Kolaboranci

Temat współpracy Ukraińców z rosyjskim najeźdźcą jest w polskiej debacie z rzadka podejmowany. Zwykle eksploatują go prorosyjskie środowiska, podkreślając pochlebny charakter kolaboracji i jej rzekomą powszechność, czego docelowym zamiarem jest zniechęcenie Polaków do wspierania Ukrainy. Zresztą to właśnie obawa, że skutkiem mówienia o zdradach byłaby erozja proukraińskich postaw, stoi za wstrzemięźliwością wielu komentatorów. Tymczasem milczenie nie sprawia, że zdrajcy znikają, a czynienie opowieści o nich domeną prosowieciarzy niesie ryzyko, że w powszechnej percepcji górę wezmą fałszywe przekonania.

No to jak to z tą kolaboracją jest?

Szerzej o zjawisku piszę w tekście, który niebawem ukaże się na łamach portalu „Polska Zbrojna”. Jak tylko artykuł znajdzie się na emisji, podrzucę link. Dziś chciałbym zasygnalizować temat i skłonić Was do własnych refleksji. Poza oczywistą intencją polecenia lektury PZ, idzie mi również o poznanie percepcji moich Czytelników. Zbieram materiał do większego opracowania, będę zatem wdzięczny za Wasze komentarze (pod postem na FB – znajdziecie go tu).

—–

Kijów zmaga się z problemem kolaboracji od 2014 roku. Do czasu wybuchu pełnoskalowej wojny, ukraińskie sądy wydawały po 30 wyroków miesięcznie, głównie wobec osób współpracujących z rosjanami w Donbasie. Po 24 lutego 2022 roku liczba ta wzrosła do 70 orzeczeń. Zmienił się także charakter kar, wcześniej w większości orzekanych „w zawiasach”, obecnie w dwóch trzecich oznaczających bezwzględne pozbawienie wolności. A ów odsetek byłby zapewne wyższy, gdyby nie fakt, że część postępowań toczy się zaocznie, wobec osób przebywających na terenach rosyjskich bądź przez rosjan kontrolowanych.

Wcześniej sprawy otwierano w oparciu o kilka różnych paragrafów, w marcu 2022 roku w ukraińskim kodeksie karnym pojawiła się „działalność kolaboracyjna” jako samodzielna kategoria przestępstwa. I tak za współpracę z państwem-agresorem, jego formacjami zbrojnymi i paramilitarnymi lub administracją okupacyjną, przewidziana jest kara od 10 do 15 lat pozbawienia wolności. Tyle samo można dostać za głoszenie poglądów uzasadniających rosyjską napaść. Dodatkowe sankcje to pozbawienie prawa do zajmowania stanowisk w administracji i konfiskata majątku.

Nie jest jasne, w oparciu o jakie procedury służby specjalne Ukrainy likwidują najbardziej zaangażowanych kolaborantów, działających na terenach okupowanych. Do tej pory zabito co najmniej trzydzieści osób, ostatni udany zamach – na szefa ochrony Zaporoskiej Elektrowni Jądrowej – miał miejsce kilka dni temu.

W gronie „wysadzonych” (tak bowiem zwykle giną zdrajcy) znalazł się też Jewhen Ananiewski, jeden z organizatorów kolonii poprawczej w Berdiańsku. Mężczyzna szczególnie brutalnie znęcał się nad pojmanymi żołnierzami armii ukraińskiej, stąd zainteresowanie nim wywiadu wojskowego (HUR). 5 maja 2024 roku auto kolaboranta wyleciało w powietrze. „W wyniku eksplozji zaangażowany w katowanie ukraińskich jeńców Jewhen Ananiewski został zlikwidowany. Ministerstwo Obrony Ukrainy przypomina, że za każdą zbrodnię wojenną nadejdzie sprawiedliwa zapłata”, komunikat tej treści opublikowano na stronie HUR.

W Ukrainie nie obowiązuje kara śmierci, mamy więc do czynienia z sądami kapturowymi. Brak przejrzystości rodzi obawy o praworządność, te jednak podnoszone są zwykle poza Ukrainą. Nad Dnieprem istnieje duże przyzwolenie na likwidowanie zdrajców, a efekty działań SBU i HUR przemawiają za tym, że obie służby mają rozbudowaną sieć informatorów na terenach zajętych przez rosjan. Co także jest dowodem na popieranie idei zamachów.

Ukraińska opinia publiczna nie ma też nic przeciwko surowemu traktowaniu osób kierujących ogniem rosyjskiej artylerii; w potocznym postrzeganiu przekazywanie koordynatów „na tamtą stronę” (najczęściej przy użyciu internetowych komunikatorów), uchodzi za zbrodnię.

Bardziej zniuansowane są opinie na temat postaw mieszkańców okupowanych terenów. Przesłanki natury humanitarnej mają tym większe znaczenie, im dłużej trwa okupacja. Trudno wytrwać w pryncypialności i zachować lojalność na wszystkich płaszczyznach, gdy nie ma realnych widoków na szybkie wyzwolenie. I gdy okupant naciska, by się podporządkować, grożąc dotkliwymi konsekwencjami w razie obstrukcji i buntu. Ukraińskie władze, ale i zwykli ludzie żyjący w wolnej Ukrainie, zdają sobie z tego sprawę. Skutkuje to przyzwoleniem na współpracę z rosjanami, jeśli nie oznacza ona działania bezpośrednio na szkodę Ukrainy. W razie wyzwolenia urzędnicy, strażacy czy lekarze będą zatem traktowani jako „zakładnicy tragicznych okoliczności”. Podobnie jak zwykli obywatele, zmuszeni przyjąć obce paszporty. Kijów bowiem pozwala na zaakceptowanie rosyjskiego obywatelstwa „ze względów bezpieczeństwa”.

