Oślepianie

Wbrew oczekiwaniom Donalda Trumpa, Iran dalej walczy. A irańskie uderzenia rakietowe i dronowe coraz częściej wymierzone są w krytyczną amerykańską infrastrukturę wojskową.

Najpoważniejszym incydentem z ostatnich dni pozostaje atak na bazę Prince Sultan w Arabii Saudyjskiej z 27 marca. Według informacji pochodzących z amerykańskich źródeł wojskowych oraz analiz materiałów satelitarnych, uderzenie miało charakter złożony i obejmowało zarówno pociski balistyczne, jak i bezzałogowce. Trafiona została infrastruktura lotnicza oraz płyta postojowa, gdzie znajdowały się samoloty wsparcia. W wyniku ataku zniszczeniu uległ samolot wczesnego ostrzegania E-3 Sentry, a uszkodzone zostały również inne maszyny, w tym tankowce KC-135. Rannych zostało kilkunastu żołnierzy amerykańskich.

Utrata E-3 Sentry ma znaczenie wykraczające daleko poza sam wymiar sprzętowy. To jedna z kluczowych platform systemu dowodzenia i kontroli operacji powietrznych – powietrzne stanowisko kierowania, które zapewnia rozpoznanie radiolokacyjne dalekiego zasięgu, koordynację działań lotnictwa oraz integrację obrony powietrznej. Flota tych maszyn jest przy tym bardzo ograniczona – siły powietrzne USA dysponują obecnie kilkunastoma egzemplarzami (około 15–16), z czego tylko część pozostaje w stałej gotowości operacyjnej. W praktyce oznacza to, że utrata choćby jednej maszyny realnie zmniejsza zdolność do utrzymania ciągłej świadomości sytuacyjnej nad rozległym obszarem Zatoki Perskiej.

Nie jest to zresztą incydent odosobniony. W poprzednich dniach irańskie uderzenia doprowadziły również do uszkodzenia kilku samolotów tankowania powietrznego KC-135, które stanowią niezbędne zaplecze dla operacji lotniczych na dużych dystansach. Bez nich amerykańskie lotnictwo traci możliwość długotrwałego utrzymywania obecności nad teatrem działań i prowadzenia intensywnych operacji uderzeniowych.

Zestawienie tych strat nie pozostawia większych wątpliwości co do logiki działań Iranu. Teheran nie koncentruje się na niszczeniu samolotów bojowych, lecz uderza w elementy, które umożliwiają ich skuteczne użycie – systemy rozpoznania, dowodzenia i wsparcia. To strategia ukierunkowana na stopniowe „oślepianie” i „unieruchamianie” przeciwnika.

Zamiast prób bezpośredniej konfrontacji z przewagą technologiczną Stanów Zjednoczonych, Iran prowadzi działania wymierzone w fundamenty tej przewagi. Uderzenia w systemy rozpoznania i wsparcia nie przynoszą spektakularnych efektów w krótkim czasie, ale stopniowo ograniczają zdolność przeciwnika do prowadzenia operacji na dużą skalę. Jeśli ten trend się utrzyma, może to oznaczać, że amerykańska dominacja powietrzna w regionie – dotąd uznawana za bezdyskusyjną – stanie się znacznie bardziej warunkowa.

Bardziej rozbudowany irański update – który przygotowałem dla portalu „Polska Zbrojna” –  znajdziecie pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Zniszczony E-3 Sentry/fot. za OSINTtechnical

Mobilni

Na Bliski Wschód kierowane są kolejne siły Stanów Zjednoczonych – tym razem chodzi o elitarną 82. Dywizję Powietrznodesantową. Według dostępnych informacji, do regionu wkrótce trafi od dwóch do trzech tysięcy żołnierzy, przede wszystkim z brygady szybkiego reagowania, czyli tzw. Immediate Response Force. Docelowa skala przerzutu pozostaje niejasna – część źródeł mówi o wariancie ograniczonym, inne dopuszczają rozwinięcie większego komponentu – ale w każdym przypadku chodzi o siły zdolne do działania niemal natychmiast po dotarciu w rejon operacji.

