Starlinki

W latach 2022-24 Polska wydała niemal 323 mln złotych na Starlinki dla Ukrainy. Ta kwota obejmuje również koszty abonamentu. Na bieżący rok nie są planowane kolejne zakupy urządzeń, a szacowany koszt abonamentu ma wynieść ponad 77 mln złotych – wynika z danych opublikowanych przez resort cyfryzacji.

Pieniądze na ten cel pochodzą z Funduszu Pomocy na rzecz Ukrainy, utworzonego przez polskie władze po 24 lutego 2022 roku. W ramach jego działalności do tej pory Ukraina otrzymała 24,5 tys. terminali. Kolejne 5,1 tys. urządzeń zostało udostępnione przez inne podmioty z Polski. Rząd RP opłaca abonament za wszystkie urządzenia.

Koszt jednego abonamentu za system Starlink to 528,9 zł miesięcznie, a abonamentu specjalnego 1383,75 zł brutto.

Starlinki to produkt przedsiębiorstwa SpaceX, będącego własnością multimiliardera Elona Muska. Istotą systemu są małe satelity umieszczone na niskiej orbicie Ziemi. Według danych udostępnionych przez SpaceX pod koniec lutego br., na orbitę wyniesiono 7946 satelitów, 6751 jest aktywnych. Do połączenia z nimi wykorzystuje się przenośne terminale o walizkowych wymiarach.

Pierwotnie Starlinki miały zapewniać szerokopasmowe usługi internetowe w trudno dostępnych miejscach globu, gdzie nikt nie pokusił się o położenie kabli światłowodowych. Dziś największym użytkownikiem systemu jest Ukraina, zwłaszcza na obszarach, gdzie doszło do zniszczenia infrastruktury telekomunikacyjnej (m.in. masztów i światłowodów). Z przenośnego Internetu korzysta ukraińska administracja i cywile, jednak to zastosowanie wojskowe jest najpowszechniejsze. Strlinki służą do wymiany danych między jednostkami. Pozwalają na przykład na przesyłanie koordynatów od operatorów dronów do artylerzystów.

Starlinki stały się również przedmiotem gry nerwów między Ukrainą a Stanami Zjednoczonymi. Na początku marca br. Elon Musk napisał na portalu X, którego także jest właścicielem, że gdyby wyłączył system Starlink, front by się załamał, a Ukraina przegrałaby wojnę. Musk jest obecnie wpływowym przedstawicielem administracji prezydenta trumpa, te słowa odebrano więc jako szantaż, który miał zmusić Kijów do zaakceptowania warunków negocjowanej wówczas umowy surowcowej. Właściciel SpaceX zarzekał się, że nie miał takich intencji, ukraińska armia deklarowała zaś, że jakoś sobie poradzi, gdyby doszło do odłączenia. I zwracała uwagę, że w obwodzie kurskim – na obszarze rosji właściwej – Starlinki nigdy nie działały, co nie zatrzymało ukraińskiego uderzenia. Trudno ocenić, czy rzeczywiście tak by było, wiadomo jednak, że Kijów na poważnie szuka alternatywy dla starlinków. Najbardziej zaawansowanym systemem dysponuje francusko-brytyjski operator Eutelsat.

—–

Szanowni, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Tekst, w obszerniejszej wersji, opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do tego materiału.

Składy

W ubiegłym tygodniu przez kilkadziesiąt godzin płonął 51. Arsenał GRAU (Głównego Zarządu Rakiet i Artylerii), położony około 60 kilometrów na wschód od Moskwy. Zniszczeniu lub uszkodzeniu uległa niemal połowa składowanej amunicji o masie ponad 100 tys. ton. Oficjalne rosyjskie źródła mówią o niezachowaniu zasad bezpieczeństwa jako pierwotnej przyczynie pożaru. Ale to nieprawda – obiekt został zaatakowany przez ukraińskie drony.

Był to kolejny tego typu incydent na głębokich rosyjskich tyłach. Zważywszy na skalę strat, jak dotąd najpoważniejszy. Nie znamy dokładnego asortymentu przechowywanych w 51. Arsenale materiałów – gdyby były to wyłącznie pociski armatnie, 100 tys. ton oznaczałoby nawet 2 mln sztuk (1,5 mln przy uwzględnieniu ładunków miotających). Czy to dużo? Owszem. W trakcie zmagań w Donbasie wiosną i latem 2022 roku rosjanom zdarzało się strzelać i 60 tys. pocisków dziennie, ale od ponad dwóch lat intensywność ich ognia jest kilkukrotnie niższa. Niewykluczone więc, że na skutek pojedynczego ataku ukraińskich dronów stracili półroczny zapas amunicji do armat, haubic i ciężkich moździerzy.

