Groźba

Wpisem opublikowanym w serwisie Truth Social Donald Trump sięgnął dziś po jedną z najbardziej alarmistycznych figur retorycznych swojej kariery. „Cała cywilizacja umrze tej nocy”, napisał, sugerując, że brak porozumienia z Teheranem może doprowadzić do katastrofy o skali egzystencjalnej. Wpis ten można odczytywać jako próbę wywarcia maksymalnej presji psychologicznej na Iran i element komunikacji odstraszającej, ale też – co podnoszą krytycy prezydenta – jako kolejny przykład hiperbolicznej, emocjonalnej retoryki, charakterystycznej dla jego stylu komunikacji, która nie musi oznaczać realnej zmiany w kalkulacjach strategicznych USA.

Innymi słowy, amerykańskie siły zbrojne zaatakują dziś mocniej niż zwykle – choćby dla zachowania resztek powagi imperium (czyli wojskowi zrobią coś, by ich szef nie brzmiał jak ostatni idiota). Niewykluczone jednak, że nie wydarzy się nic nadzwyczajnego (co i tak oznacza ciężkie naloty, na które Iran jest wystawiony już od kilku tygodni), a Trump z typową dla siebie nonszalancją przejdzie do porządku dziennego nad niezrealizowaną groźbą, co podczas tej wojny czynił już kilkakrotnie.

Reakcje rynków i światowych przywódców zdają się potwierdzać drugi ze scenariuszy (jak to ujął jeden z moich kolegów „kolejnego trumpowego pierdololo”). Tym niemniej nie brakuje opinii, że w nocy wydarzy się coś naprawdę strasznego. „Trump zrzuci na Iran atomówkę…”, pisze mi jeden z moich Czytelników, przerażony takim obrotem spraw.

Stawiam dolary przeciw orzechom, że trumpowska „śmierć cywilizacji” – choć kojarzy się z atomowym armegedonem – wcale go nie oznacza. Zarazem mam wielką nadzieję, że i w przyszłości nikt poważny w Waszyngtonie nie pomyśli o bombardowaniu Iranu „atomówkami”. Nie dlatego, że to fajne państwo – bo nim nie jest, a jego strukturom życzę jak najgorzej. Potencjalne użycie broni jądrowej na Bliskim Wschodzie martwi mnie z innego powodu – i jest nim Ukraina. Bo gdyby Amerykanie przełamali tabu, putin zyskałby alibi do podobnych działań.

Cały porządek bezpieczeństwa od 1945 roku opiera się nie tylko na traktatach, lecz także na niepisanej zasadzie: broni jądrowej się nie używa. Jej złamanie przez państwo takie jak USA oznaczałoby faktyczną delegitymizację tej normy. W takiej rzeczywistości Moskwa mogłaby argumentować, że „skoro oni mogli, my też możemy” – czy to wobec Ukrainy, czy w innym scenariuszu eskalacyjnym.

Co więcej, rosyjska doktryna już dziś dopuszcza ograniczone użycie taktycznej broni jądrowej w sytuacji zagrożenia strategicznego. Do tej pory barierą pozostaje właśnie koszt polityczny i ryzyko międzynarodowej izolacji. Jeśli jednak ten koszt zostałby wcześniej „zapłacony” przez Waszyngton, próg decyzyjny na Kremlu realnie by się obniżył.

Tymczasem kilkanaście sensownie użytych ładunków taktycznych zmiotłoby ukraińską armię z planszy. Kilka wykorzystanych łopatologicznie większych głowic, zrzuconych na miasta, załamałoby morale ukraińskiego społeczeństwa. I Ukrainy, jaką znamy, by już nie było.

My zaś, Polska, mielibyśmy rosjan na całej północno-wschodniej granicy. I świat, w którym nie ma już granic w stosowaniu przemocy…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Supremacja?