Kluczowe znaczenie ma charakter tej jednostki. 82. Dywizja Powietrznodesantowa to jedna z najbardziej rozpoznawalnych formacji US Army – lekka, mobilna i zaprojektowana do działania w trybie ekspresowym. Jej elementy są w stanie znaleźć się w dowolnym miejscu świata w ciągu kilkunastu–kilkudziesięciu godzin od wydania rozkazu. Nie jest to jednak dywizja przeznaczona do prowadzenia klasycznej wojny lądowej na dużą skalę – jej domeną pozostają operacje punktowe: zajmowanie kluczowych obiektów, zabezpieczanie infrastruktury, szybkie rajdy czy wsparcie działań specjalnych.

Z dostępnych informacji wynika, że przerzucane są przede wszystkim elementy 1. Brygady Bojowej wraz z komponentem dowódczym dywizji. Całością operacji ma kierować dowódca 82 DPD, gen. mjr Brandon Tegtmeier, którego sztab również ma zostać wysunięty w rejon działań. Oficjalnie nie podano dokładnego terminu osiągnięcia gotowości operacyjnej na miejscu, ale biorąc pod uwagę charakter jednostki, można zakładać, że mówimy o czasie liczonym w godzinach, nie dniach.

Nie oznacza to jednak, że USA przygotowują się do pełnoskalowej inwazji na Iran. Skala przerzucanych sił jest zbyt mała, by mówić o operacji przeciwko państwu tej wielkości, a brak ciężkiego komponentu – czołgów, artylerii i rozbudowanej logistyki – wyklucza prowadzenie długotrwałych działań lądowych. Taki scenariusz oznaczałby zresztą ogromne ryzyko polityczne i gospodarcze, w tym groźbę globalnego kryzysu energetycznego.

Znacznie bardziej prawdopodobne są scenariusze ograniczone – włącznie z takim, w którym spadochroniarze w ogóle nie wejdą do walki. W tym ujęciu przerzut 82 DPD można odczytywać przede wszystkim jako element nacisku i demonstrację gotowości do szybkiej eskalacji.

82 DPD daje decydentom w Waszyngtonie bardzo konkretną możliwość: przeprowadzenia punktowego uderzenia w krótkim czasie, bez konieczności rozwijania wielkich sił inwazyjnych. W praktyce oznacza to kilka potencjalnych zastosowań. Po pierwsze, klasyczne operacje zabezpieczające – ochrona placówek dyplomatycznych czy ewakuacja obywateli w razie dalszej destabilizacji regionu. Po drugie, działania o charakterze rajdowym, wymierzone w konkretne cele wojskowe o wysokiej wartości. Po trzecie wreszcie, wsparcie operacji specjalnych, które wymagają szybkiego wprowadzenia większego komponentu wojskowego po wykonaniu zasadniczego uderzenia.

Ten ostatni wątek jest szczególnie istotny, bo przerzutowi 82 DPD towarzyszy również wzmożona aktywność amerykańskich sił specjalnych, takich jak Delta Force czy Rangersi. Taki zestaw sił jest typowy dla operacji najwyższego ryzyka – w tym działań wymierzonych w infrastrukturę strategiczną przeciwnika. W tym kontekście pojawia się scenariusz, który od dawna funkcjonuje w analizach dotyczących Iranu: przejęcie lub zabezpieczenie materiałów rozszczepialnych oraz elementów programu nuklearnego.

Operacje tego typu wymagają ścisłej współpracy sił specjalnych i jednostek konwencjonalnych. Pierwsze odpowiadają za uderzenie i neutralizację celu, drugie – za utrzymanie i zabezpieczenie terenu. I właśnie tu pojawia się rola spadochroniarzy z 82 DPD.

Konkludując, Stany Zjednoczone nie przygotowują się do klasycznej wojny lądowej z Iranem, lecz budują zestaw elastycznych opcji wojskowych – od demonstracji siły, przez operacje punktowe, aż po działania specjalne o dużej skali. Przerzut 82. Dywizji Powietrznodesantowej wpisuje się w tę logikę. To sygnał, że Waszyngton chce mieć narzędzia pozwalające działać szybko – jeśli uzna to za konieczne. Wszystko w myśl zasady: mieć młotek w ręku, ale niekoniecznie go użyć.

