Nadzabijanie

Gdy zapada zmrok, Ukraina wręcz tonie w ciemności. To wojenna profilaktyka, mająca utrudnić działania agresorom, ale i efekt rosyjskich ataków na infrastrukturę energetyczną. W miastach odrobinę światła dają uliczne sygnalizatory, da się więc bezpiecznie podróżować. Ale wraz z rogatkami – w tym przypadku mającymi postać obsadzonych przez wojsko lub policję blok-postów – zaczyna się inny poziom wyzwań. Ukraina jest ogromna, między miastami można przejechać dziesiątki kilometrów i nie natknąć się na żadną osadę. Nawet w czasach pokoju oznaczało to brak choćby minimalnej poświaty. Dobry wzrok i solidne reflektory auta były zatem pożądane już wcześniej, w realiach wojny bez nich ani rusz.

We wtorek późnym popołudniem wyruszyłem z Bachmutu wraz z trzema kolegami – tak kończył się nasz udział w konwoju humanitarnym, który zorganizowała Fundacja Otwarty Dialog. Było już ciemno, gdy znaleźliśmy się w okolicach Izjumu. Nasz terenowy nissan dobrze sobie radził z kiepską nawierzchnią drogi, ale ta nagle się skończyła. Stanęliśmy przed betonową barierą, ustawioną – jak się wkrótce przekonaliśmy – przed wjazdem na most. Zarwany, najprawdopodobniej celowo wysadzony przez wycofujących się rosjan. Jechaliśmy tędy rano, w drugą stronę, szybko więc doszliśmy do wniosku, że gdzieś w pobliżu musi być objazd prowadzący na tymczasową przeprawę. Tylko nijak nie mogliśmy go znaleźć.

Popędzany pęcherzem, ruszyłem na zwiady. Byliśmy w centrum jakiegoś przysiółku, po obu stronach rozoranej drogi stały typowo ukraińskie niewielkie chatki. I bez wojny wyglądające jak sto nieszczęść. Nissan dawał trochę światła, a i ja przyzwyczaiłem wzrok do ciemności. Widziałem już nie tylko kontury, ale całe, pokaleczone bryły. Zarwane dachy, wybite okna, przestrzelone ściany. Powalone płoty, wrak auta – sowieckiej jeszcze łady kopiejki. I śladu żywej istotny, choćby zdziczałego psa, których na Donbasie kręcą się całe hordy.

Osada była martwa i upiornie cicha.

Nie zamierzałem wchodzić między domy; za dnia naoglądałem się tabliczek „niebezpieczeństwo – miny”. Obróciłem się, strumień światła z latarki przeczesał ścianę jednego z budynków.

– Skurwysyny – zakląłem mimowolnie na widok litery „Z” wymalowanej między oknami zrujnowanego domostwa.

Wróciłem do auta, znaleźliśmy drogę, ruszyliśmy dalej. A mnie ta „zetka” chodziła po głowie przez kolejne godziny. Żołnierze putina w ten sposób pieczętowali „powrót” przysiółków i wiosek do „rosyjskiej macierzy”. „Z” znaczyło tyle co „to nasze”. Tyle że ta naszość zwykle wiązała się z destrukcją. Ruski mir przyniósł zagładę wielu wschodnio-ukraińskim wioskom. Totalną, sprowadzającą się do stwierdzenia: byli ludzie-nie ma ludzi. Między Izjumem a Bachmutem widziałem co najmniej cztery tak potraktowane miejscowości.

