Odstraszacz

Oto obszerny fragment wywiadu, jakiego udzieliłem „Krytyce Politycznej” – na temat amerykańskiego parasola nuklearnego, innych gwarancji bezpieczeństwa dla Polski oraz widoków na samodzielny polski atom.

„(…) Michał Sutowski, Krytyka Polityczna: NATO ma potencjał, ale co on nam gwarantuje? Że jak ktoś na nas zrzuci bombę atomową, to NATO mu odpowie?

Marcin Ogdowski: Nie ma w NATO mechanizmu automatycznej odpowiedzi „atom za atom”. Odstraszanie polega na czym innym – na przekonaniu przeciwnika, że użycie przez niego broni jądrowej uruchomi reakcję, której koszt będzie dla niego nie do przyjęcia. Jaka to będzie reakcja, pozostawia się celowo niedopowiedziane.

(…)

MS: Czy atak na Suwałki to byłoby coś, co zagraża integralności, względnie żywotnym interesom Sojuszu? Warto byłoby – z perspektywy USA czy Francji – ryzykować Waszyngtonem czy Paryżem za te kilometry kwadratowe pod litewską czy rosyjską granicą?

MO: To pytanie jest o tyle źle postawione, że sugeruje prosty scenariusz: rosja atakuje fragment terytorium NATO, a odpowiedzią Zachodu miałoby być natychmiastowe użycie strategicznej broni jądrowej. Tymczasem broń nuklearna jest w systemie odstraszania środkiem ostatecznym, a reakcje na zagrożenie mają charakter stopniowy i muszą być adekwatne do sytuacji. Nie widzę powodu, dla którego próba zajęcia czy infiltracji przygranicznych terytoriów Rzeczypospolitej miałaby od razu prowadzić do wymiany atomowych ciosów.

MS: Czyli zaryzykują?

MO: Nie w tym rzecz. NATO dysponuje znaczącym potencjałem konwencjonalnym – dysponuje nim także sama Polska – który pozwala reagować na takie zagrożenia bez sięgania po broń jądrową. Pytanie o to, czy ktoś „zaryzykuje Paryż czy Nowy Jork dla Suwałk”, jest publicystycznym skrótem myślowym, który upraszcza cały mechanizm eskalacyjny.

MS: Co to znaczy?

MO: To znaczy, że zakłada się jeden skrajny scenariusz – wymianę strategicznych uderzeń nuklearnych – pomijając całą drabinę eskalacji. Tymczasem arsenał jądrowy jest zróżnicowany. Istnieją niewielkie ładunki taktyczne, których efekt zniszczeń niewiele różni się od eksplozji bardzo dużej bomby konwencjonalnej. Są też ładunki zdolne niszczyć całe metropolie, o mocy wielokrotnie większej niż bomby zrzucone na Hiroszimę i Nagasaki. Pomiędzy nimi istnieje cały wachlarz wariantów pośrednich.

MS: Ale eskalacja chyba na tym polega, że my im małą, oni nam większą, no to my też…

MO: Ryzyko eskalacji oczywiście zawsze istnieje, ale ja mówię o czymś innym. Wiarygodność odstraszania NATO nie opiera się na założeniu, że Francuzi czy Amerykanie od razu narażą swoje stolice, żeby bronić jakiegoś fragmentu wschodniej flanki. Mechanizm odstraszania polega na tym, że przeciwnik nie jest w stanie przewidzieć, gdzie dokładnie znajduje się próg eskalacji i jakie konsekwencje może uruchomić jego działanie.

MS: Czyli sama groźba nuklearna rosji nie musi paraliżować Zachodu?

MO: Nie musi, zwłaszcza że rosja ma w tej grze znacznie więcej do stracenia niż cały Zachód.

MS: W jakim sensie?

MO: rosja w wymiarze cywilizacyjnym to Moskwa, Petersburg i kilka dużych ośrodków miejskich. Ich zniszczenie oznaczałoby w praktyce katastrofę państwowości rosyjskiej. Tymczasem nawet bardzo poważne zniszczenia kilkudziesięciu metropolii Zachodu byłyby tragedią, ale nie oznaczałyby końca całego systemu cywilizacyjnego. Ta asymetria jest jednym z powodów, dla którego sięgnięcie po ostateczny środek pozostaje skrajnie mało prawdopodobne.

MS: Odstraszanie nuklearne opiera się na założeniu, że przeciwnik ma do dyspozycji środki odpowiedniej mocy – i te NATO obiektywnie posiada. Druga rzecz to kwestia wiarygodności ich zastosowania, tzn. czy wierzymy, że ci drudzy zdecydują się zaryzykować eskalację. Czy wraz z rozpoczęciem drugiej kadencji Donalda Trumpa w USA wiarygodność tego amerykańskiego – i natowskiego – parasola jakoś istotnie spadła?

MO: Widzimy dziś różne działania administracji Trumpa, które bywają interpretowane jako gesty prorosyjskie albo sygnały zbliżenia amerykańsko-rosyjskiego. Na tej podstawie pojawiają się wnioski, że gwarancje bezpieczeństwa ze strony Stanów Zjednoczonych – także te nuklearne – mogą być mniej wiarygodne niż wcześniej.

Z drugiej strony widać też coś przeciwnego: wbrew zapowiedziom z kampanii wyborczej ta administracja nie unika użycia siły. Niedawna operacja w Wenezueli i obecna przeciwko Iranowi pokazują, że Trump nie jest politykiem szczególnie powściągliwym w decyzjach militarnych.

MS: Ale zrzucić bomby konwencjonalne na Teheran, który atomowych sam nie ma, jest mu chyba łatwiej niż wiarygodnie grozić rosji.

