Dach

Gdy zajeżdżamy do Cyrkunów, Ihor, szef lokalnej administracji wojskowej, zabiera nas na północne obrzeża wsi. Chce, byśmy zobaczyli efekty „pracy” rosyjskiej artylerii sprzed kilku dni. Wiem, czego się spodziewać, ale mimo wszystko wypalony budynek wprawia mnie w przygnębienie. Dobrze, że rakieta typu Grad nikogo nie zabiła – gdy przyleciała, gospodarzy akurat nie było w domu. Ale na posesji obok kręcili się sąsiedzi i ci już tyle szczęścia nie mieli – ośmiu poranionym osobom ratownicy musieli udzielić pomocy medycznej.

– I tak tu żyjemy – kwituje pozbawiony domu gospodarz. – Od tragedii do tragedii – dodaje, co w jego przypadku oznacza wyjątkowo dramatyczny ciąg wydarzeń, jakby samej wojny było mało. Nim ta wybuchła, mężczyzna stracił syna, potem koronawirus zabił mu żonę. Teraz rosjanie pozbawili go dachu nad głową, przy okazji odbierając schronienie współlokatorkom – 93-letniej matce i 70-letniej siostrze. Cała trójka mieszka w budyneczku gospodarczym, w jednym, niewielkim pomieszczeniu, które służy za kuchnię, sypialnię i spiżarnię.

Za domy i mieszkania, które w wyniku działań wojennych nie nadają się do remontu, Ukraińcy otrzymują odszkodowania. Technicznie rzecz ujmując, przyznawany jest im certyfikat, który upoważnia do zakupu lokalu w innym miejscu (coś jak bon, który swego czasu dawał Polakom sposobność nabycia dowolnej usługi turystycznej o zdefiniowanej wartości). Urzędy mają obowiązek działać niezwłocznie, problem w tym, że wiele nieruchomości – zwłaszcza na ukraińskiej wsi – ma nieunormowany status prawny. Ktoś coś kiedyś kupił, od rodziny, więc po co na to „papier”, transakcję przypieczętowano alkoholem i żyło się dalej jak na swoim. Tyle że w przypadku zniszczenia domu własność trzeba udowodnić, bez tego nici z certyfikatu.

– Macie wszystkie niezbędne dokumenty? – pytam poszkodowanego 58-latka. Ten macha tylko ręką, zrezygnowany i zirytowany…

—–

W przypadku Ołeny sprawy mają się nieco lepiej – bo rodzinna chałupa nadal stoi. W marcu 2023 roku na dach posypały się odłamki rakiet, ale uszkodzenia udało się usunąć. Remontem zajęli się wolontariusze, a prace sfinansowało Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM). Niestety, nim do tego doszło deszcz wyrządził dodatkowe szkody – i choć z połatanym dachem, budynek jeszcze nie nadaje się do zamieszkania.

– Trzeba wymienić sufit i podłogi – 64-letnia wdowa jak na razie korzysta z uprzejmości sąsiadów, którzy znaleźli dla niej niewielki pokój. – Ale bez pośpiechu – kobieta uśmiecha się serdecznie. – Najważniejszy był dach, najważniejsze, że nie cieknie. Reszta nie ucieknie, damy sobie radę.

„My”, czyli Ołena i jej syn, 40-latek dopiero co zwolniony z wojska. Mężczyzna na tę chwilę niewiele przy domu zrobi – leży w szpitalu w Charkowie, gdzie przechodzi rehabilitację. Kilka tygodni temu raniono go pod Kupiańskiem, stracił oko, ma też problemy z kręgosłupem.

– Zaciągnął się na ochotnika, zaraz po wyzwoleniu Cyrkunów – Ołena wspomina zdarzenia z wiosny 2022 roku. – Ranili go latem dwudziestego drugiego, ale szybko wrócił na front. Teraz wróci do domu – na twarzy kobiety rysuje się delikatny uśmiech. Znam ten grymas matek (i żon), mimo dramatycznych okoliczności zadowolonych, że najbliższy nie będzie już się narażał, że choć okaleczony, to jednak żywy wróci do swoich.