Śmierć i zniszczenie, jakie niesie ze sobą rosyjska armia, są ponadnormatywne. W języku angielskim istnieje termin „overkilling”, używany w kryminalistyce, ale i będący częścią wojskowej nomenklatury. Stosuje się go do opisania działań wojennych charakteryzujących się zbytnią przesadą, nieadekwatną projekcją siły. „Nadzabijanie”, bo tak dosłownie tłumaczy się to słowo na polski, też dobrze oddaje istotę rzeczy. rosjanie w Ukrainie nadzabijają, zabijają po wielokroć – ludzi, zwierzęta, przyrodę, a wraz z nimi całą materialną osnowę stworzoną przez człowieka, służącą mu w codziennym życiu. Armia rosyjska nie walczy jak zachodnie siły zbrojnie, wyczulone, by nie niszczyć bez wyraźnej potrzeby infrastruktury niezbędnej do przeżycia cywilów. Ten imperatyw – możliwy do realizacji dzięki coraz bardziej precyzyjnej broni – jest rosjanom obcy. Obcy nie tylko dlatego, że nie mają precyzyjnych narzędzi. To konsekwencja pogardy dla życia jednostki, mocno zakorzenionej w rosyjskiej kulturze. Co na wojnie tak stawia priorytety, że nie liczą się ludzie i ich dobytek, a zdobyty teren. A choćby i za cenę totalnej destrukcji. rosja może być w ruinie, może być byle jaka – grunt, że będzie wielka, rozległa.

Nieludzka, jak to kiedyś napisał Józef Czapski.

Nie potrafię inaczej skomentować tych zdjęć. A mam ich dużo, dużo więcej…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Drogi

Zauważyliście pewnie, jak zasuwają ostatnio Ukraińcy. Co ich tak gna, poza oczywistą potrzebą wyzwolenia własnych terytoriów?

Najpierw trochę historii.

Zachodnio-centryczna wizja zmagań z lat 1914-18 zdominowała refleksję historyczną i w naszej części Europy. Wielka Wojna to i dla nas, Polaków, nade wszystko okopowa rzeź na polach Flandrii, w błotnym anturażu odpowiedzialnym za śmiercionośne warunki sanitarne. Ale przecież i na froncie wschodnim maź zatruwała żołnierzom życie. W zapiskach dokumentujących szlaki bojowe niemieckich i austro-węgierskich pułków wielokrotnie wspomina się o błocie (niekiedy, w zależności od rejonu działań, towarzyszy temu przymiotnik „polskie”). Hamowało one ofensywę na Warszawę z wczesnej jesieni 1914 roku, solidnie krzyżowało szyki podczas zmagań nad jeziorami mazurskimi w lutym 1915 roku. Wówczas to gwałtowna odwilż i rzęsiste deszcze przemieniły pole bitwy w rozlewisko, a szlaki komunikacyjne w bagna i potoki. A potem przyszedł mróz, skuwając wszystko lodem, rosjanom utrudniając ucieczkę, nie na tyle skutecznie jednak, co Niemcom pościg.

Pomni tych doświadczeń dowódcy Wehrmachtu kampanię w Polsce zaplanowali na późne lato 1939 roku. Suchy wrzesień nie zawiódł ich oczekiwań, pomagając w przeprowadzaniu błyskawicznych uderzeń. Dwa lata później ów czynnik pogodowy wzięto pod uwagę, projektując założenia operacji Barbarossa. Przewidując, że im dalej na wschód, tym gorsze drogi, a więc i większe problemy. Wielu amatorów historii podziela dziś mylne przekonanie, że niemiecki atak na ZSRR został opóźniony o kilka tygodni, z uwagi na nieplanowane wcześniej zaangażowanie sił zbrojnych III Rzeszy na Bałkanach (co miało zadecydować o niemieckiej klęsce pod Moskwą, do której najeźdźcy podeszli za późno). Tymczasem jeszcze na początku czerwca 1941 roku na rozległych obszarach rosji, Białorusi i Ukrainy deszcz „produkował” nieprzebrane masy błota, w którym utknęłyby nie tylko zmotoryzowane oddziały armii niemieckiej, ale i jej wciąż oparta o transport konny logistyka. Wiedział o tym Hitler, wiedzieli jego generałowie, stąd końcówka czerwca świadomie wybrana jako moment ataku. Stąd podjęcie kolejnej operacji zaczepnej dopiero w lipcu następnego roku…

