Długofalowo

„F-16 rozbił się w Radomiu. Fatalny błąd polskiego pilota w stosunkowo prostej sytuacji. Wiele mediów będzie nas przekonywać, że to wina Putina. Ale zawiniło szkolenie i słabe umiejętności pilota”, wpis tej treści ukazał się na platformie X tuż po tragicznym wypadku, w którym zginął mjr Maciej „Slab” Krakowian. Jego autorem jest Piotr Panasiuk, niegdyś polityk Konfederacji, słynący z szerzenia w Internecie prorosyjskiej i antyukraińskiej propagandy. Nie cytuję tych obrzydliwych wynurzeń bez powodu.

Panasiuk nie ma żadnych zawodowych kompetencji związanych z lotnictwem. Można by przyjąć, że ferowanie wyroków i krytykanctwo dają mu jakiś rodzaj satysfakcji, co biorąc pod uwagę motywacje wielu innych użytkowników Internetu, nie byłoby niczym nadzwyczajnym. Lecz charakter publicznej działalności tego medialnego aktywisty raczej wyklucza „zwyczajną złośliwość”. Jest bowiem Panasiuk rycerzem nie tylko prorosyjskiej i antyukraińskiej „prawdy”, ale i orędownikiem wszelkich haseł o antyzachodniej i antyeuropejskiej treści, który widzi Polskę w rosyjskiej strefie wpływów, zarówno w sferze politycznej, społecznej, jak i technologicznej (oraz wszelkich innych, których wymienienie zajęłoby zbyt wiele miejsca).

Patrząc z tej perspektywy, zacytowany wpis jawi się jako (kolejna) próba zdezawuowania kluczowej instytucji państwa polskiego – jego armii. Jeśli jeden z najlepszych polskich myśliwców ginie „w prostej sytuacji”, to co to mówi o systemie szkolenia oraz o kompetencjach innych lotników, niedelegowanych do prestiżowej roli pilota akrobacyjnego? Panasiuk sugeruje, że najlepsi polscy piloci są słabi, że całość personelu sił powietrznych jest źle wyszkolona. Próbuje też zasiać ziarno wątpliwości co do technicznych możliwości maszyn, które w Polsce cieszą się statusem kultowych – są symbolem naszych prozachodnich aspiracji, narzędziem przeskoku technologicznego, ale i źródłem finansowych wyrzeczeń, z jakimi wiązało się ich pozyskanie. Ów przekaz zmierza do tego, byśmy – jako odbiorcy – stracili zaufanie do elitarnego i jednego z najefektywniejszych komponentów Wojska Polskiego. Do idei westernizacji sił zbrojnych, a w docelowym zamiarze do armii jako takiej, na którą „nie warto wydawać pieniędzy, skoro i tak jest do niczego”. Kto na takiej refleksji – jeśli na dobre zakorzeni się w głowach znaczącej części Polaków – może skorzystać? Ano właśnie…

—–

Zostawmy Panasiuka – to tylko drobny element szerszego zjawiska. By je opisać, cofnijmy się do początku tego roku, kiedy opublikowany został raport Komisji ds. badania wpływów rosyjskich i białoruskich. O zgrozo, przeszedł on niemal bez echa, mimo iż zawiera alarmujące wnioski. Z prac Komisji wynika bowiem, że rosja – z wydatną pomocą Białorusi – prowadzi przeciwko Polsce długofalową wojnę kognitywną. Czym w ogóle jest ten rodzaj konfliktu? Najogólniej rzecz ujmując, chodzi o wpływanie na procesy myślowe, emocje i zachowania, by tym sposobem osiągnąć cele polityczne lub wojskowe. Bitwa toczy się na polu poznawczym, integrując elementy wojny informacyjnej, psychologicznej i cybernetycznej. Wykorzystuje się przy tym m.in. media społecznościowe i inne zdobycze technologii do kształtowania opinii, postaw i przekonań jednostek i grup.

