Przytyk

I co z tym Donbasem? – pytają mnie Czytelnicy. – Miała być wielka bitwa, a jak na razie nic takiego się nie dzieje – zauważają. Skądinąd słusznie, bo w potocznym przekonaniu „bitwa” to jednorazowy incydent, a że mało uczymy się historii najnowszej, to zwykle jeszcze postrzegamy ją jako kilkugodzinne zmagania. Coś jak starcie pod Grunwaldem, trwające od rana do wieczora. Nakłuli się, narąbali – i przed zachodem słońca skończyli. Współczesność tymczasem – tak dramatycznie nieobecna w programach szkolnych – już na stałe zmodyfikowała pojęcie „bitwy”; takie boje nad Sommą czy pod Verdun toczyły się przez kilka miesięcy i de facto były serią imponujących potyczek, z których część – z uwagi na rozmach – zasługiwałaby na osobną kategorię w historii. To w takim ujęciu używa się dziś określenia „bitwa o Donbas”, w takich okolicznościach pierwsze 30 dni bojów na północy Ukrainy zyskało miano „bitwy o Kijów”. Oczywiście, określenia „kampania w Donbasie” czy „kampania we wschodniej Ukrainie” byłyby bardziej na miejscu, ale z jakichś (nieistotnych w tym momencie) powodów bardziej wolimy słowo „bitwa”. Niech więc tak będzie – i dajmy sobie spokój z rozważaniami natury metodologiczno-semantycznej.

Rozstrzygnięć nie ma i przez wiele dni nie będzie. Rosjanie przyjęli strategię „macania” ukraińskiej obrony, szukania jej słabszych punktów. Metodą klasycznie rosyjską, czyli rozpoznaniem bojem. Ładują więc z artylerii wzdłuż całej linii frontu, a potem posyłają do ataku piechotę wspartą czołgami i wozami bojowymi. Co znamienne, „mięsem armatnim” są zwykle oddziały z tak zwanych ludowych republik; źle wyszkolone, źle wyekwipowane, kiepsko zmotywowane. Ale nadające się do „badania gruntu”. Tam, gdzie sytuacja jest obiecująca, do akcji wkraczają grupy bojowe regularnej rosyjskiej armii. Dla pewności – jest coraz więcej doniesień na ten temat – „ubezpieczane” przez kadyrowców. Ubezpieczane tak, jak w czasach II wojny światowej ubezpieczały nacierające wojska oddziały zaporowe NKWD. Stalinowski rozkaz nr 227 – znany pod hasłem „ani kroku wstecz!” – wygasł wraz z zakończeniem tamtego konfliktu, ale wiele wskazuje na to, że stał się inspiracją dla współczesnych dowódców rosyjskich sił zbrojnych. Wpadły więc pierwszoliniowe orki w kleszcze – z przodu Ukraińcy, z tyłu swoi Czeczeni – lecz wbrew intencjom generałów, nie przekłada się to na spektakularne sukcesy. O przełamaniu frontu nie ma mowy, a kilka lokalnych zdobyczy pozostaje bez wpływu na strategiczną sytuację w Donbasie.

Rosjanie popełnili tu kardynalny błąd (który to już w tej wojnie?). Działają „ławą”, zamiast skupić się na jednym, dwóch punktach. Lokalne ataki z zachowaniem znacznej przewagi w ludziach i sprzęcie przyniosłyby im większe korzyści; w taki sposób łatwiej byłoby zrobić we froncie wyrwę. Mam wrażenie, że powody rosyjskiego zaniechania są natury mentalnej. Że tamtejsi sztabowcy planują operacje jakby znów/wciąż istniał Związek Radziecki, a armia liczyła miliony żołnierzy. I zachowała wysokie możliwości ofensywne, przy jednoczesnej zdolności do obrony już zajętych terytoriów. A tak wcale nie jest. Rosjanie mają w Donbasie około 70 tysięcy żołnierzy, których wspiera 20 tysięcy „wojskowych” z separatystycznych republik i kilkanaście tysięcy najemników. Ukraińskie siły liczą mniej więcej tyle samo ludzi. Fakt, iż obrońcom udało się przerzucić na wschód spore oddziały (wcześniej było tam 40 tysięcy żołnierzy), dowodzi kolejnego rosyjskiego błędu. We właściwie prowadzonej wojnie – patrząc z rosyjskiej perspektywy – Ukraińcy nie powinni mieć takiej swobody operacyjnej. Jest ona dla Rosjan tym bardziej niebezpieczna, że u obrońców nie ma rozróżnienia na jednostki lepsze i gorsze. Tak naprawdę do boju o Donbas stanęła elita ukraińskiej armii – brygady zaprawione w bojach jeszcze z czasów sprzed inwazji oraz oddziały ostrzelane i okrzepłe w bitwie o Kijów. Do pięt nie dorastają im „wagnerowcy” gorszego sortu, wojskowi z łapanki z DRL i ŁRL czy „tik-tokowi” bojownicy z Czeczenii. Dlaczego? Do tej pory zginęło trzy tysiące z ośmiu tysięcy delegowanych do Ukrainy najemników; w zastępstwie poległych, na wojnę wysyła się już nie „ex-specjalsów”, bo tych w Rosji mocno ubyło, ale chętnych do szybkiego zarobku mężczyzn po służbie zasadniczej, których wartość bojowa jest wysoce wątpliwa. Z kolei „armiom” republik ludowych brakuje ochotników, od tygodni trwają więc „łowy” na mężczyzn w Doniecku i Ługańsku; takie wojsko nada się do pacyfikacji cywilów, w innych okolicznościach zwyczajnie się nie sprawdza. Podobnie jak kadyrowcy, nieźle wyekwipowani i odważni, ale kompletnie nieogarniający podstaw wojskowej taktyki. I masowo ginący na skutek tych warsztatowych braków, złośliwie określanych mianem głupoty.

Zatem tylko regularne rosyjskie wojsko może stawić czoła obrońcom. I oczywiście, ma ono wielką przewagę w lotnictwie i artylerii, sporą w czołgach i wozach bojowych. Wystarczającą, gdyby mądrze tych atutów użyć. Ale jako się rzekło – Rosjanie z nich nie korzystają. A czas działa na pożytek Ukraińców. Zachód śle do Ukrainy już nie tylko lekki sprzęt. W ciszy dzieją się naprawdę wielkie rzeczy i już niebawem część rosyjskich atutów uda się zniwelować. Tak naprawdę pozostanie im jedynie nieproporcjonalnie silne lotnictwo, ale po pierwsze, udowodnili już, że nie potrafią z niego efektywnie korzystać, po drugie, zmienia się struktura wyposażenia przeciwlotniczego i przeciwrakietowego ukraińskich wojsk na wschodzie kraju. Bez wchodzenia w szczegóły, pojawia się tam coraz więcej sprzętu o lepszych parametrach niż naramienne wyrzutnie. Swoboda operacyjna rosyjskiego lotnictwa nad Ukrainą będzie więc spadać, nie rosnąć.

