Przebitki

Dziś piszę do papieru, więc nie będzie obszernego komentarza. Będą za to zdjęcia w trybie „bez komentarza” – z mojego styczniowego wyjazdu do Bachmutu.

Pierwsze trzy fotografie to przebitki spod Izjumu, reszta – bachmuckie krajobrazy. Wszystkie stanowią ilustrację praktycznego wymiaru ruskiego miru…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Zarwany most i tymczasowa przeprawa/fot. Marcin Ogdowski

(Nie)normalność

Hrebenne zdumiewa zwyczajnością. Żadnych uchodźców, popłochu, rozdzierających serce scen, którymi karmiła się wyobraźnia Polaków jedenaście miesięcy temu. Ot, rutynowo działające przejście na polsko-ukraińskiej granicy. Świadomość, że tam na wschodzie toczy się brutalny konflikt, nie przystaje do widoku sunących w obie strony cywilnych ciężarówek. Wyładowane tiry będą mi towarzyszyć aż po sam Donbas, co z czasem – na skutek zmieniającego się przez wojnę otoczenia – nabierze iście surrealistycznego wymiaru.

– Z kraju wyjechało mnóstwo ludzi, ale dużo więcej zostało. Chcą jeść, pić, jakoś żyć – odparł z uśmiechem ukraiński pogranicznik, który przywykł już do wojennej (nie)normalności.

Na trasie do Lwowa o wojnie przypominają przydrożne bilbordy opiewające bohaterstwo żołnierzy ZSU (sił zbrojnych Ukrainy). Co rusz przemykające wojskowe łaziki i busy nie są niczym nadzwyczajnym – w okolicy znajduje się spory poligon w Jaworowie. Dziwić może za to nadreprezentacja wieloosiowych lawet zmierzających ku Polsce. Wcześniej, jeszcze u nas, widziałem kilka takich pojazdów, załadowanych amerykańskimi terenówkami humvee. Na południowo-wschodniej granicy RP trwa największa operacja logistyczna od czasu zakończenia II wojny światowej. Każdej doby – głównie przy wykorzystaniu tymczasowych przejść – przerzuca się masę sprzętu niezbędnego do prowadzenia wojny z rosjanami. Wwózka do Ukrainy co bardziej pokaźnych „przesyłek” odbywa się nocą. Ryzyko ataku rosyjskiego lotnictwa jest znikome, ale istnieje. Dlatego trudno zobaczyć pełne lawety za dnia – puste, wracające na granicę, już dużo łatwiej.

I dopiero pod Kijowem wojna na dobre wdziera się w krajobraz. Prowadząca do miasta szosa E-40 pozostaje w pełni przejezdna i zarazem okaleczona. Gruz z pozarywanych estakad uprzątnięto, leje zaasfaltowano, wraki rosyjskich tanków – masowo niszczonych w lutym i marcu ub.r. na podejściu do stolicy – odholowano na składowiska złomu. Gdzieniegdzie jednak – po obu stronach drogi – wciąż straszą wypalone budynki.

– W tym miejscu rosjanie rozstawili działa – odezwał się w pewnej chwili nasz ukraiński przewodnik. – Wykończyły ich piony… – mężczyzna mówił o armatach strzelających amunicją o kalibrze 203 mm. Zaprojektowanych jeszcze w czasach radzieckich, także z zamysłem użycia pocisków jądrowych. Mijaliśmy właśnie jedno z bezkolizyjnych przejść dla pieszych – cokolwiek tam uderzyło, tylko pozbawione kładki podpory oraz ślady po zasypanych dziurach w pasie między jezdniami, stanowiły dowód dramatu.