Ten tekst, w rozbudowanej wersji, opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Żołnierze 82 DPD stacjonowali również w Polsce. W 2016 roku brali udział w ćwiczeniach „Anakonda”/fot. Darek Prosiński

Pokora

Pierwszy raz strzelali do mnie w Iraku – skutek był taki, że mało się nie zesrałem. Nie ze strachu, a z podniecenia, takie to było nieprawdopodobne doznanie. Wreszcie, k…, działo się coś, o czym wcześniej czytałem w książkach, co widziałem na filmach, co w moim odczuciu zasługiwało na miano „prawdziwych doznań”. Stanąć na krawędzi i wyjść z tego cało – czy jakieś doświadczenie może mierzyć się z czymś takim!? No nie – tak wtedy sądziłem, zamykając się w skorupie własnej wyjątkowości, bo iluż ludzi mogło dwadzieścia parę lat temu powiedzieć: „przeżyłem coś takiego!”?

Pielęgnowałem to poczucie kilka kolejnych lat. Niosło mnie ono, definiowało postrzeganie spraw. Gdy w Afganistanie wpakowałem się w sam środek zażartej i dramatycznej potyczki, opowiedziałem o niej żonie tak, że ostatecznie mnie opier…liła. „Zachowujesz się, jakbyś opowiadał film”, mówiła z przyganą. „Ale to k… było jak w filmie…”, odparłem, nie do końca rozumiejąc, o co jej chodzi. Potem zatrybiłem, że w mojej opowieści zabrakło refleksji nad tym, że mogłem zginąć, że cała ta historia od początku do końca była igraniem z własnym życiem. W imię czego? Żebym się dobrze bawił…?

Bawiłem się – i dla spokoju ducha racjonalizowałem to, co wokół mnie się działo. Nie można myśleć o wojnie jako o czymś do spodu przykrym, jeśli ma być tłem dla twojej przygody. Musisz odnaleźć jakiś jej sens, jakoś ją wytłumaczyć. Więc tłumaczyłem sobie iracką awanturę i afgańskie zaangażowanie jako coś koniecznego. Ujmowałem sprawy w kategoriach moralnych (walka ze złem) i pragmatycznych (Polska uczy się działać w sojuszach i daje dowód, że jest lojalna). Stojąc na gruncie realizmu wmawiałem sobie – „to i tak się dzieje, chcesz tego czy nie”. Stąd był tylko krok od stwierdzenia „możesz to wykorzystać albo i nie”. Więc wykorzystywałem, fakt, iż na moich oczach ginęli ludzie, uważając za reporterskie szczęście – bo było o czym pisać.

Z czasem zaczynałem rozumieć, że moje przygody – owa wyjątkowość doznać – mają swój rewers. Bo rany bolą, a śmierć jest na zawsze. I żaden z tego anturaż, a czyjeś prawdziwe życie i jego kres. Gdy przychodzi taka świadomość, robota staje się dużo trudniejsza. Żyć z czyjejś śmierci to nie jest komfortowa opcja.

Dlaczego o tym piszę? Po latach po raz kolejny obejrzałem serial „Generation Kill”, opowiadający historię amerykańskiego oddziału podczas inwazji na Irak w 2003 roku. I mam wrażenie, że dopiero teraz zrozumiałem przesłanie tego filmu. „W normalnych okolicznościach za to, co tu zrobiliśmy, trafilibyśmy do więzienia”, mówi jeden z bohaterów, mając na myśli wszystkie przypadkowe ofiary działań zbrojnych. Inny zaś stwierdza: „rozpętaliśmy burzę, która dopiero da się nam we znaki”, trafnie przewidując kilkuletni dramat, który rozegrał się w Iraku po amerykańskiej inwazji. Twórcy „Generation Kill”, opowieści bazującej na prawdziwej historii, nie pozostawiają wątpliwości co do oceny tej wojny. Ona była bez sensu. Nie tylko niepotrzebna, ale i głupia, fatalnie poprowadzona. Fakt, iż jakiś marine spełnił się na niej jako żołnierz, niczego tu nie zmienia.

A więc i fakt, że uformowała jakiegoś reportera, też się nie liczy. Bo w morzu bezsensu takie krople po prostu nie mają znaczenia. „Generation Kill” to dla mnie kolejna lekcja pokory…

Logistyka!