Waszym zdaniem słusznie?

—–

Dzięki za lekturę! W najbliższym czasie chciałbym zająć się kwestią „setek tysięcy rosyjskich weteranów” w kontekście zagrożeń dla Polski. To pokłosie dyskusji wywołanej przez gen. Kukułę, zapowiadającego rychłą wojnę polsko-rosyjską. Do słów szefa sztabu generalnego WP już się odnosiłem (w przedwczorajszym wpisie), ale pewne wątki warto rozwinąć. No więc czy rzeczywiście „doświadczeni na wojnie rosjanie” będą dla nas zmartwieniem? Mam na ten temat nieco odmienne zdanie niż większość komentatorów. Tekst się pisze, a Was zachęcam do wspierania mojego raportu. Powstaje on głównie dzięki Wam – Waszym subskrypcjom i kawom. Stosowne przyciski znajdziecie poniżej:

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, „Międzyrzecze. Cena przetrwania” i „(Dez)informacji” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. zatrzymane kilka dni temu rodzeństwo z Charkowa, które na zlecenie rosyjskiego wywiadu zbierało informacje o miejscach dyslokacji ukraińskiego wojska/fot. SBU

(De)motywacja

„Pierdolę, nie po to szedłem do wojska!”, Jarek był wyraźnie wzburzony i zirytowany. Kilkanaście minut wcześniej nasz patrol ostrzelali iraccy rebelianci. Nic złego się nie stało, ale serie z kałaszy co poniektórym napędziły stracha. Podoficer, którego wspominam, był jednym z nich. Wówczas po trzydziestce, wojsko traktował jako stabilne miejsce pracy. Nie do końca dające satysfakcję materialną, bo Jarek po służbie dorabiał u szwagra. „Wypracuję emeryturę i na serio zajmę się stolarką”, mówił. Wyjazd do Iraku burzył jego rutynę, ale dawał też szansę na większe pieniądze w stosunkowo krótkim czasie. Problem w tym, że „tamci” strzelali…

Działo się to w 2005 roku, bohater opowieści ostatecznie wytrwał do końca zmiany. Odszedł z wojska, gdy tylko nabył podstawowe świadczenia. Widzieliśmy się kilka lat temu – dawny wojskowy rzeczywiście „robił w drewnie”. Za armią nie tęsknił, choć dało się wyczuć, że przesadnie heroizuje swój misyjny epizod. Lubiłem go; miał mnóstwo sympatycznych cech, ale zarazem rozczarowywał mnie jego stosunek do munduru. Nie było w nim etosu, nie było nawet zgody na „turbo-męską przygodę” i związane z nią ryzyko. Armia była pracą „od-do” – wystarczyło odbębnić poligony, a potem „mieć wyjebane”. Przez pięćdziesiąt lat po wojnie tak to właśnie wyglądało – w efekcie w „zardzewiałym wojsku” roiło się od „Jarków”. Facetów, którzy zakładali mundur z wygody, z przypadku, dla społecznego awansu, mieszkania, lepszej opieki medycznej; z wielu różnych powodów, pośród których często nie było gotowości, by pójść na wojnę.

Zdziwionych, gdy okazało się, że do nich strzelają. No bo przecież „nie po to szli do wojska”.

Misje w Iraku i Afganistanie – przez które przewinęło się ponad 50 tys. żołnierzy WP – zakończyły erę powojennego wygodnictwa, w jakim żył personel sił zbrojnych. Odtąd jasne stało się, że wybór armii jako drogi życiowej tożsamy jest z ryzykiem trafienia na wojnę. Lecz ile by o tym mówić i pisać, do koszar nadal trafiają przypadkowi ludzie, dobór negatywy wciąż ma się dobrze. Tym bowiem należy tłumaczyć relacje, wedle których służba na granicy to jakieś wielkie poświęcenie. Bo daleko od domu, bo długo, bo liche zakwaterowanie, bo micha nie zawsze na czas. Mój boże, co ci biedni chłopcy (i dziewczęta) zrobiliby na prawdziwej wojnie?

—–

Dlaczego o tym piszę? Ano staram się zracjonalizować postawę szefa sztabu generalnego WP, gen. Wiesława Kukuły – jego głośną opinię sprzed kilku dni. Rzekł mianowicie pierwszy oficer RP: „Wszystko wskazuje na to, że jesteśmy tym pokoleniem, które stanie z bronią w ręku w obronie naszego państwa. I nie zamierzam, ani ja ani nikt z was, przegrać tej wojny. Wygramy ją”.

Innymi słowy, wojna jest tuż-tuż, zaś z kontekstu całej wypowiedzi jasno wynika, że agresorem będzie rosja.

Generalska zapowiedź wpisuje się w cały szereg pesymistycznych prognoz, wieszczących nieuchronność konfrontacji rosja-NATO czy „tylko” rosja-Polska. Celują w nich wszelkiej maści publicyści, nie brakuje polityków, także tych czołowych, oraz emerytowanych wojskowych. Ci w służbie czynnej – co dotyczy Polski i innych krajów Sojuszu – zwykle pozostają bardziej powściągliwi. Owszem, ostrzegają przed możliwymi zakusami Moskwy, ale nie stwarzają wrażenia, że sprawy są już przesądzone.

W tym kontekście gen. Kukuła mocno wychodzi przed szereg. Dlaczego?