Pojechałem do Ukrainy z konwojem humanitarnym, Kijów był jedynie przystankiem w drodze do Bachmutu. Zabrakło zatem okazji, by rozejrzeć się po mieście. Znam je trochę z wcześniejszych wyjazdów, gdy relacjonowałem konflikt w Donbasie i zwykle od Kijowa zaczynałem podróż. W tamtych czasach z trudem znajdowało się ślady mówiące o tym, że kraj był w stanie wojny. Dziś jest inaczej. W centrum handlowym pod Majdanem – zwykle nabitym ludźmi, bo to zarazem podziemne przejście do pobliskiej stacji metra – już wczesnym popołudniem hula wiatr. Większość sklepów zamknięto, w nielicznych snują się niczym duchy znudzone, pozbawione zajęcia sprzedawczynie. Hol tonie w półmroku, z powodu oszczędności wyłączono ruchome schody. Pamiętam takie widoki z początków pandemii w Polsce – i gdy to skojarzenie przyszło mi do głowy, pojawiła się inna refleksja. Ukraińcy płynnie weszli z kowidowych w wojenne restrykcje – i jakkolwiek brutalnie to zabrzmi, mieli czas, by przywyknąć.

Tylko ile można żyć w realiach stanu wyjątkowego?

Innym namacalnym dowodem wojny jest hotel Alfa w centrum metropolii – trafiony w sylwestrową noc przez drona-kamikadze. Jednego z szahidów-136, zakupionych przez rosję w Iranie (oficjalnie noszących nazwę Gerań-2 i będących rzekomo rosyjskiej produkcji; rosjanie wstydzą się, że muszą kupować broń od Irańczyków). Dron uderzył w róg budynku, obdzierając go z części fasady. Tyle dobrego, że nikt nie zginął, a obiekt nadaje się do odbudowy.

Skutki eksplozji przywodzące na myśl katastrofę budowlaną mogą pomóc w podtrzymaniu iluzji, że wszystko jest „po staremu”. „Musimy się tak oszukiwać, żeby nie zwariować”, napisał mi w grudniu ub.r. kolega, mieszkaniec ukraińskiej stolicy. „Ta strategia sprawdza się jedynie za dnia”, dodał, a ja nie do końca wiedziałem, o co mu chodzi. Pełen sens tych słów pojąłem dopiero w drodze powrotnej z Donbasu – Kijów w środku nocy, zaciemniony, wygląda bowiem upiornie. Okazałe wieżowce pozbawione rozświetlonych okien obnażają swój nienaturalny charakter. Widać jedynie kontury czegoś wielkiego, jakby przyczajonego, co budzi atawistyczny niepokój. Cieszyłem się, gdy wreszcie wyjechaliśmy z miasta, w „zwykłą” ciemność.

A propos tej ciemności – pisałem o niej sporo w jednym z poprzednich postów, wrócę do tematu na chwilę. Ale najpierw garść nieco odleglejszych wspomnień. Gdy osiem lat temu po raz pierwszy pojechałem do Ukrainy, urzekła mnie jej przyroda. Gorzej z materialną tkanką pokrywającą kraj – im dalej jechałem na wschód, tym bardziej wydawała mi się brzydsza, koślawsza, zużyta i zniszczona. I wcale nie miało to związku z wojną. Infrastruktura miast i wiosek sprawiała wrażenie, jakby po 1991 roku – gdy upadł Związek Radziecki – pozostawiono ją samej sobie. Nie przejmując się zbytnio naturalnym procesem rozpadu.

Na tle tej szarej, przygnębiającej masy wyróżniały się, niczym wyspy nowoczesności i schludności, stacje benzynowe. Szczerze mówiąc, owe kolorowe, klockowate formy pasowały do ponurego ukraińskiego krajobrazu jak pięść do nosa. Ale były – w przypływie optymistycznych myśli przyszło mi do głowy, że stanowią zapowiedź lepszych czasów, które czekają Ukrainę.

Te czasy jeszcze nie nadeszły, a stacje, nocą, jeszcze bardziej odróżniają się od reszty zabudowy – są bowiem rozświetlone, widoczne z daleka („jak latarnie morskie”, uznałem w którymś momencie). I często obłożone workami z piaskiem – jak ta ze zdjęcia głównego.