Amerykańska potęga militarna pozostaje bezdyskusyjna, jednak wojna z Iranem pokazuje, że sama przewaga nie gwarantuje szybkiego rozstrzygnięcia. Model oparty na dominacji powietrznej i precyzyjnych uderzeniach, sprawdzony w konfliktach z przeciwnikami słabszymi i mniej elastycznymi, w starciu z państwem przygotowanym na długotrwałą konfrontację traci swoją „automatyczną” skuteczność.

Kampanie powietrzne nadal pozwalają niszczyć kluczowe cele, ale coraz rzadziej przynoszą trwały efekt. Przeciwnik zdolny do rozproszenia zasobów, ukrycia infrastruktury i jej szybkiego odtwarzania jest w stanie utrzymywać ciągłość działań mimo ponoszonych strat. W praktyce oznacza to konieczność powtarzania uderzeń i prowadzenia stałej presji zamiast jednorazowego przełamania. Współczesna wojna coraz częściej polega nie na „wyłączeniu” przeciwnika, lecz na długotrwałym ograniczaniu jego zdolności – procesie kosztownym i rozciągniętym w czasie. Doświadczenia wojny w Ukrainie pokazują, że nawet intensywne kampanie uderzeń mogą nie przynieść szybkiego efektu i wymuszają działania rozpisane na lata.

Jednocześnie rośnie znaczenie ekonomiki działań. Amerykańska przewaga opiera się na systemach zaawansowanych i kosztownych, podczas gdy przeciwnik wykorzystuje środki tanie i masowe – drony, amunicję krążącą czy proste rakiety. Powstaje asymetria, w której utrzymanie przewagi generuje wysokie koszty, a szczególnie widoczne jest to w obronie powietrznej, gdzie neutralizacja tanich środków napadu wymaga użycia znacznie droższych systemów.

Dodatkowym wyzwaniem jest charakter samego systemu operacyjnego USA. Jego siłą pozostaje integracja – zdolność do działania jako spójna całość obejmująca rozpoznanie, dowodzenie i logistykę. Ta sama cecha staje się jednak źródłem podatności. Zakłócenie pojedynczych, kluczowych elementów – takich jak systemy wczesnego ostrzegania czy komponenty wsparcia – może wyraźnie obniżyć efektywność całego systemu i wymuszać dodatkowe zaangażowanie zasobów w ich ochronę.

W efekcie przewaga technologiczna nie znika, ale coraz rzadziej ma charakter rozstrzygający. Coraz większe znaczenie mają odporność systemu, zdolność do działania w warunkach długotrwałej presji oraz relacja koszt–efekt.

—–

Wnioski z tej wojny są dla USA dość oczywiste – pytanie brzmi, czy zostaną przełożone na praktykę.

Po pierwsze, konieczna jest budowa najniższego piętra obrony powietrznej, zdolnego do zwalczania tanich i licznych środków napadu. Oznacza to rozwój systemów działających masowo i przy zachowaniu korzystnej relacji koszt–efekt – od tanich interceptorów po broń energetyczną.

Po drugie, zmiany wymaga sama ekonomika prowadzenia działań. Amerykański model opiera się dziś w dużej mierze na niewielkiej liczbie bardzo zaawansowanych, a więc kosztownych platform i systemów uzbrojenia. W warunkach konfliktu o wysokiej intensywności i dużej skali oznacza to ograniczoną „gęstość” siły oraz wysoką wrażliwość na straty.

Coraz wyraźniej widać, że konieczne jest uzupełnienie tego modelu o komponent masowy – większą liczbę prostszych, tańszych środków, które mogą być używane w sposób ciągły i odtwarzane bez istotnego wpływu na całość potencjału. Dotyczy to zarówno bezzałogowców, jak i amunicji precyzyjnej czy systemów obronnych.

Nie oznacza to rezygnacji z przewagi technologicznej, lecz jej uzupełnienie. Przyszłe pole walki będzie premiowało nie tylko jakość, ale również skalę – zdolność do działania w sposób długotrwały i odporny na zużycie.

Po trzecie, konieczne jest zmniejszenie zależności od pojedynczych, kluczowych elementów systemu. Dziś utrata jednego samolotu wczesnego ostrzegania może wyraźnie ograniczyć możliwości prowadzenia operacji.