MO: Oczywiście to zupełnie inna skala ryzyka. Jeśli jednak mówimy o broni jądrowej, to pozostają nam głównie pewne symbole i pośrednie przesłanki wskazujące na gotowość jej użycia. Jedynym państwem, które faktycznie użyło broni jądrowej w warunkach bojowych, są Stany Zjednoczone. I to USA dysponują bezdyskusyjnie najefektywniejszym potencjałem technicznym w tym zakresie.

(…)

Marco Rubio w Monachium powiedział wprost, że Europa ma w większym stopniu brać odpowiedzialność za obronę konwencjonalną, natomiast Stany Zjednoczone pozostają gwarantem kluczowych elementów odstraszania – przede wszystkim wywiadu strategicznego i parasola nuklearnego. Oczywiście można podważać wiarygodność tych gwarancji i zastanawiać się, na ile są trwałe. Ale jak dotąd nikt w Waszyngtonie nie powiedział wprost, że Europa – czy Polska – miałaby zostać tej osłony pozbawiona.

(…)

MS: Co nam to daje francuska propozycja parasola nuklearnego?

MO: W razie konfliktu można szybciej przerzucić broń i jej nośniki w rejon potencjalnego teatru działań, bo mówimy tu o ładunkach taktycznych. W odstraszaniu bardzo ważny jest czas reakcji – przeciwnik musi brać pod uwagę, że takie środki mogą pojawić się w rejonie konfliktu bardzo szybko.

Ale oczywiście to nie jest game changer, tzn. Polska nie zacznie decydować o użyciu broni jądrowej, a ostateczna ocena sytuacji będzie należała do dowództwa francuskiego i prezydenta Republiki Francuskiej. To jest gest o ograniczonym, ale istotnym znaczeniu wojskowym, za to o bardzo dużym znaczeniu politycznym i symbolicznym.

MS: Francuzi w swej doktrynie zakładają, że broni jądrowej użyć można wtedy, gdy zagrożone jest terytorium lub „żywotne interesy” Francji. Tylko czy my będziemy w stanie zbudować taką wspólnotę interesów Polski i Francji, żeby na przykład poważne naruszenie polskiego terytorium stanowiło zagrożenie dla ich własnego „żywotnego interesu”?

MO: Ależ stanowi – w tym sensie, że Polska jest buforem strategicznym dla Niemiec i dla Francji. Moment, w którym Polska upada i rosjanie zajmują nasz kraj, byłby dla Francuzów bardzo niebezpieczny. I nie chodzi tylko o historyczne skojarzenia z czasów napoleońskich, kiedy wojska cara Aleksandra wkroczyły do Paryża.

W zimnowojennej doktrynie Francji wkroczenie wojsk sowieckich na terytorium Republiki Federalnej mogło być uznane za sytuację uzasadniającą użycie broni jądrowej. Dziś to buforowe terytorium przesunęło się dalej na wschód, dając Francji większą głębię strategiczną. Z czysto wojskowej perspektywy Polska jest dla Francji tym, czym dla Polski jest wschodnia Ukraina. Tak jak dla nas kluczowe jest zatrzymanie rosjan jak najdalej od własnych granic, tak dla Francji racjonalne jest utrzymanie konfliktu jak najdalej od Europy Zachodniej. Chodzi między innymi o zachowanie dystansu dla artylerii rakietowej średniego zasięgu i lotnictwa taktycznego, tak aby francuskie terytorium nie znalazło się w zasięgu takich systemów.

MS: Tylko czy to nie znaczy, że Francja owszem, zrobi wszystko, by rosjan zatrzymać – ale na Odrze? Nam to już niewiele pomaga…

MO: Musi to zrobić wcześniej, bo inaczej ryzyko dla samej Francji dramatycznie rośnie. Im dalej na zachód przesuwa się linia frontu, tym większa presja na użycie najbardziej radykalnych środków – włącznie z bronią jądrową. Z punktu widzenia Paryża znacznie bezpieczniej jest zatrzymać rosję jak najdalej na wschód, zanim konflikt zacznie bezpośrednio zagrażać Niemcom czy Francji.

Gdyby rosjanie dotarli do Odry, oznaczałoby to już zasadniczą zmianę układu sił w Europie i w praktyce strategiczne przełamanie w systemie obronnym NATO. Dlatego dla Francji racjonalne jest odstraszanie rosji na wschodniej flance Sojuszu, a nie dopuszczenie do sytuacji, w której konflikt przesuwa się w głąb kontynentu.

MS: (…) czy Polska jest w stanie uzyskać własny arsenał nuklearny? Taki, o którego użyciu decydowałoby kierownictwo polskiego państwa, a nie sojusznicy? Czy to byłoby w ogóle wykonalne?

MO: Przez lata III Rzeczypospolitej podstawowy próg niewykonalności sprowadzał się do słabości finansowej – po prostu nie byłoby nas na to stać. Dziś sytuacja wygląda inaczej: państwo polskie dysponuje znacznie większymi zasobami finansowymi. Od strony intelektualnej również mamy odpowiednie kadry, które byłyby w stanie taką broń opracować – to wbrew pozorom wymaga mniejszego zaplecza kadrowego niż choćby nadzór nad cywilną energetyką jądrową.

Problem polega na tym, że nie mamy dostępu do materiału rozszczepialnego. Nie da się go uzyskać w Polsce w skali, która umożliwiłaby budowę bomby jądrowej, a pozyskanie go z zewnątrz oznaczałoby wejście w konflikt z polityką Stanów Zjednoczonych, którym bardzo nie odpowiada, aby kolejne państwa w Europie zdobywały samodzielne zdolności nuklearne.

MS: Czyli to kwestia zgody politycznej USA?