„Z uwagi na nastawienie polskiego społeczeństwa, rosyjska narracja nie koncentruje się na promowaniu rosji. Opiera się natomiast na krytyce i podważaniu zaufania do instytucji i procesów demokratycznych, w tym rządu oraz NATO i Unii Europejskiej, zwiększaniu polaryzacji. Wzbudza niechęć do Ukraińców i innych narodowości, wyznań i mniejszości”, czytamy we wstępie do raportu. rosyjska wojna kognitywna ma doprowadzić do osłabienia i dezintegracji polskiego społeczeństwa (ale i Zachodu, wszak wymierzona jest także w inne kraje naszej wspólnoty).

Autorzy raportu wyodrębniają pięć wiodących schematów narracyjnych, stosowanych przez rosjan wobec Polski i Polaków. Pierwszy buduje wrażenie, że NATO i UE są opresyjne, wrogie, kolonizują swoich członków. Drugi przekonuje, że cywilizacja zachodnia upada, jest dekadencka i zdemoralizowana. Wedle trzeciego, w wojnie w Ukrainie rosja wygrywa i musi wygrać, co ma związek z czwartym schematem, takim mianowicie, że Ukraina to upadłe państwo, a Ukraińcy nie są narodem. I wreszcie piąty schemat ma nam uzmysłowić, że rosji – państwa nuklearnego, zwycięskiego w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej – nie można pokonać.

—–

Eksperci i ekspertki Komisji podkreślają, że w rosji wojna kognitywna jest oficjalnie uznanym elementem prowadzenia działań wojennych. Kreml wydaje na nią od 2 do 4 mld dolarów rocznie. Prowadzona jest w sposób konsekwentny i systematyczny, z inspiracji i przez służby oraz siły zbrojne federacji rosyjskiej, dystrybuowana w tzw. konglomeracie dezinformacyjnym (o którym szerzej w dalszej części tekstu). To nie jest tylko „zwykłe” wprowadzanie w błąd. To przede wszystkim wpływanie na opinie i postawy Polek i Polaków oraz procesy polityczne czy gospodarcze.

Jak dokładnie to działa? Rekonstruując ów mechanizm, opieram się o własne wieloletnie obserwacje (choć są one w istotnej mierze tożsame z ustaleniami komisji). Wynika z nich, że choć pierwotne źródła dezinformujące są rosyjskie, wieści idą w nasz świat już nie tyle za sprawą rosjan, co Polaków. Ludzi, których można podzielić na dwie kategorie. W pierwszej umieściłbym osoby o uprzywilejowanej pozycji, dbające o rosyjski interes poprzez wywieranie wpływu na miejscową opinię publiczną i instytucje. Polityków, naukowców, aktorów, biznesmenów, dziennikarzy; wszystkich, ze zdaniem których liczą się ich rodacy. A więc i gwiazdy Internetu, funkcjonujące wyłącznie na jego niwie – blogerów, youtuberów, właścicieli lub administratorów serwisów, tematycznych stron i forów. Innymi słowy, agentów wpływu, pełniących swoje role świadomie, choć z różnych pobudek – kryminalnych (szantaż), finansowych czy ideowych. Do drugiej kategorii zaliczyłbym „użytecznych idiotów”. Włodzimierz Lenin – autor tego określenia – posługiwał się nim w odniesieniu do zachodnich dziennikarzy, którzy 100 lat temu chwalili bolszewicką rewolucję, pomijając, umyślnie lub nie, różne jej wypaczenia. Ale ów epitet pasuje także do współczesnych internautów, propagujących korzystne dla Moskwy narracje, a nierzadko czyniących to w zgodzie z własnym postrzeganiem rzeczywistości i bez świadomości wysługiwania się rosji, ba, w sprzeczności z wyznawanymi antyrosyjskimi poglądami. (…) To uczestnicy wymiany informacji (…) pielęgnujący przydatne rosjanom resentymenty (antysemityzm, ukrainofobię, antyamerykanizm, niechęć do demokracji, świata zachodnich wartości itp.), zwolennicy teorii spiskowych lub zwyczajni atencjusze lubujący się w odzewie, jaki generują udostępniane przez nich treści.

To tylko część tekstu, który opublikowałem na łamach portalu TVP.Info – oto link do całości materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. Fragment okładki jednej z moich książek. „(Dez)informacja” – wydana w 2018 roku! – traktuje o rosyjskiej wojnie kognitywnej i jej realnych, fizycznych następstwach/rys. Warbook

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

„Slab”

Dziś odbył się pogrzeb Macieja Krakowiana. Zgodnie z wolą rodziny, ceremonia miała charakter prywatny. „Slaba”, który zginął w katastrofie myśliwca F-16, awansowano pośmiertnie do stopnia podpułkownika.