Rozwiązaniem jest większe rozproszenie zdolności – więcej platform, większa liczba sensorów i alternatywnych kanałów dowodzenia. Chodzi o to, by utrata jednego elementu nie przekładała się na spadek efektywności całego systemu.

Wreszcie, zmiany wymaga także sposób myślenia o wojnie. Model oparty na szybkim przełamaniu i decydującym uderzeniu coraz rzadziej znajduje zastosowanie. W jego miejsce pojawia się potrzeba prowadzenia działań długotrwałych, rozproszonych i nastawionych na stopniowe ograniczanie zdolności przeciwnika.

Oznacza to konieczność przygotowania państwa i sił zbrojnych na konflikt o innym charakterze: zdolność do utrzymania wysokiego tempa operacji przez długi czas, większe zapasy uzbrojenia i amunicji, sprawnie działający przemysł zdolny do ich szybkiego uzupełniania oraz system dowodzenia przystosowany do działania w warunkach ciągłych zakłóceń. Innymi słowy, wojna przestaje być krótkim wysiłkiem ekspedycyjnym, a staje się testem trwałości całego systemu państwa.

To jest lekcja z Iranu, którą muszą odrobić w Waszyngtonie.

USA nie stoją wobec wyzwania bez precedensu – podobnej transformacji dokonały już w czasie II wojny światowej, gdy o wyniku konfliktu decydowała nie tylko bieżąca siła armii, lecz zdolność państwa do jej długotrwałego utrzymania.

Rozważania na ten temat, w bardziej rozbudowanej formie, opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego tekstu.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Amerykański bombowiec strategiczny B-52, symbol militarnej potęgi USA/fot. USAF, domena publiczna

Chłopiec

Pięć tygodni intensywnych działań zbrojnych na Bliskim Wschodzie przyniosło obraz konfliktu inny, niż sugerowałyby klasyczne porównania potencjałów militarnych. USA i ich sojusznicy dysponują przytłaczającą przewagą technologiczną, operacyjną i logistyczną. A jednak wojna nie została rozstrzygnięta po myśli Waszyngtonu, a Iran – mimo strat – nie utracił zdolności do prowadzenia działań ofensywnych.

To zasadniczy punkt wyjścia: Teheran nie prowadzi wojny, której celem byłoby pokonanie przeciwnika w klasycznym, symetrycznym starciu. Od lat buduje raczej zdolność do przetrwania pierwszego uderzenia, utrzymania ograniczonej projekcji siły oraz stopniowego podnoszenia kosztów konfliktu do poziomu politycznie trudnego do zaakceptowania przez przeciwnika.

W tym sensie obecna wojna nie tyle obala mit amerykańskiej dominacji militarnej, ile pokazuje jej ograniczenia w starciu z państwem przygotowanym na konflikt długotrwały, rozproszony i prowadzony wielodomenowo. Iran nie jest równorzędnym rywalem dla USA – ale nie jest też przeciwnikiem, którego można szybko „wyłączyć” za pomocą kampanii powietrznej i uderzeń precyzyjnych.

To właśnie ta zdolność – przetrwania, adaptacji i selektywnego zadawania strat – stanowi fundament irańskiej strategii. I to ona pozwala zrozumieć, dlaczego po kilku tygodniach wojny Teheran nadal pozostaje aktywnym uczestnikiem konfliktu. Przyjrzyjmy się jej dokładniej.

—–

Najbardziej oczywistym, ale wciąż kluczowym filarem irańskich zdolności militarnych pozostaje rozbudowany arsenał rakietowy. Teheran od lat inwestuje w środki rażenia zdolne do uderzeń na dystansach obejmujących całe terytorium Bliskiego Wschodu – od baz amerykańskich w rejonie Zatoki Perskiej po Izrael. Co istotne, nie chodzi wyłącznie o parametry techniczne pojedynczych systemów, lecz o skalę i strukturę całego potencjału.

