło informacji, dla samego rżyckiego śmiertelna w skutkach nieroztropność. HUR oficjalnie i pośmiertnie mu za to podziękował (stosownym wpisem na swoich profilach społecznościowych).

—–

Śmierć eks-podwodniaka nie zamknęła „sprawy Winnicy”. 13 listopada 2024 roku w Sewastopolu na okupowanym Krymie, zginął szef sztabu 41. brygady okrętów rakietowych rosyjskiej floty czarnomorskiej. Śmierć dopadła kapitana I rangi walerija trankowskiego w aucie, pod którym podłożono ładunek wybuchowy. Oficerowi urwało nogi, zmarł na skutek wykrwawienia. Do zamachu przyznała się Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU), likwidację uzasadniając tym, że trankowski wysyłał w morze jednostki, które następnie wystrzeliwały pociski manewrujące na miasta w Ukrainie. Dotyczyło to także rejsu i misji, którą zrealizował okręt kapitana rżyckiego.

Ale zemsta dopadła nie tylko marynarzy. Nad ranem 20 październik 2024 roku, we wsi Suponiewo pod Briańskiem, odnaleziono ciało dmitrija gołenkowa, szefa sztabu 52. Ciężkiego Pułku Bombowego. Oficer sił powietrznych federacji zginął od kilku uderzeń młotem. Informacje na temat jego śmierci – wraz z załączonym filmem, na którym widać ciało gołenkowa – podał HUR. Do komunikatu dołączając frazę: „Za każdą zbrodnię wojenną nastąpi sprawiedliwa odpłata”. Tym samym HUR wziął na siebie odpowiedzialność przynajmniej za zlecenie zabójstwa. Potwierdza to również nagłówek oficjalnego komunikatu, brzmiący następująco: „Młot sprawiedliwości – zbrodniarz wojenny dmitrij gołenkow został wyeliminowany w rosji”.

gołenkow został zidentyfikowany jako osoba odpowiedzialna za ataki rakietowe na ukraińskie obiekty cywilne. Chodziło o centrum handlowe „Amstor” w Krzemieńczuku, gdzie 27 czerwca 2022 roku zginęły 22 osoby, oraz o budynek mieszkalny w Dnieprze – 14 stycznia 2023 roku rosyjski pocisk manewrujący zabił tam 46 cywili, pośród nich sześcioro dzieci. Szczególnie ten drugi atak wywołał w Ukrainie falę wściekłości. „Oko za oko, ząb za ząb”, zapowiedział wówczas Gienadij Korban, szef sztabu obrony miasta Dnipro i wyznaczył nagrodę za ustalenie personaliów sprawców. Po dwóch dniach znane były dane całej załogi samolotu Tu-22M, która wystrzeliła rakietę w wieżowiec, oraz dowódców planujących atak. Pośród nich znalazło się nazwisko gołenkowa. Zegar zaczął tykać…

—–

Idźmy dalej. 3 stycznia 2025 roku, w zamachu bombowym przeprowadzonym we wsi Szuja w obwodzie iwanowskim, ciężko ranny został kapitan konstantin nagajko. Oficer trafił do szpitala, a jego stan oceniany był jako krytyczny. Z uwagi na poważne obrażenia wielu organów, w tym mózgu, dawano mu niewielkie szanse. I faktycznie nie przeżył – zmarł nie odzyskawszy przytomności 8 lutego br. Odpowiedzialność za jego śmierć wziął na siebie ukraiński wywiad wojskowy.

Dlaczego 29-latek o stosunkowo niskiej randzie stał się celem ataku? By to wyjaśnić, cofnijmy się do 5 października 2023 roku. Iskander uderzył wówczas we wsi Groza, w obwodzie charkowskim. Rakieta zniszczyła budynek, gdzie akurat odbywała się stypa, zabijając 59 osób. W miażdżącej większości cywilów, jedną szóstą populacji Grozy, co trzeciego dorosłego mieszkańca. Na rosyjskich kontach na Telegramie pojawiły się informacje, że celem ataku byli żegnający kolegę oficerowie armii ukraińskiej. Zabito ich dwóch, w tym syna poległego żołnierza.

Tuż po tragedii SBU wpadła na trop dwóch braci, dawnych mieszkańców wioski. To oni poinformowali rosjan o pogrzebie i o tym, kto weźmie udział w ceremonii. Obecny los zdrajców nie jest znany – wiadomo jedynie, że uciekli do rosji. Ukraińskie służby zapewne nie ustaną w ich poszukiwaniach, tak jak nie odpuściły wspomnianemu kapitanowi nagajce. Ten bowiem był dowódcą baterii w 112. brygadzie rakietowej – tej samej, która współodpowiedzialna jest za ostatnie masakry. I to on wydał bezpośredni rozkaz o ataku na żałobników w Grozie. Czy koledzy z brygady podzielą jego los? Jedno jest pewne – oficerowie od Iskanderów, z obu brygad, muszą teraz pilnować nawet własnego cienia…

—–

Szanowni, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Akcja ratunkowa w Krzywym Rogu/fot. DSNS

Ten tekst – w obszerniejszej wersji – opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

Taurusy

Czy niemieckie pociski zniszczą symbol imperialnej polityki władimira putina? Berlin śle groźby…

Friedrich Merz, przyszły kanclerz RFN, przyznał, że kraj pod jego przywództwem będzie gotowy przekazać Ukrainie lotnicze pociski manewrujące Taurus. Polityk zastrzegł, że stanie się to tylko w koordynacji z partnerami europejskimi. Jeśliby do tego doszło, byłaby to drastyczna zmiana stanowiska Berlina. Niemcy hojnie wspierają Ukrainę, także wojskowo, ale dotychczasowy kanclerz Olaf Scholz zdecydowanie odmawiał wysłania Taurusów na Wschód.