—–

Charakter ubytków jest zapewne nieco inny, ale to nie znaczy, że mniej dotkliwy. 51. Arsenał był bowiem kluczowym elementem łańcucha logistycznego, obsługującego front w Ukrainie. rosjanie magazynowali tam nie tylko pociski artyleryjskie, ale też rakiety balistyczne Iskander, ich koreańskie odpowiedniki KN-23 i amunicję do systemów obrony powietrznej S-300. W liczbach bezwzględnych to nie mogły być imponujące zapasy – dość wspomnieć, że do tej pory Korea Północna przekazała rosji około 140 pocisków KN-23, a roczna produkcja Iskanderów nie przekracza pięciuset sztuk. W tym przypadku jednak trzeba brać pod uwagę cechy broni (siłę rażenia, zasięg i precyzję) oraz jej wysokie koszty. „Pójście z dymem” kilkudziesięciu czy kilkuset sztuk takiej amunicji to poważna strata.

Takie też były skutki inne ukraińskiego ataku – przeprowadzonego 20 marca br. uderzenia na bazę rosyjskich sił powietrznych w Engels. Tym razem do nalotu użyto nie tylko dronów, ale i „długich Neptunów” – rakiet zaprojektowanych jako pociski przeciwokrętowe, po modyfikacji zdolnych razić cele naziemne na dystansie do 1000 km. Jedna z nich trafiła w skład amunicji, dzień przed atakiem uzupełniony o kolejną partią pocisków manewrujących Ch-101. Siła pierwotnego wybuchu była tak duża, że fala uderzeniowa uszkodziła budynki w promieniu pięciu kilometrów. Jeszcze wiele godzin po ataku mieszkańcy okolicznych miejscowości pisali w mediach społecznościowych o dużej liczbie eksplozji wtórnych. Wkrótce wyszło na jaw, że rosjanie stracili prawie setkę rakiet, wartych ponad miliard dolarów; w wymiarze czysto finansowym było to chyba najbardziej efektywne ukraińskie uderzenie rosyjską infrastrukturę wojskową.

—–

Ale w niszczeniu składów ilość również przechodzi w jakość. Mieliśmy z tym do czynienia wiosną i latem 2022 roku. Wtedy to Ukraińcy obrali sobie za cel rosyjskie składy tworzone tuż na zapleczu stanowisk bojowych. W realizacji zadania pomogły im świeżo pozyskane Himarsy. Ich zasięg (do 80 km) i precyzja pozwoliły na masowe niszczenie rosyjskich magazynów. W sumie zniszczono ich ponad setkę, pozbawiając rosjan co najmniej miliona pocisków artyleryjskich. Tej „obróbce” towarzyszyły ataki na magazyny z żywnością i innym zaopatrzeniem. W rezultacie rosyjska artyleria się zadławiła, a żołnierze nie mieli co jeść. Operacja ofensywna ustała, szerzył się defetyzm, który przesądził o klęsce agresorów na Charkowszczyźnie we wrześniu 2022 roku. Dla podkreślenia efektywności przedsięwzięcia dodajmy: Ukraińcy mieli wówczas kilkanaście wyrzutni Himars i około 500 pocisków do nich.

Co łączy ataki na płytkie i głębokie rosyjskie zaplecze? Po pierwsze, zmuszają one rosję do rozpraszania zasobów i komplikują jej logistykę. Po drugie, umniejszają podaż dostępnych pocisków, a więc wprost przekładają się na mniejsze zdolności bojowe oddziałów na froncie. Niejako przy okazji niszczą mit gigantycznej materiałowej zasobności i wydolności rosji. Rezerwy pocisków artyleryjskich federacji przed lutym 2022 roku szacowane były na 15 mln sztuk, a możliwości produkcyjne przemysłu zbrojeniowego oceniano na poziomie 1,5 mln sztuk rocznie. Pod koniec 2023 roku okazało się, że Moskwa musi importować amunicję z Korei Północnej, by wojsko na froncie miało czym strzelać. Jak dotąd Koreańczycy dostarczyli rosjanom co najmniej 4 mln pocisków (wedle niektórych źródeł 6 mln sztuk). Obecnie północnokoreańskie dostawy stanowią nawet 70 proc. amunicji używanej przez rosyjską artylerię.

—–

Północnokoreańskie pociski są gorszej jakości niż te wyprodukowane w rosji – w wielu partiach jeden na trzy ujawniany jest jako felerny. Żołnierze putina nie lubią nimi strzelać, tym gorzej więc dla nich, gdy w ziszczonych składach znajdowała się rodzima amunicja. W czym objawia się także pewna złośliwość losu – „karma”, jak kto woli. W tej wojnie niszczenie składów amunicyjnych zapoczątkowali bowiem rosjanie – i to na długo zanim konflikt przybrał pełnoskalową postać. W październiku 2014 roku doszło do eksplozji w składach amunicyjnych w czeskich Vrběticach. Śledztwo wykazało, że stali za tym agenci rosyjskiego wywiadu. Czesi planowali dostawę pocisków do Ukrainy, rosjanie chcieli im te plany pokrzyżować. Źle ustawione detonatory spowodowały eksplozje jeszcze w Czechach, choć wedle założeń miało to nastąpić w Ukrainie. Zginęły dwie przypadkowe osoby, a Moskwa musiała dramatycznie zredukować liczbę personelu swojej ambasady.