– To jedyne miejsce w okolicy, gdzie można napić się kawy – tłumaczyła mi sprzedawczyni. – Ponieważ stacja to takie akwarium, trzeba było zrobić coś, żeby ludzie czuli się bezpieczniej.

Ot, wojenny pragmatyzm zaprzęgnięty do walki o klienta.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Jakubowi Wojtakajtisowi, Pawłowi Ostojskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Piotrowi Maćkowiakowi i Przemkowi Piotrowskiemu. A także: Maxowi Maksimovičowi, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Aleksandrowi Stępieniowi, Szymonowi Jończykowi, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Miko Kopczakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi i Justynie Miodowskiej.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich siedmiu dni: Maciejowi J., Magdalenie Płonce, Jackowi Moskwie, Michałowi Baszyńskiemu i Zbigniewowi Porawskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Refleksje

Pozwólcie, że na chwilę oderwę Was od niedzielnego chill-outu i zostawię z odrobiną refleksji. Pierwsza dotyczy natury adaptacji, przyzwyczajania się do nadzwyczajnych okoliczności. Ta zdolność dana jest nie tylko ludziom, ale i zwierzętom. Bachmuckie psy dla przykładu – te, których przebodźcowanie dźwiękami nie zabiło – nawykły już do huku kanonady. Uchwycone na zdjęciu czworonogi leżały sobie jak gdyby nic, wygrzewając się w słońcu. A armaty grzmiały i grzmiały…

Mundurowy, który głaszcze zwierzaki – a który chwilę później nakarmił je mięsem z puszki – to Jurij Łucenko. Ochotnik z Kijowa (w Bachmucie stacjonuje jeden z oddziałów stołecznej OT, przerzucony tam w listopadzie spod Chersonia). Łucenko pełnił funkcję ministra spraw wewnętrznych w czterech różnych rządach, przez trzy lata był prokuratorem generalnym Ukrainy. Dziś jest zwykłym żołnierzem. Ciekaw jestem, którzy z rodzimych ministrów (czy szerzej, polityków), znaleźliby w sobie dość odwagi, by w razie potrzeby zrezygnować z przywilejów i iść na front…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nadzabijanie

Gdy zapada zmrok, Ukraina wręcz tonie w ciemności. To wojenna profilaktyka, mająca utrudnić działania agresorom, ale i efekt rosyjskich ataków na infrastrukturę energetyczną. W miastach odrobinę światła dają uliczne sygnalizatory, da się więc bezpiecznie podróżować. Ale wraz z rogatkami – w tym przypadku mającymi postać obsadzonych przez wojsko lub policję blok-postów – zaczyna się inny poziom wyzwań. Ukraina jest ogromna, między miastami można przejechać dziesiątki kilometrów i nie natknąć się na żadną osadę. Nawet w czasach pokoju oznaczało to brak choćby minimalnej poświaty. Dobry wzrok i solidne reflektory auta były zatem pożądane już wcześniej, w realiach wojny bez nich ani rusz.

We wtorek późnym popołudniem wyruszyłem z Bachmutu wraz z trzema kolegami – tak kończył się nasz udział w konwoju humanitarnym, który zorganizowała Fundacja Otwarty Dialog. Było już ciemno, gdy znaleźliśmy się w okolicach Izjumu. Nasz terenowy nissan dobrze sobie radził z kiepską nawierzchnią drogi, ale ta nagle się skończyła. Stanęliśmy przed betonową barierą, ustawioną – jak się wkrótce przekonaliśmy – przed wjazdem na most. Zarwany, najprawdopodobniej celowo wysadzony przez wycofujących się rosjan. Jechaliśmy tędy rano, w drugą stronę, szybko więc doszliśmy do wniosku, że gdzieś w pobliżu musi być objazd prowadzący na tymczasową przeprawę. Tylko nijak nie mogliśmy go znaleźć.