Cytowane słowa skierowane były do młodych podchorążych i padły podczas rozpoczęcia roku akademickiego w Akademii Wojsk Lądowych. Mowa zatem o specyficznym audytorium, wobec którego przemawiający może sobie pozwolić na więcej. Rozpoczynający służbę żołnierz musi (ma prawo) wiedzieć, że czekają go „pot i łzy”, a w razie potrzeby także „krew”. To niby oczywiste, ale – no właśnie, patrz wyżej na pierwszą część tekstu… Lepiej postawić sprawę jasno, nie tworzyć złudzeń, którymi wojsko karmiło się przez kilka dekad. I nie ma lepszej osoby, która mogłaby to zakomunikować „młodym” niż najwyższy rangą oficer. Realia są takie, że armia szykuje się do wojny z rosją – idzie to jak idzie, ale samej intencji nie sposób zaprzeczyć. Nie będzie miało znaczenia, ile sprzętu kupimy, jeśli jego użytkownicy nie dopuszczą myśli, że przyjdzie im użyć tych wszystkich czołgów, haubic i wyrzutni „na bojowo”. W budowaniu takiej świadomości przesada nie jest „grzechem”. W robieniu odsiewu pośród przyszłej kadry (gdy jest jeszcze czas zmienić życiowe wybory) – również. Byłoby idealnie, gdyby w armii służyli tylko ci, którzy w razie potrzeby gotowi są pójść bić ruskich (czy kogokolwiek innego, kto będzie do nich strzelał). To oczywiście nieosiągalny stan rzeczy, ale warto w jego kierunku zmierzać.

—–

Problem w tym, że słowa generała miały szerszy wydźwięk. Ba, wręcz skierowane były poza wspomniane audytorium. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że sztab generalny WP udostępnił wypowiedź Wiesława Kukuły w mediach społecznościowych? Po co?

Rozbudowa sił zbrojnych nie idzie najlepiej. Pomijając skutki wieloletnich zaniedbań oraz bałagan pozostawiony przez poprzednią ekipę (choćby te nieszczęsne „umowy ramowe”, które niczego nie wnosiły, a które teraz trzeba urealniać), podstawowym problemem pozostaje odzew młodzieży. A ta nie dość, że nie garnie się do służby zawodowej, to jeszcze reaguje alergicznie na pomysły obowiązkowych szkoleń. Tymczasem bez przywrócenia powszechnej zasadniczej służby wojskowej nie zbudujemy rezerw, które pozwoliłyby nam przetrwać w razie poważnej wojny; przykład ukraiński obnaża to po całości. Co w tej sytuacji zrobić? Ano można straszyć, mobilizować strachem, co staje się coraz wyraźniejszym elementem polityki informacyjnej wielu instytucji państwa. Gen. Kukuła i jego wypowiedź idealnie wpisują się w ten trend.

Szkodliwy i na dłuższą metę kontrproduktywny.

Ryzyko, że rosja zaatakuje którykolwiek kraj NATO jest minimalne – „nie dla psa kiełbasa”, o czym wielokrotnie pisałem, a do czego, w razie potrzeby, mogę wrócić. Los Ukrainy, zwłaszcza okupowanych terytoriów, winien nas motywować do redukcji tego ryzyka, uczynienia go jeszcze mniej prawdopodobnym. Taki efekt osiąga się poprzez budowanie potencjału odstraszania, doprowadzenie do sytuacji, w której przeciwnikowi nie opłaci się nas atakować. To zadanie na miarę możliwości Rzeczpospolitej – tyle że nie do zrealizowania na dziś czy jutro. Potrzebujemy co najmniej dekady, która musi upłynąć pod znakiem potężnych inwestycji – w armię, przemysł, w całkowicie zapomniany sektor obrony cywilnej – ale i rozważnej polityki informacyjnej. Nieopartej o strach, bo ten mobilizuje tylko na chwilę, a w perspektywie długoterminowej jest demobilizujący. Sprzyja myśleniu: „po co się spinać, skoro do wojny i tak dojdzie? Polska jest tak mała, że nieważne – wygramy czy przegramy – i tak ucierpimy wszyscy”. Skutkiem takich refleksji w najlepszym razie będzie wiara w „jakoś-to-będzizm”, w najgorszym masowa emigracja.

Naszym zwycięstwem nie będzie wygranie wojny, tylko sprawienie, że do niej nie dojdzie – taki winien być przekaz płynący z ust polityków i wojskowych.

—–

Szanowni Czytelnicy, piszę dzięki Wam, Waszym subskrypcjom i „kawom”. Zbieram na dalsze funkcjonowanie blogu i liczę na Waszą hojność. Za którą pięknie dziękuję! Stosowne przyciski znajdziecie poniżej:

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, „Międzyrzecze. Cena przetrwania” i „(Dez)informacji” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Screen z profilu SzGWP

(post)Lenino

Już za kilka dni 81. rocznica bitwy pod Lenino (niegdyś hucznie obchodzona, także jako święto Wojska Polskiego). Jatki, którą niedoświadczonemu wojsku zafundowała sowiecka generalicja, z Józefem Stalinem na czele. Mimo ogromnych strat 1 Dywizja Piechoty przetrwała, ale co by się stało, gdyby została kompletnie zniszczona? Sądzę, że powojenne losy Polski mogłyby potoczyć się inaczej – oto próba ich „rekonstrukcji”. Napisałem ten tekst kilkanaście lat temu – w czasach fascynacji historią alternatywną. Zapomniałem, że powstał, „odkopany” i odrobinę odświeżony podoba mi się na tyle, że chciałbym się nim podzielić. Z zastrzeżeniem, że to przede wszystkim intelektualna rozrywka; proszę więc nie traktować artykułu całkiem serio i dać się ponieść formule.