Wracam do tematu rasputnicy, bo za kilkanaście dni powinna nastąpić jej jesienna odsłona. Co w mojej ocenie przełoży się na dynamikę działań wojennych w Ukrainie. Gdy podjąłem temat dwa tygodnie temu, kilka osób napisało mi, że współczesne armie są już w wysokim stopniu uniezależnione od kaprysów pogody – w związku z tym front „nie ostygnie”. Też nie twierdzę, że ostygnie – po prostu przewiduję wyhamowanie dużych, manewrowych operacji do czasu aż nastaną pierwsze mrozy. Współczesne czołgi wciąż pozostają niezgrabnymi kolosami – i przy odpowiednim nagromadzeniu błota zwyczajnie w nim utkną (zauważyliście, że na północy Ukraińcy używają już teraz przede wszystkim lżejszych wozów?). Obserwowaliśmy to w marcu, z satysfakcją kontemplując podtopione ruskie tanki; wtedy to orki były w natarciu i to im bardziej zależało na przejezdności pokonywanych terenów. Dziś inicjatywa jest po ukraińskiej stronie, a front przesuwa się w rejony Donbasu, gdzie nie ma za wielu przyzwoitych dróg.

W tym miejscu pozwolę sobie na pewną anegdotę. Latem 2016 roku podróżowałem samochodem z Charkowa do Siewierodoniecka. Dość szybko zjechaliśmy z porządnej szosy i… przepadliśmy. To znaczy takie wrażenie odniósł towarzyszący mi fotoreporter, dla którego był to pierwszy wyjazd do Ukrainy. „Kiedy wskoczymy na jakąś główną drogę?”, zapytał, umęczony jazdą po wertepach, przy których najgorsza polska droga z połowy lat 90. wyglądała jak autostrada. „Paweł”, odparłem. „Ale my jedziemy główną drogą…”.

Donbas do 2014 roku i bez wojny był miejscem zapomnianym przez boga. Po upadku sowietu państwo niemal przestało tam istnieć i świadczyć wiele z podstawowych usług. Publiczna infrastruktura popadała w ruinę, remonty przeprowadzano rzadko i byle jak. Prowincja, zarządzana niczym udzielne księstewko przez złodziei i prorosyjskich politycznych baronów (co zwykle oznaczało te same osoby), miała oczywiście swoje „okna wystawowe” – Donieck i kilka innych większych miast – lecz generalnie tkwiła w materialnym rozkładzie, w którym trudno się żyło i trudno przemieszczało.

A teraz te drogi porozjeżdżały jeszcze czołgi.

Oczywiście, pogoda może nas zaskoczyć. Zmiana klimatu jest faktem, zaburzenia naturalnych dotąd cyklów stają się coraz powszechniejszym zjawiskiem. W efekcie jesiennej rasputnicy może nie być, może okazać się nie tak dokuczliwa; na tym etapie to wróżenie z fusów (mniej uprawnione niż wnioski z historycznych doświadczeń). Przyjmijmy jednak, że wszystko potoczy się „po staremu”. Nie sądzę, by Ukraińcy zawiesili wówczas działania zaczepne. Po prostu, nie będą one tak spektakularne. Nastąpi ciąg dalszy grillowania rosjan przy użyciu precyzyjnej artylerii, czemu będą towarzyszyć lokalne kontrataki – nie tyle dla kolejnych korekt terytorialnych, co dla nękania przeciwnika.

Bo rosjanie – ten zamysł wydaje się coraz bardziej oczywisty – inicjatywy operacyjnej woleliby nie podejmować. Nie spodziewam się rosyjskich ofensyw, wieszczonych przez niektórych po ogłoszeniu przez Kreml mobilizacji. Moim zdaniem, najeźdźcy zamierzają się przegrupować – odpocząć, odbudować na ile się da potencjał bojowy poharatanych oddziałów – i w takim „stanie skupienia” przeczekać zimę.