Irańska doktryna zakłada użycie rakiet w sposób masowy i zróżnicowany – od pocisków balistycznych po manewrujące – tak, aby przeciążyć systemy obrony przeciwrakietowej przeciwnika. W praktyce oznacza to zdolność do prowadzenia uderzeń saturacyjnych, w których skuteczność nie wynika z precyzji każdego pojedynczego trafienia, lecz z liczby środków ataku i trudności ich jednoczesnego przechwycenia.

Dotychczasowy przebieg wojny potwierdza, że potencjał ten nie został zneutralizowany mimo intensywnych nalotów. Nawet jeśli część infrastruktury i zapasów została zniszczona, Iran nadal dysponuje zdolnością do przeprowadzania ograniczonych, ale powtarzalnych uderzeń. To z kolei oznacza, że przeciwnik nie osiągnął jednego z kluczowych celów kampanii powietrznej – trwałego „wyzerowania” zdolności ofensywnych Teheranu.

Utrzymanie tych zdolności nie byłoby jednak możliwe bez drugiego, mniej widowiskowego, lecz równie istotnego elementu – rozbudowanej infrastruktury podziemnej. Iran od dekad rozwija sieć tuneli, ukrytych magazynów i stanowisk startowych, często ulokowanych w terenach górzystych. Ich funkcją jest nie tylko ochrona sprzętu przed uderzeniami z powietrza, ale również zapewnienie możliwości jego rozproszenia i przetrwania pierwszej fazy konfliktu.

W efekcie nawet wysoce skuteczna kampania lotnicza nie jest w stanie jednorazowo zniszczyć całego potencjału przeciwnika. Część wyrzutni pozostaje ukryta, część może być relokowana, a część – odtwarzana w krótkim czasie. Taki model znacząco wydłuża konflikt i zmusza stronę dominującą technologicznie do prowadzenia kosztownej, wieloetapowej operacji zamiast szybkiego, decydującego uderzenia.

Połączenie masowego arsenału rakietowego z jego rozproszeniem i ukryciem tworzy efekt, który można określić jako odporność operacyjną. Iran nie musi utrzymywać pełnej sprawności wszystkich systemów – wystarczy, że zachowa ich część, zdolną do regularnego zadawania strat i podtrzymywania presji. To z kolei wpisuje się w szerszą logikę tej wojny: nie chodzi o dominację na polu walki, lecz o uniemożliwienie przeciwnikowi osiągnięcia szybkiego i jednoznacznego rozstrzygnięcia.

—–

Uzupełnieniem potencjału rakietowego są bezzałogowe statki powietrzne, które stały się jednym z najbardziej charakterystycznych elementów irańskiej projekcji siły. Ich znaczenie wynika przede wszystkim z relacji koszt–efekt. Iran rozwija systemy relatywnie tanie, proste i możliwe do produkcji w dużych liczbach, co przekłada się na zdolność do prowadzenia ataków saturacyjnych. Ich celem nie zawsze jest bezpośrednie niszczenie obiektów, lecz zmuszanie przeciwnika do zużywania znacznie droższych środków obrony.

I tak dochodzi do odwrócenia klasycznej logiki przewagi technologicznej. Zaawansowane systemy obrony pozostają skuteczne, ale ich użycie jest kosztowne, podczas gdy strata pojedynczego drona ma dla Iranu znaczenie marginalne. W dłuższej perspektywie wciąga to przeciwnika w kosztowną wojnę na wyniszczenie.

Drony pełnią przy tym nie tylko funkcję uderzeniową, ale również rozpoznawczą – pozwalają wskazywać cele, testować reakcje obrony i identyfikować słabe punkty systemu. To właśnie na tej podstawie możliwa jest koncentracja na celach wysokiej wartości. Teheran nie dąży do maksymalizacji zniszczeń, lecz do uderzeń w elementy kluczowe dla funkcjonowania całego systemu – rozpoznania, dowodzenia i łączności.

Przykładem takiego podejścia jest zniszczenie amerykańskiego samolotu typu AWACS – powietrznego centrum zarządzania walką i jednego z kluczowych elementów systemu dowodzenia. Tego typu uderzenia nie muszą być częste, by znacząco obniżyć efektywność operacyjną przeciwnika, wydłużyć czas reakcji i zwiększyć ryzyko błędów.