Zdaniem Merza, który na czele niemieckiego rządu stanie w maju, ważne jest, aby teraz nie prezentować oznak słabości wobec Kremla, co czynią Stany Zjednoczone pod wodzą donalda trumpa.

– Tylko stanowcze środki mogą wpłynąć na zachowanie Moskwy – mówił w telewizji ARD, podkreślając, że zachodnie wsparcie powinno umożliwić Ukraińcom odzyskanie inicjatywy na polu walki. – Musimy pomóc Ukrainie tak, by putin dojrzał ślepy zaułek tej wojny – argumentował. – Ukraińska armia musi wyjść z defensywy. Przez ostatnie trzy lata wojny mogła tylko reagować, a musi sama decydować o części tego, co się dzieje – przekonywał niemiecki polityk. W jego ocenie, przejawem tej inicjatywy mogłoby być zniszczenie przy użyciu Taurusów mostu krymskiego.

Merz błędnie nazwał przeprawę między rosją a anektowanym przez nią Krymem „najważniejszym połączeniem lądowym”, stwierdzając, że na półwyspie znajduje się większość zapasów dla rosyjskiej armii. Obecnie sytuacja wygląda inaczej – dostawy trafiają na południowy odcinek rosyjsko-ukraińskiego frontu korytarzem lądowym, „wyrąbanym” przez rosjan wiosną 2022 roku. Okupanci zbudowali tam nowe szlaki drogowe i kolejowe, biegnące bezpośrednio z rdzenie rosyjskich terytoriów. Półwysep nie jest więc logistycznym hubem, lecz nadal pozostaje klejnotem pośród zdobyczy putinowskiej rosji. Most zaś jest tego triumfu ucieleśnieniem, nie może zatem zostać zniszczony. Gdyby do tego doszło, byłby to dotkliwy cios, stąd nerwowa reakcja dmitrija pieskowa. Rzecznik Kremla, odnosząc się do wypowiedzi Merza, stwierdził, że przekazanie Taurusów Ukraińcom doprowadzi „do dalszej eskalacji”.

Oczywiście, nic nie jest przesądzone. Merz uzależnia zgodę na transfer Taurusów od wyników konsultacji z europejskimi sojusznikami. Nie mówi jakimi, ale najpewniej chodzi o Wielką Brytanię i Francję, być może też o Polskę. Dwa pierwsze kraje już podobną broń na Wschód wysłały – pociski Storm Shadow/SCALP – z Warszawą zaś Berlin chciałby budować ściślejsze relacje, w tym militarne; tak przynajmniej deklaruje przyszły kanclerz i jego współpracownicy. Jest mało prawdopodobne, by sojusznicy Berlina powiedzieli „nie”, ewentualnym sprzeciwem Waszyngtonu Merz przejmować się nie zamierza. Zresztą nie zapominajmy, że trump nie cofnął pozwolenia – wydanego Kijowowi jeszcze przez administrację Joe Bidena – na atakowanie celów w rosji przy użyciu amerykańskich ATACMS-ów. To inny rodzaj pocisków (wystrzeliwanych z mobilnej platformy lądowej), ale – podobnie jak Storm Shadowy i Taurusy – również przeznaczony do rażenia celów na dalekich dystansach.

—–

Taurus to niezwykle precyzyjne rakiety o obniżonym przekroju radarowym (trudno wykrywalne), zaprojektowane do niszczenia punktowych celów umocnionych i instalacji wojskowych. Wyposażone w niemal półtonową głowicę, lecą na odległość 500 km – czyli o 100-200 km dalej niż wspomniane Storm Shadowy/SCALP-y i ATACAMS-y. Ich dostawy na Wschód bez wątpienia podniosłyby efektywność ukraińskich uderzeń na cele w głębi federacji. Tyle że Ukraińcy musieliby najpierw uporać się z poważnym wyzwaniem technicznym. Do przenoszenia Taurusów dostosowane są samoloty Tornado, Typhoon, F/A-18 i F-15K, a Ukraina nie dysponuje żadnym z tych modeli. Poza sowieckimi konstrukcjami (jak MiG-29, Su-27, Su-24 czy Su-25) Ukraińcy latają maszynami F-16AM/BM i Mirage 20005-F. Dotąd nie integrowano ich z Taurusami, ale warto pamiętać, że zachodnia amunicja była już dostosowywana do „współpracy” z samolotami wschodniego typu (na przykład pociski Storm Shadow przenoszone są przez Su-24). Innymi słowy, Ukraińcy i ich partnerzy mają doświadczenie w „zszywaniu” pozornie niekompatybilnych systemów.