Amunicyjny skład zapalił się również w marcu 2017 roku w Bałakliji – mieście położonym w obwodzie charkowskim. Był to wówczas największy taki magazyn w Ukrainie, w którym na 370 hektarach zgromadzono 140 tys. ton środków bojowych do armat i haubic o kalibrze powyżej 100 mm. Owe 140 tys. ton to w przybliżeniu 3,5 mln pocisków artyleryjskich. W gigantycznym pożarze zniszczeniu uległo 70 proc. zapasów. W ocenie ukraińskich organów ścigania, w Bałakliji doszło do sabotażu – przyczyną pierwotnej eksplozji był dron-samobójca, który przyleciał zza pobliskiej granicy z rosją. Później tych zniszczonych w pożarze pocisków mocno Ukrainie brakowało…

—–

Zachęcam Was do wsparcia mojego ukraińskiego raportu, który w znaczniej mierze powstaje dzięki Wam – Waszym subskrypcjom i „kawom”.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Płonące 51. Arsenał, screen z filmu udostępnionego przez anonimowe źródło rosyjskie

Ten tekst powstał na bazie krótszego materiału, który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna”. Wersję skróconą znajdziecie tu.

Pieniądze

Sądząc po tym, co do nas dociera z Moskwy, raczej nie ma opcji na szybkie zakończenie wojny. Co oznacza, że Ukraina wciąż powinna otrzymywać zachodnie wsparcie. Jakie? Czego najbardziej jej trzeba?

W basenie Morza Czarnego inicjatywa strategiczna należy do obrońców i nic nie wskazuje na to, by sytuacja się zmieniła. rosjanie – utraciwszy (bezpowrotnie lub czasowo) ponad 30 okrętów, ale też sporo portowej infrastruktury i instalacji wojskowych jak radary czy naziemne wyrzutnie – nadal wykazują taktyczną impotencję. Zdaje się, że na Kremlu niczego ambitnego od marynarki już nie oczekują – ma pilnować mostu krymskiego i od czasu do czasu słać z morza pociski rakietowe Kalibr na ukraińskie miasta.

W Moskwie zapewne liczą, że wojnę uda się rozstrzygnąć na lądzie i w gabinetach polityków, co posiada też i swoje plusy, pozwala bowiem Ukraińcom koncentrować wysiłki gdzie indziej. Taki stan rzeczy ma również znaczenie w kontekście zachodniej pomocy. Ukraina nie potrzebuje od sojuszników dostaw sprzętu niezbędnego do prowadzenia wojny morskiej. Jest tu w istotnej mierze samowystarczalna, a i przeciwnik nie stwarza poważnego wyzwania.

—–

Inaczej mają się sprawy w domenie powietrznej. Ukraina weszła do wojny z lotnictwem załogowym kilkunastokrotnie mniejszych od rosyjskiego; kilka razy mniejszym, wziąwszy pod uwagę realny potencjał rzucony do walki przez rosję. Przez trzy lata obie strony zestrzeliły sobie porównywalną liczbę samolotów (po około 150), ale dla Ukraińców te straty były dotkliwsze. rosja częściowo ubytki odtworzyła, produkując nowe maszyny, no i dysponuje większymi rezerwami. Ukraina samolotów bojowych nie wytwarza, kompensacja obywała się poprzez przywracanie do służby maszyn dawno wycofanych (często na zasadzie składania jednego egzemplarza z kilku różnych samolotów) oraz dzięki dostawom z zagranicy. Początkowo Ukraińcy otrzymywali odrzutowce radzieckiej proweniencji, na przykład MiG-i-29 z Polski i Słowacji, od zeszłego roku nad Dniepr trafiają zachodnie konstrukcje – pochodzące z europejskich dostaw amerykańskie F-16 oraz francuskie Mirage 2000-5F.

Dziś siły powietrzne Ukrainy dysponują około dwudziestoma „efami” i co najmniej ośmioma francuskimi maszynami, w służbie jest jeszcze około 40 odrzutowców sowieckiego pochodzenia. Dla Kijowa nie ma już odwrotu od pełnej westernizacji lotnictwa. Zważywszy na rozmaite przewagi zachodnich konstrukcji, idealną byłaby sytuacja, gdyby ów proces nastąpił jak najszybciej. Niestety, nie jest to możliwe z co najmniej trzech powodów.