Miałem honor zredagować tekst pożegnalny, który ukazał się na łamach „Polski Zbrojnej”. Poniżej fragmenty tego materiału, całość znajdziecie pod linkiem u dołu tekstu.

„(…) Kpt. rez. pil. Witold Sokół po raz pierwszy spotkał się ze „Slabem” w 2015 roku, przy okazji Air Show. – Maciek przyszedł na moje stanowisko. Potem widywaliśmy się od pokazu do pokazu – wspomina wieloletni komentator radomskiej imprezy. – Wymienialiśmy się poglądami na temat latania akrobacyjnego. Maszyny inne – ja latałem na MiG-u-29, on na F-16 – czasy inne, ale wiele kwestii jest wspólnych czy podobnych, było więc o czym rozmawiać. Nie słuchał z grzeczności, czuć było, że go to po prostu diabelnie interesowało. Siedział w lotnictwie po uszy.

(…)

Ewa Korsak, wieloletnia reporterka „Polski Zbrojnej”, Krakowiana poznała na Litwie w 2018 roku. – Odwiedzaliśmy wtedy kontyngent „Orlik” – mówi obecna szefowa Wojskowego Instytutu Wydawniczego. – Zaraz na wstępie Maciek odmówił mi rozmowy, bo właśnie przygotowywał się do dyżuru. „Chcę się wyłącznie na tym skupić”, przepraszał. Po locie był już do naszej dyspozycji, wyluzowany, chętny do rozmowy. Później jeszcze kilkukrotnie przekonałam się, że taki właśnie był: życzliwy, gotowy do współpracy, ale nade wszystko przedkładający wymóg dobrego przygotowania i zachowania zasad bezpieczeństwa.

– „Slab” z miejsca sprawiał wrażenie, że jest kimś, kto wie, co robi – dodaje Korsak. – A przy tym wystrzegał się pretensjonalności, wyższości. Często podkreślał, że to, czym się zajmuje, to praca zespołowa. W maju tego roku przygotowywaliśmy materiał o dziesięcioleciu Tiger Demo Team. Maciek przywitał nas w bramie bazy w Krzesinach. „Chętnie z wami pogadam, ale najpierw porozmawiajcie z moim zespołem; ja jestem tu tylko cegiełką”, zastrzegł.

(…)

– Chyba dopiero po śmierci Macieja zdałem sobie sprawę, że był idolem – przyznaje Bartek Bera, fotograf lotniczy, który wraz ze „Slabem” uczestniczył w wielu sesjach air-to-air. – Możliwe, że jedynym po 1989 roku idolem w mundurze. Dzięki charyzmie i ciepłemu usposobieniu potrafił porywać tłumy. Dość wspomnieć długie kolejki po autograf czy zdjęcie na każdej lotniczej imprezie z jego udziałem. A nie mówię tu wyłącznie o dzieciakach, ale i o dorosłych, włączając w to siebie – zastrzega autor fotografii ilustrujących podniebną służbę. – Zawsze z uśmiechem i chęcią pozował do zdjęć i podpisywał pamiątki, a ludzie byli w niego wpatrzeni. Koleżanka z pracy powiedziała mi kiedyś, że tak wyobrażała sobie pilota F-16, a ja nie mogłem się z nią nie zgodzić. Maciek był „modelowym” oficerem i pilotem – miał klasę w powietrzu i poza nim.

– Nie bał się kamery, czuł się przed nią swobodnie – podkreśla Ewa Korsak. – Dzięki tym cechom, no i temu, że był bardzo przystojnym mężczyzną, został jedną z twarzy kampanii rekrutacyjnej Wojska Polskiego. Ale o tym wyborze zadecydowało też coś jeszcze – szefowa WIW-u wraca wspomnieniami do spotkań ze „Slabem”. – Miał iskry w oczach, gdy mówił o trzech rzeczach: o F-16, o Tiger Demo Team i o rekrutacji do sił powietrznych i całej armii. Tiger Demo Team był zresztą dla niego skutecznym narzędziem do „zarażania” lotniczo-wojskową pasją. Cieszył się, że pokazy przyciągają tyle uwagi.