O to, by taki zabieg powiódł się z Taurusami, zapewne zadbają też sami Niemcy. Spójrzmy bowiem na inne okoliczności, w jakich pojawiła się deklaracja Merza. Padła ona kilka dni po tym, jak do mediów wyciekł protokół z wystąpienia attaché z ambasady Niemiec w Kijowie. Pod koniec stycznia br. relacjonował on niemieckim żołnierzom ukraińskie doświadczenia z bronią „made in Germany”. Generalny wniosek był taki, że uzbrojenie to oceniane jest przez ukraińską armię jako skomplikowane, podatne na usterki, zbyt drogie i trudne do naprawienia w warunkach frontowych. Zarzuty dotyczyły najnowszych systemów, zaprojektowanych po 1991 roku, takich jak armatohaubica PzH 2000 czy zestaw obrony powietrznej Iris-T. Znacznie prostsze zimnowojenne konstrukcje, jak działo przeciwlotnicze Gepard i transporter opancerzony Marder, zebrały bardzo dobre oceny. Tak czy inaczej, takie „laurki” szkodzą wizerunkowi niemieckiej zbrojeniówki – efektywne i efektowne użycie Taurusów, na przykład do powalenia krymskiej przeprawy, z pewnością by się jej przysłużyły.

—–

Szanowni, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Most krymski/fot. domena publiczna

Ten tekst w obszerniejszej wersji opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do materiału.

Targetowanie

– To najtragiczniejszy pojedynczy atak na dzieci od początku rosyjskiej inwazji na Ukrainę – oświadczył Wysoki Komisarz Narodów Zjednoczonych do spraw Praw Człowieka (UNHCHR) Volker Tuerk. Tak urzędnik ONZ podsumował uderzenie, do jakiego doszło 4 kwietnia br. w Krzywym Rogu, gdzie rosjanie użyli rakiety Iskander M. Śmierć poniosło 20 osób, w tym dziewięcioro najmłodszych mieszkańców miasta, było też 70 rannych.

Do ataku wykorzystano pocisk z głowicą kasetową. Ministerstwo obrony rosji zapewnia, że celowano w obiekt zajęty przez „ukraińskich oficerów i ich zagranicznych instruktorów”. Nawet jeśli tak było, do eksplozji doszło nad placem zabaw…

To nie pierwsze tego rodzaju zdarzenie – dość wspomnień o tragedii we wsi Groza czy o ataku na kramatorską pizzerię „Ria”. Tam rosjanie również celowali Iskanderami w wojskowych – tak przynajmniej twierdzili (nadal twierdzą) – a zabili i ranili przede wszystkim cywilów.

—–

Iskander to pocisk balistyczny krótkiego zasięgu (od 50 do 500 km), przenoszony na mobilnej platformie samochodowej. Przeznaczony jest do wykonywania uderzeń w strefie operacyjno-taktycznej ugrupowania wojsk przeciwnika (na środki ogniowe, samoloty i śmigłowce na lotniskach, węzły łączności, stanowiska dowodzenia itp.) oraz do atakowania obiektów infrastruktury krytycznej, jak elektrownie. Pozostając na gruncie doktryny, użycie Iskandera oznacza zamiar porażenia tzw. celu wysokowartościowego (High-Value Target, HVT – w nomenklaturze NATO). Pocisk ten, jak na rosyjskie możliwości, jest bronią precyzyjną, a osiągana prędkość 2000 m/s czyni go niezwykle trudnym do zestrzelenia.

Zarazem mamy do czynienia z technologią drogą – pojedyncza rakieta kosztuje 3 mln dolarów – i z procesem produkcyjnym odbywającym się w realiach sankcyjnego niedoboru (głównie komponentów elektronicznych). Oba te czynniki „podbijają” konieczność używania Iskanderów w wyjątkowych sytuacjach, co dotyczy także innych rosyjskich precyzyjnych środków rażenia, równie drogich i trudnych w produkcji.

W początkowych odsłonach pełnoskalowego konfliktu ów wymóg oszczędnego gospodarowania mierzył się z inną zmorą rosyjskiej armii – zbytnią hierarchicznością. W jej efekcie, zanim jakaś informacja zmieniła się w rozkaz, wędrowała przez wszystkie szczeble – im była poważniejsza, tym wyżej. A przez to wiele działań podejmowanych było poniewczasie, co na polu bitwy ma ogromne znacznie. Przykładem niech będzie obróbka danych ze zwiadu satelitarnego – co z tego, że rosjanie zarejestrowali brak obecności ukraińskich samolotów na lotniskach stałych 24 lutego 2022 roku, skoro „nie zdążyli” przekazać tych informacji obsługom wyrzutni pocisków balistycznych. I warte potężne pieniądze rakiety „waliły po pustym”.

—–

No więc po serii takich kosztownych wpadek rosjanie poszli po rozum do głowy. Skrócili łańcuch podejmowania decyzji, przekazując kompetencje dotyczące używania ekstraordynaryjnych środków bojowych lokalnym dowódcom. „Dynamiczne targetowanie” – znów odwołam się do nazewnictwa NATO – w odniesieniu do Iskanderów oznacza teraz, że od wykrycia celu do wystrzelenia mija co najwyżej 20 minut. Dodajmy do tego prędkość pocisku – to, jak niewiele czasu potrzebuje, by dolecieć na miejsce – i w efekcie otrzymujemy wysokie prawdopodobieństwo porażenia namierzonego celu (nim ten zdoła się przemieścić).