W tym przypadku powrót syna będzie też wiązał się z finansowym wsparciem – poturbowani żołnierze otrzymują odszkodowania i renty. Ołena ma ledwie trzy tysiące hrywien emerytury (to nasze 300 zł; typowe świadczenie w Ukrainie), sama wydatkom remontowym by nie podołała.

Tyle wygrać z tego całego cierpienia…

Remonty uszkodzonych budynków mieszkalnych to działania, które PCPM realizuje w Ukrainie od zeszłego roku. Więcej opowiadam o tym w tekście, dostępnym pod tym linkiem.

*          *          *

A teraz małe ogłoszenie. Jakiś czas temu obiecałem, że pojawi się sposobność zakupu „Międzyrzecza”, w wersji z autografem i pozdrowieniami. I oto jest – powieść pojawiła się w ofercie na moim koncie na Patronite (znajdziecie ją pod tym linkiem). To nie jest nowa książka – wydałem ją w 2019 roku – ale trzy lata później mnóstwo zawartych w niej treści okazało się proroczych. Jeśli napiszę, że wiedziałem, że armia rosyjska to kolos na glinianych nogach, to skłamię. Ale jeśli przyznam, że domyślałem się rosyjskich słabości i dałem temu wyraz w książce – będzie to najprawdziwsza prawda.

Wielu moich Czytelników zna już „Międzyrzecze”, tym, którzy nie czytali, podrzucam notkę wydawniczą:

„Wojny miało nie być. Rosja boryka się z poważnymi problemami, a Polski strzegą sojusze i silna armia. Znamy te argumenty, prawda? A jednak konflikt wybucha. Pancerne zagony wroga przelewają się przez granicę niepowstrzymaną, zdawać by się mogło, falą. NATO nie śpieszy się ze zbrojną interwencją – musi nam wystarczyć wysłany wcześniej sprzęt i szczupły amerykański kontyngent. Czy dodatkowe bataliony Leopardów, kolejne F-16 i pokaźna liczba baterii Patriot pozwolą wygrać tę wojnę? Przetrwać starcie z gigantem? Naczelne dowództwo Wojska Polskiego decyduje się na wdrożenie kontrowersyjnego planu Międzyrzecze…”

Zachęceni? To polecam uwadze wspomniany link.

Polecam również przyciski „wsparciowe” – ten miesiąc okazał się wyjątkowo trudny jeśli idzie o zbieranie środków na dalszą działalność mojego „ukraińskiego raportu”. Ale zostało jeszcze kilkadziesiąt godzin lipca, może uda się ten trend odwrócić? Będę zobowiązany!

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. Moja rozmówczyni z pierwszej części wpisu/fot. własne

Atut

Szanowni, jestem dziś w drodze do Szczecina – dla mnie to wyprawa na drugi koniec Polski. Ale cel zacny – udział w seminarium pt. „Społeczeństwo obywatelskie i demokracja. Wyzwania i zagrożenia dla edukacji dziennikarskiej”. Imprezę organizuje Uniwersytet Szczeciński, a w panelach dyskusyjnych wezmą udział dziennikarze z Polski, Ukrainy i Niemiec. Ja postaram się zwrócić uwagę słuchaczy i pozostałych panelistów na zagrożenia płynące ze Wschodu i będące skutkiem działań aparatu dezinformacyjnego federacji rosyjskiej.

Wstęp na seminarium jest wolny, można też posłuchać obrad on-line; link do wydarzenia znajdziecie pod tym linkiem.

„Wytnie” mnie w sumie na trzy dni, tym niemniej pozostanę w trybie czuwania i jeśli na Wschodzie wydarzy się coś nadzwyczajnego, z miejsca o tym doniosę.

By zaś nie pozostawiać Was „na pusto”, podrzucam galerię autorstwa Bartka Bery, mojego dobrego kolegi i jednego z najlepszych fotografów lotniczych na kontynencie. Na zdjęciach widzicie amerykańskie F-35 z 495 Fighter Squadron, obecnie na dyżurze w Łasku, oraz rodzime F-16 z 31 Bazy Lotnictwa Taktycznego w Krzesinach. Doskonałe kadry (autor pracował z otwartej rampy samolotu transportowego CASA), znakomicie ilustrujące jeden z miażdżących atutów Paktu Północnoatlantyckiego. Co warto podkreślić w kontekście strachów na lachy o rzekomym realnym zagrożeniu rosyjską inwazją na kraje NATO. No więc Szanowni Czytelnicy na zdjęciach widzicie COŚ, co sprawiłoby, że ruskie nawet nie zdołałyby się zbliżyć na dystans skutecznego ognia z broni ręcznej. Z czego czerwoni generałowie znakomicie zdają sobie sprawę.