Gdy dziś analizuje się przebieg bitwy pod Lenino, nie brakuje głosów, że Stalin celowo wysłał naszych żołnierzy na śmierć. Statystyka oraz odrobina znajomości wojskowej taktyki i strategii, przemawiają na korzyść tych opinii. Oto bowiem, w walce o nieistotne pozycje, przy niedostatecznym wsparciu artylerii, śmierć poniosło 510 polskich żołnierzy, 776 zaginęło bądź dostało się do niewoli, a 1776 odniosło rany. W sumie 1 DP utraciła 25 proc. stanu osobowego!

A dodajmy, że są to dane podawane na użytek komunistycznej propagandy; niewykluczane, że rzeczywiste straty były jeszcze wyższe.

Po co Stalinowi zagłada nowosformowanej dywizji? Czy pozbycie się niewygodnych Polaków przyniosłoby mu więcej korzyści (satysfakcji?), niż perspektywa (faktycznie zrealizowana) legitymizacji powojennego ładu nad Wisłą, właśnie za pośrednictwem podporządkowanej Kremlowi polskiej armii?

Na to pytanie, bez samego Stalina, nie znajdziemy odpowiedzi. Wiemy natomiast, że najpierw polskie oddziały rzucono do samobójczej misji, a później je z niej wycofano. Czyżby generalissimus się opamiętał, uznał, że jednak potrzebuje Polaków? Być może.

Na użytek naszego scenariusza załóżmy, że Stalin pozostał konsekwentny w swojej brutalności. Co jest o tyle prawdopodobne, że swoich żołnierzy traktował właśnie w taki sposób.

—–

Cofnijmy się zatem do koszmarnego popołudnia 13 października 1943 roku. Wyczerpani i zdziesiątkowani Polacy nie są już stroną atakującą – zewsząd odpierają kontrataki Niemców. Dowodzący 1 DP gen. Zygmunt Berling zostaje wezwany do sztabu radzieckiej 33. Armii. Między jej dowódcą a Berlingiem dochodzi do karczemnej awantury – rosjanin zarzuca Polakom tchórzostwo i żąda odbicia utraconych miejscowości.

W rzeczywistości spotkanie kończy się poinformowaniem polskiego generała, że najbliższej nocy jego oddziały zostaną zluzowane przez jednostki armii czerwonej. W naszym scenariuszu Berling dowiaduje się, że na tyłach jego pułków rozlokowały się bataliony zaporowe NKWD. „Jeśli się cofniecie, oni będą strzelać…”, grozi Wasilij Gordow.

Tymczasem na pierwszej linii trwa prawdziwa jatka, najgorsza w miejscowości Połzuchy, którą Niemcy odbili popołudniu. Polaków dziesiątkują przede wszystkim „sztukasy” – bombowce nurkujące Ju-87. Radziecka artyleria albo milczy, albo pokrywa ogniem pozycje zajęte przez Polaków. I tak zaczęte przez Junkersy dzieło zniszczenia dopełniają straszliwie skuteczne katiusze…

Niemcy działają systematycznie, okrążając większe grupy naszych żołnierzy. Gdy Polakom kończy się amunicja, ci poddają się – część ginie na miejscu, rozstrzelana na rozkaz oficerów Wehrmachtu, część trafia do niewoli, by później zostać wykorzystana jako dowód, że „Polacy wolą niemiecką niewolę niż służbę dla Stalina”.

Dowódca jednej z kompanii nie wytrzymuje i nakazuje swoim ludziom odwrót. Biegnących na tyły żołnierzy mordują cekaemy enkawudzistów…

Nad ranem 14 października nad polem bitwy unosi się gęsta mgła. Gdzieniegdzie słychać jeszcze serie i pojedyncze wystrzały – to Polacy walczą z Niemcami i żołnierzami NKWD, którzy uniemożliwiają im przedostanie się na tyły. Wśród tych huków ginie pojedynczy wystrzał z pistoletu – Berling, który niczym widmo przez całą noc krążył po pozycjach, odbiera sobie życie strzałem w podniebienie…

Śmierć dowódcy to tylko symboliczne dopełnienie losu jego żołnierzy. 1 DP nie istnieje. Przez kilkanaście następnych dni NKWD poluje w okolicy na żołnierzy, którzy zdołali wyrwać się z sowiecko-niemieckich kleszczy. Oficerowie i podoficerowie trafiają przed sądy polowe armii czerwonej, które wydają tylko jeden wyrok. Szeregowi zostają wcieleni do kompanii karnych w jednostkach radzieckich. Później okaże się, że większość z nich jest zbyt niebezpieczna, by dawać im broń. Rozkazem sowieckiego naczelnego dowództwa dawni kościuszkowcy trafiają do batalionów budowlanych.

—–

Mimo usilnych starań moskiewskiej dyplomacji, dowództwa armii i samego Stalina, nie udaje się ukryć aktywnej roli rosjan w masakrze pod Lenino. Do Londynu i do okupowanej Polski płyną informacje, z których jasno wynika, że sowieci doprowadzili do wymordowania polskiego wojska. „Po Stalinie można się było tego spodziewać”, mówi na spotkaniu z polskim rządem emigracyjnym Winston Churchill. „Ale przez ten incydent nie zerwę współpracy z sowietami”, deklaruje. „Przynajmniej pozbyliście się konkurencji dla waszej armii na Zachodzie”, dodaje cynicznie brytyjski premier. Równie pragmatyczny okazuje się amerykański prezydent, który zapewnia Stalina, że choć czuje oburzenie i obrzydzenie, dostaw w ramach Land-Lease nie zawiesi.