Stąd przekonanie, że Ukraińcy mogą bitwę o Donbas wygrać.

I oczywiście, dojdzie do tego dzięki pomocy Zachodu (w tym Polski). Co podkreślam, bo spotkałem się dziś z absurdalnym zarzutem na Twitterze. „Bez Zachodu Ukraińcy nie byliby w stanie się bronić”, pisze jeden z użytkowników. Kontekst tej wypowiedzi nie pozostawia wątpliwości, że był to przytyk w stronę obrońców. Tyleż zabawny, co żałosny. Bo owszem, dostawy broni i amunicji są ważne. Wsparcie wywiadowcze może nawet bardziej istotne. Fakt, iż między 2015 a 2021 rokiem 70 tysięcy ukraińskich żołnierzy każdego szczebla przeszło różnorakie szkolenia pod okiem instruktorów NATO (także Polaków), zdecydowanie pracuje dziś na korzyść obrońców. Którym zdrowie i życie ratuje zaimplementowany z zachodnich armii system medycyny pola walki (mój boże, w 2015 roku modliłem się, by mnie nic nie trafiło, albo żeby trafiło „na amen”. Przyzwyczajony do realiów natowskiego Medavacu, świadomości, że gdziekolwiek będę, w ciągu godziny wyląduję na stole operacyjnym, a wcześniej fachowa ręka odpowiednio mnie „zaopatrzy”, z przerażeniem oglądałem rozklekotany ambulans ukraińskiego wojska w Popasne i słuchałem lekarza, który mówił mi, że „jego” stół jest z lat 50., a żołnierzy nie uczy się zakładania opasek uciskowych, których zresztą wojsku brakuje). Dziś przeżywalność ukraińskich rannych jest na poziomie 70-kilku procent, rosyjskich 30-50 (w zależności od formacji – po szczegóły odsyłam do wcześniejszego wpisu). Więc tak, zasługi Zachodu/NATO są duże – a życzyłbym sobie, żeby były większe! – ale u licha, bez woli oporu i bez odwagi Ukraińców na nic by się to wszystko zdało. To oni walczą – giną, zostają ranni. I to oni zabijają, odwalając za Europę najtrudniejszą część zadania.

—–

Wysoce wymowne zdjęcie w kontekście ceny, jaką płacą Ukraińcy za bezpieczeństwo całej Europy…/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Rezerwy

Kilka dni temu na podkijowskim odcinku rosyjsko-ukraińskiego frontu doszło do małej pancernej bitwy. Natarły na siebie dwa oddziały, nim padł ostatni strzał, dziewięć czołgów i cztery inne wozy bojowe zostały zniszczone. „Oszczędziliście nam trzynastu javelinów”, zadrwili Ukraińcy, mając na myśli śmiertelnie skuteczne amerykańskie wyrzutnie przeciwpancerne. W istocie bowiem był to przykład friendly fire, jak w natowskiej nomenklaturze określa się sytuację pokrycia ogniem własnych wojsk. Rosjanie, nim się zorientowali, że weszli w bratobójczy kontakt, spopielili kilkudziesięciu towarzyszy. Na wojnie – zwłaszcza nocą bądź przy ograniczonej przez pogodę widoczności – takie sytuacje się zdarzają. Dlatego wszystkie nowoczesne armie starają się wyposażyć żołnierzy w sprzęt poszerzający ich świadomość sytuacyjną. W tej konkretnej sytuacji Rosjan mógłby uratować odpowiednik zachodniego systemu BFT (ang. Blue Force Tracker). Mowa o pozycjonerze własnych (niebieskich) wojsk, czymś na wzór cywilnego GPS-a, uwzględniającego położenie innych oddziałów, nawet do poziomu pojedynczych wozów, oraz zawierającego dodatkowe informacje na temat sytuacji w określonym rejonie. Ów terminal służy jednocześnie do wzajemnej komunikacji, zarówno głosowej, jak i pisemnej – tak, by każdy podpięty mógł na bieżąco aktualizować dane. Prawdziwe cudo techniki i praktyczna ilustracja czegoś, co nazywa się siecio-centrycznym polem walki. Rosjanie, uważano dotąd, i na tym obszarze nie pozostawali w tyle.

Trauma generałów Putina

Tymczasem wojna w Ukrainie brutalnie weryfikuje paradygmat geopolityczny, oparty na przekonaniu o możliwościach armii rosyjskiej. Każdy dzień dostarcza kolejnych dowodów na indolencję dowódców, co do której zorientował się już Władimir Putin, dymisjonując ośmiu generałów. Na każdym kroku daje o sobie znać niskie morale żołnierzy, z jednej strony porzucających sprawny sprzęt, z drugiej, dopuszczających się grabieży, gwałtów i innych aktów nieuzasadnionej przemocy wobec cywilów. Leży kompletnie rosyjska logistyka, co jest efektem zarówno fatalnej kultury organizacyjnej, jak i skuteczności działań ukraińskiej armii, która jednym z priorytetów uczyniła przerwanie linii zaopatrzeniowych agresora. Nawet na południu, gdzie Rosjanom wiodło się najlepiej, działy się w ubiegłym tygodniu nieprawdopodobne historie; a wspominam o tych, które dało się potwierdzić w niezależnych źródłach. W Chersoniu, na zajętym przez Rosjan lotnisku, Ukraińcy zniszczyli trzydzieści (!) śmigłowców, sprawnie łącząc elementy działań partyzanckich z dostępem (dzięki NATO) do wyników rozpoznania satelitarnego. Konsekwencje? Na tym odcinku frontu agresorom długo nie uda się odtworzyć możliwości transportu śmigłowcowego. Ale wróćmy do wspomnianego boju spotkaniowego pod Kijowem. Już wcześniej, za sprawą porzuconego rosyjskiego sprzętu, można było się przekonać, że duża jego część to szmelc. Bratobójczy incydent dostarcza kolejnych argumentów na rzecz tezy o technologicznym zapóźnieniu rosyjskiej armii. Dowodzi, jak niska jest świadomość sytuacyjna Rosjan, których przez jakiś czas zawodziła nawet tradycyjna łączność radiowa. Najeźdźcy, jak przed kilkudziesięciu laty, zbierają informację za pomocą prostych technik wizualnych. Dlatego tak ważne dla nich są te wszystkie oznaczenia – Z, V itp. – którymi gęsto obmalowują swoje wozy. Armia XXI wieku…

