Zawziętość

Zdjęcie Wołodymyra Zełenskiego na tle F-16, w towarzystwie holenderskiego premiera Marka Rutte, rozeszło się wczoraj po sieci niczym burza. Co ciekawe, w Ukrainie nie było aż tak popularne, jak można by się tego spodziewać; mimo iż „selfiak” niósł niezwykle istotną dla kraju wiadomość, o jego percepcji zadecydował wizerunek prezydenta, który nie ma już takiego rządu dusz jak w pierwszych miesiącach wojny. W zakresie polityki wewnętrznej sytuacja w Ukrainie ulega stabilizacji – jakkolwiek prezydencka władza pozostaje niezagrożona, w coraz większym stopniu musi się mierzyć z ponownie wyrażanymi partyjnymi i środowiskowymi interesami. Mam też wrażenie, że Ukraińców męczy już celebrycki nieco charakter autoprezentacji głowy państwa (co za granicą czyni Zełenskiego wciąż niezwykle lubianym politykiem). Ale to uwagi na marginesie – dziś chciałbym się zająć istotą tematu, czyli „efami”.

O F-16 w kontekście Ukrainy napisano mnóstwo tekstów, nie zamierzam więc powielać łatwo dostępnych informacji. Chciałbym tylko zwrócić uwagę na kilka istotnych kwestii.

Zacznijmy od liczby zadeklarowanych samolotów. Zełenski mówił wczoraj o 42 sztukach z Holandii, kilkadziesiąt minut  później pojawiła się informacja o gotowości Danii do przekazania 19 F-16. Czyli razem byłoby to 61 sztuk; niebagatelna siła. Dla porządku przypomnijmy – Polska zakupiła 20 lat temu 48 „efów”. Problem w tym, że strona holenderska nie potwierdza danych Zełenskiego. Niderlandy mają obecnie 24 operacyjne (sprawne) „efy”, około dwudziestu pozostałych maszyn jest w stanie nielotnym, a część z nich służy jako rezerwuar części zamiennych. I zapewne w takim charakterze te maszyny zostaną przekazane Kijowowi. Spośród sprawnych 24 holenderskich F-16, jeden samolot już de facto został Ukraińcom podarowany – latają nim ukraińscy piloci, kilka dni temu maszyna była nawet w Ukrainie. Zostają zatem 23 myśliwce, co z 19 duńskimi daje 42 sztuki (jestem pewien, że taki był kontekst wypowiedzi Zełenskiego). Czterdzieści dwa samoloty to nadal dużo, no i pamiętajmy, że Holandia i Dania jedynie przecierają szlak – że będą inni donatorzy, w tym USA, gdzie najnowsza wersja rozwojowa „efów” nadal jest produkowana.

Holenderskie i duńskie „szesnastki” młode nie są, ale pozostały resurs pozwala na ich intensywną eksploatację jeszcze przez kilka lat. Z powodu wieku nie są też demonstratorami szczytowej zachodniej techniki lotniczej, były jednak modernizowane i stanowią groźną broń. Ich zasadniczą zaletą jest możliwość przenoszenia zachodnich systemów uzbrojenia, pełnego spektrum, obejmującego zarówno amunicję do niszczenia celów powietrznych, różnego rodzaju bomby, lotnicze pociski manewrujące, a nawet rakiety przeciwokrętowe. Są do tego zaprojektowane, więc dla ukraińskiego lotnictwa skończy się okres „radosnej” improwizacji – nie trzeba już będzie integrować „na siłę” zachodniej amunicji z poradzieckimi samolotami, na czym zwykle cierpiała skuteczność tej pierwszej.

Do tej pory wyprodukowano ponad 4,5 tys. „szesnastek”, co przy trwającej nadal produkcji oznacza – przynajmniej potencjalnie – brak kłopotów, z jakimi borykają się obecnie siły powietrzne Ukrainy. Posowiecki sprzęt się zużywa, niszczeje w akcji, a możliwości jego zastępowania w zasadzie już nie ma. Ukraina nie produkuje własnej broni tej klasy, zasoby sojuszników niegdyś korzystających z uzbrojenia wyprodukowanego w ZSRR są na wyczerpaniu, a rosyjski przemysł z oczywistych powodów nie stanowi żadnej alternatywy. W tej chwili ukraińska flota powietrzna ma około 60 sprawnych maszyn różnych typów – przy obecnej dynamice działań bojowych za rok większość z nich zostanie zniszczona lub „zajechana na amen”. Jest więc transfer „efów” nie tyle sposobem na zbudowanie nowej jakości ukraińskiego lotnictwa, co przede wszystkim metodą na podtrzymanie jego zdolności bojowych; jakościowa zmiana in plus to w tym ujęciu „bonus”.

Ale i nie czarujmy się co do skali tej zmiany. F-16 napsują rosjanom krwi, ale radykalnych rozstrzygnięć nie przyniosą. Wynika to z dwóch rodzajów czynników – ludzkich i technicznych – wzajemnie się przenikających. Wielu z nas ma błędne wyobrażenia na temat jakości ukraińskich pilotów. Legenda „Ducha Kijowa” i późniejsze działania propagandy każą postrzegać ich jako doświadczonych zawodowców. Nic bardziej błędnego. Ukraińskie lotnictwo po 1991 roku funkcjonowało w realiach permanentnego kryzysu – nie zmieniła tego nawet wojna w Donbasie, bo między 2014 a 2022 rokiem prawie nie używano tam lotnictwa. Dość wspomnieć, że większość pilotów mogła się pochwalić nalotami na poziomie 30-40 proc. niezbędnego minimum. Pełnoskalowy konflikt niewiele w kwestii wyszkolenia zmienił. Brytyjskie źródła wywiadowcze szacują, że do tej pory rosjanie stracili około 70 samolotów, Ukraińcy 60. Tylko kilka maszyn – głównie ukraińskich – spadło na skutek starć powietrznych; miażdżąca większość strat obu stron to skutek porażenia przez systemy obrony przeciwlotniczej (niekiedy własnej…). Słabi nie tylko liczbowo, ale i jakościowo Ukraińcy nie walczą z rosjanami o uzyskanie przewagi powietrznej. Realizują przede wszystkim misje wsparcia wojsk lądowych i to w iście partyzanckim stylu: wystartuj, leć jak najniżej, doleć jak najbliżej, poślij rakiety/bomby, wiej (znów ryzykując otarcie spodu samolotu o korony drzew). Te zadania wymagają wielkiej odwagi, poprawiają ogólne zdolności pilotażu, ale nie czynią z lotników fachowców o umiejętnościach absolwentów Top Gun. Szczęśliwie u rosjan jest niewiele lepiej – kompetencje są na tyle niskie, że siły powietrzne rosji nie potrafią wykorzystać atutu, jaki daje im nowocześniejszy i liczniej posiadany sprzęt. W efekcie strony konfliktu szachują się własnymi słabościami. Konkludując wątek – Ukraina nie wyśle na Zachód supermenów, tylko taką kadrę, jaką ma. I ona owszem, mogłaby na „efach” zrobić „cuda na kiju” – ale na to potrzeba czasu, lat intensywnych szkoleń.

„Ale przecież ukraińscy piloci już od dawna się szkolą w USA” – słyszę i czytam. Wiem o jednej takiej grupie, która w połowie zeszłego roku poleciała za ocean, inne doniesienia znam wyłącznie z dziennikarskich spekulacji. Wspomniana grupa miała doskonalić techniki pilotażu i obsługi na poradzieckim sprzęcie, zgromadzonym swego czasu przez Amerykanów. I niejako przy okazji zapoznawać się też z produktami made in USA. Wobec braku politycznej zgody na transfer samolotów z tej drugiej opcji nic nie wyszło. Ukraińcy czasu nie zmarnowali, zwłaszcza że to przy ich pomocy testowano możliwości adaptacji zachodniego uzbrojenia do sowieckich maszyn. Niemniej wrócili do ojczyzny bez większych doświadczeń za sterami „efów”. Część z nich już zresztą nie żyje, bo to z tego grona pochodzą piloci obsługujący posowieckie samoloty, wyposażone w zachodnią amunicję – a na ten personel, i te samoloty, rosjanie polują z szaloną zawziętością.