Aby stało się to możliwe, na północy muszą ustabilizować front, na południu rozbudować obronę. Pytanie, czy Ukraińcy pozwolą, nie jest jedynym, jakie muszą sobie teraz zadać dowódcy „operacji specjalnej”. W rosyjskiej infosferze (mam świadomość ograniczonej reprezentatywności środowiska internetowego) następuje bowiem coś nieprawdopodobnego – rozlewa się fala krytyki dowództwa i armii (choć jeszcze nie putina). Padają najcięższe zarzuty – głupoty, tchórzostwa, nepotyzmu – pojawia się refleksja (jakże trafna…), że wojsko jest nic niewarte. Ten chór wzmagają opinie Kadyrowa i Prigożyna (szefa Wagnera), którzy wprost domagają się dymisji szojgu. Ów „pręgierz” można potraktować jako medialny szum, ale jak potraktuje go putin? Jeśli dostrzeże w nim oznaki buntu/rozkładu dyscypliny trzymającej w ryzach reżim, i on może zażądać głów. Przede wszystkim zaś działania. Gotowi (wyszkoleni, uzbrojeni) czy nie, rosyjscy żołnierze mogą wówczas zostać pchnięci do szaleńczych ataków. Byle tylko wykazać, że to Moskwa znów rozdaje karty…

PS. A ja mam dziś urodziny, w związku z czym życzę sobie sromotnej porażki armii rosyjskiej i międzynarodowego trybunału dla putina. Najpierw jednak chciałbym, żeby w jednym z ostatnich dekretów posłał putler Kadyrowa na front. Wiele bym dał, by zobaczyć tego tik-tokowego bohatera z gruzem w nogawkach…

—–

Zdjęcie ilustracyjne – wykonałem je w Afganistanie zimą 2012 roku/fot. własne

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Referenda”

Kilka osób zapytało mnie, o co chodzi z tymi referendami w Doniecku i Ługańsku. „Co oni kombinują?” – zastanawiają się Czytelnicy, mając na myśli zarówno Moskwę, jak i „separów”. Niezorientowanym wyjaśniam – wczoraj ci drudzy zaapelowali o jak najszybsze przeprowadzenie referendów w sprawie przyłączenia obu tzw. republik ludowych do Rosji. „Nadszedł czas, aby wymazać nieistniejącą granicę między naszymi państwami”, tamtejsze media cytują przewodniczącego Izby Publicznej DRL Aleksandra Kofmana. Na marginesie – nadal nie wiadomo, gdzie jest doniecki „numero uno” Penis Duszylin (odkąd kanalia zadekretował, oficjalnie!, że nie wolno zamieniać pierwszych liter jego imienia i nazwiska, czynię to z ogromną lubością). Kilka dni temu zwiał z Doniecka, najpewniej do rosji, i jak dotąd się nie objawił.

Mniejsza o niego – idea referendów spodobała się byłemu rosyjskiemu prezydentowi Dymitrowi Miedwiediewowi, o czym poinformował na Telegramie. Miedwiediew to w ostatnim czasie propagandowa strzelba reżimu, miotająca groźby i bluzgi pod adresem krajów wspierających Ukrainę. Tajemnicą poliszynela jest, że odstawiony przez putina na boczny tor polityk od dawna mierzy się z chorobą alkoholową. I to głównie po pijaku aktywuje się w sieci. Niezależnie od knajackich standardów putinowskiej polityki i dyplomacji, pewnych rzeczy pisać i mówić nie wypada czy to Ławrowowi czy Pieskowowi; rolę użytecznego idioty realizuje więc „Dimon”. Trudno jednak ocenić, czy w tym przypadku jego „tak” dla pomysłu separatystów oznacza zgodę Kremla (Miedwiediew potrafi bowiem „odlecieć”).

Przystając na propozycje liderów ŁRN i DRL Moskwa dużo ryzykuje.

Nie sądzę, by był to pomysł skrojony na Kremlu. W mojej ocenie jest on desperacką próbą uzyskania większych gwarancji bezpieczeństwa dla pseudo-republik ze strony Moskwy. Ukraińcy po ostatniej kontrofensywie nie zatrzymali się w granicach obwodu charkowskiego – weszli na ługańszczyznę. Od kilku dni – wzorem wcześniejszych działań na innych odcinkach frontu – „grillują” zaplecze wroga przy użyciu precyzyjnej artylerii rakietowej. Jest oczywiste, że zamierzają iść za ciosem i wyzwolić kolejne tereny, także te utracone w 2014 roku.