I oto Kreml stanął przed kolejnym wyzwaniem. Dla Rosjan coraz bardziej kluczowe staje się bezpośrednie włączenie do wojny Białorusi. W wymiarze politycznym chodzi o podzielenie się odpowiedzialnością, „umiędzynarodowienie” konfliktu. By móc na zewnątrz – ale przede wszystkim wobec swoich – przedstawić „operację specjalną” jako wspólny wysiłek zatroskanych krajów (w innej narracji – Słowian), mający na celu „denazyfikację i rozbrojenie agresywnej Ukrainy”. W Rosji próbę zajęcia Ukrainy prezentuje się jako wspólną akcję trzech państw – Federacji, Donieckiej oraz Ługańskiej Republiki Ludowej. Przydałby się i czwarty, poważniejszy partner. Czeka na to rosyjska propaganda, czekają też kremlowscy generałowie. Rosjanie wprowadzili już do akcji wszystkie siły przeznaczone do inwazji na Ukrainę. Rosyjskie wojska lądowe liczą ćwierć miliona ludzi; 70% tego potencjału zaangażowano w działania zbrojne. Więcej za bardzo się nie da, bo Kreml i generalicja pielęgnują swoje lęki i trzymają niemałe siły na Dalekim Wschodzie (a nuż uderzą Chińczycy…), w północno-zachodniej części kraju (czyhające NATO…), no i w rejonie Kaukazu, który mimo trzech dekad pacyfikacji nadal spędza Rosjanom sen z powiek. Wysiłek zabezpieczenia kraju (na granicach bądź w Ukrainie) mogą w większym stopniu ponieść wojska wewnętrzne (200 tys. ludzi), ale to „armia gorszego sortu”. Pozostają jeszcze wojska powietrznodesantowe (50-60 tys. żołnierzy), już częściowo zaangażowane. Reszta sił zbrojnych Rosji – w sumie liczących 900 tys. osób – to lotnictwo, marynarka wojenna i wojska strategiczne (jądrowe). Tych ostatnich na pierwszą linię rzucić nie sposób, marynarka (Flota Czarnomorska; pozostałe floty, nawet gdyby była taka decyzja, na Morze Czarne już się nie dostaną), szachuje Ukraińców groźbą desantu na Odessę. Lotnictwo zaangażowało spory kontyngent, ale działa asekurancko, oddając pola do rozstrzygnięć na lądzie.

Mimo nominalnie wysokich stanów osobowych, armia rosyjska stoi zatem w obliczu poważnego kryzysu rezerw. Może powołać rezerwistów w większej liczbie; ten rezerwuar jest na tyle znaczący, że teoretycznie w dość krótkim czasie Rosjanom udałoby się wymienić wszystkich wojskowych, którzy stanęli na ukraińskiej ziemi. Tyle że następcy to w większość tacy sami poborowi, jak ci służący obecnie. Kiepsko wyszkoleni i słabo zmotywowani adepci zasadniczej służby wojskowej, co więcej, od jakiegoś czasu będący poza koszarowym rygorem. No i nie da się ich powołać niezauważalnie, a przecież „operacja specjalna” idzie jak należy, a Ukraina wkrótce padnie. Jest dobrze, więc czemu jest tak źle? Pomysł na białoruską alternatywę to także sposób, by uniknąć niewygodnych pytań. Problem w tym, że białoruscy żołnierze niespecjalnie garną się do bitki. Ich użycie jest tyleż kuszące, co ryzykowne, można bowiem spodziewać się fali dezercji i spektakularnych przejść na drugą stronę. Tymczasem skutki ukraińskiej obrony są paraliżujące do tego stopnia, że rosyjskie władze i dowództwo nie zamierzają zabierać ciał swoich zabitych. Wolą, by pochówkami zajęli się Ukraińcy – byle tylko odroczyć konsekwencje, jakie przyniosłyby masowe powroty „naszych chłopców” w trumnach. Putinowscy generałowie (wówczas, w większości, młodsi stopniem oficerowie) wciąż żyją traumą, jaką zgotowały armii matki i żony poległych w Czeczeni żołnierzy. Niby zabitych nie było wielu, niby ruch społeczny rozsierdzonych rodzicielek nie miał charakteru masowego. A jednak na tyle rezonował w rosyjskim społeczeństwie, dotykał tak czułych elementów rosyjskiej mentalności, że w konsekwencji na lata zniechęcił Rosjan do służby, co było jedną z przyczyn zapaści sił zbrojnych.

III wojna światowa

Takich problemów nie mają wojska ukraińskie, w czym kryje się pozorny paradoks. Bo choć w Ukrainie mieszka trzy razy mniej ludzi niż w Rosji, dla Ukraińców to wojna o wszystko, więc cały swój potencjał militarny mogą skierować do odparcia agresji. Na froncie mają nawet liczbową przewagę (250 vs 200 tys.), przygniatającą, gdy dodamy do zestawienia formowane w każdym mieście jednostki ochotnicze. To rzecz jasna nie jest zawodowe wojsko, wyposażone jak regularne oddziały, ale służy w nich wielu ostrzelanych weteranów ośmioletniej wojny w Donbasie. A rezerw ukraińskiej armii nie ubywa – od rozpoczęcia inwazji do kraju wróciło ponad 120 tys. osób. Niektórzy, by wydostać z niebezpieczeństwa bliskich, większość, by przyłączyć się do walki. Z taką samą intencją przyjeżdżają do Ukrainy coraz liczniejsze zastępy ochotników z całego świata. Wezwał ich pod koniec pierwszego tygodnia walk prezydent Wołodymyr Załenski, choć po prawdzie pierwsi pojawiali się w Ukrainie z własnej inicjatywy, zaraz po rozpoczęciu przez Rosjan inwazji. To przede wszystkim Anglosasi i zachodni Europejczycy, ale nie brakuje również Skandynawów, Polaków, Czechów, Słowaków, Gruzinów czy egzotycznych przedstawicieli z Azji i Ameryki Południowej. Są też – co ciekawe – Białorusini, Czeczeni i etniczni Rosjanie, niepogodzeni z działaniami własnego rządu. Jednym z ochotników – który zdecydował się ujawnić swoją tożsamość – był 30-letni Ben Grant, który przez pięć lat służył w Royal Marines. Jego matka to Helen Grant, deputowana do brytyjskiej Izby Gmin z ramienia Partii Konserwatywnej, doradczyni premiera Borisa Johnsona ds. edukacji dziewcząt, w latach 2013-15 minister sportu. Ważna persona, której syn tak tłumaczył „Gardianowi” swoje motywacje: „Zobaczyłem film zrobiony w bombardowanym budynku. Usłyszałem krzyk dziecka i pomyślałem, że przecież sam jestem ojcem trójki. A gdyby to były moje pociechy, co bym zrobił? Uznałem, że poszedłbym walczyć. Ukraina potrzebuje ludzi z doświadczeniem bojowym, więc jestem”.