Polować też będą na „efy”, gdy już pojawią się na ukraińskiej ziemi; za pewnik można uznać, że zniszczenie jak największej liczby F-16 będzie dla moskali punktem honoru. Co oznacza, że transferowi samolotów muszą towarzyszyć dostawy nowoczesnych systemów OPL – na przykład patriotów. Mało kto zdaje sobie sprawę z tej korelacji (konieczności) – i jej możliwych implikacji. Wyrzutnie Patriot czy NASAMS to koszmarnie drogie „zabawki”, Ukraińcy nie mają ich dość, by skutecznie bronić wszystkich większych miast, a możliwości finansowe i produkcyjne donatorów nie są z gumy. Chronić cywilów czy cenne uzbrojenie? – oto dylemat, przed jakim mogą stanąć ukraińskie władze. Tym większy, że samoloty to jedno. Drugie wynika z faktu, że „efy” potrzebują specyficznej infrastruktury lotniskowej. Dość o tym napisano w innych publikacjach, zauważę więc tylko, że przebudowanych lotnisk, nawet jeśli pustych (konieczność częstych przebazowań to jedna z wojennych oczywistości) i tak trzeba będzie bronić.

Chyba że… – o czym jutro, w kolejnym wpisie. Do lektury którego zapraszam już dziś.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Radosławowi Dębcowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Mateuszowi Borysewiczowi, Marcinowi Pędziorowi, Sławkowi Polakowi i Patrycji Złotockiej.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Arkadiuszowi Wiśniewskiemu i Marcinowi Lyszkiewiczowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Prezydent Ukrainy i premier Holandii/fot. Wołodymyr Zełenski

Integracja

„Ukraina niczego w Wilnie nie uzyskała”, „Zełenski rozżalony”, „NATO okrakiem wycofuje się ze wsparcia dla Kijowa” – oto trzy z wielu krzykliwych nagłówków, na jakie natknąłem się przeglądając rosyjskie i polskie media (także społecznościowe). Intencje kremlowskiej propagandy są dla mnie oczywiste – dezawuowanie szczytu ma podnieść na duchu rosjan, zaś u rosyjskojęzycznych Ukraińców wywołać przekonanie, że zostali zdradzeni/porzuceni. Polskie źródła albo działają z prorosyjskich pobudek, albo dla taniej sensacyjności bezmyślnie kopiują tę narrację. Fałszywą, a w niektórych obszarach opartą o niezrozumienie bądź świadome ignorowanie reguł dyplomatycznej gry.

Zacznijmy od podstawowych faktów. NATO nie może przyjąć do swojego grona państwa w stanie wojny. Z uwagi na wzajemne zobowiązania oznaczałoby to konieczność włączenia się Sojuszu do działań zbrojnych. W tym konkretnym przypadku pójście na wojnę z rosją, której NATO – z powodu ryzyka nuklearnej eskalacji – wolałoby uniknąć. Zatem tak długo, jak długo trwa konflikt na wschodzie, nie będzie mowy o członkostwie Ukrainy i wynikających z niego gwarancjach bezpieczeństwa. Co więcej, wielu z nas umyka fakt, że w warunkach akcesji jest coś więcej niż tylko nieprowadzenie aktywnych działań bojowych. Aspirujący kraj musi mieć uregulowane kwestie własnych granic – nie może rościć sobie pretensji, słusznych czy nie, do terytoriów będących pod kontrolą innego państwa. Tak więc sam koniec wojny to w odniesieniu do Ukrainy za mało, jeśli nie będzie to koniec poprzedzony wyzwoleniem wszystkich ziem utraconych między 2014 a 2022 rokiem.

Oczywiście, są alternatywy dla „pełnego ukraińskiego zwycięstwa”, ale na tym etapie tekstu pozwolę je sobie pominąć.

Świadomość wymienionych uwarunkowań jest dla polityków oczywista. Stąd kłamliwość twierdzeń, że Zełenski, i ktokolwiek z jego delegacji, jechał do Wilna z nadzieją, że przywiezie Ukraińcom członkostwo, konkretną datę czy dokładny kalendarz integracji. Nie da się ich wyznaczyć z prostego powodu – nie sposób przewidzieć, kiedy skończy się wojna. Zwłaszcza że nie wszystko zależy od natowskiej i ukraińskiej strony, bo nie będzie końca konfliktu, jeśli takiej woli nie wykażą rosjanie. Niestety, cechą charakterystyczną wszystkich społeczeństw jest powszechność nierealistycznych oczekiwań. Większość Ukraińców chciałaby, żeby ich ojczyzna była w NATO już teraz (część proukraińskich opinii publicznych na Zachodzie również), a choćby i za cenę ryzyka eskalacji konfliktu do rozmiarów wojny światowej. Wołodymr Zełenski nie może ignorować takich postaw. I jakkolwiek naiwnością jest wiara, że w Wilnie czymkolwiek go zaskoczono – bo w przypadku takich „imprez” kluczowe ustalenia podejmuje się wcześniej, a szczyt ma służyć jedynie ich prezentacji – to i tak ukraiński prezydent musiał dać do zrozumienia, że nie jest w pełni usatysfakcjonowany. Pod publiczkę i w imieniu publiki, czyli przede wszystkim własnych obywateli. Każdy uczestnik szczytu ma świadomość rutynowości tego zabiegu, zatem darujmy sobie bajeczki o „kwasach” pośród głów państw antyrosyjskiej koalicji czy wręcz rozłamie (i jego dramatycznych skutkach). Nic takiego się nie dzieje.

Gdy piszę te słowa szczyt w Wilnie jeszcze trwa, lecz już teraz jasne jest, że Ukraina otrzymała zapewnienie dotyczące członkostwa. Że proces akcesyjny zostanie maksymalnie skrócony, a formalnie zacznie się „gdy pozwolą na to warunki”. Do tego czasu sojusznicy zobowiązują się do doradztwa i finansowania przebudowy armii ukraińskiej do standardów natowskich. Nade wszystko zaś do dalszego wspierania wysiłków ZSU w zwalczaniu rosyjskiej agresji – zakrojonej na szeroką skalę pomocy sprzętowej, szkoleniowej i wywiadowczej. Szczyt stał się okazją do zadeklarowania kolejnych pakietów pomocy; nie będę Was zanudzał szczegółami, ale warto odnotować doniesienia o zintegrowanym programie szkoleniowym na samolotach F-16 dla ukraińskich pilotów, który wystartuje w sierpniu br., dobrze też wspomnieć o francuskiej deklaracji dostarczenia pocisków manewrujących SCALP (storm shadowów znad Sekwany). Część deklaracji ma charakter niejawny – dowiemy się o nich zapewne dopiero po pierwszym użyciu posłanego sprzętu na froncie.

A teraz Realpolitik. Jest rzeczą oczywistą, że rosja – przy obecnym reżimie – będzie korzystać z własnych możliwości, by członkostwo Ukrainy zablokować. Ba, nawet upadek obecnej władzy może tu nie wnieść istotnej zmiany. Z punktu widzenia Kremla, wystarczy utrzymać wojnę na niskim poziomie intensywności i odmawiać podpisania porozumienia pokojowego. Ciągłe odsyłanie Ukrainy do poczekalni nie przysłuży się wiarygodności NATO, Sojusz zatem musi wypracować na tę okoliczność jakąś strategię. Znaleźć konsensus dotyczący nieidealnych, ale akceptowalnych warunków członkostwa. Załóżmy, że Ukraińcom uda się wyprzeć rosjan ze swojego terytorium – rzecz w tym, że w takim scenariuszu Moskwa nie utraci zdolności ostrzału Ukrainy pociskami manewrującymi. I nie musi tego robić często, by podtrzymać faktyczny stan wojny, która w takiej postaci może trwać nawet dekady. Co wtedy? Ano NATO będzie musiało zagrać va banque, zaryzykować integrację. Z Wilna nie płyną żadne informacje, by Sojusz wypracował w tej kwestii jakieś stanowisko, uzgodnił, jaki rodzaj ryzyka poniesie, a jaki nie. Z drugiej strony, wśród zachodnich przywódców coraz powszechniejsze jest przekonanie, że presją ekonomiczną (sankcyjną) da się Moskwie wybić z głowy długoletnie wojowanie. Jeśli mają rację, może rzeczywiście na tym etapie nie ma czego ustalać.