Po pierwsze, długości procesu szkoleniowego (co dotyczy nie tylko pilotów, ale i mechaników). Po drugie, ograniczonej podaży maszyn. Bez Stanów, które nie są skore do przekazywania „efów szesnastych” z własnych zapasów, realnie dostępnych dla Ukraińców jest kilkadziesiąt maszyn – a i one w większości nie są na „tu i teraz”. Belgia, która obiecała wysłać na Wschód kilkanaście samolotów, odsunęła realizację pomysłu na przyszły rok z uwagi na opóźnienia w dostawie następców (maszyn F-35 z USA). Francuskie możliwości dotyczące Miragów są jeszcze skromniejsze (cała pomoc zapewne skończy się na przekazaniu 16-18 myśliwców).

Ale jest i trzeci „hamulcowy” – sami Ukraińcy nie są w stanie wysłać na szkolenia dużej liczby pilotów i personelu technicznego. Jednym z głównych problemów jest słaba znajomość języka angielskiego wśród kandydatów. W efekcie proces przechodzenia na zachodnie konstrukcje następuje powoli, a bieżące uzupełnianie strat musi odbywać się w oparciu o sprzęt poradziecki. Problem w tym, że zasoby własne (magazynowe) oraz sojuszników zostały już istotnie wydrenowane. Pośród partnerów Ukrainy niewiele jest krajów, które mają jeszcze Migi i Suchoje „na chodzie”. Około tuzinem sprawnych MiG-ów-29 dysponuje Polska – z deklaracji władz RP wynika, że maszyny te trafią na Wschód. Realnie będzie to możliwe w drugiej połowie br.

—–

Jeśli idzie o lotnictwo bezzałogowe, Ukraina dobrze opanowała technologię produkcji dronów bojowych, włącznie z maszynami dalekiego zasięgu. Ukraińskie „bezpilotniki” rażą cele w głębi rosji nawet na dystansie do tysiąca kilometrów. Czy Zachód mógłby się tu jakoś zaangażować? Od strony technicznej – inżynierskiej i produkcyjnej – nie jest to pomoc niezbędna, koniecznym za to jest wsparcie finansowe ukraińskich wysiłków w tym zakresie.

Ale w domenie powietrznej mamy też obronę przeciwlotniczą (OPL) – i tutaj bez pomocy sojuszników ani rusz. Obecnie kluczowe obiekty w Ukrainie chronione są przez pięć baterii Patriot i jedną baterię SAMP/T, będącą europejskim odpowiednikiem Patriotów. Oba systemy mają zasięg ponad 100 km, doskonale spisują się w walce z rosyjskimi samolotami i pociskami manewrującymi. Rzecz w tym, że jest ich trzy razy mniej niż wynika z ukraińskich potrzeb.

Włosko-francuski SAMP/T nie jest dostępny „na już”, z Patriotami byłoby łatwiej, ale na przeszkodzie stoi amerykańska niechęć do przekazywania Ukrainie wyrzutni i radarów (z pięciu baterii Patriotów, które znalazły się nad Dnieprem, trzy podarowały Ukrainie Niemcy, jedną Rumunia; tylko jednak pochodziła ze Stanów). Świadom nastawienia donalda trumpa, Wołodymyr Zełenski stwierdził niedawno, że jego kraj gotów byłby kupić od USA dziesięć baterii. Na komercyjnych warunkach, co oznacza wydatek rzędu 20-25 mld dolarów. Dla Ukrainy to niebotyczna suma, stąd zastrzeżenie, że transakcję sfinalizowaliby europejscy partnerzy Kijowa. Co podkreśla najistotniejszy, finansowy element wsparcia Europy dla Ukrainy. W każdym razie trump nie odniósł się do propozycji Zełenskiego. To znaczy drwił z niej na użytek mediów, ale oficjalnych reakcji Waszyngtonu w tej sprawie nie znamy.

Lecz Patrioty to nie wszystko – do obrony na bliższych dystansach (do 40 km) potrzebne są inne systemy. Poprzestańmy na tym stwierdzeniu i na moment przenieśmy uwagę na Niemcy. Kilkanaście dni temu do tamtejszych mediów wyciekł protokół z wystąpienia attaché z ambasady RFN w Kijowie. Dokument opisywał ukraińskie doświadczenia z bronią „made in Germany”. Generalny wniosek był taki, że uzbrojenie to oceniane jest przez ukraińską armię jako skomplikowane, podatne na usterki, zbyt drogie i trudne do naprawienia w warunkach frontowych. Pośród krytykowanych systemów znalazł się zestaw obrony powietrznej Iris-T. Media doszukiwały się jego technicznych słabości, a to ślepa ścieżka. Iris-T spisuje się świetnie, a jego jedyną słabą stroną jest ograniczona podaż pocisków – do końca lutego br. Niemcy przekazały Ukrainie 650 sztuk (przez 2,5 roku). Jeden kosztuje ponad pół miliona euro, roczna produkcja oscyluje w granicach pięciuset pocisków. Roczne zapotrzebowanie armii ukraińskiej, biorąc pod uwagę intensywność konfliktu, szacowane jest na minimum tysiąc pięćset sztuk.