Przed lutym 2022 roku połączone „siły zbrojne” ŁRL i DRL liczyły 40 tys. bojców. Było to ostrzelane w kilkuletniej wojnie okopowej, nieźle wyposażone „wojsko”. Tyle że nie ma już po nim śladu – trzon został wytracony, a potencjalne rezerwy wydrenowane. Doszło do tego, że „separy” zniosły nienaruszalną dotąd zasadę – niemobilizowania górników. Wcześniej zaś przymusowy pobór objął nawet niepełnosprawnych mężczyzn. Duża w tym zasługa dowództwa armii rosyjskiej, które milicje traktowała – nadal traktuje – jako mięso armatnie służące do rozpoznania bojem.

Innymi słowy, coraz bardziej nie ma komu bronić „republik” – a armia ukraińska nie odpuszcza.

Mimo padających od lat deklaracji, elity ŁRL i DRL wcale nie pragnęły ścisłej integracji z rosją. Mówimy bowiem o mafijnym układzie, nastawionym na brutalną, ekspansywną eksploatację zasobów ekonomicznych obu regionów, rzecz jasna dla własnych korzyści. Większa zależność administracyjna oznaczałaby konieczność dzielenia się z Moskwą, zarówno w wymiarze formalnym, jak i nieformalnym (transfer kapitału w rosji odbywa się z peryferii do centrum; to prowincja żywi Moskwę – i tę polityczną, i tę mafijną; zresztą, oba światy się przenikają). „Donieckim” i „ługańskim” wystarczał rosyjski „bicz boży”, wiszący nad Ukraińcami, gdyby Kijowowi przyszło do głowy rozbić „republiki”. I istotnie, perspektywa interwencji armii rosyjskiej przez lata powstrzymywała władze Ukrainy przed wyzwoleniem Donbasu. Moskwie z kolei wystarczał fakt, że jątrzący się tam konflikt de facto blokował ukraińskie aspiracje dotyczące integracji z Zachodem. Był więc to układ (między rosją a „republikami”) wzajemnie pasożytniczy, ba, „separy” potrafiły nawet zagrać Kremlowi na nosie i wprowadzać cła na niektóre towary z federacji – by i na tym zarobić.

Ale to już przeszłość. Teraz uścisk „pańskiej ręki” Moskwy musi być silniejszy, jeśli mafiosom z Ługańska i Doniecka marzy się przeżycie. Tak przynajmniej kalkulują, zakładając, że Ukraińcy nie odważą się wchodzić na teren formalnie będący rosją. Wyobrażają sobie, że ochroni ich rosyjska doktryna obronna, zakładająca atomową odpowiedź w przypadku ataku na federację.

Tyle że Kreml już się przekonał o ograniczonych możliwościach, jakie niesie szantaż nuklearny. Wielokrotnie powtarzane groźby ani nie wygasiły ukraińskiego oporu, ani nie powstrzymały Zachodu przed niesieniem pomocy wojskowej. W Moskwie mają świadomość, że tym mieczem za bardzo wojować się nie da – bo w którymś momencie trzeba go wyjąć z pochwy, co i dla rosji oznaczałoby dotkliwe i dramatyczne skutki. Stąd chowanie głowy w piasek i udawanie, że nic się nie stało, gdy Ukraińcy zaatakowali instalacje wojskowe na Krymie – a przecież półwysep w myśl rosyjskiego prawa od 2014 roku stanowi część federacji.

Krymu chroni potężne zgrupowanie rosyjskich wojsk i minie jeszcze sporo czasu, nim ukraińskie „sprawdzam” potwierdzi kremlowski blef. W Donbasie sytuacja jest inna – i grozi kolejną kompromitacją rosji.