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. F-16 w wersji na bojowo/fot. Bartek Bera

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Rydz…

Polska ma 48 samolotów F-16. Po przekazaniu Ukrainie większości MiG-ów-29 (oraz zapasu części i uzbrojenia do nich), „efy” stały się koniem roboczym naszej armii.

Maszyny pełnią dyżury w Polsce, Słowacji, nad krajami bałtyckimi, obsługują ćwiczenia Wojska Polskiego – wszędzie tam, gdzie realizowane są scenariusze współpracy oddziałów lądowych z siłami powietrznymi. Ich sprawność utrzymuje się na poziomie 60-70 proc., a więc lotnych jest około 30 samolotów. Przy obecnym obciążeniu – i większej na skutek rosyjskiej agresji na Ukrainę liczbie lotów patrolowych – ten wskaźnik wkrótce może spaść do 40-50 proc.

A nie jesteśmy na wojnie, nie dotyczy nas ryzyko utraty maszyn na skutek działań bojowych przeciwnika.

O czym wspominam, by uzmysłowić Czytelnikom elementarne problemy, z jakimi borykać się będą Ukraińcy, gdy F-16 trafią już do ich sił powietrznych. Polska bez większych przeszkód serwisuje samoloty (są kłopoty wynikłe z nieadekwatności naszych procedur logistycznych, ale to temat na oddzielny tekst), nabywa do nich części zamienne, uzupełnia arsenał – stać nas na to, niektóre prace możemy wykonać u siebie, a łańcuchy dostaw pozostają niezagrożone.

A będąca na wojnie i biedna Ukraina? Ano właśnie…

—–

Dowództwo ukraińskich sił powietrznych szacuje potrzeby na 200 maszyn klasy F-16. Teoretycznie z ich dostawą nie powinno być problemów – do tej pory fabryki opuściło ponad 4,5 tys. „szesnastek”, kolejne są produkowane, nie mamy zatem do czynienia z wyjątkowo ograniczonym zasobem.

Niestety, broń lotnicza jest koszmarnie droga – zapewnienie Ukraińcom niezbędnej liczby maszyn „zeżarłoby” 20 mld dol. A mam tu na myśli tylko „efy” (używane, nie fabrycznie nowe) z niezbędnym pakietem logistycznym i paletą uzbrojenia wystarczającą na kilka misji.

A gdzie szkolenie pilotów i personelu technicznego? Gdzie kolejne pakiety amunicji i części? Gdzie reszta armii i jej potrzeby? Co z czołgami, które są co prawda dziesięć razy tańsze od samolotów, ale potrzeba ich trzy razy więcej? Co z artylerią, amunicją strzelecką, paliwem, wyposażeniem indywidualnym żołnierzy?

Amerykanie w zasadzie wycofali się z finansowania ukraińskiego wysiłku wojennego, Europa nie potrafi obecnie zebrać 80-100 mld dol. w skali roku, co jest sumą niezbędną do efektywnego prowadzenia wojny. Ta sytuacja to osobliwy paradoks, jeśli wziąć pod uwagę zasobność Zachodu. Przyczyny takiego stanu rzeczy to kolejny temat na oddzielny artykuł, na potrzeby tego dość skonkludować, że czynniki natury finansowej mają i będą miały zasadniczy wpływ na eksploatację ukraińskich F-16.

—–

Dodajmy do tego inne ograniczenia. Na razie nie ma mowy o dwustu maszynach – realne zobowiązania wobec Kijowa podjęły raptem dwa kraje, Holandia i Dania, co w najlepszym razie przełoży się na 40 maszyn. Znacząca jest absencja USA (choć gwoli rzetelności trzeba napisać, że Stany szkolą ukraińskich pilotów i techników), co jakiś czas pojawiają się spekulacje o kolejnych dostawcach – w ostatnich dniach mówi się o Grecji i Norwegii. Po prawdzie, jeśli finalnie skończy się na 60 „efach”, będzie to spory sukces.