W tę samą logikę wpisuje się także irańskie „polowanie” na latające cysterny. Bez nich lotnictwo USA, operujące na dużych dystansach, traci zdolność do utrzymania wysokiej intensywności działań.

To przykład walki systemowej, w której celem nie jest fizyczne zniszczenie przeciwnika, lecz zakłócenie jego działania – „oślepienie” i ograniczenie zdolności do prowadzenia operacji. W warunkach ograniczonych zasobów taka strategia pozwala Iranowi generować efekty niewspółmierne do skali użytych środków.

—–

Jednym z kluczowych elementów irańskiej strategii jest zdolność do rozszerzania konfliktu poza bezpośrednie pole walki. Teheran od lat rozwija koncepcję tzw. eskalacji poziomej, polegającej na przenoszeniu napięcia i działań zbrojnych na inne obszary regionu.

Z tym mechanizmem ściśle powiązana jest zdolność Iranu do prowadzenia działań pośrednich, z wykorzystaniem powiązanych aktorów w regionie. Sieć relacji polityczno-wojskowych, budowana przez lata, pozwala Teheranowi oddziaływać na sytuację bezpieczeństwa bez konieczności bezpośredniego angażowania wszystkich własnych sił.

W praktyce oznacza to, że konflikt nie ogranicza się do wymiany uderzeń między dwoma państwami. Może obejmować zarówno cele wojskowe, jak i infrastrukturę energetyczną, szlaki transportowe czy instalacje o znaczeniu gospodarczym w różnych częściach Bliskiego Wschodu. Nawet incydentalne ataki na tego typu cele wywołują efekt wykraczający poza wymiar militarny – wpływają na rynki surowcowe, bezpieczeństwo żeglugi i stabilność regionu jako całości. To dlatego proirańskie milicje w Iraku atakują bazy i personel amerykański, a ruch Huti w Jemenie uderza w żeglugę na Morzu Czerwonym.

Z perspektywy operacyjnej oznacza to, że przeciwnik – mimo przewagi militarnej – musi działać na wielu kierunkach jednocześnie. Ochrona baz, infrastruktury krytycznej i linii komunikacyjnych zaczyna pochłaniać znaczną część dostępnych zasobów, ograniczając możliwość koncentracji siły w jednym, decydującym miejscu.

Jakie jeszcze czynniki mają wpływ na to, że Iran – wbrew zapowiedziom części amerykańskich komentatorów – nie okazał się chłopcem do bicia? O tym w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Pośmiewisko

Amerykanie znów robią to samo. Wchodzą w konflikt, po czym zaczynają opowiadać, kiedy z niego wyjdą. Dla własnych obywateli (i wyborców!) to uspokajający komunikat, ale dla przeciwnika – cenna wskazówka operacyjna.

W 2009 roku Barack Obama podjął decyzję o znaczącym zwiększeniu liczby amerykańskich żołnierzy w Afganistanie – o około 30 tysięcy. Chodziło o przełamanie impasu i uderzenie w talibów z większą siłą. Ale tej projekcji siły towarzyszyło coś jeszcze – deklaracja, że po kilkunastu miesiącach – od lipca 2011 roku – rozpocznie się wycofywanie wojsk. A cała operacja bojowa w Afganistanie ma swój horyzont czasowy, przewidziany na kilka lat (w 2014 roku zamierzano oddać kwestie bezpieczeństwa władzom afgańskim).

Nie trzeba było być strategiem, żeby zrozumieć przekaz – Amerykanie zwiększają presję, ale tylko na chwilę. Talibowie wyciągnęli z tego prosty wniosek: nie musimy wygrywać, wystarczy, że przetrwamy.

I tak też się stało, a finał wszyscy znamy.