Oczywiście, intelektualna uczciwość każe założyć inny scenariusz – że Moskwa szuka pretekstu do ogłoszenia stanu wojny i powszechnej mobilizacji. Jeśli tak jest, w mojej ocenie świadczy to o totalnym „odjechaniu” autorów takiego pomysłu. Gdzie oni bowiem widzą te zasoby sprzętu, w który dałoby się wyekwipować zmobilizowanych? To, co realne, co ma jakąś wartość, już zostało w Ukrainie zaangażowane. Część zresztą sczezła, część zasiliła wroga. Nieprzebrane magazyny sprawnej techniki to nic więcej jak mokry sen. Realia zaś są takie, że wczoraj rosyjskie okręty podwodne przebazowano z Krymu do portu w Noworosyjsku w Kraju Krasnodarskim. To wciąż nad Morzem Czarnym, ale z dala od ukraińskich rakiet. Tyle w temacie…

—–

Nz. Ukraiński czołgista podczas niedawnych działań w charkowszczyźnie. Presja armii ukraińskiej trwa…/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Ból

Ależ ich to boli – ta porażka w charkowszczyźnie. Mam na myśli naszych użytecznych idiotów – cyfrowych aktywistów, usiłujących rozpowszechnić (pro)rosyjską narrację w mediach społecznościowych. Tłumaczę gamoniom, że to ból fantomowy, po czymś, czego dawno już nie ma – po potędze „anałoga-w-miru-niet” ruSSarmii.

Zjawisko jest oczywiście szersze, w największym natężeniu występuje w rosyjskiej info-sferze. Widać, że minął już pierwszy szok, przyszła trudna akceptacja dla faktów, której towarzyszy szukanie wyjaśnień (co oznacza również typowanie winnych). Są pytania „co teraz?” i odpowiedzi, z których zwykle wynika, że rosjanie nadal wierzą w możliwości swojej armii („klęski spadają na wszystkich, my potrafimy się z nich podnosić”). W związku z tym sporo jest nawoływań do zemsty, „zmiecenia Ukrainy z powierzchni Ziemi”. Głosów rozsądku próżno szukać w ilościach, które mogłyby się przełożyć na jakąś istotną jakość – zdaje się, że większość rosjan, przynajmniej tych aktywnych cyfrowo, nadal pragnie wojny.

Wracając do racjonalizacji – „walczymy z całym NATO”, to jedna z najpopularniejszych. Jest w tym mocny rys rosyjskiego rasizmu i ksenofobii, bo przecież armia wielkiej rosji nie może przegrać z „chochołami”, wieśniakami ze stepów. Sojusz zatem wydaje się godniejszym przeciwnikiem – w końcu to mnóstwo państw (domyślnie, rozwiniętych i bogatych – ale takie słowa „porządnemu” rosjaninowi nie zejdą z klawiatury). Jest w tym myśleniu logiczna pułapka – a może zwykła niekonsekwencja? – bo przecież „my jesteśmy w stanie pokonać wszystkich!”, przekonywali nie tak dawno ci sami propagandyści, blogerzy, lokalne i regionalne „autorytety opinii”. Ale pal licho, nie o tym chcę pisać.

„Walczymy z całym NATO”, to takie nasze „gloria victis”/chwała pokonanym, z tą różnicą, że myśmy naprawdę przyjmowali łupnia (gdy popularyzowano to hasło) od dużo silniejszych. A rosja pod Charkowem?

Prawdą jest, że ukraińskie dowództwo na bieżąco otrzymywało informacje ze zwiadu satelitarnego, co najpierw pomogło wytypować słabsze punkty rosyjskiej obrony, a później – niemal w czasie rzeczywistym – pozwalało obserwować reakcje wroga;
Prawdą jest, że działania ofensywne poprzedziły gry wojenne, prowadzone z udziałem natowskiej generalicji, przy użyciu natowskich narzędzi cyfrowych. Że na etapie przygotowania Ukraińcy mogli „walić jak w dym” z prośbami o rady, sugestie czy krytykę – przede wszystkim do Amerykanów, ale i Europejczycy nie pozostali obojętni;
Prawdą jest, że na froncie znalazło się sporo pochodzącego z natowskich krajów sprzętu i uzbrojenia, w tym eks-polskie czołgi;

Ale też prawdą jest:
… że Ukraińcy użyli do ataku zaledwie czterech, wedle innych źródeł pięciu brygad, czyli nie więcej niż 20 tys. ludzi;
… że wsparcie lotnicze, jakim dysponowali, było skromne;
… że w ostatecznym rozrachunku okazało się, iż w obszarze ich działań (rozszerzanym w miarę postępów) przebywało niemal 40 tys. rosjan i separatystów;
… że (o czym pisałem już wczoraj) nie były to tylko II-rzutowe i tyłowe jednostki, ale także istotne elementy gwardyjskiej armii pancernej.