Ale niderlandzkie i duńskie „szesnastki” młode nie są – pozostały resurs pozwala na ich intensywną eksploatację przez kilka lat. Choć były modernizowane, nie są też demonstratorami szczytowej zachodniej techniki lotniczej. W większości potencjalnych sytuacji bojowych na rosjan to wystarczy, lecz nie miejmy złudzeń, że „efy” – w takiej liczbie i kondycji – przegonią rosjan znad Ukrainy.

Ich zasadnicza zaleta sprowadza się do możliwości przenoszenia zachodnich systemów uzbrojenia, pełnego spektrum, obejmującego zarówno amunicję do niszczenia celów powietrznych, różnego rodzaju bomby, lotnicze pociski manewrujące, a nawet rakiety przeciwokrętowe. Dla ukraińskiego lotnictwa skończy się więc okres „radosnej” improwizacji – nie trzeba już będzie integrować „na siłę” zachodniej amunicji z poradzieckimi samolotami, na czym zwykle cierpiała skuteczność tej pierwszej.

Lecz jako się rzekło – tej amunicji może Ukraińcom szybko zabraknąć. W tym kontekście warto też dodać, że nadal nie wiemy nic o konfiguracji, w jakiej F-16 zostaną Ukrainie przekazane. Co i ile będą mogły pozostaje sprawą otwartą, pewnikiem zaś jest, że z części możliwości samoloty zostaną „wytrzebione” – by w razie utraty maszyny nad terytorium kontrolowanym przez rosjan, w ręce tych ostatnich nie wpadły „wrażliwe” technologie.

—–

Idźmy dalej – gdy kilka miesięcy temu przeprowadzono pierwszą rekrutację dla przyszłych ukraińskich pilotów F-16, sito wymagań przeszło tylko sześciu (a wedle innych źródeł ośmiu) wojskowych. Większość „poległa” na testach językowych, ale i typowo lotnicze umiejętności ukraińskiego personelu okazały się niskie.

Legenda „Ducha Kijowa” i inne działania propagandy zostawiają nas z przekonaniem, że Ukraina ma za sterami swych maszyn doświadczonych zawodowców. Nic bardziej błędnego. Ukraińskie lotnictwo po 1991 roku funkcjonowało w realiach permanentnego kryzysu – nie zmieniła tego nawet wojna w Donbasie, bo między 2014 a 2022 rokiem prawie nie używano tam lotnictwa. W lutym 2022 roku większość pilotów mogła się pochwalić nalotami na poziomie 30-40 proc. niezbędnego minimum.

Pełnoskalowy konflikt pozwolił „wylatać” godziny, ale efektywność tego doświadczenia pozostawia wiele do życzenia. Ukraińskie siły powietrzne realizują przede wszystkim misje wsparcia wojsk lądowych i to w iście partyzanckim stylu: wystartuj, leć jak najniżej, doleć jak najbliżej, poślij rakiety/bomby, uciekaj. Szczęśliwie u rosjan jest niewiele lepiej – choć ostatnio ich lotnictwo wybudza się z taktycznej impotencji.

Tak czy inaczej, nawet najlepsi ukraińscy piloci nie są wybitnymi fachowcami. Zwłaszcza że wielu tych najlepszych już zginęło…

Dlatego tak trudno było zebrać przyszłych pilotów F-16 – obecnie jest to około 20 lotników, szkolących się w trzech różnych miejscach na Zachodzie, którym towarzyszy nieznana liczba personelu technicznego. I znów nie dajmy się zwieść hurraoptymistycznym relacjom – po pół roku ci wojskowi posiadają bazowe umiejętności. Jeśli ktoś podejmie decyzję, by już teraz wysłać ich do walki, skutkiem będzie marnotrawstwo potencjału ludzkiego i technicznego. Jeśli ukraińskie dowództwo myśli o sensownym wykorzystaniu nowej broni, musi pogodzić się z wizją dalszych wielomiesięcznych i intensywnych szkoleń.