Brytyjczyk nie przyznał się matce, że wyjeżdża do Ukrainy. Jego koledzy w służbie czynnej także działają na własną rękę. „Jesteśmy świadomi tego, że niewielka liczba żołnierzy nie zastosowała się do rozkazów, jest nieobecna w jednostkach bez usprawiedliwienia i mogła udać się do Ukrainy”, przyznał w rozmowie ze Sky News rzecznik brytyjskiej armii, podkreślając, że dezerterzy muszą liczyć się z konsekwencjami dyscyplinarnymi. Komunikat w podobnym tonie wydała też londyńska policja, ostrzegając swoich funkcjonariuszy. Mimo to ochotników wciąż przybywało – gdy w piątek zamykaliśmy ten numer PRZEGLĄDU, ukraińskie władze informowały, że Legia Międzynarodowa osiągnęła stan 20 tys. osób. Wśród nich znalazł się również mężczyzna ukrywający się pod pseudonimem „Wali”, kanadyjski snajper, który swego czasu zasłynął celnym strzałem z odległości 3540 metrów, w wyniku którego zginął afgański rebeliant. Jak wszyscy zagraniczni ochotnicy, Kanadyjczyk musiał podpisać trzyletni kontrakt z ukraińskimi wojskami obrony terytorialnej. To sposób, by zapewnić ochotnikom pełną ochronę prawną, w przeciwnym razie – w przypadku trafienia do niewoli – traktowano by ich jak najemników, co w realiach regularnego konfliktu zbrojnego oznacza status niemal równy bandycie.

Rosjanie nieszczególnie się takimi „didaskaliami” przejmują i już wiele dni temu rzucili do walki kontraktorów z grupy Wagnera. Najemników, cieszących się wyjątkowo ponurą sławą, po akcjach pacyfikacyjnych w Syrii i Libii (swego czasu zresztą, w Syrii właśnie, mocno zdziesiątkowanych przez amerykańskie lotnictwo). W tej wojnie ci byli żołnierze sił specjalnych Rosji operowali już w Kijowie, usiłując wywołać panikę w ukraińskiej stolicy. Zdaniem zachodnich wywiadów, część tej grupy nadal przebywa w mieście, „zamelinowana”, z zadaniem ujęcia bądź zabicia prezydenta Załenskiego. Pod miastem z kolei stoją kadyrowcy, Czeczeni z osobistej gwardii putinowskiego namiestnika w tej kaukaskiej republice, Razmana Kadyrowa. Rosjanie zapowiedzieli też „braterską pomoc” ochotników z Syrii – żołnierzy z armii Baszszara Al-Asada, któremu interwencja Moskwy uratowała przed laty życie i fotel wszechwładnego prezydenta Syrii. Arabowie – doświadczeni w bojach z syryjską zbrojną opozycją – mają pomóc Putinowi w szturmowaniu ukraińskich miast-twierdz. Dodajmy do tego, że w rosyjskiej armii służą nie tylko etniczni Rosjanie, ale i mnóstwo przedstawicieli ludów środkowej Azji. Że jedna trzecia zawodowej i kontraktowej kadry podoficerskiej to muzułmanie o nieeuropejskich korzeniach. Zwróćmy uwagę, że w sojuszniczej „armii” Donieckiej Republiki Ludowej nie brakuje na przykład Serbów – ochotników, którzy pojawili się tam wraz z wybuchem konfliktu w Donbasie w 2014 roku. Tym sposobem zyskujemy barwną, wielonarodową i wieloetniczną mozaikę, która ukraińską wojnę już teraz czyni konfliktem światowym. Z uwagi na skalę ekonomicznej presji na Rosję oraz fakt, że całe NATO – sojusz rozłożony po obu stronach Atlantyku – wspiera dostawami sprzętu wojskowego Ukrainę, bez żadnej przesady możemy powiedzieć, że na naszych oczach rozgrywa się III wojna światowa. Otwartym pozostaje pytanie, na jakim jest etapie…

—–

Nz. Zapraszam Was na spotkanie on-line ze mną – już w najbliższą środę 16 marca/fot. Warbook

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 12/2022

Szanowni Czytelnicy! Na swoim profilu facebookowym prowadzę relację z ukraińskiego frontu. Staram się codziennie wrzucić posty zawierających coś więcej niż informacje, które moglibyście przeczytać gdzie indziej. Śledzą mnie tysiące ludzi, polecam się zatem także uwadze Czytelników blogu.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Łup

Rozmowa z generałem broni Waldemarem Skrzypczakiem, byłym Dowódcą Wojsk Lądowych.

– Podczas ostatniej kampanii wyborczej niewiele mówiło się o wojsku i jego potrzebach.

– Nic nadzwyczajnego. Minęło ponad 30 lat od zmiany systemu, ale na dobrą sprawę niewiele dla armii w tym czasie zrobiono. Generalnie wojsko służy politykom do tego, do czego aktorzy używają ścianki.

– Ma stanowić tło, przy którym warto się zaprezentować.

– Dokładnie tak. Proszę zauważyć, że choć było już kilka planów rozwoju sił zbrojnych, to żaden rząd nie wykazał się tu konsekwencją. Każdy chciał robić po swojemu, psuł i dewastował to, co zrobili poprzednicy. W efekcie, zamiast kompleksowych zmian, mamy w Polsce szereg programów wyspowych. Dziś kupujemy Patrioty, jutro HIMARS-y, a pojutrze wrzucimy sobie jakiś nowy temat. Bierzemy po trochu, bo drogie, i co gorsza, w oderwaniu od realnych potrzeb armii.

– Warunki gry dyktują lobbyści?

– To oni przekonują polityków do zakupów. Ci z kolei wydają dyspozycje wojskowym, by znaleźli uzasadnienie dla konkretnych wydatków. Doskonale to widać po niektórych ważnych politykach , którzy wręcz chodzili i nadal chodzą na pasku lobbystów. Nie są przy tym zupełnie bezwolni, bo godzą się na takie warunki świadomi propagandowych korzyści, jakie da się uzyskać na zakupach. Niech pan sobie przypomni, jak ograno medialnie zakup dwóch baterii Patriotów.

– Jakbyśmy nagle skoczyli do militarnej ekstraklasy…

– A nic się nie zmieniło, bo wyrzutnie otrzymamy za kilka lat, w takiej liczbie, że będą one mogły bronić co najwyżej same siebie. Rozwój sił zbrojnych winien być podporządkowany planom wojennym. Narodowym i sojuszniczym. Opartym o wiedzę i doświadczenie wojskowych, nie polityków.

– Ten polski, i dla Polski, zakłada, że największym zagrożeniem jest dla nas Rosja. I że w razie ataku mamy wytrzymać rosyjski napór do czasu rozwinięcia głównych sił NATO. To realistyczne zadanie?

– Nie lubię słowa „wytrzymać” w tym kontekście, za bardzo przypomina mi 1939 rok. Wtedy też mieliśmy wytrzymać pierwsze uderzenie niemieckie i czekać na operację zaczepną sił francusko-brytyjskich…

– …która nigdy nie nastąpiła.

– Cóż, zdradzono nas. Świadomi tych doświadczeń, winniśmy mieć potencjał zdolny nie tylko przyjąć pierwsze uderzenie. Nie mamy zginąć między Bugiem a Wisłą. Mamy przetrwać, czyli zachować istotną część armii dla prowadzenia dalszych operacji. Oczywistym jest, że dziś – w przypadku zaskakującego uderzenia – nie sprostamy tej roli. Wojsko Polskie jest za słabe, no i nie stacjonują u nas znaczące komponenty innych armii NATO. Amerykańska obecność jest w tej chwili symboliczna…

– To odpowiednik jednej brygady.