MO: Nie tylko. Bo z czysto wojskowego punktu widzenia nasz ewentualny arsenał – gdybyśmy nawet taką broń opracowali – byłby bardzo ograniczony. Nie mamy odpowiednich nośników zdolnych do przenoszenia głowic nuklearnych na duże odległości. Teoretycznie można by skonstruować ładunek w formie pocisku artyleryjskiego czy bomby lotniczej, ale są to środki o bardzo ograniczonym zasięgu oddziaływania.

Ich zdolność odstraszania byłaby niewielka, bo żeby realnie zniechęcić rosję do agresji, trzeba być w stanie zagrozić jej najważniejszym ośrodkom – a nie tylko zgrupowaniom wojsk na froncie. Mówię o dużych miastach i centrach państwa położonych głęboko na terytorium federacji. Tymczasem Polska nie dysponuje dziś nośnikami pozwalającymi razić takie cele.

Pewne perspektywy w tym zakresie się pojawiają – choćby w kontekście współpracy z Koreą Południową – ale to na razie scenariusz bardziej długoterminowy niż coś, co mogłoby powstać w najbliższych latach.

MS: Ale między jedną brygadą gdzieś na froncie a Petersburgiem czy Moskwą jest jeszcze np. Królewiec, po rosyjsku Kaliningrad, z bazą marynarki wojennej. Czy to jest miejsce, którego strata jest dla rosjan nieakceptowalna? W sensie: takie, którego nie byliby gotowi poświęcić?

MO: Tu dotykamy dwóch kwestii. Pierwsza to „czerwona linia” związana z integralnością terytorium federacji rosyjskiej, której naruszenie – według rosyjskiej doktryny – mogłoby skutkować użyciem broni jądrowej. Ukraińcy w pewnym sensie powiedzieli: „sprawdzam”, wchodząc na terytorium obwodu kurskiego i utrzymując się tam przez wiele miesięcy. Gdyby rosyjskie deklaracje traktować dosłownie, należałoby się spodziewać reakcji nuklearnej – a jednak do niej nie doszło.

Królewiec to oczywiście trochę inna historia, bo mówimy o ważnym ośrodku wojskowym i prestiżowo byłaby to dla rosji większa strata. Mimo to nie sądzę, by była to strata absolutnie nieakceptowalna. Tym bardziej że wcale nie musielibyśmy uderzać tam bronią jądrową. Polska ma wszelkie możliwości, by w razie potrzeby neutralizować obwód królewiecki przy użyciu środków konwencjonalnych. W takiej sytuacji użycie broni nuklearnej byłoby po prostu nieadekwatne.

Tak czy inaczej, jeśli chcielibyśmy budować własny potencjał odstraszania nuklearnego wobec rosji, musielibyśmy być w stanie zagrozić jej najważniejszym ośrodkom państwowym i gospodarczym – czyli temu, co można nazwać zapleczem cywilizacyjnym kraju – a nie tylko jednostkom na froncie czy pojedynczym bazom wojskowym; rosyjski próg bólu jest zawieszony stosunkowo wysoko.

(…)

MS: A jak się do naszej sytuacji mają analogie historyczne do takich krajów, jak Izrael, Pakistan czy Korea Północna? One wszystkie uzyskały własny potencjał nuklearny z niejawną pomocą lub przyzwoleniem jakiegoś mocarstwa…

MO: Nie bardzo wyobrażam sobie sytuację, w której Amerykanom by zależało na „ubombowieniu” Polski, a więc na przekazaniu jej tych głowic czy choćby przyzwoleniu na to. Przykład izraelski nie przystaje zupełnie do sytuacji Polski, bo też Izrael jest otoczony przez państwa arabskie, z których niemal wszystkie – przynajmniej w czasach, kiedy Tel Awiw pozyskiwał broń jądrową, a więc w latach 60. – chciały go zepchnąć do morza. Inaczej mówiąc, poziom zagrożenia egzystencjalnego był zupełnie inny niż w przypadku Polski. Do tego pamiętajmy, że Stany Zjednoczone nie traktują rosji w taki sposób jak Polska: dla nich to jest upadające, schyłkowe mocarstwo, które w amerykańskich kalkulacjach militarnych nie jest przeciwnikiem, którego należałoby się szczególnie obawiać.

MS: A taka np. Korea Północna nie pytała Amerykanów o pozwolenie. I Chińczyków chyba też…

MO: Przykład północnokoreański też nie pasuje do Polski, choćby dlatego, że Koreańczykom do uzyskania odpowiedniego poziomu odstraszania wystarczy broń taktyczna. A to z tego prostego powodu, że od stanowisk ich artylerii do Seulu jest ledwie 40 kilometrów. Serce wrogiego kraju można zbombardować i spowodować koszmarne zniszczenia przy pomocy głowic taktycznych zapakowanych nawet do armaty. U nas to nie zadziała, bo ani pocisk artyleryjski, ani bomba lotnicza zrzucana grawitacyjnie nie doleci do Moskwy czy Petersburga.

MS: Czy powinniśmy dążyć do zastąpienia parasola amerykańskiego francuskim?

MO: Przede wszystkim sądzę, że w interesie Stanów Zjednoczonych leży utrzymanie strefy wpływów w Europie, a parasol nuklearny jest jednym z najważniejszych narzędzi tej polityki. Dlatego Amerykanie będą go dalej zapewniać, bo z ich perspektywy jest to stosunkowo niewielki koszt, a jednocześnie bardzo skuteczny instrument wpływu.

Możliwe, że będą w Europie redukować część sił konwencjonalnych, ale arsenału jądrowego i gwarancji nuklearnych raczej nie wycofają – niezależnie od tego, co będą dalej robić Francuzi czy Brytyjczycy. To jest ich strategiczny lewar wobec Europy.