Jednak informacja o radzieckich poczynaniach nie pozostaje bez reakcji na terenach, które zajmuje armia czerwona. W 1944 roku, już po jej wejściu na wschodnie terytoria przedwojennej RP, okazuje się, że Polacy nie zamierzają wstępować w szeregi Polskiej Armii Ludowej.

Stalin oskarża o sabotaż komunistyczny Związek Patriotów Polskich. Jego szefowa, Wanda Wasilewska, trafia przed trybunał w Moskwie, który zarzuca jej celowe torpedowania akcji mobilizacyjnej. Wyrok – śmierć przez rozstrzelanie. ZPP, jako organizacja szkodliwa, przestaje istnieć. A naczelne dowództwo radzieckiej armii ogłasza przymusową mobilizację na „oswobodzonych” terenach wszystkich młodych mężczyzn. Pomne doświadczeń z kościuszkowcami, nie daje nowym rekrutom broni do ręki – Polacy trafiają do batalionów budowlanych. Większość zostaje przerzucona na południowy odcinek radziecko-niemieckiego frontu, ale kilkanaście tysięcy trafia nad Wisłę pod Warszawą.

W stolicy tymczasem wybucha powstanie. Stalin, tak jak w rzeczywistości, nie zamierza pomóc Armii Krajowej, zresztą nie ma dość sił, by kontynuować ofensywę. De facto więc pozwala Niemcom na krwawą rozprawę  z powstańcami. Służący w jednostkach pomocniczych Polacy dostają rozkaz budowy umocnień, w których armia sowiecka przeczeka do zimy. Bunt z płonącą Warszawą w tle jest tylko kwestią czasu. W czasie jednej z sierpniowych nocy Polacy masowo rozbrajają pilnujących ich sowietów, zdobywają kilka składów broni i amunicji i wpław, przez Wisłę, przedzierają się do stolicy.

Przez kilka dni wokół Warszawy toczy się prawdziwie dziwna wojna. Niemcy pacyfikują miasto, a ruscy przedzierających się do niej „dezerterów”. I nikt nikomu nie wchodzi w drogę…

—–

Na Zachodzie gen. Władysław Anders szaleje. Podobnie jak jego żołnierze, osławieni zakończoną kilkanaście tygodni wcześniej bitwą o Monte Cassino. Generał i rząd emigracyjny domagają się od sojuszników zdecydowanych działań wobec rosjan. Alianci ignorują te wezwania.

Anders stawia sprawę na ostrzu noża – na własną rękę wycofuje swoje oddziały z linii włoskiego frontu, dając Brytyjczykom i Amerykanom ultimatum: wrócimy, jeśli wymusicie na Stalinie koniec bombardowań. I zapewnienie, że działające za linią wschodniego frontu oddziały NKWD zostaną wycofane z terytorium Polski.

Szantaż spełza na niczym. Tym razem to Anders dostaje ultimatum – jego oddziały oddadzą broń dobrowolnie, albo zostaną rozbrojone siłą. Generał nie zamierza fundować swoim podwładnym pacyfikacji. Polscy żołnierze, także ci stacjonujący w Wielkiej Brytanii, zostają zdemobilizowani i internowani w obozach na terenie Włoch, Afryki i wysp brytyjskich. „Wobec nieodpowiedzialnych zachowań dowództwa polskich sił zbrojnych, braku sprzeciwu wobec nich ze strony polskiego rządu, władze Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii czują się zwolnione z odpowiedzialności wynikającej z zawartych z Polską sojuszy”, brzmi oficjalny komunikat amerykańskiego Departamentu Stanu i brytyjskiego MSZ. Stalin triumfuje…

W styczniu 1945 roku zaczyna się wielka radziecka ofensywa, która ostatecznie powala na kolana III Rzeszę. Wojna w Europie się kończy.

Nowy ład, w naszym scenariuszu, tym różni się od prawdziwego, że w Polsce nie ma pro-kremlowskich władz i armii. I że w kraju, choć potwornie doświadczonym niemiecką okupacją, trwa walka partyzancka z kolejnym okupantem – bez obciążenia „grzechem” wojny domowej i w znacznie większym zakresie, niż to miało miejsce w rzeczywistości. Najistotniejszą różnicą jest jednak postawa zachodnich aliantów, którzy nie muszą już stwarzać pozorów, że interesuje ich sprawa Polski. Żaden anglosaski polityk nie domaga się wolnych wyborów w zajętej przez armię czerwoną Polsce. Rządzi status quo.

Zbrojny opór polskiego podziemia trwa dwa lata. W tym czasie w zajętej przez rosjan części Europy instalują się – tak jak w rzeczywistości – komunistyczne rządy. Jednak wobec niepokornej Polski Stalin ma inne plany – chcąc upokorzyć Polaków, a jednocześnie „dać przykład” innym narodom, wódz nie pozwala nawet na kadłubową formę niezależności. Kresy stają się częścią Ukraińskiej i Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, a centrum kraju, 1 stycznia 1948 roku, traci status strefy okupacyjnej, zmieniając się w Nadwiślańską Socjalistyczną Republikę Radziecką ze stolicą w Łodzi.

—–

Początkowo aparat władzy opiera się na Białorusinach i Ukraińcach, którzy przed wojną byli obywatelami II RP. Z czasem jego szeregi zasila coraz więcej Polaków, skuszonych przywilejami czy po prostu – przekonanych o beznadziejności form bezpośredniego oporu i pragnących jakoś poukładać sobie życie.