– Czyli nic, co mogłoby Rosjan odstraszyć i zatrzymać. Rosjanie dojdą do Wisły w ciągu 2-3 dób, Odrę osiągną po 9-10. Tymczasem Amerykanie potrzebują 60 dni, by przerzucić do Europy odpowiednio silny kontyngent. A na dziś ani Niemcy, ani Francuzi, Hiszpanie czy Włosi, nie są w stanie poderwać w trybie alarmowym i przesunąć do Polski przed upływem tych 10 dób, wojsk o wystarczającym potencjale. Ktoś powie: „no dobra, ale NATO dysponuje rakietami, ma bomby jądrowe i samoloty”. Prawda, tylko wiemy, czym skończyłoby się użycie broni atomowej.

– Strach pomyśleć…

– Zwłaszcza, gdy uświadomimy sobie, że natowscy wojskowi nie posługują się w ćwiczeniach doktrynami rosyjskimi. Jednostki grające w manewrach Rosjan, rozwijają działania w oparciu o strategie i taktyki NATO. A przecież to droga donikąd.

– Amerykanie nie znają rosyjskich doktryn?

– Znają je słabo. My też, czego dowodem demonizacja Przesmyku Suwalskiego. W efekcie, jako Sojusz, źle uczymy sztaby i dowódców. Istotą działań rosyjskich wojsk lądowych są operacje zaczepne. Szybkie uderzenia, których celem jest rozbicie przeciwnika i wyjście na określoną rubież. Blitzkrieg, którego Rosjanie nauczyli się od Niemców.

– W tej sytuacji łatwo o argument, że nie warto nic robić, bo i tak przegramy…

– Warto, ale najpierw NATO musi się otrząsnąć z okresu miłości do Władimira Putina…

– Nie otrząsnęło się jeszcze?

– Nie, co widać po kolejnych redukcjach sił zbrojnych. U nas, za ministra Bogdana Klicha, zmniejszono wojska operacyjne o blisko 30 proc. Gdyby politycy na serio myśleli o bezpieczeństwie państwa, zadbaliby o rozwój armii i przemysłu zbrojeniowego.

– Zbrojeniówka po 2015 roku stała się obiektem ciągłych restrukturyzacji. Co rusz zmieniały się zarządy poszczególnych firm i całej Polskiej Grupy Zbrojeniowej…

-To relikt z poprzedniej epoki. Scentralizowany i zależny od polityków. Tylko ekipy się wymieniają, traktując zbrojeniówkę jak „ujeżdżalnię”, z której doi się pieniądze. Bez prawdziwej i głębokiej restrukturyzacji wciąż będziemy mieli przemysł, któremu zrobienie karabinu zajęło kilkanaście lat, a samobieżnej armatohaubicy niemal ćwierć wieku.

– Zastanawiam się na powodami nonszalancji polityków. Czy aby nie chodzi o przekonanie, że przecież Amerykanie nas obronią, a samo ryzyko wojny jest niewielkie?

– Atlantyku nie da się zasypać, trzeba go przepłynąć – co byłoby nie lada wyzwaniem. Dlatego byłbym ostrożny z tym optymizmem, że Stany nam pomogą. A wiara w to, że wojny nie będzie, jest nieuzasadniona. W ciągu dekady musimy się liczyć z konfrontacją chińsko-amerykańską.

– To chyba nie nasze zmartwienie.

– Jak najbardziej nasze. To Chińczycy trzymają w ryzach Putina, nie pozwalają mu na wywołanie kolejnych konfliktów, bo naraziłoby to stabilność ładu gospodarczego. Ale gdy USA na serio zagrożą chińskim interesom w Afryce, Azji czy Ameryce Południowej, Pekin zwolni hamulce.

– Peryferyjność nas nie uratuje?

– Nie, bo Moskwa chce odzyskać dawne strefy wpływów w Europie Wschodniej.

– Z Donaldem Trumpem, jako prezydentem USA, może być jej łatwiej.

– Polityka Trumpa jest za bardzo konfrontacyjna w stosunku do Unii Europejskiej, najbliższego sojusznika. Ten człowiek błądzi, bo w pewnym momencie Niemcy i Francuzi przestaną z nim rozmawiać. A jak z nim, to i z nami, bo powiedzieć o naszej polityce zagranicznej, że jest proamerykańska, to jakby nic nie powiedzieć.

– Trump chyba nie wygra listopadowych wyborów…

– Ma poważne kłopoty. Widać to po reakcji Pentagonu na groźby prezydenta, że użyje wojska do tłumienia demonstracji. „Nie ma takiej opcji” – usłyszał od sekretarza obrony. Przeczy to politycznej charyzmie Trumpa i pokazuje siłę amerykańskiej demokracji.

– No właśnie, Amerykanie przetrwają Trumpa, a czy my przetrwamy Jarosława Kaczyńskiego?

– Młodzież nie da się zbałamucić – jestem tego pewien.

– A armia? Coś złego stało się w ostatnich latach z jej morale…

– W zbyt dużym stopniu zależy ono od tego, czy żołnierze dostaną podwyżki, czy nie. Wojskowi zarabiają dziś bardzo dobrze – i to nie jest złe. Lecz gdy zestawimy ich pensje z innymi sektorami budżetówki, widać jak na dłoni intencje polityków. Ci, po prostu, kupują sobie lojalność wojska.

– Rządy PiS pokazały, że w armii jest wiele giętkich kręgosłupów. Warto przypomnieć Bartłomieja Misiewicza.

– Za obrzydliwą służalczość, z jaką zachowywali się wobec niego niektórzy oficerowie, powinno się wyrzucać z wojska. Ale czy to znaczy, że armia stanie przy władzy i zwróci się przeciwko narodowi? Wielokrotnie mówiłem kolegom-generałom: „nie wolno powtórzyć sytuacji z 1981 roku. Jeśli ktokolwiek chciałby użyć wojska w taki sposób, to macie powiedzieć ‘nie’ i zostać w koszarach”.

– Zostaną?

– Wszystko może się zdarzyć. Rządzą nami ludzie o zapędach autorytarnych, a tacy łatwo stołków nie oddają. No i w wielu z nas, Polakach – a więc i również w wojskowych – wciąż tkwi ta paskudna uległość wobec władzy. Pozostałość chyba jeszcze z epoki rozbiorów.

– Raczej efekt tego, że 90 proc. społeczeństwa ma chłopskie korzenie, a chłop – właściwie aż do nastania PRL-u – traktowany był niczym niewolnik. Jednak dziedziczony społecznie rys osobowościowy to za mało – muszą być jeszcze ludzie władzy w samych szeregach.

– Pełno ich w wojskowych służbach – wychowanków Antoniego Macierewicza.