Dlatego w praktyce nie chodzi o zastępowanie jednego parasola drugim, tylko raczej o jego uzupełnienie. Waszyngton nie ma żadnego interesu w tym, by swoje zdolności odstraszania nuklearnego przekazywać komuś innemu – a tym bardziej delegować je całkowicie na zewnątrz czy oddawać nowemu państwu.

Całość wywiadu – który jest znacznie obszerniejszy niż to, co zacytowałem – znajdziecie pod tym linkiem. Zapraszam do lektury!

—–

Jutro wracam do tematyki ukraińskiej. A gdybyście chcieli już dziś wesprzeć mnie w tworzeniu wschodniego raportu – albo po prostu w dalszym pisaniu – polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Rok 1954, eksplozja bomby jądrowej podczas testu Castle Romeo na atolu Bikini/fot. U.S. Department of Energy, domena publiczna

„Polaczki”?

Na początek odrobina historii.

W pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych prezydent Lech Wałęsa kilkukrotnie sugerował konieczność kupna ograniczonej liczby ładunków jądrowych. Taką operację można było przeprowadzić w Ukrainie – niejawnie, choć niemal legalnie – bądź zupełnie nielegalnie w rosji. Wywiad wojskowy dysponował wówczas wszystkimi niezbędnymi aktywami, które umożliwiłyby sukces takiej misji. Wbrew późniejszym zaprzeczeniom i próbom obrócenia sprawy w dowcip, ów pomysł był na poważnie rozważany w gronie najwyższych dowódców Wojska Polskiego. Czy próbowano go zrealizować? Żyją w tym kraju osoby mogące opowiedzieć na ten temat kilka ciekawych historii. Ja kilka z nich usłyszałem, przygotowując się do napisania powieści „Międzyrzecze”, której scenariusz zakładał, że Polsce tamta operacja się udała.

Ale w rzeczywistości się nie udała, bo akcję – na dość wczesnym etapie – storpedowali Amerykanie. Stawiając na szali przyszłość Polski w zachodnich strukturach bezpieczeństwa.

Znacznie większy wysiłek Waszyngtonu poszedł wówczas na Ukrainę – która głowic z posowieckich zasobów miała po korek (choć tylko część z nich realnie kontrolowała). Kijów poddano potężnej dyplomatyczno-ekonomicznej presji, czego efektem było niesławne Memorandum Budapesztańskie.

Polska weszła do NATO, jest dziś po dobrej stronie mocy, Ukraina krwawi, będąc w szarej strefie bezpieczeństwa.

Ukrainę z oczywistych powodów spowija żałoba po atomie, Polska zaś tak do końca nigdy się marzeń o jądrowym statusie nie pozbyła. Niepewność, jaką funduje nam Donald Trump i jego polityka, mocno te pragnienia ożywiła. Rozglądamy się więc za atomem innym niż tylko amerykański, wychodząc z założenia, że lepiej mieć dwa parasole niż jeden, a na okoliczność, gdyby któryś zawiódł, jeden niż żadnego. Ostatnio gadamy z Francją, gotową rozwijać sojuszniczy system, który byłby uzupełnieniem amerykańskich zdolności.

Realnie nic ponadto się nie dzieje – własny atom pozostaje przedmiotem publicystyki, zwykle mocno oderwanej od rzeczywistości.

A teraz o tejże.

Internet – jak zwykle – już swoje wie. Wypowiedź wiceszefa Pentagonu Elbridge’a Colby’ego o tym, że USA sprzeciwiałyby się rozwojowi własnych zdolności nuklearnych przez Polskę czy Niemcy, została natychmiast odczytana jako kolejny dowód na to, że administracja Donalda Trumpa „wypina się na Polskę”. W komentarzach pożal się boże specjalistów i komentatorów pojawiły się wątki o „głupich Polaczkach”, którym trumpiści pokazali miejsce w szeregu.

Problem w tym, że w tej wypowiedzi nie ma absolutnie niczego nowego.

Stany Zjednoczone od dziesięcioleci prowadzą konsekwentną politykę przeciwdziałania proliferacji broni jądrowej. Jej fundamentem jest podpisany w 1968 roku Traktat o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (NPT), który zakłada prosty układ: państwa posiadające broń atomową ograniczają jej rozprzestrzenianie, a państwa nieposiadające zobowiązują się jej nie rozwijać. Polska – podobnie jak Niemcy czy kraje skandynawskie – jest stroną tego porozumienia.

Z punktu widzenia Waszyngtonu pojawienie się kolejnych państw nuklearnych w Europie byłoby więc dokładnym przeciwieństwem tego, co amerykańska dyplomacja próbuje robić od ponad pół wieku. Logika, jaka za tym stoi, jest równie prosta co brutalna: im więcej państw z własną bronią jądrową, tym większe ryzyko eskalacji, niekontrolowanego użycia albo rozpadania się całej architektury nieproliferacji.

Dlatego Amerykanie od lat powtarzają ten sam schemat: zamiast narodowych programów atomowych proponują sojusznikom „parasole nuklearne”. W Europie oznacza to odstraszanie oparte na arsenałach USA, Wielkiej Brytanii i Francji oraz mechanizmy NATO – w tym program nuclear sharing.

Gdy więc amerykański urzędnik mówi, że Waszyngton sprzeciwiałby się polskiej czy niemieckiej bombie atomowej, nie ogłasza żadnej nowej doktryny. Powtarza stanowisko artykułowane przez kolejne administracje USA od czasów zimnej wojny.