—–

Równie ograniczone są europejskie możliwości dotyczące broni pancernej – niezbędnej do prowadzenia wojny w domenie lądowej. Kontynentalni sojusznicy Ukrainy nadal mają trochę posowieckich czołgów (najwięcej Polska), ale „nawis” nowocześniejszych zachodnich konstrukcji został zużyty. Tymczasem po wyczerpujących walkach z ubiegłego roku ukraińskie siły zbrojnie zaczynają odczuwać krytyczny brak broni pancernej. I tylko USA mają odpowiedni zapas – czołgów i mocy produkcyjnych, potrzebnych do „wyszykowania” zmagazynowanych maszyn – by w miarę szybko wysłać do Ukrainy niesymboliczną partię Abramsów.

Ukraińcom brakuje też bojowych wozów piechoty. Europejskie konstrukcje (jak choćby nasz Rosomak) nie zawodzą na polu bitwy, ale dużo i szybko tego rodzaju sprzętu mogą dostarczyć tylko Amerykanie. Idzie przede wszystkim o Bradleye, które z uwagi na trakcję gąsienicową lepiej niż pojazdy kołowe sprawdzają się w ukraińskich warunkach terenowych.

I można by tak długo wymieniać kolejne rodzaje potrzebnego uzbrojenia – dość stwierdzić, że bez USA ani rusz. Ale co w sytuacji, w której Waszyngton nie kwapi się do dalszej pomocy Kijowowi? W zeszłym tygodniu pisałem o raporcie Instytutu Gospodarki Światowej (IfW) z Kilonii. Nie mam sensu przytaczać ponownie tego omówienia, dość przypomnieć najważniejsze konkluzje. A są one takie, że to Europa pomogła Ukrainie bardziej niż USA (138 mld euro vs. 115). Co więcej, ma europejska wspólnota wciąż spore „luzy” w zakresie tej pomocy, zwłaszcza Francja, Włochy, Hiszpania, Wielka Brytania i Niemcy. „Gdyby «wielka piątka» krajów europejskich zrobiła choć tyle, co kraje nordyckie i bałtyckie, Europa mogłaby w dużej mierze zrekompensować wszelkie niedobory USA, zwłaszcza jeśli chodzi o pomoc finansową”, stwierdza Christoph Trebesch z IfW.

Trudno się z tą konkluzją nie zgodzić, ale przecież pieniądze nie strzelają. Można jednak kupować za nie amerykańską broń i amunicję dla Ukrainy. Robić to do czasu, aż europejskie moce produkcyjne osiągną taki poziom, by możliwe było jednoczesne budowanie większych zdolności obronnych wspólnoty oraz wspieranie Kijowa.

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Czytelnikowi o nicku Zajcef FizzlewickArkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Marcie Müller-Reczek, Annie Waludzie (za „wiadro kawy”!) oraz Łukaszowi Podsiadło.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Tekst, w obszerniejszej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

Wsparcie

– Daliśmy Ukrainie 350 miliardów dolarów – mówił w lutym br. prezydent donald trump. Amerykański przywódca lubi operować dużymi kwotami i dotyczy to nie tylko przykładów ilustrujących amerykańską hojność. W podobny sposób wypowiada się o relacjach handlowych USA. Problem w tym, że często mija się z prawdą, w zależności od potrzeby zawyżając lub zaniżając zyski i koszty ponoszone przez jego kraj. W przypadku Ukrainy drastycznie je podkręcił, co obnaża opublikowany właśnie raport Instytutu Gospodarki Światowej (IfW) z Kilonii.

IfW od ponad trzech lat realizuje projekt o nazwie „Ukraine Support Tracker” (UST). W jego ramach zbierane są dane na temat międzynarodowej pomocy dla Kijowa, uruchomionej po 24 lutego 2022 roku. Informacje pozyskiwane są z 41 krajów, w szczególności z państw członkowskich UE i G7, obejmują także pomoc zadeklarowaną przez Komisję Europejską i Europejski Bank Inwestycyjny. UST nie uwzględnia prywatnych darowizn i wsparcia organizacji międzynarodowych, takich jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Do puli pomocy nie są też wliczane koszty związane z przyjmowaniem i obecnością ukraińskich uchodźców.