– Czym się zajmują? Bo łapanie szpiegów nie bardzo im wychodzi…

– Rosyjski szpieg jest sto razy mądrzejszy od polskiego kontrwywiadowca. Ci panowie od Macierewicza to amatorzy, bez dostępu do najważniejszych tajemnic NATO. Nie ufano Macierewiczowi, nie ufa się też im. I nie tylko o profesjonalizm tu chodzi. Za dużo dziwnych historii się wokół tego towarzystwa wydarzyło. Afganistan jest klinicznym przykładem zdrady polskiej racji stanu. Macierewicz w sposób zamierzony doprowadził tam do osłabienia odporności naszych oddziałów na zagrożenia (kontr)wywiadowcze. Efektem było Nangar Khel, skandaliczne śledztwo w tej sprawie, oraz późniejsze straty w ludziach, które poniósł nasz kontyngent.

– Użyteczny idiota, agent…?

– …albo amator. Kim był Macierewicz, zanim został szefem SKW, a później ministrem obrony? Co wiedział o wojsku? Albo ludzie, którymi się otoczył? Nic. Wciąż za to płacimy. Od lat powtarzam, że w Polsce działają rozległe sieci wywiadowcze, które penetrują nasz przemysł i scenę polityczną. Swoboda, z jaką agenci rosyjscy poruszają się wśród elit politycznych i biznesowych, to dla nas obecnie największe niebezpieczeństwo.

– Kandydat na prezydenta RP, Rafał Trzaskowski, chciał Macierewicza postawić przed Trybunałem Stanu.

– Boże broń! Żaden polityczny trybunał ani sąd. Nic, czego decyzje można podważyć w sejmie, co daje możliwość kupczenia podczas politycznych targów. Wszystkich, którzy szkodzili Polsce i armii, trzeba postawić przed czymś w rodzaju sądu narodowego, niezależnego od kaprysów i gierek polityków. Mam nadzieję, że kiedyś do tego dojdzie. To jeden z warunków odpolitycznienia armii. I przywrócenia jej szacunku.

– Polacy cenią sobie wojsko.

– Ale ich polityczni przedstawiciele nie. Pamiętam ministra Jerzego Szmajdzińskiego – to, z jakim szacunkiem odnosił się do wojskowych. Z jaką uwagą wysłuchiwał ich opinii. W czasach Aleksandra Szczygły było podobnie. To za Klicha pojawiła się arogancja w stosunku do mundurowych, dzielenie ich na „swoich” i „nie-swoich”. A wojskowi dali się wciągnąć w te personalno-polityczne gierki, co jest największą tragedią Wojska Polskiego po 1989 roku. Rozerwano bowiem spoistości armii, zawodową lojalność ludzi, którzy jadą na tym samym wózku. Zaczęło się budowanie koterii – krakowskiej, warszawskiej – co później przeniosło się na niższe poziomy. Dziś łatwiej zastanie pan lokalnego dowódcę na kawie u starosty, niż na poligonie z wojskiem.

– I łatwo znajdę generała bez należytego przygotowania.

– Dowódcami są często ludzie, którzy nigdy nie wyprowadzili całej brygady czy dywizji w pole. Nie przeszli żmudnej ścieżki kariery, od dowódcy plutonu, kompani, batalionu i pułku. Dziś generałem zostaje się z automatu, bez ćwiczeń, testów, doświadczenia. Trzeba przywrócić właściwą rangę temu stopniowi.

– I skończyć dwuwładzę – mamy w tej chwili w armii dwóch czterogwiazdowych generałów – „prezydenckiego” i „ministerialnego” – których kompetencje w wielu obszarach się pokrywają.

– Radziłbym szefowi sztabu generalnego i dowódcy generalnemu, by spotkali się przy wódce i między sobą rozwiązali patową sytuację, w jaką wpakowali ich politycy. Bo wojsko na dole patrzy i się demoralizuje. Ale rozumiem intencje polityków.

– Walczą o wpływy w wojsku.

– …i celowo generują konflikty, bo skłóconymi koteriami łatwiej się steruje.

– Dlaczego USA i NATO pozwalają na taki stan rzeczy?

– Znam Amerykanów, chociażby z Iraku, i dobrze wiem, że oni Wojsko Polskie obserwują. I wyciągają często srogie dla nas wnioski. Ale niczego nie narzucają, bo oczywistym jest dla nich, że sprawy narodowe układamy sobie po swojemu. NATO z kolei powinno rozliczać Polskę za poziom zdolności do realizacji wspólnych zadań. I jakkolwiek jest on niski, nic nam z tego powodu nie grozi. Sojusz znajduje się bowiem w głębokim kryzysie, zawłaszczony przez polityków, trawiony przez zbytni pacyfizm, a od kilku lat regularnie turbowany przez Trumpa, który kompletnie nie rozumie idei NATO. Jako struktura wojskowa, Sojusz za długo nie brał udziału w wojnie z prawdziwego zdarzenia.

– Zardzewiał.

– Tak, jak rdzewiejący, poradziecki sprzęt w naszej armii.

– Potrzeba nam zatem wojny?

– Wojny, albo determinacji, z jaką działają nasi sąsiedzi z basenu Morza Bałtyckiego – Szwedzi, Norwegowie i Finowie. Którzy sukcesywnie rozbudowują potencjał sił zbrojnych, na przekór zachodnioeuropejskim tendencjom. Wzorem – chyba niedościgłym – jest tu Finlandia. Tam nie dość, że wciąż inwestuje się w wojsko, to jeszcze nie ma zmiłuj dla polityka, który popełnia rażące błędy w obszarach dotyczących zbrojeń i bezpieczeństwa. Taki ktoś wylatuje ze stołka z dnia na dzień.

– W Rosji nieudolność nie jest kryterium, z którego jakoś szczególnie rozlicza się polityków, co nie zmienia faktu, że Moskwie determinacji w budowaniu potencjału militarnego nie brakuje.

– Putin szkoli, modernizuje, stawia przed wojskiem trudne zadania. A do dyspozycji ma twardego żołnierza. W dawnych czasach, podczas wspólnych ćwiczeń, przeprowadzałem kolumnę czołgów koło rosyjskiej regulacji ruchu. Radzieccy czekali na swoje pułki, które miały wziąć udział w manewrach. W nocy wracaliśmy tą samą drogą – a tam wciąż stali ci sami żołnierze. Następnego dnia sytuacja się powtórzyła. Zaintrygowany zatrzymałem kolumnę, podchodzę i pytam: „jak długo tu jesteście?”. A oni, że trzy dni. „A co jedliście?” – zaciekawiło mnie. „Mieliśmy jedną tuszonkę na dwóch, na trzy dni” – usłyszałem. Zebrałem trochę prowiantu od moich żołnierzy i daliśmy go tym chłopakom. Nie było w tym żadnej polityki – ot, zwyczajny żołnierski gest.

– Dziś walczylibyśmy z synami tych chłopców.