Można oczywiście dyskutować, czy w świecie rosnącej rywalizacji mocarstw taki model nadal jest optymalny. Ale twierdzenie, że Colby pokazuje nam faka i że to kolejny dowód „odwrócenia się” Waszyngtonu od Warszawy, jest zwyczajnie dęte.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Osobliwości

W historii wojskowości ostatnia doba zapisze się jako czas wyjątkowych wydarzeń. Pozwólcie, że Wam o nich napiszę.

W nocy z 3 na 4 marca br. zatopiona została irańska fregata IRIS Dena. Co ciekawe, do zdarzenia nie doszło na Bliskim Wschodzie, ale na Oceanie Indyjskim, około 40–44 mil morskich na południe od Galle na Sri Lance. Pentagon potwierdził, że jednostka została trafiona przez amerykański atomowy okręt podwodny.

Fregata – z załogą liczącą około 140–180 marynarzy – wracała z Indii, gdzie uczestniczyła w międzynarodowym przeglądzie flot oraz ćwiczeniach morskich MILAN w Visakhapatnam. Po trafieniu okręt wysłał sygnał alarmowy, a następnie zatonął; na miejsce skierowano siły ratownicze Sri Lanki. Według wstępnych danych uratowano kilkudziesięciu marynarzy (m.in. 32 przewieziono do szpitala w Galle), natomiast ponad 100 członków załogi uznano za zaginionych, a część ciał odnaleziono podczas akcji poszukiwawczej.

Amerykański sekretarz obrony potwierdził, że okręt został zatopiony torpedą, podkreślając, że był to pierwszy przypadek bojowego zatopienia wrogiej jednostki przez amerykański okręt podwodny od czasów II wojny światowej, a zarazem pierwsze na świecie takie zdarzenie od momentu zatopienia argentyńskiego krążownika ARA General Belgrano przez brytyjski okręt podwodny w 1982 roku (podczas wojny o Falklandy).

—–

Drugim wydarzeniem o wyjątkowym charakterze była walka powietrzna nad Teheranem, podczas której izraelski myśliwiec F-35I „Adir” zestrzelił irański samolot szkolno-bojowy Jak-130.

Do incydentu doszło dziś nad ranem, gdy izraelskie lotnictwo prowadziło kolejną falę uderzeń na cele wojskowe w stolicy Iranu i jej okolicach. Według komunikatu izraelskich sił zbrojnych maszyna irańska próbowała przechwycić jedną z formacji uderzeniowych; została jednak zestrzelona przez F-35I jeszcze nad obszarem metropolitalnym Teheranu.

Wydarzenie ma znaczenie historyczne z kilku powodów. Po pierwsze, jest to pierwsze w historii bojowe zestrzelenie załogowego samolotu przez myśliwiec F-35, który dotąd używany był głównie do uderzeń na cele naziemne i misji uderzeniowo-rozpoznawczych. Po drugie, był to pierwszy przypadek od około czterech dekad, gdy izraelskie lotnictwo zestrzeliło w powietrzu załogowy samolot przeciwnika – poprzednio miało to miejsce w 1985 roku, gdy izraelskie F-15 strąciły syryjskie MiG-23 nad Libanem.

Sam Jak-130 jest rosyjskim samolotem szkolno-bojowym zdolnym do przenoszenia uzbrojenia i wykonywania zadań lekkiego wsparcia, ale w konfrontacji z myśliwcem piątej generacji jego możliwości bojowe są wyraźnie ograniczone.

—–

Na marginesie tych wydarzeń pojawiła się jeszcze jedna historia, która – jeśli się potwierdzi – dobrze pokazuje specyfikę sił zbrojnych państw Zatoki Perskiej. Gdy przed dwoma dniami nad Kuwejtem utracono trzy amerykańskie F-15, pierwsze doniesienia wskazywały, że maszyny padły ofiarą kuwejckich baterii Patriot.

Dziś zaczęły pojawiać się informacje sugerujące inny przebieg zdarzeń – według nich amerykańskie samoloty miały zostać omyłkowo zestrzelone przez kuwejckiego F/A-18. W części relacji pojawia się informacja, że pilot „Horneta” był Amerykaninem służącym kontraktowo w kuwejckim lotnictwie, wcześniej pilotem US Navy. Nie byłoby to nic nadzwyczajnego: armie takich państw jak Kuwejt, Katar czy Zjednoczone Emiraty Arabskie od lat w dużym stopniu opierają się na zagranicznych specjalistach – zarówno instruktorach, jak i pilotach – ponieważ niewielkie społeczeństwa tych krajów mają ograniczone zasoby kadrowe, a jednocześnie dysponują bardzo nowoczesnym sprzętem wymagającym wysokich kwalifikacji. W przeszłości w siłach powietrznych państw Zatoki latali m.in. Amerykanie, Brytyjczycy czy Australijczycy, często byli piloci wojskowi zatrudniani na kontraktach szkoleniowych lub operacyjnych.

A ta historia – jeśli się potwierdzi – ma dodatkowy smaczek. Piloci sił powietrznych (USAF) „od zawsze” rywalizują z lotnikami marynarki wojennej. Trójka zestrzelonych przedwczoraj Amerykanów była z tej pierwszej formacji, co w branży stało się powodem do żartów. „Oto US Nawy wysuwa się na prowadzenie”, orzekli złośliwcy. Inni dostrzegli, że skoro wszyscy uczestnicy niefortunnej walki powietrznej byli Amerykanami, „sprawa zostaje w domu, więc tak jakby jej nie było…”.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Irańska fregata widziana z amerykańskiego okrętu. To screen z udostępnionego filmu, na którym widać też moment trafienia okrętu.