Popędzany pęcherzem, ruszyłem na zwiady. Byliśmy w centrum jakiegoś przysiółku, po obu stronach rozoranej drogi stały typowo ukraińskie niewielkie chatki. I bez wojny wyglądające jak sto nieszczęść. Nissan dawał trochę światła, a i ja przyzwyczaiłem wzrok do ciemności. Widziałem już nie tylko kontury, ale całe, pokaleczone bryły. Zarwane dachy, wybite okna, przestrzelone ściany. Powalone płoty, wrak auta – sowieckiej jeszcze łady kopiejki. I śladu żywej istotny, choćby zdziczałego psa, których na Donbasie kręcą się całe hordy.

Osada była martwa i upiornie cicha.

Nie zamierzałem wchodzić między domy; za dnia naoglądałem się tabliczek „niebezpieczeństwo – miny”. Obróciłem się, strumień światła z latarki przeczesał ścianę jednego z budynków.

– Skurwysyny – zakląłem mimowolnie na widok litery „Z” wymalowanej między oknami zrujnowanego domostwa.

Wróciłem do auta, znaleźliśmy drogę, ruszyliśmy dalej. A mnie ta „zetka” chodziła po głowie przez kolejne godziny. Żołnierze putina w ten sposób pieczętowali „powrót” przysiółków i wiosek do „rosyjskiej macierzy”. „Z” znaczyło tyle co „to nasze”. Tyle że ta naszość zwykle wiązała się z destrukcją. Ruski mir przyniósł zagładę wielu wschodnio-ukraińskim wioskom. Totalną, sprowadzającą się do stwierdzenia: byli ludzie-nie ma ludzi. Między Izjumem a Bachmutem widziałem co najmniej cztery tak potraktowane miejscowości.

Śmierć i zniszczenie, jakie niesie ze sobą rosyjska armia, są ponadnormatywne. W języku angielskim istnieje termin „overkilling”, używany w kryminalistyce, ale i będący częścią wojskowej nomenklatury. Stosuje się go do opisania działań wojennych charakteryzujących się zbytnią przesadą, nieadekwatną projekcją siły. „Nadzabijanie”, bo tak dosłownie tłumaczy się to słowo na polski, też dobrze oddaje istotę rzeczy. rosjanie w Ukrainie nadzabijają, zabijają po wielokroć – ludzi, zwierzęta, przyrodę, a wraz z nimi całą materialną osnowę stworzoną przez człowieka, służącą mu w codziennym życiu. Armia rosyjska nie walczy jak zachodnie siły zbrojnie, wyczulone, by nie niszczyć bez wyraźnej potrzeby infrastruktury niezbędnej do przeżycia cywilów. Ten imperatyw – możliwy do realizacji dzięki coraz bardziej precyzyjnej broni – jest rosjanom obcy. Obcy nie tylko dlatego, że nie mają precyzyjnych narzędzi. To konsekwencja pogardy dla życia jednostki, mocno zakorzenionej w rosyjskiej kulturze. Co na wojnie tak stawia priorytety, że nie liczą się ludzie i ich dobytek, a zdobyty teren. A choćby i za cenę totalnej destrukcji. rosja może być w ruinie, może być byle jaka – grunt, że będzie wielka, rozległa.

Nieludzka, jak to kiedyś napisał Józef Czapski.

Nie potrafię inaczej skomentować tych zdjęć. A mam ich dużo, dużo więcej…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Drogi

Zauważyliście pewnie, jak zasuwają ostatnio Ukraińcy. Co ich tak gna, poza oczywistą potrzebą wyzwolenia własnych terytoriów?

Najpierw trochę historii.