Ale spychanie problemów „na później” dotyczy również Ukraińców. Co jeśli nie odbiją wszystkich ziem, a rosja jednostronnie ogłosi zakończenie spec-operacji, nie opuszczając okupowanych terytoriów? Czy za cenę członkostwa w NATO Kijów wyrzeknie się roszczeń terytorialnych? Obecnie taki scenariusz jest nieakceptowalny przez większość Ukraińców, głównie z uwagi na świadomość poniesionych strat i „świeżość” tej rany. Co wcale nie wyklucza sytuacji, w której Ukraina przed takim dylematem stanie. Jest kwestią niedyskutowalną – patrząc z ukraińskiej perspektywy – że dziś trzeba robić wszystko, by wyeliminować ryzyko trudnych kompromisów. Ale nie wolno też z góry oznaczać ich piętnem tabu zamykanego w publicznej debacie diagnozą zdrady. Bo w którymś momencie może nie być innego wyjścia.

O czym piszę z intelektualnej uczciwości, osobiście nie tracąc wiary w pełne ukraińskie zwycięstwo. Zwieńczone szybką integracją z NATO.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Możliwości

Sporo działo się w ostatnim czasie, nadrabiam więc weekendowe zaległości oraz reaguję na najświeższe doniesienia. Zacznę od Bachmutu – zgodnie z wczorajszą obietnicą, chciałbym nakreślić panującą tam sytuację oraz jej ewentualne skutki.

„Prezes” Wagnera jewgienij prigożyn poinformował w sobotę o zajęciu miasta. Następnego dnia wiadomość potwierdziły służby prasowe rosyjskiej armii, a putin złożył „wyzwolicielom” gratulacje. Strona ukraińska miotała się w reakcjach – raz przyznając się do utraty Bachmutu, raz temu zaprzeczając. Czegokolwiek byśmy w tej materii nie usłyszeli, faktem jest, że miejscowość w granicach administracyjnych znajduje się obecnie w rękach rosjan. Stacjonuje w niej około 6 tys. wagnerowców, którzy – jak zapowiada „kucharz putina” – mają niebawem opuścić pozycje, by przekazać je regularnej armii. Czy najemnicy rzeczywiście wyjdą ze świeżo zajętego miasta? Neurotyczny z usposobienia progożyn już wielokrotnie twierdził, że jego ludzie lada moment porzucą linię frontu, lecz dotychczas nic takiego się nie działo. Z perspektywy Ukraińców, rejterada „zmęczonych walką bohaterskich bojowników”, byłaby pożądanym scenariuszem. Luzowanie bowiem – przynajmniej w pierwszej fazie – odbyłoby się kosztem oddziałów, które w tej chwili zaangażowane są w starcia z armią ukraińską na flankach bachmuckiego frontu.

I tak dochodzimy do sedna rozważań o naturze rosyjskiego sukcesu. Pisałem już wczoraj, że okupiono go potwornymi kosztami – niemal stutysięczne straty oznaczają, że pod Bachmutem poległ lub został ranny co dziesiąty żołnierz bądź najemnik federacji, który służył dotąd w Ukrainie. Za tę cenę zajęto powiatową mieścinę bez większego znaczenia operacyjnego. Gwoli rzetelności – owo znaczenie degradowało się wraz z upływem czasu. Bachmut jeszcze latem zeszłego roku istotnie był „bramą do Kramatorska i Słowiańska”. Zajęty, stanowiłby dobre zaplecze do ataku na dwa wspomniane ośrodki miejskie (de facto „zszyte” w jedną aglomerację). Lecz Ukraińcy uczynili zeń tarczę, o którą rozbijały się kolejne rosyjskie uderzenia. W efekcie, bijący znacząco osłabł, a obrońca pod osłoną tarczy wyszykował sobie nielichą zbroję. Mają Bachmut i nie mają siły iść dalej, a nawet gdyby poszli, odbiliby się od kolejnej linii obrony niczym piłka – tak wygląda bieżąca sytuacja rosjan na bachmuckim odcinku. Tym bardziej skomplikowana, że wokół miasta inicjatywę już kilka dni temu przejęli Ukraińcy. I wyparli rosjan z pozycji na północ i na południe od Bachmutu. Ukraińskie dowództwo deklaruje, że zamierza okrążyć siły wroga w mieście – nawet jeśli taki jest cel podejmowanych przez ZSU działań, idzie im „tak se”. Po początkowych sukcesach opór moskali stężał. Stalowej ukraińskiej obręczy wokół miasta daleko do domknięcia, choć istotnie, najdalej wysunięte rosyjskie pozycje z „góry” i z „dołu” ściskane są przez Ukraińców. Utrzymanie zachodnich fragmentów miejscowości może więc okazać się nie byle jakim wyzwaniem, zwłaszcza że armia ukraińska przejęła kilka otaczających Bachmut wzgórz, co daje sposobność do celnego, nękającego ognia. Gdyby front miał teraz zastygnąć, ruskie nie byłyby w stanie odciąć nawet propagandowych kuponów od swojego „wielkiego sukcesu”. Trudno bowiem mamić opinie publiczne „postępującą normalizacją sytuacji w mieście”, gdy znajduje się ono pod kontrolą ogniową przeciwnika.

—–

W weekend gruchnęła również wieść, której skutki mają poważną moc.

– Ukraina otrzyma od zachodniej koalicji myśliwce F-16 – poinformował Jake Sullivan, doradca prezydenta USA do spraw bezpieczeństwa narodowego. – Wkrótce rozpoczną się także szkolenia ukraińskich pilotów – dodał.

Owo „wkrótce” nastąpiło niezwykle szybko, dziś bowiem pojawiły się doniesienia, że właśnie wystartowały pierwsze treningi. Co może oznaczać próbę publicznej „legalizacji” już trwających przygotowań do przezbrojenia ukraińskich sił powietrznych w amerykański samolot. Cieszą się Ukraińcy, cieszą zwolennicy ich sprawy, ale pojawiły się też wątpliwości. Bo F-16 to niezwykle kosztowna platforma – pojedyncza maszyna w najnowszej konfiguracji to wydatek rzędu 40-50 mln dol. Oczywiście Kijów dostanie – przynajmniej na początek – warte kilka razy mniej używki. Nie będzie ich też wiele – około 30 sztuk (takie są bieżące możliwości donatorów, pośród których jak na razie nie ma USA; wejście Stanów do gry znacząco rozszerzy pulę). Ale przekazany sprzęt nie będzie miał właściwości wunderwaffe – w którymś momencie utracone, uszkodzone czy zużyte maszyny trzeba będzie wymienić. No i docelowo mówimy o pełnej westernizacji ukraińskiego lotnictwa, które do skutecznej realizacji podstawowego zadania na „po wojnie” – czyli odstraszania rosji – będzie potrzebowało około 250 wielozadaniowych maszyn. A to już wielka góra pieniędzy.

„Ile za jednego F-16 można kupić dronów z podwieszanymi granatami F-1? Czy ta ilość nie zmieniłaby więcej? Zdaje się, że to wojna na masę, nie jakość” – zauważa jeden z moich Czytelników.