—–

Po których także z innych powodów niż dotąd wymienione, ukraińskie „efy” będą funkcjonować w warunkach niedoboru.

Dlaczego? Najpierw niezbędna uwaga metodyczna. Koordynacja działań, uzyskanie efektu synergii („odpowiedniego jeb…cia”, jak mówi się w potocznym wojskowym języku), to podstawa zachodniej sztuki wojennej. Tak szkoli się ludzi, tak projektuje i wykorzystuje broń.

Tworzenie wojennych ekosystemów to proces o wzrastającej efektywności. Niegdyś ułomne, bo oparte o zawodną łączność radiową, dziś – za sprawą satelitów, internetu – funkcjonują w realiach sieciocentryczności, bieżącej wymiany danych między poszczególnymi komponentami, do pojedynczego egzemplarza broni włącznie. Tak buduje się wysoką świadomość sytuacyjną, która w połączeniu z jakością wykonania sprzętu, jego precyzją oraz odpowiednią kulturą techniczną użytkowników, daje zachodnim armiom przewagę nad wszystkim, co na tej planecie uchodzi za wojsko.

Pojedynczy leopard czy abrams zniszczy kilka rosyjskich czołgów nim sam padnie ich ofiarą. Lepsza armata, amunicja i pancerz „zrobią robotę”. Ale większą robotę zrobią leopardy w towarzystwie marderów, abramsy w parze z bradleyami. Operujące w terenie przygotowanym wcześniej przez dalekonośną artylerię – lufową (na przykład kraby), czy rakietową (himarsy). Spreparowanym także przez lotnictwo i jego precyzyjne uderzenia w stanowiące zagrożenie cele. Wielozadaniowy F-16 jest w takim środowisku niczym ryba w wodzie. Wpięty w sieć wymieniającą dane w czasie rzeczywistym, stałby się ukraińskim game changerem.

Tyle że ta sieć w warunkach ukraińskich istnieje w formie szczątkowej; nie ma tam dość zachodnich systemów. Brakuje dla przykładu samolotów AWACS – maszyn z radarami na grzbietach, służących do nadzoru przestrzeni powietrznej. AWACS-y „widzą” dalej niż pozwalają na to radary maszyn myśliwskich – w sprzyjających warunkach nawet na odległość do 600 km i mogą śledzić równocześnie wiele celów (od kilkudziesięciu do kilkuset). Służą zatem poszerzaniu świadomości sytuacyjnej pilotów maszyn bojowych, do których na bieżąco kierowane są informacje pozyskane z obserwacji. W takich warunkach można działać z wyprzedzeniem, możliwa jest też koordynacja pracy całych ugrupowań lotniczych.

—–

I można by tak jeszcze długo, co nie zmienia faktu, że Ukraina potrzebuje F-16 „na wczoraj”.

W ostatnich miesiącach ta potrzeba się zwielokrotniła, a to za sprawą rosyjskich bomb szybujących. W marcu br. rosjanie zrzucili trzy tysiące (!) FAB-ów, o wagomiarze od pół do półtora tony. Każda z takich bomb – starych, sowieckich konstrukcji, doposażonych w skrzydła i moduł sterujący – może zabić nawet kilkudziesięciu żołnierzy. I często zabija, dokonując małych, ale licznych wyłomów w ukraińskich liniach obronnych.

Tworzy to ryzyko poważniejszego przełamania, które wyeliminować może wyłącznie wypędzenie rosyjskiego lotnictwa taktycznego ze strefy przyfrontowej. Co można zrobić na dwa sposoby – wysyłając w strefę walk zachodnie systemy obrony powietrznej (jak Patriot) lub samoloty F-16. Dramatyzm położenia Ukrainy polega na tym, że nowoczesnych wyrzutni brakuje, a samoloty i ich obsługa nie są jeszcze gotowi.

Czy to sytuacja bez wyjścia? Nie – i wcale nie trzeba podejmować pochopnej decyzji o wysłaniu „efów”. Kijów szacuje swoje bieżące potrzeby w zakresie OPL na siedem dodatkowych baterii Patriot – to dużo, a zarazem niewiele dla zachodniej wspólnoty, która ma na stanie około 100 baterii (patriotów i analogicznych systemów europejskich) oraz nieograniczone wojennymi zagrożeniami możliwości produkcyjne.