– Mam przekonanie, że był najlepszym, co się siłom powietrznym zdarzyło i nie da się go w pełni zastąpić – mówi Bartek Bera. – Jego śmierć wyrwała kawałek lotniczego serca – dodaje Witold Sokół.

(…)

Krakowiana pożegnali również amerykańscy koledzy. Podczas wizyty prezydenta Karola Nawrockiego w Stanach Zjednoczonych, cztery samoloty F-16 wykonały lotniczy salut w formacji „missing man”; tak upamiętnia się zasłużonego zmarłego pilota. W tradycji sił powietrznych USA manewr wykonują dwie pary tworzące na niebie kształt litery V. Samoloty przelatują nisko nad miejscem ceremonii – w tym przypadku był to Biały Dom, którego gospodarz gościł zwierzchnika sił zbrojnych RP. Będąc nad celem, dowódca drugiej pary rozpoczyna gwałtowne wznoszenie, podczas gdy reszta maszyn kontynuuje poziomy lot z wyraźnie widoczną pomiędzy nimi luką po brakującym samolocie. Także podczas ceremonii 3 września „missing man” poszybował wysoko w górę. Do miejsca, gdzie jak wierzy lotnicza brać, poleciał Maciej „Slab” Krakowian”.

—–

Nz. Para F-16, za sterami pierwszej maszyny zasiadał Maciej Krakowian/fot. Bartek Bera

Oto link do całości materiału, który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna”.

Gwarancja

Po dyplomatycznym maratonie z ostatnich dni na plan pierwszy wysuwa się kwestia gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy. Bez tego, przy takim sąsiedzie jak rosja, nie da się zapewnić trwałego pokoju. Nie tylko zresztą Ukrainie, ale też reszcie Europy, o czym otwarcie mówił w poniedziałek w Waszyngtonie prezydent Francji Emmanuel Macron.

Koalicjanci głowią się teraz nad szczegółami takich gwarancji i mam wrażenie, że są to rzeczywiste rozkminy, a nie pozorowane działania. Stany Zjednoczone – i nie tylko one – wykluczają możliwość przyjęcia Ukrainy do NATO, co z perspektywy Kijowa byłoby najwłaściwszym rozwiązaniem. O wysłaniu potężnych sił pokojowych też nie mam mowy – Amerykanie umywają ręce, a Europejczycy nie są organizacyjnie zdolni do takiego wysiłku. Wszelkie zaś mniej lub bardziej symboliczne działania w tym zakresie już dziś można uznać za niedostateczne; kilka-kilkanaście tysięcy żołnierzy NATO rosjan nie odstraszy.

Sytuacja bez wyjścia? Są tacy, którzy twierdzą, że jedynym ratunkiem dla Ukrainy byłoby posiadanie własnej broni jądrowej. Nie będę podważał logiczności takiej argumentacji, gdyż się z nią zgadzam, ale realna ocena sytuacji każe mi uznać taki scenariusz za niemożliwy. Ukraina nie jest w stanie pozyskać takiej broni – nie ma ku temu odpowiednich środków i zasobów techniczno-intelektualnych, Kijów nie uzyska też wsparcia z zewnątrz.

Co zatem począć? Ano można wybrać półśrodek: uzbroić ukraińskie wojsko po zęby. Po kilkudziesięciu miesiącach pełnoskalowej wojny rosjanie dobrze wiedzą, że ich broń w większości kategorii ustępuje zachodnim systemom. Mają świadomość, że dziś ratuje ich stosunkowo niewielka ilość tej broni na wyposażeniu Ukraińców. Kilkanaście F-16 różnicy nie czyni, ale 200 maszyn wymiotłoby z ukraińskiego nieba rosyjskie lotnictwo. Tak samo jest i byłoby z czołgami, artylerią, bronią rakietową, zwłaszcza średniego i dalekiego zasięgu. Potęga technologiczno-finansowa Zachodu mogłaby również pomóc Ukraińcom w zbudowaniu przewag w broni WRE (walki radio-elektronicznej), w dalszej rozbudowie komponentu dronowego. Czy mając takiego przeciwnika rosja poszłaby na kolejną wojnę? Nie sposób tego wykluczyć, ale ryzyko z pewnością byłoby mniejsze.