Jak to się ma do zabijania dzieci (i szerzej, cywilów)? Czy plac zabaw, czy pizzernia to „High-Value Targets”? Nie da się tego wykluczyć, gdyż rosjanie bardzo szybko zrezygnowali z oszczędzania ludności i sięgnęli po skrajnie odmienną strategię – intencjonalnego terroryzowania cywilów. Po raz pierwszy w pełnej krasie obnażyli się w Mariupolu, konsekwentnie niszcząc całe kwartały metropolii, z założeniem, że gehenna mieszkańców zmusi dowództwo ukraińskie do kapitulacji. Temu samemu służyły, nadal służą, ataki rakietowo-dronowe wymierzone w inne ukraińskie miasta, położone na głęboki zapleczu, z Kijowem włącznie. W tym ujęciu zabijanie dzieci – środek najstraszniejszy ze strasznych – ma wywołać efekt mrożący, przekonanie, że jeśli się nie poddamy, to „nie ma świętości”, „nikt nie będzie bezpieczny”.

Historia dowodzi, że ta strategia, zamiast załamać przeciwnika, może wzmóc jego opór. Sądząc po liczbie dokonanych z premedytacją zbrodni, rosjanie chyba nadal wierzą w jej skuteczność. Oczywiście, oficjalnie tego nie potwierdzą i będą brnąć w narrację, wedle której prowadzą wojnę w humanitarny sposób. Atak na Krzywy Róg też miał być „cywilizowanym uderzeniem” – w restaurację pełną wojskowych. „Zabiliśmy 80 oficerów!”, chwali się rosyjskie MON. Rzecz w tym, że we wspomnianym lokalu był monitoring – a ten zarejestrował moment eksplozji. Jej epicentrum było stosunkowo odległe, bo restauracja tylko nieznacznie ucierpiała. No i na zarejestrowanych kadrach nie widać wojskowych, ba, w ogóle niewiele osób siedziało wówczas w lokalu.

A więc premedytacja? Możliwe jest też inne wyjaśnienie.

—–

Wróćmy do tragedii w Grozie (gdzie Iskander zabił 59 żałobników, opłakujących poległego żołnierza armii ukraińskiej). Tuż po niej Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) wpadła na trop dwóch braci, mieszkańców wioski. To oni poinformowali rosjan o pogrzebie i o tym, że wezmą w nim udział oficerowie ZSU. Po ataku na pizzerię w Kramatorsku SBU zatrzymała miejscowego kolaboranta, który przekazywał rosjanom dane o wartych ostrzelania obiektach. Ów człowiek wytypował też „Rio”, gdzie regularnie – obok młodzieży, przedstawicieli lokalnego biznesu oraz dziennikarskiej międzynarodówki – bywali oficerowie ukraińskiej armii.

Do czego zmierzam? U początku „dynamicznego targetowania” mamy informację pozyskaną wywiadowczo, we wskazanych przypadkach przez źródła osobowe. Nacisk na szybkość reakcji stoi w sprzeczności z potrzebą wtórnej weryfikacji danych. W armii rosyjskiej, która mierzy się z gigantyczną presją wykazywania sukcesów, taki scenariusz zaniechania jest bardzo prawdopodobny. Nie da się wykluczyć, że ktoś „wystawił” restaurację w Krzywym Rogu, uczynił to z opóźnieniem – gdy wartościowych celów już w lokalu nie było – a rakieta przyleciała, bo nikt tego nie sprawdził. Jako się rzekło, pocisk wybuchł nieco dalej, ale przecież to rosyjska technologia, mniej precyzyjna od zachodnich odpowiedników.

Nie zdejmuję odpowiedzialności z rosjan – dotyczy to każdego ze wspomnianych uderzeń. W ostatecznym rozrachunku mają oni świadomość niedoskonałości własnej techniki, to o pierwsze. Po drugie, i najważniejsze, Międzynarodowe Prawo Humanitarne Konfliktów Zbrojnych (MPHKZ), wymaga, by ataki na przeciwnika były prowadzone zgodnie z zasadami konieczności wojskowej, humanitaryzmu, rozróżnienia i proporcjonalności, a także podlegały wymogowi podjęcia wszelkich możliwych środków ostrożności w celu uniknięcia lub przynajmniej zminimalizowania niezamierzonych szkód dla ludności cywilnej (strat pobocznych). Tak to literalnie zapisano. A więc nie ma zgody na zabijanie cywilów „przy okazji”.

Ale jest też w orzecznictwie tzw. zasada Rendulica, która podkreśla, że konieczność wojskowa, proporcjonalność i środki ostrożności są oceniane na podstawie informacji dostępnych w momencie podejmowania decyzji (okoliczności danej chwili), a nie na podstawie danych pojawiających się już po jej podjęciu. Ukraiński Sztab Generalny oświadczył, że w Krzywym Rogu rosja popełniła kolejną zbrodnię wojenną (takie deklaracje padały też po innych podobnych incydentach). Umyślny atak na obiekt cywilny byłby nią bez wątpienia, jednak legalność konkretnego uderzenia rzadko można ocenić na podstawie jego rezultatów lub oceny skutków uderzenia post factum. Póki nie wiemy, co wiedzieli rosjanie, nie da się wykluczyć ani świadomego popełnienia zbrodni, ani też zamiaru ataku na dozwolony cel wojskowy.

Moskwa nie pomoże nam w rozstrzygnięciu tych wątpliwości. Woli brnąć w opowieść o dużym sukcesie, w której strat pobocznych nie było. Rozdzierających serca pogrzebów dzieci też nie…

—–

Szanowni, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Obszerniejszą wersję tego tekstu znajdziecie na portalu „Polska Zbrojna” – oto link do materiału.