Idźmy dalej. W kontrofensywie owszem, użyto oddziałów Legionu Międzynarodowego, ale miażdżąca większość kontyngentu to rdzenni Ukraińcy (swoją drogą, ciekaw jestem, ilu wśród nich było obywateli Ukrainy rosyjskiego pochodzenia. Dostępny materiał filmowy pozwala stwierdzić, że rosyjskojęzyczni żołnierze to oczywista-oczywistość ukraińskiej armii – wspominam o tym także dlatego, że dobrze pamiętam początki wojny w Donbasie, kiedy w rejon „operacji antyterrorystycznej” Kijów wysyłał przede wszystkim wojskowych ze środkowej i zachodniej Ukrainy). Jest to zatem nade wszystko ukraińskie zwycięstwo, osiągnięte relatywnie niedużym nakładem sił, przy nieznacznym wsparciu NATO. Informacja jest diabelnie ważna na wojnie, to fakt, ale ostatecznie największy wysiłek i tak pozostaje udziałem tych z pierwszej linii. To oni sprawili, że 20 tys. rosjan uciekło aż za granicę, do matuszki, oddając w kilka dni teren wcześniej wywalczony w krwawych dwumiesięcznych bojach. O niebotycznych ilościach porzuconego przy tej okazji sprzętu już tu pisałem.

Co znamienne, to głównie sprzętu żałują rosyjscy „racjonalizatorzy”. I nie chodzi tylko o najnowszą technikę – a trzeba przyznać, że Ukraińcy zdobyli kilka ciekawych gadżetów do walki radio-elektronicznej – ale też o czołgi, wozy bojowe i wszelkiej maści pojazdy logistyczne. W rosyjskiej narracji nie ma tego tak dużo, ale na tyle dużo, by złościć się na „dozbrajanie NATO”. Skądinąd śmieszne jest to złorzeczenie, gdy patrzy człowiek na zdjęcie zdobycznego, 50-letniego T-62, który wygląda tak, jakby zaraz miał się rozlecieć. O czym zresztą napisałem jednemu gamoniowi, dodając z dziką satysfakcją – w nawiązaniu do słów putina – że NATO tak naprawdę jeszcze nie zaczęło i pewnie nigdy nie będzie musiało. Bo sami Ukraińcy – wsparci ułamkiem potencjału Sojuszu (ułamek podkreśliłem) – najpewniej załatwią sprawę.

A skoro o putlerze mowa. Dziś – jak zapewne wielu z Was – oglądałem też zdjęcia prezydenta Zełenskiego z jego wizyty w Izjumie, a więc w strefie przyfrontowej. Nie pierwszy to raz, gdy ukraińska głowa państwa wizytuje żołnierzy. A co w tym czasie robi rosyjska? Zaszyła się w Soczi, z dala od Moskwy, czyżby przed czymś/kimś uciekając? Tak czy inaczej, putin swych żołnierzy na froncie nie odwiedzi, tchórze takich rzeczy nie robią.

—–

Nz. Wołodymyr Zełenski w Izjumie/fot. Офіс Президента України

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Pożary

Cztery dni rozwałki rosyjskich składów amunicyjnych i proszę, jaki efekt. 9 lipca mapa pożarów – we wschodniej Ukrainie w miażdżącej większości wywołanych przez ogień Rosjan – wyglądała tak, jak na głównym zdjęciu. Dziś wygląda znacznie mniej okazale:

Oczywiście, to także skutki wypalenia się substancji leśnej, ale decydujące znaczenie ma tu dramatycznie zmniejszona intensywność rosyjskiego ostrzału. Któremu zabrakło wsadu.

Himars rządzi, himars kadzi, himars ruska wnet wysadzi.

—–

Fot. NASA

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to