No ale rosjanie wykazują w tej wojnie niezwykłą determinację – rozumianą jako nonszalancja wobec ponoszonych strat – dlaczego miałoby im zabraknąć jej w przyszłości? – mógłby zapytać ktoś, powątpiewając w odstraszającą moc zwesternizowanej armii ukraińskiej. „Próg bólu” moskali rzeczywiście znajduje się wysoko, jednak nie jest nieosiągalny. Przekonuje mnie interpretacja zaangażowania rosjan w oparciu o mechanizm znany w psychologii społecznej jako „pułapka utopionych kosztów”. To stan, gdy wpakowaliśmy w jakieś przedsięwzięcie czas, pieniądze, energię (jakiekolwiek inne zasoby) i trwamy przy inwestycji chociaż ona nam się już nie opłaca. „Spec-operacja” jest taką właśnie inwestycją – za dużo już „zżarła”, by teraz się z niej wycofać. Co innego, gdyby można było cofnąć czas…

Dozbrojenie ZSU oczywiście będzie kosztować – niewiele mniej niż teraz, kiedy Zachód wykłada rokrocznie około 40 mld dolarów. Ale biorąc pod uwagę skumulowane budżety „koalicji chętnych” to nie byłoby jakieś wielkie obciążenie.

No i jest jeszcze kwestia czasu. O ile właściwą siłę komponentu lądowego armii ukraińskiej udałoby się uzyskać stosunkowo szybko, o tyle zbudowanie odpowiedniego potencjału odstraszania w powietrzu zajęłoby co najmniej kilka lat. Dwustu-trzystu wielozadaniowych maszyn nie da się skołować ot tak, a i szkolenie pilotów i personelu to nie jest wyzwanie na szybko. Potrzebny zatem byłby „pomost” – nawet kilkuletnia misja sił powietrznych NATO, z wydatnym udziałem Amerykanów. Coś jak operacja nad byłą Jugosławią w latach 90. Biorąc pod uwagę techniczną, taktyczną i organizacyjną miażdżącą przewagę zachodniego lotnictwa nad rosyjskim, wysoki wskaźnik gotowości bojowej takiego kontyngentu oraz jego możliwości dotkliwego uderzenia, byłby to mocny czynnik odstraszania. Solidna gwarancja.

—–

Szanowni, gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełna oferta pod tym linkiem.

Nz. Amerykańskie F-35 nad polskim niebem/fot. Bartek Bera

Warsztat

Ukraina otrzymała do tej pory ponad 40 samolotów F-16. Cztery maszyny utracono, przy czym doszło do tego podczas realizacji zadań bojowych. Choć usilnie próbują dopaść ukraińskie „efy”, rosjanom do tej pory nie udało się zniszczyć żadnej maszyny na ziemi. Ukraińcy bowiem wraz z wybuchem pełnoskalowej wojny rozproszyli swoje lotnictwo.

Cały lipiec upłynął pod znakiem kolejnych zmasowanych nalotów rakietowo-dronowych na Ukrainę. Na cel rosjanie wzięli kilkadziesiąt obiektów, pośród nich Starokonstantynów, gdzie znajduje się baza ukraińskich sił powietrznych.

—–

Po 24 lutego 2022 roku starokonstantynowskie lotnisko atakowano już wielokrotnie, przynajmniej raz w miesiącu. Bo choć w bazie na stałe nie stacjonują żadne samoloty, jej położenie oraz infrastruktura (m.in. solidne schrono-hangary) sprawiają, że dla wielu maszyn jest to miejsce krótkoterminowego pobytu. rosjanie uważnie obserwują obiekt – z kosmosu, powietrza, przy użyciu tradycyjnej agentury – i jak tylko w Starokonstantynowie wyląduje potencjalnie cenny łup, przypuszczają ataki. Przypomina to zabawę w kotka i myszkę, gdzie ta druga zwykle okazuje się szybsza, drapieżnik zaś nie myśli o całkowitym zniszczeniu nory, łudząc się, że zwabi kolejne gryzonie. Tak czy inaczej, lotnisko wciąż jest operacyjne, a tamtejsze służby do perfekcji opanowały procedurę szybkiej odbudowy uszkodzonych elementów infrastruktury.