Cel?

Gdy zastanawiamy się nad powodami klęski ukraińskiej kontrofensywy z lata 2023 roku, pierwsze, co przychodzi do głowy, to linia surowikina. System umocnień i pól minowych, wybudowanych na Zaporożu z inicjatywy gen. siergieja surowikina, przez kilka miesięcy głównodowodzącego wojskami rosyjskimi w Ukrainie. Faktem jest, że miny i bunkry miały niebagatelny wkład w zatrzymanie ukraińskich ataków, ale nie mniej istotna była rola, jaką odegrał gen. iwan popow, stojący na czele 58. Armii.

Ten młody, obdarzony charyzmą i niebojący się podejmować decyzji oficer zręcznie dowodził rosyjską obroną na kluczowym odcinku. Radził sobie mimo niedostatków ludzi, wyposażenia, amunicji, prowiantu, a nawet wody. Dopóki nie został zdymisjonowany.

Teraz wraca na front, choć w zupełnie innej roli…

—–

O powrocie popowa donosi rosyjski Kommiersant. „Podejrzany o oszustwo na dużą skalę, były dowódca 58. Armii, podpisał kontrakt z Ministerstwem Obrony”, czytamy. Wedle źródeł redakcji, oficer ma wyjechać do Ukrainy nie jako dowódca dużego związku operacyjnego – popow poprowadzi jeden z oddziałów Szturm-Z, a te liczą zwykle po 100-150 żołnierzy. Dla generała, który dowodził kilkudziesięcioma tysiącami ludźmi, to degradacja i zniewaga. Ale też należy podkreślić, że popow gotów był wrócić na wojnę choćby w roli zwykłego żołnierza.

Generał został zatrzymany w maju 2024 roku pod zarzutem udziału w kradzieży 1700 ton metalu przeznaczonego do budowy fortyfikacji na Zaporożu – i od tego czasu siedział w areszcie. Tam domagał się zawieszenia postępowania i zwolnienia, podkreślając, że nie chce wracać na front. Tuż po osadzeniu wysłał otwarty list do putina, w którym stwierdził, że zawsze był „lojalnym żołnierzem” i poprosił o pozwolenie na powrót do służby wojskowej. Prezydent rosji najwyraźniej przychylił się do tej prośby – i uczynił to w iście stalinowski sposób. Oddziały Szturm-Z jak żywo bowiem przypominają karne kompanie i bataliony armii czerwonej z czasów II wojny światowej. Ich skład w dużej mierze tworzą wszelkiej maści skazańcy – od zwykłych kryminalistów, po mających problemy z dyscypliną (bądź za takich uważanych…) oficerów i żołnierzy.

W realiach rosyjsko-ukraińskiej wojny oddziały Szturm-Z operują na najniebezpieczniejszych odcinkach frontu, są niedostatecznie wyposażone, a ich podstawowym zadaniem jest skupianie ognia przeciwnika. Skupianie na sobie, podkreślmy, w trakcie mało wyrafinowanych manewrów, nazywanych „mięsnymi szturmami”. Z dostępnych i szczątkowych statystyk wynika, że jednostki Szturm-Z mają straty kilkukrotnie wyższe od innych formacji regularnej armii. Nikt się tym jednak nie przejmuje, wszak ich członkowie uważani są za żołnierzy o niższej wartości. Identycznie było ze „sztrafnikami”, służącymi w stalinowskich batalionach karnych. Gdzie często trafiali zupełnie przyzwoicie ludzie i żołnierze, na których wcześniej „znaleziono paragraf”.

—–

Zdaje się, że iwan popow, własną historią, i w tym zakresie powiela stare schematy. Zwolniono go ze stanowiska w lipcu 2023 roku po tym, jak ominął szefa sztabu generalnego sił zbrojnych rosji gen. walerija gierasimowa i próbował bezpośrednio odwołać się do Kremla w sprawie złych warunków na polu bitwy. Wskazywał m.in. na pilną konieczność zluzowania walczących od początku czerwca (od momentu rozpoczęcia ukraińskiej kontrofensywy), i już wcześniej przez wiele miesięcy nierotowanych, żołnierzy 58. Armii. W tamtym czasie Ukraińcy raportowali, że jakkolwiek rosjanie wykazują się w walce ogromną determinacją, duża część pojmanych na Zaporożu jeńców była wycieńczona. Głodna, spragniona i schorowana (ukraińskie służby medyczne odnotowały pośród nich liczne przypadki cholery i czerwonki).

Z takim wojskiem nawet najbardziej utalentowany dowódca długo nie powalczy, co popow sygnalizował najpierw bezpośrednim przełożonym. Gdy ci go wielokrotnie zbyli, generał „uderzył” do putina.