– Logistyka decyduje dziś o tempie i skuteczności działań bojowych – mówi gen. bryg. Witold Bartoszek, zastępca dowódcy – asystent ds. wsparcia w Dowództwie NATO ds. Szkolenia Bojowego, Wsparcia i Pomocy Siłom Zbrojnym Ukrainy (NSATU). Jak podkreśla, wojna w Ukrainie pokazuje, że kluczowe stają się rozproszone systemy zaopatrzenia, nowe technologie i coraz szersze wykorzystanie dronów.

Marcin Ogdowski: Wojna w Ukrainie pokazała ogromne znaczenie zaplecza logistycznego. Czy można dziś powiedzieć, że o powodzeniu operacji decyduje nie tylko manewr i ogień, lecz także sprawność dostaw i zabezpieczenia wojsk?

Witold Bartoszek: Już na samym początku pełnoskalowej wojny siły zbrojne Ukrainy pokazały, jak wielkie znaczenie ma logistyka. Potrafiły rozpoznać słabe strony rosyjskiego systemu zaopatrzenia i skutecznie je wykorzystać. Jednocześnie same szybko zmieniły sposób działania – rozproszyły zapasy, ograniczając ryzyko ich zniszczenia, a do transportu zaopatrzenia zaczęły szeroko wykorzystywać także cywilne pojazdy. Dzięki temu amunicja, paliwo czy sprzęt mogły docierać do walczących oddziałów nawet w bardzo trudnych warunkach. To pokazuje, że logistyka – choć często działa w tle – ma dziś ogromny wpływ na przebieg działań bojowych.

Jednym z najbardziej widocznych zjawisk tej wojny jest szybkie wprowadzanie nowych technologii. Jak bardzo zmieniają one sposób prowadzenia działań i ich zabezpieczenia?

Nowe technologie stały się jednym z kluczowych elementów tej wojny. Widzimy to praktycznie każdego dnia. Ukraińskie siły zbrojne bardzo szybko wdrażają rozwiązania cyfrowe – zarówno w zarządzaniu zasobami, jak i w procesie podejmowania decyzji. Do tego dochodzą systemy dronowe i antydronowe, rozwój walki radioelektronicznej czy coraz szersze wykorzystanie sztucznej inteligencji. Wszystko to sprawia, że współczesne pole walki wygląda zupełnie inaczej niż jeszcze kilka lat temu. Co ciekawe, Ukraina zaczyna już nawet eksportować część swoich rozwiązań technologicznych, na przykład do państw Zatoki Perskiej.

(…)

Wzdłuż linii frontu powstała dziś kilkudziesięcio-kilometrowa strefa, w której praktycznie każdy ruch może zostać wykryty przez drony lub systemy rozpoznania. Jak wpływa to na organizację logistyki?

Przede wszystkim wymusza dużo większą ostrożność i racjonalne gospodarowanie zasobami. Każdy transport czy ruch pojazdów musi być dobrze przemyślany, bo łatwo może zostać wykryty i zniszczony. Dlatego ogromnego znaczenia nabiera planowanie dostaw i odpowiednie rozłożenie ich w czasie. Logistyka musi być dziś bardziej elastyczna i działać w sposób rozproszony, aby ograniczyć ryzyko strat.

Drony coraz częściej wykonują zadania, które jeszcze niedawno były domeną ludzi – nie tylko rozpoznanie czy ataki, lecz także transport zaopatrzenia. Czy to początek logistycznej rewolucji na polu walki?

Można tak powiedzieć. Nawet na poziomie niewielkich pododdziałów – sekcji czy drużyny – wykorzystuje się dziś kilka różnych dronów jednocześnie. Jeden może transportować amunicję lub żywność, inny prowadzić obserwację, kolejny chronić grupę przed dronami przeciwnika, a jeszcze inny wykonywać zadania uderzeniowe. Jeśli w działaniach logistycznych zaczynamy wykorzystywać tak szeroki zestaw bezzałogowców, to rzeczywiście mamy do czynienia z dużą zmianą w sposobie zabezpieczenia działań bojowych.