W podobny sposób funkcjonuje kilka innych ukraińskich baz, ale co do zasady, tamtejsze siły powietrzne korzystają przede wszystkim z licznych poradzieckich lotnisk polowych oraz z masowo budowanych już podczas tej wojny, drogowych odcinków lotniskowych (DOL). Istotą tych działań jest ruch i maskowanie – samoloty często zmieniają miejsca pobytu, a jeśli gdzieś zostają na dłużej, to są zwykle solidnie chowane. Dotyczy to także maszyn z Zachodu – F-16 i Miraży.

—–

Tylko jak w takich warunkach utrzymać wysoką sprawność samolotów? To pytanie pozostaje istotne zwłaszcza w kontekście amerykańskich (i francuskich) maszyn. O ile bowiem Ukraina „od zawsze” dysponowała odpowiednim zapleczem do obsługi poradzieckich maszyn – także w realiach frontowych – o tyle zachodnie samoloty to w tamtejszych warunkach zupełnie nowa jakość.

– Nikt na świecie nie eksploatuje F-16 tak jak my – mówi Taras Czmut, dyrektor fundacji „Wróć żywy”, największej ukraińskiej organizacji pozarządowej zajmującej się wspieraniem armii. – W Ukrainie działają one w warunkach pełnoskalowej wojny, z ciągłymi wylotami i nieustannym zagrożeniem ze strony rosyjskiego lotnictwa – podkreśla Czmut i dodaje: – Z tego powodu oraz z uwagi na ograniczony czas na pełne wdrożenie infrastruktury F-16, najbardziej racjonalnym rozwiązaniem jest inwestycja w mobilny ekosystem.

Jak zapewnia Taras Czmut, mobilne kompleksy umożliwiają dotarcie do samolotów, które wykonały manewr awaryjny lub musiały lądować poza bazą, przyspieszają proces serwisowania i pozwalają zaangażować mniejszą liczbę personelu. Co się w nich zawiera? Kompleks planowania misji to mobilne centrum dowodzenia przeznaczone do odpraw przedlotowych oraz wsparcia samolotów w strefie przyfrontowej. Składa się z modułu z miejscami pracy dla pięciu–siedmiu operatorów oraz modułu mieszkalnego ze wszystkimi niezbędnymi warunkami do odpoczynku personelu wojskowego. Kompleks serwisowy to warsztat do przygotowywania i testowania uzbrojenia lotniczego, dwa wozy do przewożenia i podwieszania amunicji oraz jeden pickup do przemieszczania się zespołu w terenie.

—–

Mobilne kompleksy oczywiście nie zastąpią baz z rozwiniętą infrastrukturą i centrami operacyjnymi, ani zakładów remontowych z prawdziwego zdarzenia. Mają jedynie uzupełniający charakter. Rozszerzają spektrum możliwości jeśli udzie o wykorzystywanie lotnisk polowych i lądowisk zaimprowizowanych (gdzie jest na czym wylądować i skąd pobrać paliwo). Fundacja „Wróć żywy” przekazała siłom powietrznym Ukrainy pierwsze mobilne kompleksy do obsługi myśliwców F-16 kilkanaście dni temu. Dwa techniczne huby do serwisowania samolotów i uzbrojenia lotniczego oraz jeden kompleks planowania misji kosztowały nieco ponad milion euro (niemal całość donacji wyłożyła spółka „Ukrnafta”, największe ukraińskie przedsiębiorstwo z branży paliwowej). Trwa testowanie rozwiązania.

Mobilne kompleksy powstały na bazie zachodnich pojazdów, ich adaptacją zajęły się ukraińskie przedsiębiorstwa sektora zbrojeniowego.

– Będziemy uważnie się przyglądać, zbierać doświadczenia i w razie potrzeby dostosujemy opracowane rozwiązania również do innych typów samolotów, które otrzyma Ukraina – zapewnia Taras Czmut.