– Nie miałem prawa kłamać – mówił w oświadczeniu udostępnionym na Telegramie przez  andrieja gurulowa, wpływowego rosyjskiego parlamentarzystę. Wydanym, gdy dymisja ze stanowiska dowódcy 58. Armii stała się faktem. Generał oskarżył wówczas o zdradę państwa ówczesnego ministra obrony rosji siergieja szojgu. Zapewniał, że nakreślił najwyższemu dowództwu wszystkie problematyczne kwestie w rosyjskiej armii „dotyczące pracy bojowej i zaopatrzenia” podczas inwazji na Ukrainę i walk w obwodzie zaporoskim. Twierdził, że zwracał uwagę sztabowi generalnemu na brak zdolności przeciwpancernych, brak stanowisk rozpoznania artyleryjskiego oraz na masowe zgony i obrażenia „naszych braci od artylerii wroga”. – W związku z tym co przekazałem, wyżsi dowódcy najwyraźniej wyczuli we mnie jakieś niebezpieczeństwo i szybko, w ciągu jednego dnia, wymyślili rozkaz; minister obrony go podpisał i się mnie pozbył – żalił się popow. I dodał: – Nasza armia powstrzymała frontalne ataki Sił Zbrojnych Ukrainy, ale zostaliśmy uderzeni od tyłu przez wyższe kierownictwo. Zdradziecko i podstępnie dekapitujące armię w najtrudniejszym i najbardziej napiętym momencie – mówił, sugerując, że taką ocenę sytuacji podziela „wielu dowódców pułków i dywizji”.

—–

W takich okolicznościach popow wrócił do rosji, a niespełna rok później „przyklepano” mu zarzut kradzieży. Czy rzeczywiście się jej dopuścił? Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego. Cały sektor zbrojeniowy i obronny rosji to prawdziwe przestępcze królestwo. Rozległe działania wojenne w Ukrainie szybko to unaoczniły. Skalę fikcyjnych modernizacji i remontów dało się jakoś ukryć przy okazji konfliktu z maleńką Gruzją czy islamskimi fundamentalistami w Syrii – ale nie w obliczu starcia z dużą europejską armią. Nie czas i miejsce na rozważania o tym, skąd bierze się status rosji jako jednego z najbardziej skorumpowanych krajów świata. Na potrzeby tego tekstu wystarczy stwierdzenie, że zjawisko to wprost przełożyło się na obniżoną wartość bojową armii. Kradli generałowie, kradli właściciele i dyrektorzy fabryk, w mniejszym zakresie, ale za to liczniej okradali armię niżsi rangą wojskowi oraz pracownicy przemysłu. Zdaniem Ilji Szumanowa, szefa Transparency International Russia (organizacji uznanej za wrogą przez putina), premie korupcyjne w sektorze wojskowym przed inwazją na Ukrainę sięgały nawet 80 proc. wartości kontraktów.

Dlaczego nikt z tym nic nie robił? Bo kradli „wszyscy”, a udział w zyskach był nagrodą za wierność. Karano co najwyżej „kozły ofiarne” – pod publikę, by tworzyć pozór praworządności – lub „niepokornych”, którzy tej „brudnej wspólnocie” podpadli. Piszę w czasie przeszłym, ale ten mechanizm sprawowania władzy funkcjonuje w rosji do dziś. Niewykluczone, że zupełnie niewinny, a „gadatliwy”, iwan popow padł jego ofiarą.

Co na wczesny etapie tej sprawy mogło mu uratować życie. Generał został zdjęty ze stanowiska 11 lipca 2023 roku. Wcześniej regularnie krążył między zasadniczym a zapasowym stanowiskiem dowodzenia 58. Armii. Te ostatnie zlokalizowane było w hotelu Diuna pod Berdiańskiem – tego właśnie dnia trafionym przez co najmniej trzy rakiety Storm Shadow. Ukraińcy wiedzieli, w co strzelają. Nie dopadli popowa (choć zginął wtedy wyznaczony na jego następcę gen. oleg cokow oraz wielu innych oficerów), a bardzo chcieli, bo dał im się we znaki. Czy jako dowódca „kompanii samobójców” również będzie dla nich wysokowartościowym celem?

—–

Szanowni, by móc kontynuować swój ukraiński raport, potrzebuję także Waszego wsparcia. Okresowo bywa z tym krucho, marzec był właśnie takim miesiącem. Pomożecie w kwietniu? Polecam uwadze przyciski poniżej i nisko się kłaniam wszystkim „Kawoszom” i Subskrybentom!

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. iwan popo/fot. MOFR

Ten tekst, w nieco obszerniejszym wydaniu, opublikowałem w portalu TVP.Info.

Sceptycyzm…

Uważni analitycy już drugiego dnia pełnoskalowej wojny wiedzieli, że z armią rosyjską jest coś nie tak. Większość potrzebowała kilkunastu dób, by zdać sobie sprawę, że w Ukrainie nie będzie żadnego blitzkriegu, że rosjanie nie są do tego zdolni. Po ponad miesiącu zmagań, kiedy wojsko władimira putina uciekło z Kijowszczyzny i Sumszczyzny, owa nieudolność stała się oczywista także dla dużej części „zwykłych zjadaczy chleba”.

Z pozycji „rosjanie załatwią sprawę w kilka dni”, przeszliśmy do powszechnych drwin z jakości sił zbrojnych federacji. „Druga armia świata” – ów konstrukt kremlowskiej propagandy, który miał paraliżować wolny świat samym wyobrażeniem skuteczności – stał się prześmiewczą figurą, podatną na dotkliwe dla rosjan parafrazy. I tak mówiliśmy o „drugiej armii w Ukrainie”, „armii trzeciego świata” czy o wojsku, które „nie ma anałoga”, co nawiązywało do innej propagandowej przechwałki, zgodnie z którą dla rosyjskiego sprzętu trudno znaleźć godne odpowiedniki.