Zachodnio-centryczna wizja zmagań z lat 1914-18 zdominowała refleksję historyczną i w naszej części Europy. Wielka Wojna to i dla nas, Polaków, nade wszystko okopowa rzeź na polach Flandrii, w błotnym anturażu odpowiedzialnym za śmiercionośne warunki sanitarne. Ale przecież i na froncie wschodnim maź zatruwała żołnierzom życie. W zapiskach dokumentujących szlaki bojowe niemieckich i austro-węgierskich pułków wielokrotnie wspomina się o błocie (niekiedy, w zależności od rejonu działań, towarzyszy temu przymiotnik „polskie”). Hamowało one ofensywę na Warszawę z wczesnej jesieni 1914 roku, solidnie krzyżowało szyki podczas zmagań nad jeziorami mazurskimi w lutym 1915 roku. Wówczas to gwałtowna odwilż i rzęsiste deszcze przemieniły pole bitwy w rozlewisko, a szlaki komunikacyjne w bagna i potoki. A potem przyszedł mróz, skuwając wszystko lodem, rosjanom utrudniając ucieczkę, nie na tyle skutecznie jednak, co Niemcom pościg.

Pomni tych doświadczeń dowódcy Wehrmachtu kampanię w Polsce zaplanowali na późne lato 1939 roku. Suchy wrzesień nie zawiódł ich oczekiwań, pomagając w przeprowadzaniu błyskawicznych uderzeń. Dwa lata później ów czynnik pogodowy wzięto pod uwagę, projektując założenia operacji Barbarossa. Przewidując, że im dalej na wschód, tym gorsze drogi, a więc i większe problemy. Wielu amatorów historii podziela dziś mylne przekonanie, że niemiecki atak na ZSRR został opóźniony o kilka tygodni, z uwagi na nieplanowane wcześniej zaangażowanie sił zbrojnych III Rzeszy na Bałkanach (co miało zadecydować o niemieckiej klęsce pod Moskwą, do której najeźdźcy podeszli za późno). Tymczasem jeszcze na początku czerwca 1941 roku na rozległych obszarach rosji, Białorusi i Ukrainy deszcz „produkował” nieprzebrane masy błota, w którym utknęłyby nie tylko zmotoryzowane oddziały armii niemieckiej, ale i jej wciąż oparta o transport konny logistyka. Wiedział o tym Hitler, wiedzieli jego generałowie, stąd końcówka czerwca świadomie wybrana jako moment ataku. Stąd podjęcie kolejnej operacji zaczepnej dopiero w lipcu następnego roku…

Wracam do tematu rasputnicy, bo za kilkanaście dni powinna nastąpić jej jesienna odsłona. Co w mojej ocenie przełoży się na dynamikę działań wojennych w Ukrainie. Gdy podjąłem temat dwa tygodnie temu, kilka osób napisało mi, że współczesne armie są już w wysokim stopniu uniezależnione od kaprysów pogody – w związku z tym front „nie ostygnie”. Też nie twierdzę, że ostygnie – po prostu przewiduję wyhamowanie dużych, manewrowych operacji do czasu aż nastaną pierwsze mrozy. Współczesne czołgi wciąż pozostają niezgrabnymi kolosami – i przy odpowiednim nagromadzeniu błota zwyczajnie w nim utkną (zauważyliście, że na północy Ukraińcy używają już teraz przede wszystkim lżejszych wozów?). Obserwowaliśmy to w marcu, z satysfakcją kontemplując podtopione ruskie tanki; wtedy to orki były w natarciu i to im bardziej zależało na przejezdności pokonywanych terenów. Dziś inicjatywa jest po ukraińskiej stronie, a front przesuwa się w rejony Donbasu, gdzie nie ma za wielu przyzwoitych dróg.

W tym miejscu pozwolę sobie na pewną anegdotę. Latem 2016 roku podróżowałem samochodem z Charkowa do Siewierodoniecka. Dość szybko zjechaliśmy z porządnej szosy i… przepadliśmy. To znaczy takie wrażenie odniósł towarzyszący mi fotoreporter, dla którego był to pierwszy wyjazd do Ukrainy. „Kiedy wskoczymy na jakąś główną drogę?”, zapytał, umęczony jazdą po wertepach, przy których najgorsza polska droga z połowy lat 90. wyglądała jak autostrada. „Paweł”, odparłem. „Ale my jedziemy główną drogą…”.