Wracając zaś do „efów” – za mało, za stare, za późno; tak można by podsumować projekt „F-16 dla Ukrainy”. Ale lepszy rydz niż nic…

PS. W weekend Berlin zadeklarował wysłanie do Ukrainy, w trybie pilnym, kolejnej baterii Patriot. Z początkiem tygodnia pojawiła się sugestia, by Polska użyła swoich dwóch baterii do zestrzeliwania celów nad zachodnią Ukrainą (w takim scenariuszu wyrzutnie nie zostałyby przeniesione poza terytorium RP). Technicznie to możliwe, uzasadnione w każdym przypadku, gdy rakiety/pociski manewrujące zmierzają w stronę naszego kraju – ale czy coś z tego wyjdzie, prawdę mówiąc nie sądzę.

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Arkowi Drygasowi, Monice Rani, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Jakubowi Wojtakajtisowi, Michałowi Strzelcowi, Joannie Marciniak i Andrzejowi Kardasiowi. A także: Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Maciejowi Ziajorowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Krzysztofowi Krysikowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi i Jarosławowi Grabowskiemu.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Piotrowi Kamińskiemu, Adamowi Andrzejowi Jaworskiemu, Arkadiuszowi Wiśniewskiemu, Piotrowi Kicmanowi (za „wiadro kawy”), Czytelniczce imieniem Ewa i Grzegorzowi Lenzkowskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Polskie F-16/fot. Bartek Bera

Pierwotnie ten artykuł opublikowałem w portalu Interia.pl

Paliwo

Na szybciutko, bo praca nad książką wzywa (ale i tak wrzucę dziś wieczorem, najdalej jutro rano większy materiał).

Zakończył się kolejny duży rosyjski atak rakietowy na ukraińskie miasta. Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na dwie sprawy. Po pierwsze, Ukraińcy raportują zestrzelenie wszystkich 10 użytych przez rosjan hipersonicznych pocisków rakietowych Kindżał. Można mieć zastrzeżenia co do jakości ukraińskiej sprawozdawczości, ale w przypadku kindżałów Ukraińcy dokładają wszelkich starań, by udokumentować swoje sukcesy. Poza kwestiami typowo propagandowymi, może to mieć związek z tym, że z hipersonikami walczą amerykańskie patrioty, a rzetelna ocena skuteczności własnych systemów leży w interesie USA. Dodajmy przy tym, że kindżałowe anałogi-w-miru-niet mierzą się ze starszymi generacjami patriotów; tyle w kwestii rzekomej niezawodności raszystowskiej superbroni.

Druga sprawa ma związek z działaniami podjętymi w Polsce. Najpierw zacytuję komunikat Dowództwa Operacyjnego: „Informujemy, że obserwowana jest intensywna aktywność lotnictwa dalekiego zasięgu Federacji Rosyjskiej, która związana jest z wykonywaniem uderzeń na terytorium Ukrainy. W celu zapewnienia bezpieczeństwa polskiej przestrzeni powietrznej aktywowano dwie pary myśliwców F-16 oraz sojuszniczy tankowiec powietrzny. Około godziny 5.45 wystartowała amerykańska para stacjonującą w bazie w Łasku, a około godz. 6.15 polska para z bazy w Krzesinach”.

Po co podnoszono F-16? Poza show of force, chodzi o bardzo pragmatyczny cel – rozpoznanie. Wykorzystanie radarów efów szesnastych do śledzenia ewentualnych zbłąkanych rakiet. Także ich zestrzelenia, gdyby zaszła taka konieczność (i doszło do wzrokowej identyfikacji celu).

A po co tankowiec? Po to, by samoloty maksymalnie długo przebywały w powietrzu. Nawet podczas pobierania paliwa, radary efów pozostają aktywne.