Jednym z najważniejszych wniosków z wojny jest konieczność rozproszenia zapasów i infrastruktury logistycznej. Czy oznacza to odejście od dużych baz na rzecz wielu mniejszych punktów zaopatrzenia?

Tak, ale musi to być robione rozsądnie i z uwzględnieniem skali działań. W praktyce oznacza to tworzenie wielu mniejszych miejsc przechowywania zapasów – zarówno w infrastrukturze wojskowej, jak i cywilnej, a także w obiektach mobilnych czy polowych. Podobnie zmienia się sposób prowadzenia napraw sprzętu. Coraz częściej to mobilne zespoły serwisowe zbliżają się do walczących pododdziałów, aby szybciej przywrócić sprzęt do działania. W tradycyjnym podejściu uszkodzony sprzęt wycofywano daleko na tyły, co dziś bywa zbyt czasochłonne.

Kluczowe jest też odpowiednie planowanie dostaw – czyli ustalenie, co, gdzie i kiedy powinno trafić do walczących oddziałów. Najważniejsze pozostają oczywiście amunicja, paliwo, żywność oraz części zamienne.

Czy państwa NATO – w tym Polska – są przygotowane do działania w tak rozproszonym systemie logistycznym?

To jedno z wyzwań. Podczas ćwiczeń trzeba jak najbardziej realistycznie odtwarzać sytuację na polu walki – zarówno pod względem zagrożeń, jak i warunków terenowych czy skali działań. Bardzo ważne jest budowanie świadomości sytuacyjnej i ćwiczenie reakcji na rozwój wydarzeń.

Trzeba jednak pamiętać, że ćwiczymy w warunkach pokoju, co z prawnego punktu widzenia wprowadza pewne ograniczenia. Nie zawsze możemy na przykład w pełni wykorzystywać cywilną infrastrukturę czy środki transportu. Dlatego część rozwiązań warto przygotowywać wcześniej na poziomie planowania – poprzez gry wojenne i odpowiednie dokumenty, które mogłyby zostać uruchomione w sytuacji kryzysu lub wojny.

(…)

Gdyby miał Pan wskazać jedną najważniejszą lekcję z tej wojny dla polskich logistyków wojskowych – jaka by ona była?

Często powtarzamy zasadę „train as you fight” – ćwicz tak, jak będziesz walczył. Warto naprawdę wziąć ją sobie do serca. Wojna w Ukrainie pokazuje, jak ogromne znaczenie logistyka ma już od pierwszych godzin konfliktu.

Oczywiście nie wszystkie doświadczenia można przenieść wprost do polskich sił zbrojnych. Ale powinniśmy uważnie je analizować i wyciągać wnioski. Dzięki temu łatwiej będzie nam dostosować zarówno planowanie, jak i praktyczne działania logistyczne do realiów współczesnego pola walki.

Dziękuję za rozmowę.

Całość wywiadu, który przeprowadziłem dla portalu „Polska Zbrojna”, znajdziecie pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Ukraiński pojazd autonomiczny służący do ewakuacji rannych i dostaw amunicji/fot. SzG ZSU

Schemat

Wojna na Bliskim Wschodzie toczy się w najlepsze. Stany Zjednoczone i Izrael uderzają w cele w Iranie, Teheran odpowiada w sposób rozproszony, ale uporczywy – atakując bazy i infrastrukturę w całym regionie. Trwa też walka o bezpieczeństwo żeglugi w cieśninie Ormuz, która stała się jednym z głównych pól tej wojny.

Przyglądając się działaniom Amerykanów, widzimy, że Waszyngton reaguje, ale nie wyznacza kierunku. Kolejne uderzenia wyglądają raczej jak element bieżącej gry – odpowiedzi na ruchy Iranu i jego sojuszników – niż realizacja spójnego planu polityczno-wojskowego. Nie chodzi już o to, czy USA są w stanie zniszczyć wybrane cele – to pozostaje poza dyskusją. Problem w tym, że nie bardzo wiadomo, co miałoby być miarą sukcesu.

—–

Czy celem jest ograniczenie zdolności Iranu do projekcji siły w regionie? Zmuszenie Teheranu do demilitaryzacji? A może jednak zmiana reżimu? Każdy z tych wariantów wymaga innej strategii, innych środków i przede wszystkim innej skali zaangażowania. Tymczasem amerykańskie działania sprawiają wrażenie, jakby te pytania pozostawały bez jednoznacznej odpowiedzi. Ba – jakby nikt w Waszyngtonie nie zadał ich wcześniej wprost.