Mijają lata i na tronie w Waszyngtonie zasiada geniusz szachów 5D. Wielokrotnie deklarujący, że nie będzie popełniał błędów swoich poprzedników. I tyle z tego gadania…

Wczoraj Donald Trump powiedział dziennikarzom w Białym Domu, że wojna z Iranem potrwa jeszcze „dwa tygodnie, może kilka dni dłużej”. Oczywiście, można argumentować, że to typowy chaos komunikacyjny w stylu Trumpa, który często plecie, co mu ślina na język przyniesie. Problem w tym, że nawet największe brednie tego zidiociałego staruszka należy traktować poważne, bo często „słowo staje się ciałem”; posłuszna administracja realizuje wytyczne „wodza”.

Więc Teheran słucha i ma powody, by dojść do wniosku – trzeba wytrzymać jeszcze chwilę.

Bo wiadomo, że przez dwa tygodnie Amerykanie żadnego przełomu nie osiągną. Nie z tym, co mają na miejscu i co byliby w stanie na szybko dosłać.

Ehhh…

USA mają najpotężniejszą armię świata. I przywódcę, który czyni z niej pośmiewisko…

Mem z geniuszem biznesu i geopolityki tak bardzo a propos…

Cisza

W różnych regionach rosji – od obszarów przygranicznych po największe aglomeracje – zaczęto okresowo ograniczać lub całkowicie wyłączać mobilny internet. Chodzi o transmisję danych w sieciach komórkowych (LTE i 5G), podczas gdy Internet stacjonarny oraz sieci Wi-Fi w wielu przypadkach nadal funkcjonują, choć i tu zdarzają się zakłócenia. 

Reakcja rosyjskiego społeczeństwa na ograniczenia mobilnego internetu jest zaskakująco stonowana. Nie widać masowych protestów, brak też wyraźnych sygnałów skoordynowanego sprzeciwu. To jednak nie tyle dowód akceptacji, co raczej efekt warunków, w jakich te ograniczenia są wprowadzane.

—–

Po pierwsze, blackouty mają charakter fragmentaryczny i czasowy. Uderzają w konkretne regiony, pojawiają się nagle i równie nagle znikają. Taki model działania utrudnia mobilizację – trudno protestować przeciwko zjawisku, które nie jest ciągłe i którego skala pozostaje niejasna.

Po drugie, brak mobilnego internetu sam w sobie ogranicza możliwość organizowania sprzeciwu. Komunikatory przestają działać w czasie rzeczywistym, media społecznościowe tracą swoją funkcję koordynacyjną, a informacja rozchodzi się wolniej i mniej efektywnie. To paradoks, który w rosyjskich warunkach ma konkretne znaczenie: narzędzie potencjalnego buntu zostaje wyłączone dokładnie w momencie, gdy mogłoby być najbardziej potrzebne.

Nie oznacza to jednak braku frustracji. Tam, gdzie dostęp do sieci jeszcze istnieje – przede wszystkim poprzez Wi-Fi – pojawiają się skargi, komentarze i próby wymiany informacji. Użytkownicy dzielą się doświadczeniami, próbują ustalić skalę problemu, szukają sposobów obejścia ograniczeń.

Istotna jest również adaptacja. Część użytkowników wraca do rozwiązań sprzed epoki pełnej mobilności – planowania z wyprzedzeniem, korzystania z gotówki, umawiania się „na godzinę” bez możliwości bieżącej korekty. To drobne zmiany, ale w skali całego społeczeństwa oznaczają przesunięcie w stronę większej przewidywalności i mniejszej spontaniczności.

W tle pozostaje jeszcze jeden czynnik – strach. rosyjskie społeczeństwo ma za sobą doświadczenie tłumionych protestów i konsekwencji udziału w działaniach uznawanych przez władzę za niepożądane. W takich warunkach nawet wyraźna niedogodność nie musi automatycznie przekładać się na gotowość do otwartego sprzeciwu. W efekcie powstaje sytuacja, w której niezadowolenie istnieje, ale jest rozproszone i pozbawione narzędzi ekspresji. A to z punktu widzenia władz jest scenariuszem optymalnym – napięcie społeczne rośnie, lecz nie znajduje ujścia w formie, która mogłaby zagrozić systemowi.