W kraju trwa tymczasem szaleńcza industrializacja. Fatalne warunki pracy i wyśrubowane normy nie zmieniają faktu, że w porównaniu z niemiecką okupacją Polakom żyje się lepiej. Mimo stalinowskiego terroru, który z biegiem lat staje się coraz bardziej selektywny, obywatele NSRR zaczynają adaptować się do nowych warunków w myśl hasła: „przeżyliśmy potop szwedzki, przeżyjemy i sowiecki”. Ponieważ wiąże się to z możliwością awansu, wielu młodych wstępuje w szeregi Konsomołu, a starsi do Wszechzwiązkowej Partii Komunistycznej (bolszewików) (od 1952 roku Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego).

Gdy w 1953 roku umiera Stalin, jego następca Nikita Chruszczow, w nagrodę za postawę „polskich obywateli radzieckich” włącza w granice NSRR tereny Śląska, Wielkopolski i Pomorza Zachodniego, odebrane wcześniej Niemcom. Przy tej okazji dochodzi do wielkich protestów w Berlinie, bowiem wcześniej Stalin obiecał te ziemie niedawno powstałej NRD. Protestujących berlińczyków pacyfikują radzieckie czołgi, a władze NSRR organizują gigantyczną akcję osiedleńczą na zachodnich rubieżach republiki.

I co dalej? Te same tendencje odśrodkowe, które w rzeczywistości, w latach 80., doprowadziły do rozpadu ZSRR, a w latach 90. powaliły na kolana rosję, w naszym scenariuszu, za sprawą Polaków, ujawniają się nieco wcześniej. Imperium trzeszczy już na początku lat 70. I na nic zdaje się przywrócenie Polsce, w 1976 roku, statusu samodzielnego formalnie państwa (ze stolicą znów w Warszawie). Gigantyczny ruch związkowy, nad którym Moskwa nie ma już takiej kontroli, szybko nabiera cech nacjonalistycznych i niepodległościowych. Kreml grozi czołgami, ale przykład znad Wisły rozlewa się po całym ZSRR. Koniec lat 70. i początek 80. upływa pod znakiem brutalnych pacyfikacji manifestacji, których uczestnicy nie domagają się już lepszych warunków pracy, ale przede wszystkim niezależności. Tbilisi, Wilno, Kijów, Warszawa… (ta ostatnia również zajeżdżona czołgami z czerwoną gwiazdą, gdyż armia radziecka nadal pozostaje w Polsce).

Brutalny terror kończy się w 1982 roku, wraz ze śmiercią twardogłowego Jurija Andropowa. Jego zgon  uruchamia lawinę protestów w krajach satelickich, które do tej pory wolały siedzieć cicho. Wolnych wyborów domagają się Czesi, Węgrzy, Rumuni. Nowy przywódca Związku Radzieckiego, Konstanty Czernienko, wie, że tego procesu zatrzymać się nie da…

—–

Podobało się? Mam nadzieję! Będzie mi miło, jeśli zechcecie wesprzeć mnie w dalszym pisaniu – twardych analiz, raportów, reportaży, a od czasu do czasu takich rozrywkowych form. „Wsparciowe” przyciski znajdziecie poniżej:

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi i Arkowi Drygasowi. A także: Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Piotrowi Rucińskiemu, Mateuszowi Borysewiczowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze i Marcinowi Barszczewskiemu.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Czytelnikowi Adamowi, Michałowi Wacławowi, Kasi Byłów, Czytelnikowi o pseudonimie Miazo, Gabrielowi Tańskiemu i Rafałowi Stadlerowi.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, „Międzyrzecze. Cena przetrwania” i „(Dez)informacji” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Polscy żołnierze pod Lenino/fot. domena publiczna

Ochotnik

Weekend weekendem, ale dobrymi wiadomościami warto się podzielić. Oto bowiem dziś przed południem rosjanie zmuszeni byli zestrzelić własny samolot, którego szczątki spadły na terytorium kontrolowane przez siły ukraińskie. A nie była to byle jaka maszyna, a jeden z dwóch (!) prototypowych ciężkich uderzeniowych bezzałogowców S-70 Ochotnik (co po rosyjsku znaczy „myśliwy”).

Nim napiszę więcej o incydencie, przyjrzyjmy się Ochotnikowi. Wedle kremlowskiej propagandy, wyprodukowano go w technologii „stealth”, jest więc „niewidzialny” (trudno wykrywalny dla radaru). Przewidziano go do współpracy z innym „anałogiem-w-miru-niet”, załogowym samolotem wielozadaniowym Su-57. Konstruktorzy z rosji poszli tropem wyznaczonym przez amerykańskich inżynierów, widząc Ochotnika jako tak zwanego „lojalnego skrzydłowego”. Jednak rosjanie nie zamierzali koncentrować się wyłącznie na formacji składającej się z załogowo-bezzałogowej pary. W docelowej postaci pojedynczy Su-57 współdziałałby z czterema S-70. Zbudowane w układzie latającego skrzydła bezzałogowce miały przenosić całe spektrum uzbrojenia rakietowego, doktrynalnie zakładano ich użycie jako maszyn torujących drogę bombowcom strategicznym.

Pierwsze informacje na temat S-70 pojawiły się w 2009 roku, pierwsze zdjęcia maszyny świat ujrzał osiem lat później. Zaawansowane testy prowadzone są od 2019 roku – tak przynajmniej wynika z doniesień płynących z rosji. Nie znamy ich prawdziwego przebiegu i nie wiemy, jak rosjanie radzą sobie z rozmaitymi problemami technicznymi. Mała liczba ukończonych prototypów wskazuje, że idzie im tak sobie.