Parasol

Wczoraj Polska potwierdziła, że prowadzi rozmowy z Republiką Francuską oraz grupą najbliższych sojuszników europejskich w sprawie „zaawansowanego programu odstraszania nuklearnego” – inicjatywy, którą zaproponował prezydent Emmanuel Macron. Premier Donald Tusk podkreślił, że działanie to ma służyć defensywie i odstraszaniu potencjalnego agresora przed popełnieniem ataku na państwa członkowskie UE i NATO.

Francuski rząd zadeklarował chęć rozwinięcia nowej doktryny odstraszania nuklearnego o element europejskiej współpracy. Zakłada ona m.in.: zwiększenie francuskiego arsenału nuklearnego (pierw­sze takie rozszerzenie od 1992 roku), udział europejskich sojuszników w ćwiczeniach nuklearnych oraz możliwość czasowego rozmieszczenia elementów francuskich zdolności nuklearnych (np. samolotów czy morskich sił strategicznych) na terytorium sojuszników. Działoby się to jednak bez formalnego podziału kontroli nad bronią – tu pełną decyzyjność zachowałby Paryż.

Francuska oferta ma być dodatkiem do istniejącego NATO-wskiego parasola nuklearnego, a nie jego konkurencją. Projektem, poza Polską, zainteresowane są Wielka Brytania (która ma własną broń jądrową), Niemcy, Holandia, Belgia, Grecja, Szwecja i Dania.

Dziś w TVP opowiadałem, co o tym sądzę – stwierdziłem, że lepiej mieć dwa parasole niż jeden, a na okoliczność, gdyby któryś zawiódł, dysponować jednym niż żadnym. Na antenie nie bardzo był czas, by tę myśl rozwinąć, uczynię więc to teraz.

—–

W polskiej debacie o odstraszaniu nuklearnym od lat dominuje jeden paradygmat: jeśli „atom”, to wyłącznie amerykański. Wszystko inne traktowane jest jako ersatz albo europejska fantazja. Problem polega na tym, że środowisko bezpieczeństwa, w którym ten paradygmat się ukształtował, wyraźnie się zmienia. Nie chodzi o to, że Stany Zjednoczone przestają być gwarantem bezpieczeństwa Europy, lecz o to, że ich zaangażowanie coraz silniej podlega globalnym kalkulacjom i wewnętrznym wahaniom politycznym. Tymczasem państwo położone przy granicy z obwodem królewieckim i Białorusią nie może opierać swojej strategii wyłącznie na takim źródle odstraszania. Dlatego rozmowa o włączeniu się w europejską architekturę budowaną wokół potencjału Francji nie jest alternatywą wobec USA, lecz próbą koniecznej dywersyfikacji.

Francuski arsenał nie jest liczebnie porównywalny z amerykańskim czy rosyjskim – to „zaledwie” 300 głowic. Ale nie musi być. Odstraszanie nuklearne nie polega na symetrii, lecz na wiarygodności zadania nieakceptowalnych strat. A ta wiarygodność w przypadku Francji jest realna: dysponujący jądrowym komponentem lotniczym i morskim Francuzi byliby w stanie zadać rosji koszmarne straty w jej europejskiej części. Kalkulacje Moskwy dotyczące ewentualnej agresji na Polskę musiałyby to uwzględnić.

Istotne jest także położenie geograficzne i polityczne. Dla Francji destabilizacja Europy Środkowej oznacza bezpośredni kryzys Unii Europejskiej i zagrożenie dla jej własnego bezpieczeństwa. Dla Stanów Zjednoczonych nasz region pozostaje jednym z kilku globalnych teatrów operacyjnych. To nie zarzut wobec Waszyngtonu, lecz konsekwencja jego pozycji mocarstwa światowego. Tymczasem im bliższa jest identyfikacja interesów, tym silniejsza wiarygodność odstraszania.

Oczywiście decyzja o użyciu francuskiej broni pozostaje w rękach prezydenta Francji. Tak samo jak w NATO decyzja o użyciu amerykańskiej broni należy do Waszyngtonu. Suwerenność nuklearna jest z definicji niepodzielna. Różnica nie polega więc na formalnej kontroli, lecz na tym, jak blisko nasze bezpieczeństwo leży w rdzeniu interesów danego państwa.

—–

Wojna w Ukrainie brutalnie pokazała, że bezpieczeństwo europejskie nie jest stanem naturalnym, lecz projektem wymagającym realnych zasobów i twardych decyzji. Jeśli Europa ma budować choćby częściową autonomię strategiczną, odstraszanie nuklearne pozostaje jej fundamentem.

Można uznać, że to nie nasza sprawa – że wystarczy amerykański parasol. Problem w tym, że Polska nie ma wpływu na cykle polityczne w Waszyngtonie ani na globalne priorytety Stanów Zjednoczonych. Ma natomiast wpływ na to, czy będzie współtworzyć europejski wymiar bezpieczeństwa i w ten sposób dywersyfikować własne gwarancje.

Ryzyka są realne. Po pierwsze – eskalacyjne. Każde wzmocnienie odstraszania może zostać przez rosję wykorzystane jako pretekst do demonstracji siły lub presji hybrydowej. Po drugie – finansowe i infrastrukturalne. Udział w takim mechanizmie oznacza koszty: dostosowanie infrastruktury, systemów łączności, procedur. Po trzecie – polityczne, bo spór o prymat modelu amerykańskiego czy europejskiego może pogłębiać wewnętrzne podziały.