—–

Oficjalna reakcja rosyjskich władz? Najczęściej pojawia się odwołanie do „zapewnienia bezpieczeństwa” oraz konieczności przeciwdziałania bliżej nieokreślonym zagrożeniom. Rzadziej mówi się o „pracach technicznych”.

Kluczowe jest to, czego w tych komunikatach nie ma. Brakuje konkretów: wskazania czasu trwania ograniczeń, ich dokładnego zakresu czy precyzyjnego uzasadnienia. Obywatel dostaje informację szczątkową, która nie pozwala ani zrozumieć sytuacji, ani się do niej przygotować. To nie jest przypadek, lecz element szerszego modelu zarządzania informacją – takiego, w którym państwo kontroluje nie tylko przekaz, ale także poziom niewiedzy.

Równolegle działa mechanizm przerzucania odpowiedzialności. W przestrzeni propagandowej pojawiają się sugestie, że ograniczenia są odpowiedzią na działania zewnętrzne – zagrożenia ze strony Ukrainy, Zachodu czy „cyberataków”. Nawet jeśli nie jest to komunikowane wprost, kontekst jest czytelny: to nie państwo ogranicza obywateli, lecz państwo chroni ich przed kimś innym.

Istotnym elementem tej narracji jest minimalizowanie skali problemu. W przekazie medialnym blackouty przedstawiane są jako lokalne, krótkotrwałe i w gruncie rzeczy nieistotne zakłócenia. Brakuje miejsca na analizę ich konsekwencji czy próbę szerszego ujęcia zjawiska. W ten sposób tworzy się obraz rzeczywistości, w której nic poważnego się nie dzieje – nawet jeśli codzienne doświadczenie użytkowników mówi coś zupełnie innego.

—–

Część ekspertów przyjmuje oficjalne wyjaśnienie, że ograniczenia mobilnego internetu mają charakter militarny. Łączność może wspierać koordynację działań czy wykorzystanie systemów bezzałogowych, więc jej ograniczenie – zwłaszcza w regionach zagrożonych atakami – wydaje się logiczne. Problem w tym, że to tłumaczy tylko część zjawiska. Współczesne systemy bezzałogowe często korzystają z innych kanałów łączności lub działają autonomicznie, a blackouty obejmują także obszary oddalone od bezpośrednich działań wojennych. To sugeruje, że aspekt militarny jest tylko jednym z elementów szerszej układanki.

rosja od lat rozwija narzędzia pozwalające na centralne zarządzanie ruchem internetowym i filtrowanie treści. W tym kontekście obecne ograniczenia nie wyglądają na improwizację, lecz na świadome użycie wcześniej przygotowanych mechanizmów. Zapewne mają one charakter testowy – władze nie tylko odcinają łączność, ale też obserwują skutki: reakcje społeczne, wpływ na gospodarkę i poziom dezorganizacji życia codziennego. To proces sprawdzania, jak daleko można się posunąć.

Wyłączenia Internetu można też interpretować jako przygotowanie do sytuacji, w której kontrola przepływu informacji stanie się kluczowa. Mobilny Internet – zdecentralizowany i trudny do pełnego nadzoru – jest w tej logice problemem. Jego ograniczenie pozwala zawęzić przestrzeń informacyjną i wzmocnić dominację przekazu oficjalnego. Równolegle ma to wymiar prewencyjny: utrudnia organizację protestów i szybkie rozprzestrzenianie się informacji, zwiększając koszt społecznej mobilizacji.

Być może Moskwa przygotowuje się na kolejną fazę wojny – w tym na masową mobilizację – i zawczasu „wycisza” kanały społecznej komunikacji. Tego dziś nie da się jednoznacznie rozstrzygnąć, ale skala i charakter działań sugerują, że nie są one wyłącznie reakcją na bieżące zagrożenia. To raczej przygotowanie systemu państwa na moment, w którym kontrola informacji stanie się równie istotna jak kontrola pola walki.

Rozbudowaną wersję tego tekstu opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.