Z czasem przyszła świadomość, że rosjanie się uczą. A po miesiącach paraliżu obudziły się rosyjskie służby dezinformacyjne. W efekcie – obok racjonalnej refleksji wynikłej z obserwacji pola bitwy – mieliśmy w obiegu masę wrzutek, z których wynikało, że armia putina jeszcze Ukraińcom pokaże. To było za mało, by odbudować mit o sile i sprawczości rosyjskiego wojska, ale dość, byśmy przestali się z niego naśmiewać. Dziś w tej materii mamy nad Wisłą konsensus: uważamy armię federacji za niezbyt nowoczesną, za to liczną i zdeterminowaną, przez co nadal niebezpieczną.

—–

Podzielam tę diagnozę i – poza jednym zastrzeżeniem, o którym poniżej – wykluczam scenariusz totalnego rosyjskiego zwycięstwa. Ukrainę chroni przed takim obrotem spraw nie tylko relatywna słabość wojska rosji. Równie istotna jest „druga strona medalu” – relatywna siła amii ukraińskiej oraz inne czynniki, które tę siłę „po drodze” budowały, nadal budują, przede wszystkim zachodnia pomoc wojskowa.

Istnieją zatem mocne bezpieczniki, ale po pierwsze, to stan na „tu i teraz”; historycznie patrząc, zagranicznej pomocy dla Ukrainy mogło nie być. Po drugie, niezależnie od skali tego wsparcia, od umiejętności, możliwości i woli oporu samych Ukraińców, teoretycznie nie da się wykluczyć użycia przez rosjan „ekstraordynaryjnych środków”, takich jak broń jądrowa. W obu przypadkach (samotnej lub zaatakowanej „atomem” Ukrainy), mielibyśmy do czynienia z bardzo niebezpiecznymi dla Polski skutkami. Czego zatem uniknęliśmy, ewentualnie z czym musielibyśmy się mierzyć, gdyby rosja „poszła na całość”?

—–

Po 24 lutego 2022 roku z Ukrainy wyjechało niemal 6 mln ludzi, trzy czwarte tej masy przetoczyło się przez Polskę. Wiosną 2022 roku w naszym kraju przebywało ponad dwa miliony uchodźców. Tymczasem państwo polskie okazało się nieprzygotowane na ich przyjęcie. Uratowała nas oddolna aktywność społeczna – potężna mobilizacja zwykłych Polaków, którzy zaabsorbowali ten transgraniczny transfer. Dosłownie, przyjmując Ukraińców pod dachy własnych domów. A teraz wyobraźmy sobie, że uchodźców byłoby trzy-cztery razy więcej. Pouczające jest w tym zakresie doświadczenie Libanu – 4,5-milionowy kraj stał się ponad dekadę temu celem ucieczki miliona Syryjczyków. Powody strukturalnej niewydolności Libanu są głębsze, ale to problem uchodźców dobił to państwo, które dziś funkcjonuje niemal wyłącznie dzięki międzynarodowej pomocy.

Optymistycznie można przyjąć, że zwiększona migracyjna presja zostałaby rozładowana. Ale i tak przez wiele miesięcy mielibyśmy nad Wisłą towarzyszący transferowi chaos. A przecież chętni do przyjęcia „nadprogramowych” milionów wcale nie musieliby się znaleźć – w wielu krajach antyimigranckie retoryki święcą triumfy, skutkiem czego mogłaby być sytuacja, w której zostalibyśmy sami z dodatkowymi milionami ludzi „na pokładzie”. Ilu z nich dałoby się efektywnie wprzęgnąć w gospodarkę, ilu obciążyłoby budżet wyłącznie kosztami? Co z systemem opieki zdrowotnej, który nie potrafi obsłużyć 35 mln obywateli RP (tylu realnie przebywa nas w kraju), a nagle musiałby się mierzyć z ponad 40 milionami pacjentów? Co z edukacją, transportem publicznym, innymi usługami na rzecz ludności i bez uchodźców funkcjonującymi w realiach niedoborów? I wreszcie, co ze skutkami społecznej frustracji, wynikłej z konieczności konkurowania o dostęp do dóbr i usług?

—–

Ale nawet najsprawniej zarządzane państwo i tak miałoby problemy w obliczu całkowitej ukraińskiej przegranej. Oto bowiem stalibyśmy się krajem frontowym „w pełnej krasie” (w ograniczonym zakresie już dziś jesteśmy). Ponad tysiąc kilometrów wrogiej granicy to w najlepszym razie zwielokrotnione ryzyko, z jakim mierzymy się obecnie – sztucznie wzmaganej presji migracyjnej. Na tym froncie wojny hybrydowej radzimy sobie coraz lepiej, ale spójrzmy na koszty. Finansowe, związane z budową zapór i ich utrzymaniem, i mniej wymierne, a potencjalnie niebezpieczne, wynikłe z konieczności angażowania wojska do ochrony granicy. „My pilnujemy płotu, a tamci szkolą się na prawdziwej wojnie”, mówił mi kilka tygodni temu jeden z oficerów służących w przygranicznym kontyngencie.