—–

Najnowszy raport UST ukazał się 15 kwietnia br. – co z niego wynika? Na przykład to, że od czasu objęcia urzędu przez administrację trumpa, pomoc USA dla Ukrainy utknęła w martwym punkcie. Kiloński instytut nie odnotował żadnej kolejnej transzy wsparcia po 20 stycznia 2025 roku – i dotyczy to zarówno pomocy wojskowej, finansowej i humanitarnej. Ostatni amerykański pakiet ogłoszony został jeszcze za prezydentury Joe Bidena, 9 stycznia br. Miał on wartość 480 milionów euro (500 milionów dolarów) i zawierał przede wszystkim sprzęt przeznaczony do obrony przeciwlotniczej i wyposażenie dla myśliwców F-16.

Amerykańska broń nadal na Wschód trafia, ale wyłącznie w oparciu o stare zobowiązania. Nowych nie ma…

„Ostatnia przerwa w pomocy USA zwiększa presję na rządy europejskie, aby zrobiły więcej, zarówno w zakresie pomocy finansowej, jak i wojskowej”, komentuje Taro Nishikawa, członek zespołu „Ukraine Support Tracker”. Te słowa opisują wyzwanie, przed jakim stoi Europa, ale i oddają bieżący stan rzeczy. W styczniu i lutym Wielka Brytania przyznała na wsparcie dla Ukrainy 360 mln EUR, Niemcy 450 mln EUR, Norwegia 610 mln EUR, Dania 690 mln EUR, a najhojniejsza w tym okresie Szwecja aż 1,1 mld EUR. Ponadto Komisja Europejska wypłaciła Ukrainie pożyczkę w wysokości 3 mld EUR.

W konsekwencji łączna suma europejskich donacji osiągnęła kwotę 138 mld EUR, licząc od początku pełnoskalowej wojny. Co najważniejsze, ta suma jest o 23 mld EUR wyższa niż dotychczasowe nakłady poniesione przez Stany Zjednoczone. 115 mld EUR to prawie 131 mld dol. Kwota niemała, ale i znacznie niższa od wspomnianych 350 mld, które trump najwyraźniej wziął z sufitu.

—–

Żeby nie było tak kolorowo. „Estonia czy Dania przeznaczyły na Ukrainę ponad 2 proc. swojego przedwojennego PKB, w porównaniu z około 0,4-0,5 proc. dla Niemiec i Wielkiej Brytanii oraz tylko 0,1-0,2 proc. dla Francji, Włoch lub Hiszpanii”, czytamy w raporcie UST.

Nie wyszczególniono w nim danych dotyczących Polski. Dla porządku więc odnotujmy – w oparciu o informacje Kancelarii Prezydenta RP z lutego br. – że Polska przeznaczyła na pomoc Ukrainie równowartość 4,91 proc. PKB. Z tego 0,71 proc. PKB to wydatki na wsparcie wojskowe dla Ukrainy (a więc kwalifikowane w raportach kilońskiego instytutu), 4,2 proc. PKB to koszty pomocy ukraińskim uchodźcom. W liczbach rzeczywistych wsparcie militarne kosztowało dotąd Polskę 15 mld zł (około 3,5 mld EUR).

Wróćmy do opracowania IfW. Jego autorzy wzywają duże europejskie gospodarki do „odegrania bardziej znaczącej roli” we wspieraniu Kijowa. Dotyczy to przede wszystkim Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec, Włoch i Hiszpania. „Gdyby «wielka piątka» krajów europejskich zrobiła choć tyle, co kraje nordyckie i bałtyckie, Europa mogłaby w dużej mierze zrekompensować wszelkie niedobory USA, zwłaszcza jeśli chodzi o pomoc finansową”, stwierdza Christoph Trebesch, szef projektu „Ukraine Support Tracker”. Trudno się z tą konkluzją nie zgodzić…

Ten tekst w rozszerzonej wersji opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do materiału.

Nz. Dziś rano rosyjski dron-kamikadze uderzył w autobus pracowniczy. Do zdarzenia doszło w mieście Marganiec w obwodzie dniepropietrowskim. Zginęło 9 osób, a 30 zostało rannych. To kolejny rosyjski atak na bogu ducha winnych cywilów – co podkreślam i o czym wspominam, byśmy mieli świadomość, po co ta pomoc dla Ukrainy jest. Chodzi o powstrzymanie barbarzyńcy…/fot. DSNS

—–

Szanowni, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

„Zetki”

„Czy ‘zetki’ nas obronią?”, zastanawiały się kilka dni temu media. Temat wjechał na tapet za sprawą Centrum Doktryn i Szkolenia Sił Zbrojnych (CDiS SZ), które przyjrzało się postawom i wartościom pokolenia „Z”, istotnym w kontekście rekrutacji i służby wojskowej. CDiS SZ prowadziło badania przez dwa lata (2023-2024), niedawno opublikowało raport końcowy – i to on stanowił źródło medialnych dociekań.