—–

Szanowni, gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, w sklepie Patronite możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Jeden z opisywanych kompleksów/fot. Wróć żywy/Ukrnafta

Przechwycenie

Wczoraj wieczorem para dyżurna polskich F-16 przechwyciła nad Bałtykiem rosyjskiego Su-24. Poinformował o tym na konferencji prasowej minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz.

– Samolot wykonywał niebezpieczne manewry, nasza para dyżurna zlokalizowała go, przechwyciła i skutecznie odstraszyła – przekazał wicepremier. Brzmi to bardzo poważnie, wręcz groźnie, pozwólcie więc, że wyjaśnię kilka istotnych kwestii.

Do zdarzenia doszło w pobliżu granic państw nadbałtyckich, ale nad wodami międzynarodowymi. Su-24 nie naruszył przestrzeni powietrznej NATO.

Co robili tam Polacy? Cztery nasze F-16 stacjonują obecnie na Litwie, w bazie Szawle. Są tam w ramach natowskiej misji Air Policing, która ma rotacyjny charakter. Państwa nadbałtyckie nie  posiadają własnego lotnictwa myśliwskiego, stąd konieczność sojuszniczego wsparcia.

Minister KK mówił na konferencji, że polecenie przechwycenia wydało „dowództwo NATO w Europie” – jakie? Chodzi o centrum operacyjne CAOC (Combined Air Operation Centre), które znajduje się w niemieckim Uedem i odpowiada za koordynację operacji lotniczych w naszej części Europy.

Na czym w ogóle polega przechwycenie? To słowo w języku polskim „waży” znacznie więcej niż procedura, jaką opisuje. Ta zaś jest banalna. Zadaniem pary dyżurnej jest dotarcie do „intruza” i jego wizualna identyfikacja. To pierwsza część misji, o drugiej dalej.

rosjanie nad Bałtykiem latają nad wodami międzynarodowymi (zwykle w drodze z i do obwodu królewieckiego), a naruszenia przestrzeni należą do rzadkości, trwają zwykle kilka sekund i najczęściej nie są intencjonalne (ten rejon usiany jest maleńkimi wyspami, należącymi do krajów nadbałtyckich, łatwo nad nie wlecieć). Mimo to trzeba ich przechwytywać – dlaczego? Ano dlatego, że moskale od lat ignorują obowiązek składania planów lotu i poruszania się z włączonym transponderem. Wojskowe radary widzą ich maszyny, ale dla cywilnych systemów pozostają one niewidzialne. A to stwarza potencjalne zagrożenie dla ruchu lotniczego. Przechwycenie jest więc nade wszystko dalszym lotem w towarzystwie rosjan, aż do opuszczenia rejonu odpowiedzialności. W tym czasie transpondery pary dyżurnej niejako w zastępstwie wskazują lokalizację „niewidzianego” samolotu.

O jakie niebezpieczne manewry mogło chodzić ministrowi? Zapewne o sam lot „nieświecącej na radarach” maszyny. Su-24 to bombowiec, ciężka maszyna niestworzona do „fikołków”. Nie sądzę, by jej pilot uskuteczniał jakiś rodzaj pozorowanego dog-fightu (walki powietrznej).

Ale owszem, po wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie, charakter przechwyceń się zmienił – rosjanie regularnie wykonują niebezpieczne manewry w pobliżu natowskich maszyn. „Koziołkują” rosyjscy myśliwcy, najczęściej na maszynach typu Su-27. Zwykle tworząc przy tym większe zagrożenie dla siebie, wszak w ich działaniach nie ma kunsztu, jest za to sporo brawury.

I owszem, nasi latają z bojowym uzbrojeniem. Biorąc pod uwagę różnice w poziomach wyszkolenia i przewagę techniczną, w razie twardej konfrontacji te fiołki źle by się dla ruskich skończyły.

Dziękuję za lekturę, dobrego weekendu Wam życzę!

—–

Zachęcam Was do wsparcia mojego ukraińskiego raportu, który w znaczniej mierze powstaje dzięki Wam – Waszym subskrypcjom i „kawom”.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

No i polecam odwiedziny w e-sklepie Patronite, gdzie można nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. F-16 podczas misji AP/fot. Bartek Bera