A raczej naiwnym byłoby założenie, że dłuższa granica z rosją (i uzależnionymi od niej podmiotami), generowałaby tylko takie zagrożenia. Nawet wiedząc to, co wiemy teraz o rosyjskiej armii, musielibyśmy na poważnie brać pod uwagę, że „tamci mimo wszystko spróbują”. Że dojdzie do twardej, kinetycznej konfrontacji – a więc należałoby się do niej przygotować. Program „Tarcza Wschód” ma nas kosztować 10 mld złotych przez kilka lat. To sporo, ale w skali wydatków państwa niewiele. Tyle że dziś mamy czas i bardziej dmuchamy na zimne, wszak poharatana w Ukrainie armia rosyjska nie jest zdolna do ataku na Polskę. No i chroni nas ukraiński bufor. Fizycznie oraz poprzez angażowanie niemal całości rosyjskich wojsk lądowych na froncie.

—–

A jeśliby tego buforu zabrakło? Jeśliby stojące przy naszej wschodniej granicy rosyjskie oddziały miały za sobą zwycięską wojnę, a polityczne kierownictwo na Kremu przekonanie, że warto ryzykować? „Tarcza Wschód” musiałaby dostać solidną porcję sterydów, tak jak cały program rozbudowy potencjału obronnego Polski. Dziś jesteśmy bliscy wydawania 5 proc. PKB na obronność, wyobraźmy sobie skutki gwałtownego wzrostu tych obciążeń. Budżet nie jest z gumy – zbrojenia odbywałyby się kosztem socjalnych zabezpieczeń, realnie powodując spadek jakości życia w Polsce.

Do czego swoje trzy grosze dorzuciliby zagraniczni inwestorzy. A po prawdzie, niczego by nie dorzucili, a zabrali, bowiem Polska, jako kraj w „strefie zgniotu”, stałaby się miejscem zbyt ryzykownym dla prowadzenia działalności gospodarczej. Zresztą uznaliby tak nie tylko obcy – dla części obywateli RP perspektywa życia w cieniu rosyjskiego zagrożenia byłaby nieznośna i nieakceptowalna. Znów mielibyśmy do czynienia z „polskim przekleństwem” – koniecznością emigracji i towarzyszącemu jej drenażowi mózgów. Czyli kolejne piętro w dół na drodze ku degradacji możliwości państwa i społeczeństwa.

A przecież między tymi zjawiskami zachodziłyby korelacje. Bo jak budować silną armię, jeśli pogłębiłby się deficyt demograficzny (dlaczego nie w oparciu o uchodźców wyjaśni się za chwilę)? Jak generować wpływy do budżetu przy ograniczonej aktywności ekonomicznej obywateli (same inwestycje publiczne, obronne to za mało)? Czym zastąpić utracone wpływy z tytułu inwestycji zagranicznych? Jak pogodzić konieczność obsługi mas uchodźców z potrzebą cięcia wydatków socjalnych? Itp., itd.

—–

Idźmy dalej. Jednym z motywów putina, by pchnąć swój kraj do otwartej wojny z Ukrainą, był rabunek demograficzny. Mieszkańcy rosji żyją krótko, dzietność spada, zmniejsza się relacja między białą, prawosławną i słowiańską ludnością, a ludami uchodzącymi pośród rosyjskich elit za gorsze – Azjatami, mieszkańcami Kaukazu, wyznawcami islamu. Przy takim postrzeganiu spraw, rosja staje przed perspektywą społecznej katastrofy, a sposobem na jej uniknięcie mógłby być wspomniany rabunek. Wchłonięcie kilkunastu, może kilkudziesięciu milionów Ukraińców, którzy mają pożądane kulturowe i fizyczne cechy. Wyszło jak wyszło – rosyjskie społeczeństwo płaci koszmarną daninę krwi za te eugeniczne rojenia, ale patrząc z perspektywy Kremla, to nadal może się opłacać. Na stole wciąż leży opcja przymusowej naturalizacji kilku milionów Ukraińców zamieszkujących już okupowane terytoria.

A co by się stało, gdyby było ich więcej? Rozważmy scenariusz najgorszy, w którym Ukraina pada teraz-za jakiś czas, mając za sobą kilka lat zaciekłej obrony. I na swoim terytorium ponad milion mężczyzn nawykłych do wojowania, zbrutalizowanych, przy przyjętym założeniu sfrustrowanych porażką, przekonanych, że świat-Zachód-Polska, ich zdradził, porzucił. A rosjanie mają ogromne doświadczenie w wyzyskiwaniu podbitych narodów – także w eksploatowaniu ich wojskowo, w roli armatniego mięsa. Osobista niezgoda rekrutów nie stanowi problemu – da się ich złamać zachętą, terrorem, szantażem. Uczynić z masy dawnych wrogów efektywne, na rosyjską modłę, wojsko. Więc teraz wyobraźmy sobie zwrócone przeciw nam ostrze (byłej) ukraińskiej armii…

Przerażające? Owszem. Dlatego Ukraina nie może upaść. Dlatego jej trwanie jako suwerennego państwa leży w żywotnym interesie Polski. Dlatego jej armia musi być naszym sojusznikiem, samym swoim istnieniem szachującym rosję. Sceptycyzm dotyczący sensu wspierania Ukrainy jest dla naszego kraju szkodliwym zjawiskiem.

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Sławkowi Polakowi, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Tomaszowi Szewcowi (za „wiadro kawy”!), Karolowi Woźniakowi, Annie Waludzie, Michałowi Wacławowi, Pawłowi Drozdowi, Łukaszowi Podsiadło, Juliuszowi Wolnemu i Adzie Bogackiej.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Ten tekst opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do materiału.