Tankowce są zatem niezbędnym elementem takich akcji – w gruncie rzeczy rutynowych, gdy za miedzą toczy się pełnoskalowy konflikt. Dziś nad Polskę przyleciał tankowiec z Wielkiej Brytanii. Udało się to spiąć w czasie (działania par myśliwskich i tankera), co nie zmienia faktu, że byłoby dużo prościej, gdyby maszyna tego typu stacjonowała w Polsce. Najlepiej była polska, czy należała m.in. do Polski. Niestety, Antoni Macierewicz – będąc ministrem obrony narodowej – wypisał nas z programu MRTT Fleet (ang. Multinational Multi-Role Tanker Transport), wielonarodowej flotylli tankowców/transportowców. Własnych samolotów też nie kupiliśmy, bo pieniądze na ten cel zostały przeznaczone na maszyny dla vipów.

A vipowska salonka paliwa nie poda.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Tanker podczas podawania paliwa/fot. Airbus

Porażka?

„Po klęsce ukraińskiej ofensywy na Zaporożu…”, tak już kilka razy zaczął swoje teksty jeden z obecnych w polskiej infosferze (pro)rosyjskich aktywistów medialnych. Chłop zasięgi ma marne, kompetencje analityczne niskie, zaś wiedzę z zakresu wojskowości na poziomie Wikipedii i folderów reklamowych rosyjskich firm zbrojeniowych (gdzie jak wiemy „anałoga-w-miru-niet”). Tym niemniej suma działań wielu takich „żuczków” – sączących jad kremlowskiej propagandy do naszego „krwiobiegu” – nade wszystko zaś nierealistyczne oczekiwania opinii publicznych (tak w Polsce, jak i w innych proukraińskich krajach), przekładają się na powszechność percepcji, zgodnie z którą na Zaporożu Ukraińcy ponieśli porażkę.

Tylko czy takie postrzeganie spraw wytrzymuje konfrontację z rzeczywistością?

Wraz z początkiem tego tygodnia ZSU ponowiły natarcia w rejonie Robotyne, gdzie utworzono największy wyłom w rosyjskich pozycjach obronnych. Po raz pierwszy od kilku tygodni w atakach użyto sprzętu ciężkiego – czołgów i wozów opancerzonych (m.in. niemieckich leopardów i amerykańskich strykerów). Natarcie nie zyskało powodzenia, rosjanom udało się zniszczyć kilka pojazdów. Gdy piszę te słowa, walki na tym odcinku frontu znów mają ograniczony charakter, ale koncentracja ukraińskich oddziałów każe zakładać, że relatywny spokój nie potrwa długo. Do czego zmierzam? Ano do tego, że bitwa wciąż trwa, odtrąbienia końca kampanii nie było, trudno zatem o całościową jej ocenę.

„No ale minęło już tyle czasu …”, może powiedzieć ktoś. Zgadza się, pięć miesięcy to w realiach wojny błyskawicznej cała wieczność. Tyle że w Ukrainie nie toczy się blitzkrieg! Taką formułę konfliktu usiłowali narzucić rosjanie na początku inwazji. I owszem, łatwo zajęli ponad jedną czwartą kraju, ale równie błyskawicznie odpuścili znaczną część zdobyczy, wiejąc spod Kijowa i Charkowa. Później tempo narzucili Ukraińcy – błyskotliwą ofensywą na charkowszczyźnie i wymęczoną, jednak relatywnie krótką kampanią na chersońszczyźnie. To z tamtego okresu – z pierwszych faz wojny – pochodzi przekonanie, że w bojach o niepodległość i granice Ukrainy możliwe są szybkie, spektakularne rozstrzygnięcia. Problem w tym, że po drodze sporo się zmieniło – rosjanie podwoili liczebność kontyngentu stacjonującego w Ukrainie (dziś to 400 tys. ludzi „na teatrze”), wysiłek wojska koncentrując na obronie dotychczasowych zdobyczy. Dobrze się do tego zadania przygotowując, zwłaszcza na odcinkach, gdzie ukraińskie natarcia były łatwe do przewidzenia. Jak na Zaporożu.