– Ale byliby to tacy sami twardziele. Jakiś czas temu obejrzałem rosyjski film instruktażowy, zdobyty pewnie przez sojuszników, w którym brygada pancerna forsowała Don lub Dniestr. Szeroką jak diabli rzekę. Czołgi się zatrzymały, załogi przygotowały wozy do przeprawy po dnie. 45 minut później wszystkie trzy bataliony były już na drugim brzegu.

– A ile zajęłaby to nam bądź Amerykanom?

– I my, i oni, czekalibyśmy na most, który następnie trzeba byłoby rozwinąć. Przypuszczam, że przeprawa potrwałaby dwa dni.

– No to nie mam więcej pytań. Dziękuję za rozmowę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Międzyrzecze”

Dziś jest ten dzień! Na rynku ukazała się moja nowa książka, powieść pt.: „Międzyrzecze”. O czym traktuje? Pozwolę sobie wykorzystać notkę wydawniczą.

Wojny miało nie być. Rosja boryka się z poważnymi problemami, a Polski strzegą sojusze i silna armia. Znamy te argumenty, prawda? A jednak konflikt wybucha. Pancerne zagony wroga przelewają się przez granicę niepowstrzymaną, zdawać by się mogło, falą. NATO nie śpieszy się ze zbrojną interwencją – musi nam wystarczyć wysłany wcześniej sprzęt i szczupły amerykański kontyngent. Czy dodatkowe bataliony Leopardów, kolejne F-16 i pokaźna liczba baterii Patriot pozwolą wygrać tę wojnę? Przetrwać starcie z gigantem? Naczelne dowództwo Wojska Polskiego decyduje się na wdrożenie kontrowersyjnego planu Międzyrzecze…

„Międzyrzecze” to dla mnie swoisty debiut, po raz pierwszy bowiem napisałem o wojnie od początku do końca wymyślonej. Nie zmienia to faktu, że powieść jest mocno zakotwiczona w rzeczywistości…

(i tu znów oddaję głos wydawcy):

…a Ogdowski – z wykształcenia socjolog – pozostał wierny swojemu stylowi narracji. Oglądamy więc wydarzenia z różnych jednostkowych perspektyw, które złożone w całość dają obraz wojny jako doświadczenia granicznego. W ramach którego nie sposób jednoznacznie osądzić poczynań uwikłanych w dramatyczne wydarzenia ludzi.

Wojna wywleka z nas najlepsze i najgorsze cechy, często obie jednocześnie. I tacy są moi bohaterowi – ani dobrzy, ani źli; po prostu, próbujący przetrwać. Jak osoby, które spotkałem na swojej reporterskiej drodze, włócząc się po różnych wojnach i kryzysach.

Szukajcie w dobrych księgarniach, czytajcie i dawajcie znać, co o „Międzyrzeczu” sądzicie.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Inwazja

Jest październik 2019 roku. Rosja koncentruje duże siły w obwodzie kaliningradzkim i na Białorusi. Moskwa twierdzi, że to ćwiczenia, ale z informacji polskich służb wynika, że manewry są jedynie przykrywką do rozpoczęcia inwazji na Rzeczpospolitą i kraje nadbałtyckie. Czy wyniszczone czystkami i niedoposażone Wojsko Polskie będzie w stanie stawić skuteczny opór? Zdaniem generałów Mieczysława Gocuła, byłego szefa Sztabu Generalnego WP, Mirosława Różańskiego, byłego dowódcy generalnego oraz Waldemara Skrzypczaka, dawnego dowódcy Wojsk Lądowych – autorów okładkowych recenzji „(Dez)informacji” – prawdopodobieństwo poniższego scenariusza jest bardzo wysokie…

[Fragment powieści]

Sześć godzin po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji 16 Pomorska Dywizja Zmechanizowana przestała istnieć jako zorganizowany i zdolny do obrony związek taktyczny. Intensywność ataku była tak wielka, że straty – w zależności od brygady – sięgały od 40 do 50 procent stanu osobowego. W sprzęcie zaś były jeszcze wyższe.

„Trudno to nazwać walką…” – generał Radosław Sawicki, szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, miał ponurą minę. Na pozycje broniącej Warmii i Mazur „szesnastki” Rosjanie zrzucili masę stali, używając rakiet, samolotów i artylerii. Intensywności tej „obróbki” nie dało się porównać z niczym znanym z prowadzonych na przestrzeni ostatnich lat wojen. W efekcie polskie oddziały rozpierzchły się – tylko nieliczne były w stanie podjąć obronę. Tam, gdzie dochodziło do starć, dawały o sobie znać wojskowy kunszt i siła woli Polaków. Rosyjskie czołgi i transportery płonęły, piechota ginęła. Lecz napór Rosjan, ich liczba i determinacja, stworzyły walec nie do zatrzymania. Armia rosyjska wkraczała właśnie do Elbląga, jej czołówki pancerne dotarły do przedmieść Olsztyna. Uderzający z obwodu kaliningradzkiego wróg zajął już Mrągowo, Mikołajki, Ełk.

Siły inwazyjne, które rozpoczęły atak z terenu Białorusi, wbiły się we flanki pozycji obronnych 16 Dywizji, a niżej – na wysokości Białegostoku – stanęły naprzeciw najdalej wysuniętym oddziałom 1 Warszawskiej Dywizji Zmechanizowanej. Stolicę Podlasia poddano bez walki – nie licząc krótkiej wymiany ognia między rosyjskimi zwiadowcami a żołnierzami z podlaskiej brygady WOT. Skoncentrowane wcześniej między białoruskim Grodnem a Wołkowyskiem trzydywizyjne zgrupowanie parło na Warszawę, by oskrzydlić ją od północy. Oś natarcia była doskonale widoczna – biegła wzdłuż drogi ekspresowej E-8. „Dopiero co skończyliśmy modernizację tej trasy…” – gorzkie myśli zagościły w głowie Sawickiego. „Czteropasmówka posłuży teraz Ruskim do szybszego przemieszczania”.

– Nie tak to powinno wyglądać – szepnął.

Na drodze Rosjan – poza oddziałami osłonowymi wojsk operacyjnych – w Zambrowie stał batalion „terytorialsów”. Generał nie liczył na spektakularną obronę – wiedział, że nieprzyjaciel zatrzyma się dopiero na wysokości Ostrowi Mazowieckiej. Tam na rosyjskie czołgi czekały polskie Leopardy 2. Jeśli wcześniej nie zniszczy ich lotnictwo wroga, Sawicki zyska kilkanaście godzin. Kiedyś dowodził brygadą Leopardów, znał wysoką wartość tych niemieckich pojazdów. Mogły zniszczyć właściwie wszystko, czym dysponowali Rosjanie, lecz czy zdołają podjąć równorzędną walkę?