Rozumiem finansową „bazę” dla wątpliwości, często zresztą zapominaną przez osoby, które dobrze życzą Ukrainie. Tylko część pomocy wojskowej udzielanej przez Zachód stanowią bezzwrotne podarunki. Część to sprzęt leasingowany, który po wszystkim – jeśli przetrwa – trzeba będzie zwrócić bądź wykupić na preferencyjnych warunkach. I wreszcie część wsparcia ma charakter niskooprocentowanej, ale jednak pożyczki. Nie wiem, jaki jest udział konkretnych form w całości strumienia pomocy, tym niemniej trzeba mieć świadomość, że na Ukraińcach wisi perspektywa powojennych spłat. Pomijając inne kwestie (troski), taki stan rzeczy sprzyja refleksjom nad efektywnością procesu wsparcia. Czy można „lepiej za mniej, by później nie utonąć w długach”?

No więc jeśli Ukraina ma pokonać rosjan na polu bitwy, wyrzucić ich z okupowanych terytoriów siłą, bez lotnictwa tego nie uczyni. Posowiecki sprzęt, będący w posiadaniu ukraińskich sił powietrznych, to za mało. Bo po pierwsze, jest go za mało (Ukraina ma obecnie około 80 sprawnych samolotów bojowych) i po drugie, posiadane maszyny ustępują większości rosyjskich odpowiedników, nie były bowiem w takim zakresie modernizowane i zastępowane fabrycznie nowymi egzemplarzami. No i spadają, a zasoby, dzięki którym możliwe jest uzupełnianie strat – także te poza Ukrainą – znacząco się skurczyły (więc już choćby z tego powodu westernizacja ukraińskiego lotnictwa to obiektywna konieczność).

O zaletach F-16 można by długo (może kiedyś się skuszę), ale na potrzeby tego tekstu wystarczą dwie uwagi w nawiązaniu do obserwacji zacytowanego Czytelnika. Otóż stado dronów z podwieszonymi granatami ręcznymi nie będzie (tak) skutecznym środkiem bojowym jak lotniczy pocisk manewrujący, wystrzelony przez wielozadaniowym myśliwiec. Taki pocisk poleci dużo dalej, strzelać nim można z wielkiej odległości (na przykład znad środkowej Ukrainy razić cele na Krymie czy w Donbasie), jego siła (skumulowana energia kinetyczna), zdemoluje podziemne stanowisko dowodzenia czy narobi gigantycznych szkód w infrastrukturze portowej, jakich nie wyrządzi najlepiej skoordynowany atak przerobionych w nośniki granatów dronów. Innymi słowy, wysokość, prędkość i siła pojedynczego ciosu premiują F-16 w użyciu przeciwko dużym celom. Ładowanie granatami po okopach orków też „robi robotę”, ale de facto jest wchodzeniem w wystawione przez nich buty. W wojnę na wyniszczenie zasobów, a tych ludzkich rosja ma więcej niż Ukraina (i większą tolerancję dla strat osobowych). ZSU nie mogą wikłać się w okopowe rzezie (ruskie również używają dronów…), muszą uderzać tak, by bardziej zabolało. Dekapitować „łby” armii najeźdźców, zniszczyć jej zaplecze; współczesne siły zbrojne czynią to przy pomocy lotnictwa.

Armia rosyjska też zresztą próbuje. Jej lotnictwo w percepcji zachodnich pilotów to „śmiech na sali”, co nie zmienia faktu, że moskale – dzięki przewadze ilościowej – mają w powietrzu większą swobodę operowania niż przeciwnik. Co w realiach kontrofensywy mogłoby Ukraińcom solidnie pokrzyżować szyki. Stąd potrzeba „wyczyszczenia nieba”. I nie chodzi o epickie pojedynki lotnicze efów szesnastych i ruskich suchojów. Dogfight (powietrzna walka manewrowa) dobrze się sprawdza w filmach takich jak „Top Gun”, w realiach współczesnego konfliktu o sukcesie częściej decydują radary pokładowe samolotów i przenoszone przez nie rakiety powietrze-powietrze, pozwalające rozstrzygnąć starcia bez kontaktu wzrokowego z przeciwnikiem. Te zachodnie są zaś lepsze od rosyjskich.

 —–

I na koniec zejdźmy na ziemię, rosyjską. Od rana dzieją się tam rzeczy, które jeszcze jakiś czas temu określilibyśmy mianem nieprawdopodobnych. Oto bowiem rosjanie stracili kontrolę nad kilkoma przygranicznymi miejscowościami w obwodzie biełgorodzkim. W ruskim internecie panika i wrzask, łatwo odnieść wrażenie, że armia ukraińska zaczęła kontrofensywę i zamiast na Donbas czy Zaporoże, ruszyła na rosję. I za chwilę weźmie Biełgorod i bóg wie, co jeszcze. Tymczasem mamy do czynienia z mocno ograniczoną akcją dywersyjną, choć przeprowadzoną i ogrywaną w sposób, który zasługuje na miano majstersztyku.

Na terytorium rosji rzeczywiście weszły zbrojne oddziały, ale nie ukraińskie. Uczynili to Rosjanie (ci akurat zasługują na zapis z wielkiej litery) z Rosyjskiego Korpusu Ochotniczego, formacji paramilitarnej działającej w Ukrainie. W sumie po stronie Kijowa walczy kilka różnych rosyjskich oddziałów, RKO tym różni się od pozostałych, że nie rekrutuje członków pośród jeńców i dezerterów, a składa się z emigrantów zamieszkujących Ukrainę i inne kraje. „Walczymy przeciwko putinowi i jego reżimowi” – deklarują bojownicy. Formalnie nie mają żadnych związków z ukraińską armią, ale naiwnością byłoby sądzić, że nie koordynują z nią swoich działań.

Działań, do których Ukraina wprost się nie przyzna – by nie karmić wątpliwości „symetrystów” oczekujących, że napadnięty kraj będzie się wyłącznie bronił (i że do niczego innego nie ma prawa). Działań, które (pro)ukraińskie kanały informacyjne chętnie relacjonują, szerząc przy okazji wywołującą panikę u rosjan dezinformację (o potężnym przygotowaniu artyleryjskim, o użyciu do ataku czołgów, o nadchodzących posiłkach itp.). Jaki jest cel tych działań (które, dodam, zapewne wkrótce się zakończą)? Nie chodzi o deklaratywne „wyzwolenie obwodu biełgorodzkiego” – RKO nie dysponuje odpowiednimi siłami, armia ukraińska nie ma takich planów. Ma jednak inne, związane z oswobodzeniem własnych terytoriów. Gdzie stacjonuje w tej chwili około 400 tys. rosyjskich żołnierzy. Kreml wysłał tę masę wojska kosztem m.in. zabezpieczenia formalnej granicy z Ukrainą, zakładając, że Ukraińcy nie odważą się wykorzystać tej sytuacji. No i założenie okazało się niesłuszne. W efekcie, generałowie putina zmuszeni będą do dyslokacji części swoich sił – osłabienia wojsk inwazyjnych czy to na skutek odesłania kilku jednostek do pilnowania granicy, czy też niedosłania rezerw i uzupełnień. Tak czy inaczej, iluś tam ruskich sołdatów zabraknie w Ukrainie, jakiejś puli techniki również. Linie obronne moskali gdzieś tam zostaną osłabione (niewzmocnione). A ukraińskie dowództwo patrzy i szacuje możliwości…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jakubowi Dziegińskiemu, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej i Marcinowi Pędziorowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Jakubowi Kojderowi, Katarzynie Byłów, Michałowi Brydakowi i Patrycji Złotockiej.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Fragment Bachmutu, o które toczyły się ostatnie walki. W styczniu, gdy robiłem to zdjęcie, wieżowce stały w zasadzie nietknięte. Dziś są już tylko kupą gruzu…/fot. Marcin Ogdowski

Spisek?