Alternatywą jest jednak bierność i wiara, że obecny układ przetrwa bez zmian. A Polska nie dysponuje głębią strategiczną w sensie geograficznym. Jej „głębia” musi być budowana politycznie i sojuszniczo. Francuski komponent odstraszania nie zastąpi NATO, lecz może je wzmocnić, tworząc dodatkową warstwę zabezpieczenia. W świecie pełnym zagrożeń taka warstwa nie jest luksusem, lecz polisą ubezpieczeniową. Państwo pierwszej linii nie może pozwolić sobie na strategiczną monogamię.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Jakubowi Łysiakowi, Tomaszowi Krajewskiemu, Piotrowi Rucińskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi oraz Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewic. A także: Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Jakubowi Kojderowi, Adamowi Cybowiczowi, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Przemysławowi Kowalskiemu, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej i Piotrowi Habeli.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Irenie Cyrn i Witkowi Strojnemu.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Scenariusze

Napięcie między USA, Izraelem a Iranem weszło w fazę otwartej konfrontacji. Dziś pytanie nie brzmi już, czy Iran odpowie, lecz jak daleko ta wojna może się posunąć. Czy będzie to szybka zmiana władzy w Teheranie, długotrwała wojna wyniszczająca, czy początek chaosu porównywalnego z Irakiem po 2003 roku?

Amerykańsko-izraelska operacja rozpoczęła się od klasycznego uderzenia dekapitacyjnego wymierzonego w rdzeń systemu władzy i aparatu bezpieczeństwa. Celem stały się centra dowodzenia, łączność, wybrane instalacje rakietowe oraz kluczowi dowódcy Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC). Tego typu operacja ma sparaliżować łańcuch dowodzenia i wywołać dezorganizację, zanim przeciwnik zdoła przejść do skoordynowanej odpowiedzi. Ma też wymiar psychologiczny – pokazuje, że nikt nie jest bezpieczny nawet w najgłębiej chronionych ośrodkach.

Pytanie jednak, czy Iran był na taki scenariusz przygotowany.

Islamska Republika od dekad funkcjonuje w warunkach permanentnego zagrożenia. System władzy zaprojektowano tak, by przetrwać poważne straty kadrowe. IRGC posiada równoległe wobec armii regularnej struktury dowodzenia, a sukcesja polityczna i wojskowa w wielu obszarach została wcześniej zaplanowana. Infrastruktura związana z programem rakietowym jest rozproszona i głęboko bunkrowana, a system dowodzenia w ostatnich latach decentralizowano, by utrudnić jego sparaliżowanie jednym ciosem.

Dlatego pierwsze godziny wojny nie przesądzają o jej wyniku. Uderzenie było spektakularne i kosztowne dla Teheranu, lecz nie musi oznaczać załamania państwa. Jak potoczą się jego losy – i losy tego konfliktu?

—–

W najbardziej korzystnym dla USA i Izraela wariancie obecna operacja nie przerodzi się w długą wojnę regionalną, lecz doprowadzi do pęknięcia wewnątrz irańskiego systemu władzy.

Kluczowe jest tu rozróżnienie między aparatem wojskowo-rewolucyjnym a strukturą państwową jako taką.

Prawdopodobnie nie przez przypadek dotychczasowe uderzenia koncentrowały się przede wszystkim na wojskowych – dowódcach IRGC, centrach dowodzenia. Infrastruktura cywilna i administracyjna nie stała się głównym celem. Jeśli ten schemat się utrzyma, może to oznaczać próbę wywołania kontrolowanej implozji reżimu: osłabienia twardego rdzenia siłowego przy pozostawieniu przestrzeni dla alternatywy politycznej.

Taki scenariusz zakłada, że w Teheranie dojdzie do wewnętrznego przesilenia. Część elit – technokratów, administracji państwowej, biznesu powiązanego z eksportem ropy – może uznać, że dalsza konfrontacja z Zachodem grozi przetrwaniu państwa. Jeśli jednocześnie aparat siłowy zostanie osłabiony personalnie i logistycznie, presja na zmianę kursu może wzrosnąć.

Nie musi to oznaczać natychmiastowego upadku Islamskiej Republiki. Bardziej realna byłaby „korekta systemu”: odsunięcie najbardziej konfrontacyjnych frakcji, ograniczenie roli części struktur IRGC, powrót do negocjacji w sprawie programu nuklearnego i próba wyjścia z izolacji. Dla Waszyngtonu byłby to sukces bez konieczności okupacji czy długotrwałej operacji lądowej.

Warunkiem powodzenia takiego scenariusza jest jednak kilka czynników. Po pierwsze – utrzymanie presji militarnej przy jednoczesnym unikaniu masowych strat cywilnych, które mogłyby skonsolidować społeczeństwo wokół twardej linii. Po drugie – konieczny jest jasny sygnał, że Zachód zaakceptuje „Iran po korekcie”, a nie wyłącznie Iran całkowicie zdemontowany. Po trzecie – nie mniej istotny jest brak bezpośredniej interwencji rosji i Chin, które mogłyby wzmocnić najbardziej radykalne frakcje. Nie chodzi tu o bezpośrednie wejście w wojnę (na to ani Moskwa, ani Pekin nie są gotowe), ale o stworzenie sytuacji analogicznej do zachodniego wsparcia dla Ukrainy. O ile w przypadku rosji to mało realny scenariusz, o tyle Chiny miałyby tu znacznie więcej asów w rękawie.

Załóżmy jednak, że do niczego takiego nie dojdzie, a Amerykanom i Izraelczykom uda się zrealizować najkorzystniejszy scenariusz. Skutki takiego rozwoju wydarzeń byłyby daleko idące. Regionalne napięcie stopniowo opadłoby, ceny ropy wróciłyby do stabilniejszych poziomów, a Izrael zyskałby większe poczucie bezpieczeństwa strategicznego. Bliski Wschód nie stałby się przestrzenią wieloletniej wojny, lecz przeszedłby przez okres ostrego, ale krótkiego przesilenia.