Nierealistyczne oczekiwania napędza(ła) również wiara w możliwości zachodniego sprzętu. Fetyszyzowany, w oczach wielu stał się wunderwaffe, pewną gwarancją szybkiego sukcesu. Wojna w Ukrainie jasno potwierdziła, że zachodnia technologia wojskowa jest lepsza od rosyjskiej (i sowieckiej), ale przecież i ona czasoprzestrzeni nie zakrzywia. Jednym wystrzałem tysięcy moskali nie zabija. Ba, użyta w ograniczonym zakresie (kłania się ilość i asortyment dostaw, na jakie mogła i może liczyć Ukraina…), po pośpiesznym przeszkoleniu dla załóg i obsługi, traci część swoich atutów. Ukraińcy walczą na Zaporożu (i nie tylko) bez przewagi w powietrzu, tymczasem to w kompletnym ekosystemie – obejmującym wszystkie niezbędne rodzaje broni – poszczególne typy uzbrojenia ujawniają pełnię swych możliwości. Decyzja o przekazaniu Ukrainie samolotów wielozadaniowych F-16 zapadała już po rozpoczęciu ofensywy, a samo przekazanie to proces, który potrwa jeszcze wiele miesięcy. Prędko więc zachodnich maszyn nad południową Ukrainą nie zobaczymy.

„Po co więc w ogóle zaczynali?”, można by zapytać. „Tak szewc kraje, jak mu materii staje”, brzmi popularne powiedzenie. A rzeczony szewc kroić musiał, bo czas działał wyłącznie na korzyść rosjan – mając go więcej, moskale jeszcze bardziej zabetonowaliby się na Zaporożu (co ostatecznie i tak próbują robić, ale w zakresie mniejszym niż byłoby to możliwe, gdyby nie konieczność angażowania ludzi i zasobów do utrzymania pozycji obronnych). I teraz oddzielmy medialny szum – opinie (pseudo)ekspertów i wypowiedzi polityków – od tego, co tak naprawdę wiemy o zamiarach ukraińskiego dowództwa. Nie ukrywało ono, jaki jest cel operacji na południu – że jest nim rozcięcie rosyjskiego korytarza lądowego łączącego okupowany Donbas z Krymem – ale nikt publicznie nie definiował ram czasowych operacji. Nie ma żadnych wiarygodnych informacji, które rzucałyby światło na dokładne kalkulacje ukraińskich sztabowców. Nie wiemy, kiedy chcieli dojść do morza. Czy zakładali blitzkrieg czy mozolną szarpaninę, w efekcie której rosyjska obrona się posypie. Pamiętam mapki z pierwszych dni ofensywy, ilustrujące rzekome zamiary ZSU; branżowy internet „jarał się” nimi niczym świętym Graalem, tymczasem okazały się fejkiem. Bez dostępu do danych planistycznych nie sposób przesądzać, czy mamy do czynienia z klęską. Bo może wszystko idzie zgodnie z planem? Ukraińska generalicja ma sporo wad, ale jej „kwiat” jak dotąd realistycznie oceniał możliwości własnych wojsk i wojsk wroga. Może nam się to podobać lub nie, ale w ramach tego osądu mieści się przekonanie, że angażowanie rosjan w ciężkie boje bez konkretnych zdobyczy terytorialnych ma sens (bo w którymś momencie nastąpi „kumulacja” i przeciwnik pęknie). A zauważmy, że efektem działań na Zaporożu jest „zmielenie” kilku rosyjskich dywizji, w tym istotnych elementów elitarnych formacji WDW.

I już na koniec – ulubioną analogią (pro)rosyjskich aktywistów medialnych, stosowaną wobec zmagań na Zaporożu, jest bitwa na Łuku Kurskim. To porównanie godne historyków-dyletantów, niemniej warto o nim wspomnieć z jednego powodu. Zmagania z 1943 roku zakończyły się dla Niemców sromotną porażką – nie tylko nie przełamali sowieckich pozycji, ale na skutek kontrnatarć armii czerwonej utracili gros wcześniejszych zdobyczy. I szerzej, inicjatywę strategiczną. Taki jest realny wymiar klęski. Tymczasem na Zaporożu – mimo usilnych starań rosjan (ich wściekłych kontrataków) – nie ma mowy o „korektach terytorialnych” na niekorzyść Ukraińców. Zaś jedyne, na co rosjan stać – patrząc z perspektywy całego frontu – to dwie lokalne operacje zaczepne. Spooooro za mało, by mówić, że inicjatywa strategiczna jest teraz po ich stronie.

O czym więcej w kolejnym poście.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Zdjęcie ilustracyjne/fot. Sztab Generalny ZSU