Nim wrócę do wątku zasygnalizowanego w pierwszej części tekstu – stanu polskiej obrony przeciwlotniczej – chciałbym zwrócić Waszą uwagę na wydarzenia z Kijowa. Dziś w nocy doszło tam do potężnego rosyjskiego ataku powietrznego, w którym wykorzystano m.in. pociski hipersoniczne Kindżał. Ukraińcy raportują zestrzelenie aż sześciu „sztyletów” oraz wielu innych rakiet i dronów. Na razie nie ma informacji o stratach w ludziach, choć w wielu rejonach miasta doszło do pożarów. Kijów się obronił, wykorzystując nowoczesne zachodnie systemy OPL, w tym wyrzutnie Patriot. To one zresztą były nadrzędnym celem rosyjskiego ataku – kolejnego, bowiem moskale polują na Patrioty od momentu ich wejścia do służby operacyjnej. Motywacje wojskowe, wynikłe z wysokiej skuteczności amerykańskiego systemu, zeszły się tu z wymogami czysto propagandowymi – rosjanie koniecznie chcą udowodnić, że ich super-broń jest lepsza od zachodniej. W tym ujęciu utrata sześciu kindżałów byłaby kolejnym policzkiem (przypomnijmy – kilka dni temu Ukraińcom udało się po raz pierwszy zestrzelić taki pocisk właśnie przy użyciu patriotów). Czy w istocie do tego doszło – przekonamy się niebawem. Po pierwszym sukcesie w starciu z „hipersonikiem” Ukraińcy pokazali publicznie szczątki rakiety. Jeśli teraz zrobią to samo, będziemy mieli dowód. Dzisiejsza bitwa toczyła się nad terenem kontrolowanym przez siły zbrojne Ukrainy, w dodatku nad miastem, więc z pozyskaniem wraków nie powinno być większych problemów.

Dla porządku odnotujmy, że rosjanie także raportują sukces, czyli zniszczenie „elementów systemu Patriot”. Być może udało im się trafić którąś ze stacji radiolokacyjnych, te bowiem w trybie bojowym, roboczym, emitują sporo sygnałów. Zwykle jednak lokuje się je z dala od wyrzutni, co mogłoby oznaczać, że dostała „głowa”, ale „ręce” wciąż są sprawne. Ufam, że mimo wszystko tak się nie stało.

Piętra w budowie

A teraz do sedna. Skończyłem poprzednią część artykułu stwierdzeniem, że rodzima OPL jest bezzębna. Do czasu wdrożenia zakupionych kilka lat temu patriotów, średni zasięg (70-100 km), nie jest przez Wojsko Polskie obsługiwany. W kraju są już elementy dwóch baterii Patriot, ale nadal nie pełnią dyżurów bojowych. Na południu Polski rozmieszczono co najmniej dwie baterie patriotów należące do armii USA, które strzegą hubu logistycznego w Rzeszowie. Od lutego br. „wyżej” położonych fragmentów polsko-ukraińskiej granicy pilnują patrioty z Niemiec (można zatem zaryzykować wniosek, że dziś przedrzeć się Ch-55 byłoby trudniej). I to w zasadzie tyle. Do zbudowania samodzielnych zdolności w tym obszarze potrzebujemy jeszcze sześciu baterii Patriot. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z deklaracjami politycznymi, proces pozyskania i wdrażania zakończy się na początku lat 30.

Gorzej wygląda sytuacja z obroną krótkiego zasięgu (do 40 km) – tu wciąż bazujemy na sprzęcie poradzieckim. Co istotne, część systemów przekazaliśmy Ukrainie, obniżając i tak już niskie zdolności. To rodzaj inwestycji długofalowej – Ukraińcy bowiem robią z wyrzutni i rakiet odpowiedni użytek (przydają się one m.in. do zestrzeliwania rosyjskich dronów), korzystny z punktu widzenia naszego interesu narodowego. Lecz musimy mieć świadomość, że na krótką metę wszelkie darowizny oznaczają zmniejszanie potencjału Wojska Polskiego. Dotyczy to nie tylko OPL – w większym stopniu na przykład sił pancernych, które w ciągu roku pozbyły się na rzecz wschodniego sojusznika połowy czołgów. Co do obrony krótkiego zasięgu – wiosną zeszłego roku podpisano umowę z brytyjską firmą MBDA UK na dostawę baterii pocisków kierowanych CAMM i wyrzutni iLauncher. Docelowo w ramach programu „Narew” WP ma pozyskać 23 baterie krótkiego zasięgu. Plan jest ambitny, gdyż zakłada częściową polonizację – wyposażenie baterii w nasze radary i rakiety produkowane na licencji – a to wszystko do końca dekady.

Najlepiej sprawy mają się z „najniższym piętrem” – systemami umożliwiającymi obronę do zasięgu 5 km. Zmagania w Ukrainie udowodniły wysoką skuteczność produkowanych w Mesko ręcznych wyrzutni przeciwlotniczych Grom/Piorun. Wiele takich zestawów posłaliśmy na wschód – mówi się, że połowę zapasów WP. Braki jednak mają być uzupełniono z naddatkiem poprzez zakup w najbliższych latach 3,5 tys. rakiet i 600 mechanizmów startowych. Pioruny użytkowane są w wojsku także w formie mobilnych platform, zintegrowanych z 23-milimetrowymi armatami – taki zestaw nosi nazwę Pilica, pierwsze pojawiły się w linii w 2020 roku. Pioruny, w dowolnej konfiguracji, służą do zestrzeliwania samolotów, śmigłowców i bezzałogowców, ale i z Ch-55 dałyby sobie radę. Konkludując tę część rozważań, o zbudowaniu całego wielowarstwowego systemu OPL będzie można mówić najwcześniej w połowie przyszłej dekady – gdy wszystkie elementy zostaną zintegrowane, także z samolotami F-35, których dostawy zaczną się na przełomie 2025/26 roku i potrwają pięć lat. Zaś na morzu pojawią się fregaty „Miecznik”, będące de facto mobilnymi wyrzutniami i stacjami radarowymi.

Ogromne szkody

Dach jest dziurawy i choć trochę go połatano, cudów nie ma i nie będzie. Oczywiście, moglibyśmy oczekiwać od polityków partii rządzącej bardziej asertywnej postawy wobec sojuszników z NATO. Mówiąc wprost, zabiegów o przysłanie do Polski większej liczby zachodnich systemów OPL, zbudowania „pomostowej zdolności”, jak mówi się w wojsku. Realnie rzecz oceniając, to marzenie ściętej głowy. Ryzyko utraty życia lub zdrowia przez obywateli RP na skutek „rykoszetów” z ukraińsko-rosyjskiego placu boju jest bowiem zbyt niskie. A relokacje i przede wszystkim używanie nowoczesnej broni kosztują dziś ogromne pieniądze. Jakkolwiek brutalnie to zabrzmi – musiałyby nam spadać na głowy ze dwie-trzy rakiety w miesiącu, żeby NATO zyskało odpowiedni pretekst do większego wzmocnienia polskiego „parasola”. Nieco paradoksalnie, historia z Ch-55 może służyć za uzasadnienie dla wstrzemięźliwości – w końcu pocisk wylądował w lesie i nikomu nie zrobił krzywdy.