Prawdopodobnie projekt napotyka na te same przeszkody, z jakimi mierzą się zakłady Suchoja przy konstrukcji i produkcji Su-57. Obie maszyny napędza ten sam silnik, a jednostki napędowe od zawsze były piętą achillesową rosjan. Wedle zapewnień sprzed dekady, siły powietrzne rosji winny obecnie dysponować kilkoma setkami Su-57, mają ich około 30, z czego tylko część w stanie lotnym. Mozolne tempo produkcji i wdrażania – poza przedłużającymi się pracami nad nowym silnikiem – wynikają także z braku legalnego dostępu do zachodniej elektroniki. Problem pojawił się już w 2014 roku, po pełnoskalowej inwazji na Ukrainę tylko się nasilił. Rodzimych zamienników brak, zakłady Suchoja bazują więc na mocno ograniczonych dostawach realizowanych w realiach kontrabandy. Co jeszcze raz podkreślę, dotyczy Su-57, ale z uwagi na tożsamy charakter wielu kluczowych systemów, no i samą ideę współpracy obu typów maszyn, zapewne dotyka też projekt S-70.

Realia technologiczne to jedno, wymogi propagandowe to inna para kaloszy – ruscy niczym kania dżdżu potrzebują dowodów, że mają armię zaawansowaną technicznie. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że Su-57 (maszyna w fazie „niemowlęcej”) i S-70 (prototyp!) pojawiły się dziś nad linią frontu w Ukrainie? Prawdopodobnie miały zrealizować jakąś misję, która następnie zostałaby odpowiednio ograna medialnie. Przy czym wątpię, by zakładano pobyt maszyn nad terytorium kontrolowanym przez wojska ukraińskie – w mojej ocenie, zadanie miało zostać zrealizowane w pobliżu linii frontu, ale – i tu dochodzimy do sedna incydentu – nieprzewidziane problemy techniczne (zapewne zerwana łączność między Su-57 a S-70) sprawiły, że oba samoloty poleciały dalej. Gdy stało się jasne, że nie ma innej opcji, załogowiec zestrzelił bezzałogowca. Obiektywnie patrząc, lepiej jeśli w ręce wroga wpadną szczątki wcześniej porażonej maszyny niż wrak noszący tylko ślady kolizji z ziemią.

Tak czy inaczej, w ręce Ukraińców wpadła najsekretniejsza rosyjska technologia. Co oznacza, że tajemnice „anałoga-w-miru-niet” poznają także zachodnie wywiady. O czym donoszę mimo wolnej soboty, polecając Waszej uwadze przyciski poniżej – piszę wszak głównie dzięki Waszemu wsparciu.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, „Międzyrzecze. Cena przetrwania” i „(Dez)informacji” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. mem z ukraińskiej infosfery – Su-57 pyta S-70: a ty gdzie? Przy tej okazji warto podrzucić inny dowcip sytuacyjny. Jak piszą internauci, wystarczyło dać S-70 odrobinę sztucznej inteligencji, by ten zechciał prysnąć z rosji. Cóż…

Dobro

Mam dziś urodziny, czterdzieste ósme. Gdy przyszedłem na świat w Polsce żyły jeszcze miliony ludzi, dla których II wojna światowa stanowiła osobiste doświadczenie. Nadal było ich mnóstwo, gdy zyskałem zdolność słuchania i rozmawiania o tym największym dramacie w historii ludzkości. Moim świadkiem była przede wszystkim Babcia, przez jakiś czas jej brat – póki neurodegeneracyjne dziadostwo nie odebrało mu mowy, a potem pchnęło w stronę wegetacji. Swoje dorzucali też starsi sąsiedzi, jednak to babcine wspomnienia wywarły największy wpływ i w jakiejś mierze ustawiły moje życie.

Mnóstwo było tych opowieści – i nieważne jak dramatycznych, Babcia relacjonowała je tonem niezwykle rzeczowym. Czasem tylko się zacinała, przerywała rozmowę, do której powrót trwał niekiedy nawet kilka tygodni. Teraz to oczywiste, że chodziło o emocje – ból, złość, niekiedy wstyd – ale jako chłopiec dusiłem w sobie irytację; po prawdzie to do dziś jest we mnie mnóstwo poznawczego głodu i frustracji, gdy z jakichś powodów ktoś lub coś uniemożliwia mi wgląd w pasjonujące historie. Tak czy inaczej nie odpuszczałem, wykorzystując każdą sposobność, by nakłonić do mówienia i wysłuchać seniorkę rodu. W którymś momencie stało się to czymś na miarę obsesji, dotarło bowiem do mnie, że ścigam się z czasem.

Jako dzieciak chodziłem po toruńskich fortach, w których trzymano sowieckich jeńców. Oglądałem ich rysunki na ścianach, uczyłem się rosyjskiego na notatkach i zostawionych tam napisach. Kiedyś zerwałem fragment otynkowania; nie mam pojęcia dlaczego. Kruchy dowód czyjejś historii zmienił się w proszek i pył. A mnie poraziło – doskonale pamiętam fizyczne aspekty tej sytuacji. Poczułem, że krzywdzę jakiegoś Saszę czy Aloszę. Dziś napisałbym o wtórnej wiktymizacji, wtedy tak mądry nie byłem – po prostu zabolała mnie świadomość, że „dokładam” ludziom wcześniej bestialsko zamordowanym przez Niemców. Od tamtej chwili nosiłem w sobie przekonanie o ulotności istnienia, co przełożyło się także na podejście do babcinych opowieści. Zosia nie młodniała; pragnąłem, by żyła 100 lat, ale natura i tak miała moje oczekiwania za nic. Babci coraz trudniej było wracać w przeszłość, a im bardziej nie pamiętała, tym mocnej chciałem dowiedzieć się jak najwięcej – póki jeszcze się dało. Postanowiłem być depozytariuszem tej historii, a potem – gdy ta potrzeba stała się nawykiem – także innych opowieści.