No więc „czy ‘zetki’ nas obronią?” – moim zdaniem, to nie jest właściwie postawione pytanie. Zakłada bowiem, że obowiązek obrony spoczywa wyłącznie na młodych, a to jest oczywista nieprawda. Jest sytuacją za wszech miar pożądaną, by do służby wojskowej zgłaszali się przede wszystkim 20-parolatkowie, ale taki stan rzeczy dotyczy armii czasu pokoju. W przypadku pełnoskalowej wojny i powszechnej mobilizacji „w kamasze” pójdzie kilkadziesiąt roczników. Spójrzmy na Ukrainę, gdzie średni wiek żołnierza przekracza 40 lat, gdzie dolny próg obowiązkowej mobilizacji ustanowiono najpierw na poziomie 27., a potem 25. roku życia. Wielokrotnie pisałem, że chodzi tu o potrzebę zachowania najcenniejszego rezerwuaru ludnościowego, nie będę zatem rozwijał wątku. Warto wszak podkreślić, że ta sama zależność dotyczyłaby i Polski, również mierzącej się z deficytem demograficznym.

A mamy w tym zakresie jeszcze polską specyfikę. 16 lat temu przeszliśmy na model niedużej, zawodowej armii i zawiesiliśmy zasadniczą służbę wojskową (ZSW). To oznacza, że najmłodsi absolwenci ZSW mają dziś 37 lat. A musimy pamiętać, że w ostatnich latach obowiązkowej służby do wojska szedł niewielki odsetek męskiej populacji, że masowe szkolenia ustały w latach 90. Stąd bierze się mediana polskiego rezerwisty, która wynosi obecnie… 50 lat. Dopiero powrót do masowych szkoleń sprawi, że ta zacznie się obniżać. Na dziś, gdyby doszło do wojny, w pierwszym rzucie wystawilibyśmy do walki zawodowe wojsko – a mediana żołnierza w służbie czynnej to prawie 40 lat – zaś mobilizacja najpierw objęłaby przede wszystkim wyszkolonych rezerwistów, czyli panów w mocno średnim wieku.

Czy pojawiliby się też młodsi ochotnicy? Z badań Centrum Doktryn i Szkolenia Sił Zbrojnych wynika, że tak. Gdyby wybuchła wojna, 48 proc. Polaków w wieku 18-25 lat zgłosiłaby się do wojska, by wziąć czyny udział w konflikcie. Co czwarty młody (26 proc.) deklaruje w takiej sytuacji chęć wyjechania z kraju. Co piąty (19 proc.) udzielałby się w organizacjach charytatywnych i humanitarnych.

Czy to są dobre wyniki? Niezłe. A tym, którzy na widok tych cyfr popadają w czarnowidztwo, polecam garść statystyk z Ukrainy. W połowie grudnia 2021 roku Kijowski Międzynarodowy Instytut Socjologii opublikował wyniki badań, z których wynikało, że 55 proc. Ukraińców jest gotowych stawić opór w wypadku rosyjskiej agresji. Z czego 33 proc. z bronią w ręku, a 22 proc. uczestnicząc w akcjach obywatelskiego sprzeciwu. Reszta albo nie zrobiłaby nic, albo uciekła w bezpieczniejsze rejony kraju lub wyjechała za granicę. Co się wydarzyło później, wiemy – przez pierwsze miesiące „pełnoskalówki” Ukraina miała nadmiar ochotników, z których większość stanowili mężczyźni w wieku 20-35 lat. Potem – na skutek przedłużającej się wojny i wysokich strat – entuzjazm przygasł, a z czasem mieliśmy do czynienia z poważnym kryzysem mobilizacyjnym. Dziś jednak problem niedostatku „siły żywej” można uznać za rozwiązany, choć – gwoli rzetelności – odtwarzanie stanów osobowych ZSU odbywa się głównie poprzez pobór, nie ochotniczy zaciąg. W Polsce zapewne mielibyśmy do czynienia z podobną sytuacją – falującym entuzjazmem i finalną koniecznością oparcia się o przymus (poboru).

—–

Wróćmy jednak do pokolenia „Z” i wspomnianych badań CDiS SZ. Piszę o nich więcej w tekście dla „Polski Zbrojnej” (oto link do tego materiału), na użytek tego wpisu chciałbym zacytować garść ciekawych danych. Seria pytań wprost związana z rekrutacją do sił zbrojnych zaczęła się od zachęt do służby. W ocenie młodych, najważniejsze w tym kontekście jest stałe zwiększanie wysokości wynagrodzeń (27 proc. odpowiedzi), możliwość pełnienia służby w pobliżu miejsca zamieszkania (25 proc.), perspektywa rozwoju indywidualnego (20 proc.) oraz dodatkowe przywileje (20 proc.). Na pytanie o to, czy byliby gotowi do przeprowadzki w razie podjęcia służby w armii (lub innej służbie mundurowej), „nie” odparło 57 proc. ankietowanych. Odpowiedzi na „tak” stanowiły 41 proc. całości. Poproszeni o wskazanie czynników zniechęcających do służby w armii badani wymienili: ciągłą dyspozycyjność (29 proc.), częstą zmianę miejsca zamieszkania (21 proc.) oraz hierarchiczną strukturę organizacyjną wojska (14 proc.).