Maszyny były na wyposażeniu żołnierzy 1 Dywizji od niedawna – wcześniej Leopardy znajdowały się na stanie 14 Lubuskiej Dywizji Pancernej. Odwodowej, rozlokowanej przy granicy polsko-niemieckiej. Zmiana koncepcji rozmieszczenia polskich sił – przeforsowana przez Partię Sprawiedliwości – zakładała przesunięcie większego potencjału na wschód kraju. W jej ramach odtworzono 1 Dywizję, a należące do niej cztery bataliony pancerne wyposażono w czołgi dotąd stacjonujące na zachodzie. „Czternastka” – przez lata najsilniejszy związek taktyczny tego typu w Europie – dostała czołgi z wojskowego muzeum. Ta roszada, w efekcie której 250 Leopardów znalazło się w okolicach Warszawy, podzieliła środowisko mundurowych. Ale dziś rozmowy na ten temat były właściwie bezprzedmiotowe. Liczył się fakt, że najwcześniej przezbrojony z batalionów 1 Dywizji jeździł Leopardami już dwa lata – dość, by mówić o gotowości operacyjnej. Pozostałe trzy raptem kilka miesięcy.

Na domiar złego kończyła się amunicja wyprodukowana w Niemczech. Zapasów zaś nie odświeżono. Pancerniacy zmuszeni byli używać pocisków polskiej produkcji. Lepszych niż pierwotne partie – których egzemplarze potrafiły wybuchać w lufie – lecz nadal mniej skutecznych niż niemieckie oryginały. Taki był praktyczny wymiar obsesji polityków, by dostawy dla sił zbrojnych RP oprzeć na nieefektywnym rodzimym przemyśle obronnym.

A to nie było jedyne zmartwienie szefa sztabu. Rosyjskie ugrupowanie, skoncentrowane na wysokości białoruskiego Brześcia, też nie próżnowało. Nieprzyjacielskie dowództwo rozdzieliło je na dwie części. Siły operujące bardziej na północ wzięły z marszu Terespol, dwie godziny później Białą Podlaską, a teraz zmierzały w kierunku Siedlec. Nie trzeba było wielkiej wyobraźni i znajomości planów nieprzyjaciela, by wiedzieć, że celem tej grupy było podejście pod polską stolicę od strony wschodnich i południowych dzielnic.

„Nie tak łatwo, skurwysyny” – pogroził w myślach Sawicki. W Siedlcach i okolicy czekały na Rosjan liczne oddziały 1 Dywizji, które – jak wynikało z raportów – mimo poważnych strat zachowały zdolność bojową. Generał pokładał nadzieję głównie w izraelskich przenośnych wyrzutniach rakietowych Spike. Polska miała ich ćwierć tysiąca, na tym odcinku około trzydziestu. W ostatnim półroczu kończyły się terminy przydatności niemal dwustu najstarszych rakiet – wojsko więc sporo strzelało. Teraz – Sawicki zatarł ręce – doświadczenie operatorów powinno przynieść odpowiedni skutek. Oczyma wyobraźni generał widział dziesiątki płonących rosyjskich czołgów.

Ta bitwa miała dopiero nadejść, inne starcia toczyły się już na drugiej osi natarcia zgrupowania brzeskiego armii rosyjskiej. Na przedmieściach Lublina krwawą jatkę czołówkom zmechanizowanym wroga sprawiały właśnie oddziały 6 Brygady Powietrznodesantowej. W polskich planach nie przewidywano obrony tego miasta – spieszonych spadochroniarzy użyto w działaniach opóźniających. „Czerwone berety” wywiązywały się z zadania znakomicie, ale było jasne, że niebawem będą musiały opuścić pozycje. Spadochroniarzy szkolono do walk w okrążeniu – mogliby zostać w Lublinie i wytrwać w nim jeszcze kilka dni – szkoda jednak było tracić w ten sposób jedną z najlepszych brygad Wojska Polskiego. W tym rejonie obronę zamierzano ustanowić na Wiśle, z silnymi punktami oporu w Dęblinie, Puławach, Kazimierzu Dolnym i Sandomierzu.

Rosjanie mogli tu utknąć na dłużej – pod warunkiem, że nie użyją swoich sił skoncentrowanych na Ukrainie.

Południowy front, póki co, nie został otwarty.

– Chociaż tyle… – westchnął Sawicki.

Właśnie mściła się na Polsce odkładana przez lata decyzja o zakupie systemu obrony przeciwrakietowej. Nie było czym zestrzeliwać rosyjskich rakiet, samoloty przeciwnika niemal bezkarnie hasały po polskim niebie. Obrona przeciwlotnicza istniała jedynie w zalążkowej formie, biało-czerwone lotnictwo już na początku otrzymało potężne uderzenie. Rosjanom udało się zniszczyć jeszcze na ziemi jedną trzecią samolotów F-16. Rakiety podobne do tych, które obróciły w perzynę bazę w Łasku, bez trudu raziły wiele innych najważniejszych instalacji obronnych Rzeczpospolitej. Wróg zaatakował między innymi wszystkie porty i stałe lotniska, fabrykę amunicji i zakłady remontowe. Zniszczył siedem z dwunastu baz materiałowych WP, liczne budynki dowództw oraz elementy wojskowego systemu łączności. I wciąż zadawał Polakom kolejne ciosy.

– Zambrów padł – ten komunikat prędzej czy później musiał wybrzmieć. Sawicki spojrzał na dowódcę WOT. Pająk zachowywał się jak ojciec na meczu szkolnej ligi, w którym drużyna syna właśnie dostawała solidne baty.

– A czego się spodziewałeś? Że twoi chłopcy zrobią tam Stalingrad? – zadrwił pod nosem szef sztabu. Mimo to było mu żal kolegi. Właściwie to żałował wszystkich, którzy w tych dniach nosili mundur Wojska Polskiego.

Omiótł wzrokiem Strategiczne Centrum Dowodzenia, pełne mężczyzn i kobiet ze wszystkich rodzajów sił zbrojnych. Siedział przy długiej ławie, w wygodnym fotelu. Niczym w kinie miał poniżej kilka rzędów z podobnymi siedziskami, a na wprost gigantyczny ekran z mapą Polski i najbliższego sąsiedztwa. To był prawdziwy cud techniki, bodaj najnowocześniejsze urządzenie w Wojsku Polskim. Zawarte na nim dane odwzorowywały sytuację na teatrze działań wojennych niemalże w czasie rzeczywistym. Aktualizowano je w oparciu o meldunki spływające z poszczególnych dowództw – część z tych czynności odbywała się automatycznie, część za sprawą ludzi siedzących poniżej Sawickiego. On sam miał przed sobą komputer, na który otrzymywał wszystkie raporty – te ważniejsze anonsowali mu podwładni z niższych rzędów, dzwoniąc na telefon stojący przy klawiaturze.

Oprócz tego aparatu generał miał jeszcze do dyspozycji urządzenie do łączności niejawnej, za pomocą którego mógł się łączyć ze wszystkimi abonentami sieci. Jedna z linii zarezerwowana była dla zwierzchnika sił zbrojnych RP. Sawicki właśnie uświadomił sobie, że niebawem będzie musiał jej użyć.

Sytuacja, w jakiej znalazła się Rzeczpospolita, była dramatyczna.