Widać to również w napięciach wewnątrz amerykańskiego systemu decyzyjnego. Politycy wysyłają sygnały o konieczności powstrzymania eskalacji, a wojskowi przygotowują opcje jej rozszerzenia. Równolegle sojusznicy próbują odczytać, dokąd właściwie zmierza Waszyngton – i na ile powinni się w tę politykę angażować. W efekcie zamiast strategii pojawia się reakcja – szybka, często skuteczna taktycznie, ale pozbawiona długofalowej logiki.

A to właśnie w takich momentach przewaga militarna przestaje być rozstrzygająca. Bo choć pozwala wygrać niemal każdą bitwę, nie odpowiada na pytanie, jak zakończyć konflikt na własnych warunkach. A bez tej odpowiedzi nawet najpotężniejsze państwo świata zaczyna działać w trybie doraźnym – od jednego uderzenia do kolejnego, od jednej eskalacji do następnej.

Dzisiejsza sytuacja wokół Iranu coraz mocniej zdaje się potwierdzać tezę, że USA weszły w konflikt, licząc, iż przewaga militarna sama przełoży się na sukces strategiczny. Jeśli tak było, scenariusz dalszych wydarzeń może być bardziej przewidywalny, niż chciałby tego Waszyngton. Jaki? Wystarczy sięgnąć do historii.

—–

To nie pierwszy moment, w którym Stany Zjednoczone stają wobec konfliktu bez jasno określonego celu końcowego. Przeciwnie – historia amerykańskich interwencji z ostatnich dekad pokazuje, że problem ten powraca z zaskakującą regularnością. Zmieniają się przeciwnicy, regiony i skala zaangażowania, ale logika działania pozostaje uderzająco podobna.

W Wietnamie wszystko zaczęło się od ograniczonego zaangażowania, które z czasem przerodziło się w pełnoskalową wojnę. Kolejne administracje zwiększały obecność wojskową – z kilkunastu tysięcy do ponad pół miliona żołnierzy – licząc, że przewaga technologiczna i ogniowa przełamie opór przeciwnika. Problem polegał na tym, że nigdy jasno nie zdefiniowano, jak miałoby wyglądać zwycięstwo. Czy chodziło o utrzymanie niepodległego Wietnamu Południowego? O zniszczenie zdolności Vietcongu? O powstrzymanie ekspansji komunizmu w regionie? Każdy z tych celów implikował inne działania, ale w praktyce amerykańska strategia dryfowała między nimi.

Efekt był przewidywalny: sukcesy taktyczne nie przekładały się na rezultat polityczny. Im większe było zaangażowanie militarne, tym bardziej oddalał się moment rozstrzygnięcia. Wojna nie została przegrana na polu bitwy – została porzucona w pierwszej połowie lat 70., gdy koszty zaczęły przewyższać polityczną gotowość do ich ponoszenia.

Mniej niż dekadę po ucieczce z Sajgonu wojska USA pojawiły się w Libanie jako część sił stabilizacyjnych. Misja miała ograniczony charakter, ale od początku brakowało jej klarownego mandatu i jasno określonego celu. Amerykańscy żołnierze znaleźli się w środku skomplikowanego konfliktu, którego logiki nie kontrolowali.

Zamach na koszary Marines w Bejrucie, w którym zginęło 241 żołnierzy, stał się momentem przełomowym. Reakcja Waszyngtonu była natychmiastowa – wycofanie sił. To wydarzenie pokazało, jak brak strategii czyni nawet potężne państwo podatnym na pojedynczy, spektakularny cios. Bez jasnego celu trudno bowiem uzasadnić dalsze ryzyko związane z pobytem żołnierzy w strefie wojny.

Podobny mechanizm zadziałał w Somalii w pierwszej połowie lat 90. Operacja rozpoczęła się jako interwencja humanitarna, mająca zapewnić dostawy żywności i stabilizację sytuacji. Szybko jednak rozszerzono jej zakres – celem stało się schwytanie jednego z lokalnych przywódców, Mohameda Farraha Aidida.