Przedmiotem kolejnego pytania była motywacja kandydatów do służby w wojsku. Zdaniem ankietowanych, ochotników zachęca głównie: stabilność finansowa (24 proc.), możliwość uzyskania wcześniejszych praw emerytalnych (19 proc.) i możliwość rozwoju indywidualnego (11 proc.).

W kontekście ewentualnego wstąpienia do służby wojskowej, biorący udział w badaniu, w swojej subiektywnej ocenie uważają się za: sprawnych fizycznie (23 proc.), zdyscyplinowanych i lojalnych (19 proc.), zdolnych do działania pod presją czasu (12 proc.) i posiadających cechy przywódcze (11 proc.). 57 proc. przedstawicieli pokolenia „Z” sądzi, że regularne ćwiczenia wojskowe powinny dotyczyć wszystkich obywateli, 29 proc. ma na ten temat odmienne zdanie.

—–

Co te wyniki mówią nam o młodych Polakach i ich gotowości do służby? Jak armia winna się do tego ustosunkować? Przedstawiciele pokolenia „Z” cenią sobie indywidualizm, rozwój osobisty, elastyczność, tzw. work-life balance. Tradycyjne wartości wojskowe, jak hierarchia, dyscyplina i bezwzględne podporządkowanie, są dla nich mniej atrakcyjne.

– Zaskoczyła mnie potrzeba bliskości miejsca zamieszania, bo to ostro kontrastuje z wizerunkiem młodych jako mobilnych, często wręcz niezakorzenionych – przyznaje ppłk Arkadiusz Czaplewski z CDiS SZ, jeden ze współautorów badania. – A zarazem trudno mi wyobrazić sobie wojsko, które nie byłoby strukturą hierarchiczną, wymagającą dużej dyspozycyjności. Dlatego w strategiach rekrutacyjnych trzeba podkreślać inne atuty służby, jej unikatowość. Podbijajmy fakt, że wojsko się zmienia, kupuje mnóstwo nowoczesnej broni – radzi oficer, zwracając uwagę na łatwość w przyswajaniu nowinek, jaka cechuje młodych Polaków (co również wynika z badań, a o czym więcej w tekście dla „PZ”).

Przedstawiciele generacji „Z” cenią sobie organizacje, które promują elastyczne godziny pracy i pracę zdalną. Stąd konieczność położenia nacisku na promowanie takich modeli służby jak Wojska Obrony Terytorialnej, Dobrowolna Zasadnicza Służba Wojskowa, ale też rozmaitych działań podejmowanych przez resort obrony w zakresie edukacji wojskowej i proobronnej (jak program „Trenuj z wojskiem”).

W strategiach rekrutacyjnych uwzględniających cechy pokolenia „Z”, koniecznym jest prezentowanie wojska jako miejsca, gdzie tradycyjna hierarchia nie wyklucza otwartości na dialog, kreatywności, inicjatywy czy współpracy. No i w ostatecznym rozrachunku wojsko takie musi być – z czym w rzeczywistości bywa różnie i co stanowi poważne wyzwanie na przyszłość.

– Z naszych badań wynika, że młodzi są gotowi podporządkować się jasnym regułom. Że potrafią działać wspólnie, jeśli widzą sens. Że są tolerancyjni wobec różnorodności kulturowej, religijnej i społecznej, co sprzyja budowaniu zespołów opartych na wzajemnym zaufaniu – wylicza ppłk Czaplewski i dodaje jeszcze jedną istotną cechę – wyższy od poprzednich pokoleń wskaźnik kompetencji w zakresie znajomości języków obcych. – Młodzież ma mnóstwo atutów, z których armia może czerpać garściami – konkluduje oficer.

—–

Na dziś to tyle. Do tematyki ściśle ukraińskiej wrócę jutro. Zachęcam Was do wsparcia mojego ukraińskiego raportu, który w znaczniej mierze powstaje dzięki Wam – Waszym subskrypcjom i „kawom”. Piszę ostatnio rzadziej, gdyż coraz trudniej zbilansować ów projekt (a to naprawdę angażująca praca). No ale ufam, że sprawy się naprostują.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Adamowi Andrzejowi Jaworskiemu i Arkadiuszowi Wiśniewskiemu (za „wiadro kawy”!) oraz Małgorzacie Łukaszewskiej.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.