—–

Najbardziej realistyczny wariant zakłada, że konflikt nie doprowadzi ani do szybkiej zmiany władzy w Teheranie, ani do załamania państwa. Iran przetrwałby pierwszy szok, odbudował łańcuch dowodzenia i przeszedł do strategii przetrwania. Wojna przekształciłaby się w długotrwałą, kontrolowaną eskalację.

W tym scenariuszu USA i Izrael kontynuowałyby precyzyjne uderzenia w infrastrukturę wojskową i program rakietowy. Iran odpowiadałby asymetrycznie: atakami rakietowymi i dronowymi, aktywizacją milicji w Iraku i Syrii, presją na żeglugę w rejonie Cieśniny Ormuz oraz wykorzystaniem Hezbollahu.

Konflikt przybrałby formę wojny na wyczerpanie. Kluczowa byłaby zdolność do utrzymania działań przez miesiące. Iran ponosiłby straty, ale zachowałby możliwość zadawania ograniczonych uderzeń. USA i Izrael utrzymywałyby przewagę powietrzną, lecz nie wyeliminowałyby całkowicie zagrożenia rakietowego.

Region znalazłby się w stanie permanentnego napięcia. Liban pozostałby niestabilny, Irak balansowałby między presją Teheranu a obecnością amerykańską, a państwa Zatoki zwiększałyby inwestycje w obronę powietrzną i ochronę infrastruktury energetycznej. Żegluga w Zatoce Perskiej funkcjonowałaby przy podwyższonym ryzyku, co przełożyłoby się na wyższe koszty transportu.

Gospodarczo oznaczałoby to utrzymywanie się cen ropy na podwyższonym poziomie – niekoniecznie dramatycznym, lecz zwiększającym presję inflacyjną. Politycznie skutkowałoby to dalszą militaryzacją regionu oraz większym zaangażowaniem mocarstw zewnętrznych. Dla Chin, jako największego importera ropy z regionu, kluczowe byłoby utrzymanie minimalnej stabilności szlaków energetycznych, nawet kosztem cichego wsparcia dla Teheranu.

Społecznie Iran nie musiałby eksplodować rewolucją. Zewnętrzna presja mogłaby częściowo konsolidować społeczeństwo wokół państwa, mimo pogarszającej się sytuacji gospodarczej. Reżim adaptowałby się do warunków wojennych, jak w przeszłości w okresach sankcji.

Byłby to scenariusz bez spektakularnego finału – bez upadku Teheranu i bez jednoznacznego zwycięstwa Zachodu. Konflikt stałby się kosztowną, przedłużającą się normalnością.

—–

Najczarniejszy wariant zakładałby nie tylko osłabienie reżimu, lecz jego faktyczne załamanie. Uderzenia dekapitacyjne, dalsze straty wśród dowódców IRGC oraz zniszczenie kluczowych węzłów dowodzenia mogłyby doprowadzić do rozpadu spójności aparatu państwowego. Jeśli równocześnie doszłoby do głębokiego kryzysu gospodarczego i masowych niepokojów społecznych, Iran wszedłby w fazę wewnętrznej destabilizacji.

Taki rozwój wydarzeń nie oznaczałby jednak automatycznie prozachodniego przełomu. Historia Iraku po 2003 roku pokazała, że upadek centralnej władzy w państwie o silnych podziałach wewnętrznych może prowadzić do próżni bezpieczeństwa, a nie do szybkiej demokratyzacji. Iran jest krajem wieloetnicznym i regionalnie zróżnicowanym. Kurdowie na północnym zachodzie, Beludżowie na wschodzie czy Arabowie w Chuzestanie mogliby wykorzystać osłabienie centrum do realizacji własnych aspiracji. Rywalizujące frakcje IRGC, struktur bezpieczeństwa i duchowieństwa mogłyby wejść w otwarty konflikt o kontrolę nad państwem.

W takim scenariuszu pojawiłoby się ryzyko rozproszenia arsenału rakietowego oraz infrastruktury związanej z programem nuklearnym. Nawet jeśli nie doszłoby do przejęcia broni przez podmioty niepaństwowe, sama utrata centralnej kontroli oznaczałaby wieloletni chaos. Milicje, które dotąd działały jako narzędzie polityki zagranicznej Teheranu, mogłyby przekształcić się w autonomiczne ośrodki siły.

Konsekwencje regionalne byłyby poważne. Irak i Liban, już dziś kruche politycznie, znalazłyby się pod dodatkową presją. Turcja, rosja czy państwa Zatoki mogłyby próbować zabezpieczać własne interesy poprzez wsparcie wybranych frakcji. Izrael stanąłby przed dylematem: czy chaos w Iranie jest mniejszym zagrożeniem niż stabilny, ale wrogi reżim.

W wymiarze społecznym oznaczałoby to falę uchodźców – potencjalnie liczoną w milionach – kierującą się do Turcji, Azji Środkowej i Europy. Gospodarczo skutkiem byłaby poważna destabilizacja rynku energii. Zakłócenia eksportu z Iranu oraz niepewność w rejonie Zatoki Perskiej mogłyby wywindować ceny ropy do poziomów wyraźnie przekraczających 100 dolarów za baryłkę, z globalnymi konsekwencjami inflacyjnymi.

Największe ryzyko tego scenariusza polegałoby jednak na czymś innym: na utracie kontroli nad procesem. W przeciwieństwie do operacji wojskowej, którą można planować i kalibrować, rozpad państwa jest zjawiskiem trudnym do przewidzenia i jeszcze trudniejszym do zatrzymania. Upadek reżimu nie musiałby oznaczać końca zagrożenia – mógłby stać się początkiem długotrwałej niestabilności.

Ale czy plan na „dzień po” w ogóle istnieje? O tym piszę w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Amerykańskie F-35, zdjęcie ilustracyjne/fot. Bartek Bera