I tak zostało mi do teraz – ale o tym jeszcze później.

Spośród wspomnień Babci jedno szczególnie mocno „pracuje we mnie” do dziś. Gdy zimą 1945 roku sowieci zaczęli boje o Toruń, rodzina Wunderlichów, jak wszyscy sąsiedzi w kamienicy, ukryła się w piwnicy. Gdy działa umilkły i zdawało się, że najgorsze już minęło, Zofia opuściła schronienie. Poszła „na zwiady”. W mieszkaniu na parterze – tym samym, które było dla mnie domem przez ponad 20 lat – natknęła się na sowieckiego żołnierza, szabrownika, który z miejsca się na nią rzucił. „Drań powalił mnie i bił głową o podłogę. Darłam się wniebogłosy, z nadzieją, że ktoś usłyszy i przyjdzie z pomocą”, relacjonowała po latach. Przyszedł, oficer armii czerwonej. Wywlekł swojego na podwórze i zastrzelił. Tak po prostu.

Ów samosąd – akt brutalnej, ale przecież sprawiedliwości – znacząco odbiegał od wydarzeń, których świadkami, uczestnikami i ofiarami stali się wkrótce mieszkańcy toruńskiego Podgórza. Wejście sowietów było niczym karnawał przemocy – rabunku, gwałtu, mordów. Znajomą Babci zastrzelono, bo nie chciała oddać żołdakowi butów-oficerek – pamiątki po mężu, a zarazem idealnego obuwa na srogą zimę. „To był brudny, pijany i dziki motłoch”, wspomnienia krewnej nie odbiegały od powszechnie znanych doświadczeń innych osób, które zetknęły się z radzieckimi wyzwolicielami.

Ale był też ten oficer. I gdy o nim myślę, sądzę, że to za jego sprawą zagnieździł się w mojej głowie archetyp „dobrego ruska”. Mam w swoich powieściach (w „Uwikłanych” i w „Międzyrzeczu”) dwóch takich bohaterów. Oficerów współczesnej rosyjskiej armii – brutalnych, srogich, równolegle do tych cech pielęgnujących poczucie elementarnej sprawiedliwości i przyzwoitości. Lepszych od własnych towarzyszy i stojącej za nimi organizacji. Szukałem takich bohaterów i takich historii, gdy w 2015 roku pojechałem do Donbasu, na „tamtą stronę”. Po co? Wówczas mogła za tym stać rusofilia, z której dopiero później „wyleczyły” mnie rosyjskie zbrodnie w Ukrainie. Nade wszystko jednak robiłem to, co „zawsze”, co stało się paliwem, które pchnęło mnie do Iraku, Afganistanu, a później Ukrainy, „kazało” tam jeździć, gdy dorosłem i nie chciałem już tylko słuchać zamierzchłej historii i w niej jedynie tkwić. Gdy ktoś pragnie szukać dobra w miejscach przesiąkniętych złem, wojna jest idealnym miejscem.

Wiele babcinych opowieści miało ten pierwiastek dobra. Historia o rzucaniu chleba idącym do obozu sowieckim jeńcom – za co groziło rozstrzelanie, a co i tak nie powstrzymało Babci i jej sąsiadów („te bidoki wyglądały na żywe szkielety”), była jedną z takich relacji. Przywodziła mnie do wniosku, że ludzie nie są aż tacy źli – a tego bardzo potrzebowałem. Wciąż potrzebuję – to przekonanie, które mnie stabilizuje. Więc gdy ktoś mnie pyta o wybory zawodowe – o to, po co mi była ta wojenna reporterka – odpowiadam, że dla spokoju ducha. I nie ma w tym przekory, choć owszem, jest paradoks.

Mógłby ktoś zauważyć, że Babcia „sprzedała” mi swoją traumę. Epigenetyka miałaby w tym temacie co nieco do powiedzenia, nauki społeczne również. Jest coś na rzeczy, że traumę się dziedziczy, że za sprawą jakiegoś dziwacznego mechanizmu przechodzi ona z dziadków na wnuki. Odtwarza się i wytwarza na nowo, uzupełnia o świeże treści. Ja swoją matrycę wypełniłem doświadczeniami, które nijak się mają do tego, co przeżyła Zofia – lecz i tak było tego dość, by przez lata bujać się ze stresem pourazowym, a potem depresją. Czego nie piszę w tonie zarzutu wobec przodkini – boże broń! Mam w końcu wolną wolę, a patrząc wstecz, jeśli ktokolwiek ponosi tu odpowiedzialność, to ci, którzy straumatyzowali mi Babcię.

„Obyś synek nie żałował…”, usłyszałem od niej, gdy oznajmiłem po raz pierwszy, że jadę na wojnę. Mimo wszystko nie żałuję.

—–

Urodziny od jakiegoś czasu wprawiają mnie w melancholijny nastrój, skłaniają do podsumowań. Niech wybaczą ci, których zanudziłem – po weekendzie wracam do bieżącego raportowania.

A dziś chętnie przyjmę urodzinowe „kawy”, za które z góry pięknie dziękuję. Za subskrypcje zresztą również, wiadomo wszak, że piszę głównie dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Odpowiednie przyciski znajdziecie poniżej:

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, „Międzyrzecze. Cena przetrwania” i „(Dez)informacji” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Babcia, pierwsze powojenne lato…/fot. archiwum prywatne