Fizycznie, bo szkody, jakie wywołał post factum, są ogromne. Tyle że o nie trudno już obwiniać rosjan. Gdy stało się jasne, że pod Bydgoszczą znaleziono wrak rosyjskiej rakiety, opinii publicznej w Polsce (i nie tylko) zafundowano demoralizujący spektakl pt.: „Ja nic nie wiedziałem!”. Nic o tym, że coś do Polski wleciało, dodajmy dla porządku. Nad kwestią (nie)wiedzy premiera i przede wszystkim ministra obrony pochylę się w dalszej części tekstu. Na tym etapie chciałbym skupić się na skutkach wojny między cywilnym kierownictwem a wojskiem. Jak trafnie zauważył Marek Świerczyński, publicysta Polityki Insight, mamy tu do czynienia z najpoważniejszym kryzysem na najwyższych szczeblach zarządzania siłami zbrojnymi od czasu niesławnego „obiadu drawskiego” z 1994 roku (kiedy część generalicji wymówiła posłuszeństwo ówczesnemu ministrowi obrony) – z nieco inaczej rozłożonymi akcentami. Oto bowiem szef MON publicznie zarzucił dowódcy operacyjnemu (trzeciemu generałowi w armii), rażące zaniedbania i kłamstwo. Sprowadzały się one do rzekomego niepoinformowania ministra o incydencie z 16 grudnia oraz zatajenia zdarzenia w oficjalnej dokumentacji. Mariusz Błaszczak wypowiedział te słowa, gdy gen. Tomasz Piotrowski dowodził największymi w tej chwili natowskimi ćwiczeniami „Anakonda 23” – podważył zatem jego kompetencje w niezwykle wrażliwym momencie, gdy oficer WP stał na czele wielonarodowego komponentu sił Sojuszu. Gen. Piotrowski najpierw milczał, a potem wydał własne oświadczenie – literalnie niejednoznaczne, w przesłaniu oczywiste – gdzie zaapelował o „rozsądek i sprawiedliwość”. W sukurs przyszedł mu przełożony, szef sztabu generalnego WP, gen. Rajmund Andrzejczak, który dobitnie stwierdził, że przełożeni (premier, minister, prezydent) zostali przez niego poinformowani o wszystkim, co działo się w polskiej przestrzeni powietrznej wspomnianego dnia. „Wtedy, kiedy miało to (incydent – dop. MO) miejsce”, zaznaczył pierwszy żołnierz Rzeczpospolitej.

W takich okolicznościach posłaliśmy w świat kilka istotnych komunikatów, a wieści dotarły nie tylko do zachodnich sojuszników, ale również do rosjan. Ktoś na górze kłamie, ktoś fałszuje dokumenty, między cywilnym a wojskowym kierownictwem nie ma zaufania, obie strony nie potrafią współpracować i dla zachowania własnej wiarygodności gotowe są „iść na noże” – takie rzeczy dzieją się w Polsce w kluczowych obszarach zarządzania państwem. I pal licho nadwyrężoną (znowu…) wiarygodność u sojuszników, ale taka diagnoza jest dla Moskwy darem niebios. Ujawnia bowiem istnienie atrakcyjnej przestrzeni dla działań zakulisowych, dla rozgrywania napięć między wojskiem a cywilnym kierownictwem. Jeśli minister nie ma zaufania do generała, jak zareaguje, gdy „umyślny” dostarczy mu obciążający wojskowego „kwit” – a choćby i spreparowany? Taki Macierewicz nie miał problemów z czystką w armii, opartą o niewydarzone i niesprawdzane (!) zarzuty wobec najwartościowszych oficerów WP. A mechanizm podkręcania konfliktów może działać w obie strony i wcale nie musi bazować na sfabrykowanych oskarżeniach. W żadnym demokratycznym kraju współpraca cywilno-wojskowa nie układa się idealnie, wiele napięć wynika z samej natury wymuszonego „małżeństwa” dwóch tak różnych światów. I żeby nie pozostać gołosłownym – rosjanie już próbują wykorzystać iskrzenia na linii kadra dowódcza-kierownictwo MON. Na pro-rosyjskich profilach kwitnie teoria spiskowa, „wyjaśniająca” okoliczności incydentu z Ch-55. Zgodnie z nią, wojskowi rzeczywiście nie poinformowali polityków o rakiecie, bo bali się, że „szaleni pisowcy”, „rusofobiczny rząd”, „nieodpowiedzialni polscy przywódcy” w odpowiedzi pchną Polskę ku otwartej wojnie z rosją. Nawet jeśli te bzdury nie przekonają żadnego z polskich VIP-ów, „kupi je” jakaś część zwykłych obywateli. Co tylko nasili kryzys zaufania do instytucji państwa.

Niepokojące przypuszczenia

Po prawdzie i bez ruskich interwencji ów kryzys się nasila. Bo ktoś w sprawie Ch-55 kłamać musi i nie jest to zwyczajny Kowalski. Możliwe, że z prawdą w różnych zakresach mijają się obie strony. Ujawnione w zeszłym tygodniu dokumenty – świadczące na korzyść Błaszczaka – nie są w każdym razie przesądzające. Nie jest bowiem tak, że minister obrony czerpie informacje tylko z jednego źródła, jakim są raporty dowództwa operacyjnego (w tym z 16 grudnia 2022 roku nie ma wzmianki o naruszeniu/przekroczeniu przestrzeni powietrznej RP). No i Mariusz Błaszczak wielokrotnie już udowodnił, że ma skłonność do – delikatnie mówiąc – koloryzowania rzeczywistości. 14 października 2022 roku napisał na Twitterze: „Zbudowaliśmy wielowarstwowy system obrony przeciwlotniczej. Mamy Pioruny, zestawy Pilica, Małą Narew i Patrioty. Dzięki staraniom rządu PiS nasze niebo jest bezpieczne. Nie musimy przystępować do proponowanych przez Niemcy programów zakładających budowę mniej zaawansowanego systemu”. No więc nie zbudowaliśmy, a zaczęliśmy budować – i wciąż jesteśmy bardzo głęboko w lesie, z czego szef MON zdaje sobie sprawę jak mało kto w tym kraju.

Gdy Ch-55 wleciał nad Polskę, nie dało się w oparciu o odczyty ze stacji radiolokacyjnej stwierdzić, czym dokładnie jest. Ale dzięki parametrom lotu – prędkości i wysokości – jasnym było, że nie mamy do czynienia z balonem lub awionetką z jednej strony, samolotem pasażerskim z drugiej (pociski manewrujące są szybsze od pierwszych, latają dużo niżej od drugich). Do takich wniosków doszedł zresztą personel Centrum Operacji Powietrznych, dlatego uruchomiono parę dyżurnych F-16. I choć piloci myśliwców nie dostrzegli gołym okiem pocisku, radar co najmniej jednej z maszyn zarejestrował ostatnią fazę lotu Ch-55. A mówimy o urządzeniu – najogólniej rzecz ujmując – dużo „czulszym” niż naziemne stacje radiolokacyjne. Jeśli wcześniej ktokolwiek miał wątpliwości, czym jest tajemniczy obiekt, po analizie danych z F-16 mieć ich nie powinien. I teraz zwróćmy uwagę, że oskarżenia Mariusza Błaszczaka są wymierzone nie tylko w gen. Piotrowskiego, ale w kilkadziesiąt innych osób, które z racji pełnionych dyżurów wiedziały o zdarzeniu i miały na ten temat co najmniej niepokojące przypuszczenia. Te oskarżenia obejmują też Amerykanów, którzy – jak pamiętamy – wysłali w powietrze własne samoloty. I mamy wierzyć, że nikt panu ministrowi nic nie powiedział? Ignorując nie tylko wewnętrzne, ale i sojusznicze zobowiązania. O najgroźniejszym incydencie, mogącym posłużyć za casus belli, jaki w relacjach NATO-rosja wydarzył się po 1991 roku. Wolne żarty…

Wspominałem już o tym, że sami rosjanie – za pośrednictwem NATO – poinformowali o zaginionej rakiecie. Stało się to tuż po niefortunnym lądowaniu Ch-55. Jeśli rzeczywiście tak było, ministra oszukali również (ukryli przed nim ważne informacje), wojskowi i cywilni przedstawiciele Polski przy NATO. Nazywając rzeczy po imieniu, mielibyśmy wówczas do czynienia ze spiskiem wymierzonym w najwyższe władze RP, realizowanym, w najlepszym razie, przy obojętności USA i, zapewne, pozostałych członków Sojuszu. Jak mawia klasyk, „toć to we łbie się nie mieści”. Jak to, że choć na podstawie danych pozyskanych przez F-16 udało się wyznaczyć prawdopodobny rejon upadku pocisku (jak się w kwietniu okazało, uczyniono to z dużą dokładnością), poszukiwań z prawdziwego zdarzenia nigdy nie przeprowadzono. Dlaczego? Skąd wzięła się potrzeba „zamiecenia sprawy pod dywan” i będące jej skutkiem dzisiejsze „ja o niczym nie wiedziałem!”? O tym przeczytacie już jutro, w kolejnej, ostatniej części tekstu.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. muzealny egzemplarz Ch-55/fot. domena publiczna

Migiem…

…ale nie za szybko. Media ogłosiły koniec służby MiG-ów 29. Awansem, choć faktycznie to ostatnie chwile sowieckiej „supertechniki” w Polsce.