Donbas do 2014 roku i bez wojny był miejscem zapomnianym przez boga. Po upadku sowietu państwo niemal przestało tam istnieć i świadczyć wiele z podstawowych usług. Publiczna infrastruktura popadała w ruinę, remonty przeprowadzano rzadko i byle jak. Prowincja, zarządzana niczym udzielne księstewko przez złodziei i prorosyjskich politycznych baronów (co zwykle oznaczało te same osoby), miała oczywiście swoje „okna wystawowe” – Donieck i kilka innych większych miast – lecz generalnie tkwiła w materialnym rozkładzie, w którym trudno się żyło i trudno przemieszczało.

A teraz te drogi porozjeżdżały jeszcze czołgi.

Oczywiście, pogoda może nas zaskoczyć. Zmiana klimatu jest faktem, zaburzenia naturalnych dotąd cyklów stają się coraz powszechniejszym zjawiskiem. W efekcie jesiennej rasputnicy może nie być, może okazać się nie tak dokuczliwa; na tym etapie to wróżenie z fusów (mniej uprawnione niż wnioski z historycznych doświadczeń). Przyjmijmy jednak, że wszystko potoczy się „po staremu”. Nie sądzę, by Ukraińcy zawiesili wówczas działania zaczepne. Po prostu, nie będą one tak spektakularne. Nastąpi ciąg dalszy grillowania rosjan przy użyciu precyzyjnej artylerii, czemu będą towarzyszyć lokalne kontrataki – nie tyle dla kolejnych korekt terytorialnych, co dla nękania przeciwnika.

Bo rosjanie – ten zamysł wydaje się coraz bardziej oczywisty – inicjatywy operacyjnej woleliby nie podejmować. Nie spodziewam się rosyjskich ofensyw, wieszczonych przez niektórych po ogłoszeniu przez Kreml mobilizacji. Moim zdaniem, najeźdźcy zamierzają się przegrupować – odpocząć, odbudować na ile się da potencjał bojowy poharatanych oddziałów – i w takim „stanie skupienia” przeczekać zimę.

Aby stało się to możliwe, na północy muszą ustabilizować front, na południu rozbudować obronę. Pytanie, czy Ukraińcy pozwolą, nie jest jedynym, jakie muszą sobie teraz zadać dowódcy „operacji specjalnej”. W rosyjskiej infosferze (mam świadomość ograniczonej reprezentatywności środowiska internetowego) następuje bowiem coś nieprawdopodobnego – rozlewa się fala krytyki dowództwa i armii (choć jeszcze nie putina). Padają najcięższe zarzuty – głupoty, tchórzostwa, nepotyzmu – pojawia się refleksja (jakże trafna…), że wojsko jest nic niewarte. Ten chór wzmagają opinie Kadyrowa i Prigożyna (szefa Wagnera), którzy wprost domagają się dymisji szojgu. Ów „pręgierz” można potraktować jako medialny szum, ale jak potraktuje go putin? Jeśli dostrzeże w nim oznaki buntu/rozkładu dyscypliny trzymającej w ryzach reżim, i on może zażądać głów. Przede wszystkim zaś działania. Gotowi (wyszkoleni, uzbrojeni) czy nie, rosyjscy żołnierze mogą wówczas zostać pchnięci do szaleńczych ataków. Byle tylko wykazać, że to Moskwa znów rozdaje karty…

PS. A ja mam dziś urodziny, w związku z czym życzę sobie sromotnej porażki armii rosyjskiej i międzynarodowego trybunału dla putina. Najpierw jednak chciałbym, żeby w jednym z ostatnich dekretów posłał putler Kadyrowa na front. Wiele bym dał, by zobaczyć tego tik-tokowego bohatera z gruzem w nogawkach…

—–

Zdjęcie ilustracyjne – wykonałem je w Afganistanie zimą 2012 roku/fot. własne

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to