To przesunięcie nie było poparte zmianą strategii ani adekwatnym przygotowaniem. Amerykańskie siły znalazły się w realiach wojny miejskiej, na które nie były gotowe. Bitwa w Mogadiszu i straty poniesione przez oddziały USA doprowadziły do politycznej decyzji o wycofaniu. Po raz kolejny okazało się, że rozszerzenie misji bez planu jej zakończenia prowadzi do gwałtownego odwrotu.

—–

Najbardziej spektakularnie problem braku strategii ujawnił się w Iraku i Afganistanie.

W Iraku początkowa faza operacji była błyskawiczna – reżim Saddama Husajna upadł w ciągu tygodni. Na tym jednak klarowność się kończyła. Nie przygotowano spójnego planu na okres po zakończeniu działań bojowych. Rozwiązanie irackiej armii i administracji stworzyło próżnię, którą szybko wypełniły chaos i przemoc. Co więcej, obalenie bagdadzkiego reżimu w praktyce wzmocniło regionalną pozycję Iranu – czyli państwa będącego jednym z głównych przeciwników Waszyngtonu. Sam Irak nadal pozostaje państwem niestabilnym, wewnętrznie podzielonym i głęboko osłabionym, a koszty tej wojny – ludzkie i infrastrukturalne – będą odczuwalne przez kolejne dekady.

W Afganistanie początkowy cel – rozbicie Al-Kaidy i obalenie talibów – również został osiągnięty stosunkowo szybko. Potem jednak misja zaczęła się rozmywać. Budowa państwa, jego częściowa demokratyzacja, stabilizacja, szkolenie sił lokalnych – kolejne cele dokładano bez jasnej wizji końcowego efektu. Dwie dekady później wojna zakończyła się powrotem talibów do władzy.

To właśnie tutaj najdobitniej ujawniły się granice amerykańskich możliwości. Stany Zjednoczone potrafią obalić reżim i zniszczyć struktury przeciwnika, ale znacznie trudniej przychodzi im zbudowanie w ich miejsce stabilnego, trwałego porządku politycznego. Potrafią wygrać wojnę w sensie militarnym, lecz nie są w stanie narzucić jej trwałego rozstrzygnięcia.

Interwencja w Libii pokazała, że ten sam problem pojawia się nawet wtedy, gdy skala zaangażowania jest znacznie mniejsza. Operacja z 2011 roku była ograniczona, prowadzona głównie z powietrza i zakończona szybkim upadkiem Muammara Kaddafiego. Z militarnego punktu widzenia – sukces. Na tym jednak planowanie się kończyło. Nie przygotowano realnej koncepcji stabilizacji państwa po obaleniu władzy. Libia pogrążyła się w chaosie, stając się przestrzenią rywalizacji lokalnych milicji i zewnętrznych graczy. To już nie był problem skali ani kosztów operacji. To był ten sam schemat – sukces militarny bez trwałego efektu politycznego.

—–

Mamy więc pewien spójny wzorzec działania, wedle którego USA wielokrotnie wchodzą w konflikty bez jasno określonego celu końcowego. Myślą w kategoriach środków – ile siły użyć, jakie cele zniszczyć – zamiast w kategoriach efektu politycznego. Reagują na rozwój wydarzeń, zamiast je kształtować. A gdy koszty rosną lub sytuacja wymyka się spod kontroli, decydują się na wycofanie, często pozostawiając po sobie destabilizację.

Co równie istotne, skutki tych działań nierzadko okazują się odwrotne do zamierzonych. Wrogowie nie zostają trwale osłabieni – przeciwnie, uczą się funkcjonować w warunkach przewagi militarnej USA, rozpraszają swoje działania i przenoszą ciężar konfliktu na obszary, gdzie Ameryka ma ograniczone możliwości oddziaływania. Regiony, w których dochodzi do interwencji, pogrążają się w niestabilności, a próżnia bezpieczeństwa szybko wypełniana jest przez nowych graczy.

Co, jeśli wojna z Iranem okaże się kolejnym rozdziałem tej samej historii? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. B-52 podczas bombardowania Wietnamu Północnego/fot. USAF, domena publiczna