MiG-29 to jeden z najpopularniejszych wojskowych odrzutowców. Sklasyfikowany jako myśliwiec frontowy, był sowiecką odpowiedzią na amerykańskie F-15 i F-16. Tym oczekiwaniom jednak nigdy nie sprostał – podczas pierwszej wojny w Zatoce (w 1991 r.) na ziemię spadło pięć irackich migów, przy zerowych stratach walczących z nimi F-15. Kolejne pięć „dwudziestek dziewiątek” padło ofiarą amerykańskich F-15 i holenderskich F-16 podczas zmagań lotniczych nad Jugosławią w 1999 r. – znów bez strat pośród „efów”. Mimo to produkt biura konstrukcyjnego Mikojan i Guriewicz uchodzi za niezły samolot. Oblatany w 1977 r., wszedł do służby w liczbie 1600 egzemplarzy. Myśliwca nie produkuje się już seryjnie, ale po dziś dzień jest modernizowany. Jego największym użytkownikiem pozostaje rosja (z 230 maszynami). Migi biorą udział w walkach nad Ukrainą, ostatnio widziano je nad Chartumem, stolicą Sudanu, użyte przez jedną ze stron domowego konfliktu.

Niemieckie znaczy zużyte

W Polsce MiG-29 pojawił się w 1989 r. Cztery lata wcześniej na podmoskiewskim lotnisku Kubinka właściwości myśliwca zaprezentowano delegacji PRL, co skończyło się deklaracją zakupu 36 jednomiejscowych samolotów bojowych oraz sześciu dwumiejscowych maszyn szkolno-bojowych (określanych przez pilotów WP mianem „szparek”). Z powodu mizernej kondycji finansowej państwa planów tych nie udało się zrealizować. W 1987 r. Polska złożyła zamówienie na dziewięć samolotów bojowych i trzy szkolno-bojowe. Następnie domówiono pięć egzemplarzy, których jednak nie odebrano. W lutym 1989 r. na szkolenie do ZSRR wysłano 60 pilotów i mechaników, w lipcu do Polski przyleciały pierwsze samoloty. Dostawy wspomnianej dwunastki zakończyły się jesienią 1990 r., a więc już po politycznym przełomie (choć nadal w realiach Układu Warszawskiego, rozwiązanego w lipcu 1991 r.).

Zmiana sojuszy zamknęła drogę do pozyskania kolejnych maszyn z ZSRR, a potem rosji, ale rodzima flota migów i tak się powiększyła. W połowie lat 90. Siły Powietrzne RP wzbogaciły się o maszyny pozyskane z Czech. Dziesięć w niewielkim stopniu wyeksploatowanych MiG-ów-29 kosztowało nas 11 nowych śmigłowców Sokół. W 2003 i 2004 r. do Polski trafiły migi z Niemiec, z zasobów dawnej NRD. Były to maszyny mocno zużyte – przez kilkanaście lat po zjednoczeniu, jako „supertechnikę” potencjalnych wrogów, poddawano je brutalnym testom i wykorzystywano w roli „agresorów” w wielkiej liczbie ćwiczeń z udziałem państw NATO. W efekcie tylko 11 z 24 myśliwców nadawało się do służby – resztę zmieniono w rezerwuar części zamiennych, pomoce naukowe dla szkół i eksponaty w muzeach. Gwoli rzetelności – niemieckie migi kosztowały nas symboliczne euro za sztukę, choć należy też pamiętać, że zapowiedź ich dostarczenia skutkowała decyzją o redukcji zakupów F-16 z planowanych 64 do 48 maszyn. Później tej jednej niekupionej eskadry „efów” będzie Polsce mocno brakować.

Migi trafiły do dwóch eskadr (wcześniej pułków); w 2016 r. każda z nich dysponowała 13 maszynami bojowymi i trzema „szparkami”. Wspominam ten rok, gdyż był ostatnim, kiedy obie jednostki miały pełen etatowy skład. W 23. Bazie Lotnictwa Taktycznego (BLT) w Mińsku Mazowieckim stacjonowała dwunastka „oryginalnych” samolotów (tak zwykło się mówić o maszynach z ZSRR) i cztery eks-czeskie. W 22. BLT w Królewie Malborskim używano maszyn poniemieckich oraz piątki „czechów”. Przez lata załogi migów wykonały tysiące dyżurów bojowych, także w ramach natowskich misji Air Policing. Jednak z czasem zaczęły się coraz poważniejsze problemy wynikłe ze zużycia sprzętu i generalnie niskiej jakości wykonania sowieckiej techniki. Potęgował je fakt odcięcia od oryginalnych części oraz fabrycznego serwisu. Już pod koniec pierwszej dekady XXI w. stało się jasne, że migi trzeba zastąpić. Te malborskie planowano wycofać w 2012 r., dla mińskich przewidziano dłuższą służbę, ale po przeprowadzeniu modernizacji. Na przeszkodzie znów stanął brak pieniędzy. Co prawda migi z 23. BLT udało się wyposażyć m.in. w nowej generacji awionikę (w Wojskowych Zakładach Lotniczych w Bydgoszczy), ale o poważniejszych krokach, włącznie z rezygnacją z samolotu, nie było mowy. Tymczasem w czerwcu 2016 r. na lotnisku 22. BLT doszło do pożaru jednego z myśliwców. Ogień wybuchł podczas rozruchu maszyny, nikomu nic się nie stało, zniszczony samolot spisano ze stanu. Dwa lata później zaczęła się seria katastrof, w której utracono trzy migi, jeden z pilotów – kpt. Krzysztof Sobański – nie przeżył wypadku. Cenione dotąd samoloty zaczęto nazywać „latającymi trumnami”.

Niezwykle istotny akt

W lutym 2022 r. siły powietrzne rosji wzięły udział w inwazji na Ukrainę. Nie ma jasności, ile MiG-ów-29 wystawiła przeciw nim strona ukraińska. Po ZSRR dawna republika odziedziczyła ponad 200 samolotów, ale z biegiem lat większość z nich uległa technicznej degradacji, także na skutek mniej lub bardziej oficjalnej kanibalizacji. Części sprzedawano zagranicę, również do Polski (co pozwalało utrzymać gotowość naszych samolotów). W 2014 r., gdy wybuchła wojna w Donbasie, Ukraina posiadała ok. 80 migów. Dla ekspertów oczywistym było, że co najmniej połowa z nich pozostaje nielotna. Osiem lat później w służbie mogło być nie więcej niż 50 sprawnych „dwudziestek dziewiątek” (po 2014 r. Kijów na poważnie wciął się za odbudowę armii, choć w przypadku lotnictwa nie był to tak spektakularny proces). Do kwietnia br. ukraińskie lotnictwo straciło 20-25 migów, sporo zostało uszkodzonych. Straty w jakiejś mierze skompensowały dostawy MiG-ów-29 niegdyś należących do Mołdawii, a w latach 90. sprzedanych USA. Waszyngton kupił wówczas 21 myśliwców – nie wiemy, ile ich w ramach amerykańskiej pomocy dotarło do Ukrainy (raczej w formie części zamiennych, a nie sprawnych maszyn).

MiG-29 jest jednym z symboli ukraińskiego oporu. Mowa tu przede wszystkim o „Duchu Kijowa” i jego sześć zestrzeleniach podczas walk nad stolicą. I choć to zabieg propagandowy – „Duch” bowiem jako pojedynczy pilot nigdy nie istniał – to składający się na tę kreację lotnicy z krwi i kości rzeczywiście latali migami. Lecz jakby się nie starali – oni i ich koledzy – nie zmieni to faktu, że rosjanie mają nad Ukraińcami ogromną ilościową przewagę. Stąd konieczność pozyskania maszyn z zagranicy, o które Kijów prosi od początku rosyjskiej inwazji. W marcu ubiegłego roku na tapecie pojawiła się sprawa polskich MiG-ów-29 – władze RP zadeklarowały gotowość ich przekazania Ukrainie. Wtedy jednak nie było klimatu dla dostaw ciężkiego sprzętu na wschód – i USA i NATO miały wątpliwości, czy należy konfrontować się w ten sposób z rosją. Stanęło więc na tym, że Polska przekazała Ukrainie zapas części zamiennych i amunicji do migów. Problem wrócił na agendę w marcu br. (choć zakulisowe rozmowy trwały nieprzerwanie od minionej wiosny). Na konferencji darczyńców w Ramstein Słowacja zadeklarowała, że dostarczy do Ukrainy 13 swoich migów, wycofanych ze służby latem zeszłego roku. Do inicjatywy dołączyła Polska, na początek obiecując Ukraińcom cztery myśliwce.

Obecnie jesteśmy na etapie, w którym słowackie migi są już na miejscu. Cztery z nich poleciały do Ukrainy z lotniska w Słowacji. Za sterami zasiedli ukraińscy piloci, co nie zmienia faktu, że do startu doszło z terytorium NATO. Symbolicznie to niezwykle istotny akt, pokazujący, jak dramatycznie zdegradowała się pozycja rosji w oczach członków Sojuszu. Pośród których nie ma już miejsca na obawy z początku wojny, że taki ruch mógłby zostać potraktowany przez Moskwę jako casus belli. Reszta słowackich migów – w tym trzy pozbawione silników – dotarła do Ukrainy drogą lądową. Jak wynika z informacji ukraińskich mediów, myśliwce ze Słowacji pełnią już dyżury bojowe nad Charkowem. Nie wiadomo za to, gdzie są polskie „dwudziestki dziewiątki” – wspomniana pierwsza czwórka, wysłana na wschód kilkanaście dni temu. Co ciekawe, i te migi wleciały w przestrzeń powietrzną Ukrainy startując uprzednio z terytorium NATO (z jednego z lotnisk w Polsce). Wiemy, że były to maszyny eks-czeskie, wcześniej należące do malborskiej eskadry. Na początku kwietnia br. rząd RP zwrócił się do Niemiec z formalną prośbą o zgodę na wysłanie migów poniemieckich (takiej procedury wymaga reeksport/przekazanie dalej broni). Chodziło o pięć samolotów, Berlin udzielił pozytywnej odpowiedzi w ciągu kilkunastu godzin.

Nieunikniona westernizacja

A zatem gdy piszę te słowa, najprawdopodobniej dziewięć naszych migów znajduje się w Ukrainie (albo cztery, a kolejne pięć lada moment tam będzie). To zaś oznacza demontaż jednej z eskadr, co skutkuje zarzutami o rozbrajanie Polski, formułowanymi zwłaszcza w środowiskach niechętnych Ukrainie. Mimo pozornej logiczności, trudno się z nimi zgodzić. Los MiG-ów-29 w Siłach Powietrznych RP został przesądzony wraz z serią wspomnianych katastrof. Samoloty przeszły gruntowne przeglądy, piloci odzyskali do nich zaufanie, ale jasnym było, że długo już nie polatają. Maszyny w najlepszej kondycji, te po modernizacji, „skończą się” w 2027 r. To obecnie 14 migów (w tym trzy „szparki”, w większości z oryginalnej serii). Przez lata wchodziły one w skład eskadry z Mińska, ale jednostkę przewidziano do przezbrojenia na koreańskie FA-50, kupione w zeszłym roku. Mińskie migi trafiły więc do eskadry w Malborku. Mamy tu więc do czynienia z racjonalnym procesem gospodarowania zasobami – co można, nadal wykorzystujemy, czego nie opłaca się eksploatować, wycofujemy. Samoloty z 22. BLT (te z pierwotnej czesko-niemieckiej puli), miały przed sobą najwyżej kilkanaście miesięcy służby. Miast „zajeżdżać” je do końca i odstawić na pomniki, posłużą Ukrainie.

Ile w sumie migów noszących dotąd szachownice może trafić na wschód? 22. BLT, zanim stała się użytkownikiem „mińskich” samolotów, miała 14 maszyn. Jeśli dziewięć już przekazano (są przekazywane), to zostało nie więcej niż pięć (a może tylko trzy, bo o dwóch migach mówi się, że zostały wcześniej skanibalizowane). W tej piątce są „szparki” – samoloty szkolno-bojowe, których nie wyposażono w radar, a więc ich użyteczność na polu walki jest niska. Z drugiej strony, można je wykorzystać do ataków z użyciem pocisków Harm, przeznaczonych do niszczenia stacji radiolokacyjnych. Najogólniej rzecz ujmując, ta broń nie wymaga sterowania z kabiny pilota, co skraca czas misji i ekspozycji na działanie lotnictwa wroga. Ostatecznie zaś mogą „szparki” posłużyć jako rezerwuar części zamiennych. Tak czy inaczej, mówimy o maksymalnie 14 samolotach z Polski, a najpewniej o 12, przy założeniu, że wysłane zostaną również te dwumiejscowe. Kolejne 14 to pieśń przyszłości, a może i zupełnie nierealny scenariusz, bo kto wie, ile z tych zmodernizowanych migów dotrwa do 2027 r., ile będzie wówczas miało jakąkolwiek wartość dla Ukraińców, ba, czy ci w ogóle będą o nie zabiegać. Ukraina na gwałt potrzebuje samolotów bojowych, a migi z demobilu to tylko proteza. Zachód na razie wzbrania się przed wysyłką własnych konstrukcji, ale westernizacji ukraińskiego lotnictwa uniknąć nie sposób – wszak podaż sowieckich konstrukcji jest mocno ograniczona.

Pozostając zaś przy wątku westernizacji – wraz z 2027 rokiem zacznie się ostatni rozdział tego procesu w Siłach Powietrznych RP, zapoczątkowany 20 lat temu kupnem F-16. Odejdą migi, w międzyczasie pozbędziemy się Su-22, szturmowców sowieckiej proweniencji, dziś będących w linii już tylko po to, by podtrzymać nawyki pilotów i personelu technicznego. Za cztery lata w barwach Rzeczpospolitej służyć będą koreańskie szkolono-bojowe FA-50 (dwa pierwsze przylecą latem tego roku, łącznie kupiliśmy 48 sztuk). W 2025 r. zaczną się dostawy F-35, a wszystkie 32 super-myśliwce znajdą się na stanie Wojska Polskiego do końca dekady. Dodajmy do tego 48 F-16, które dziś są co prawda w samolotowym wieku średnim, ale przejdą niebawem głęboką modernizację. W sumie daje to niemal 130 nowoczesnych maszyn, o zdolnościach przekraczających wszystko, co do tej pory latało z szachownicami na skrzydłach.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej i Marcinowi Pędziorowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich ośmiu dni: Maciejowi Jakóbiakowi, Krzysztofowi Hryniowowi i Czytelnikowi posługującemu się nickiem Sizna.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Migi z malborskiej eskadry (eks-niemiecki i czeski), zdjęcie sprzed kilku lat/fot. Bartek Bera, zdjęcie pochodzi z albumu „Sięgając nieba”.