Migiem…

…ale nie za szybko. Media ogłosiły koniec służby MiG-ów 29. Awansem, choć faktycznie to ostatnie chwile sowieckiej „supertechniki” w Polsce.

MiG-29 to jeden z najpopularniejszych wojskowych odrzutowców. Sklasyfikowany jako myśliwiec frontowy, był sowiecką odpowiedzią na amerykańskie F-15 i F-16. Tym oczekiwaniom jednak nigdy nie sprostał – podczas pierwszej wojny w Zatoce (w 1991 r.) na ziemię spadło pięć irackich migów, przy zerowych stratach walczących z nimi F-15. Kolejne pięć „dwudziestek dziewiątek” padło ofiarą amerykańskich F-15 i holenderskich F-16 podczas zmagań lotniczych nad Jugosławią w 1999 r. – znów bez strat pośród „efów”. Mimo to produkt biura konstrukcyjnego Mikojan i Guriewicz uchodzi za niezły samolot. Oblatany w 1977 r., wszedł do służby w liczbie 1600 egzemplarzy. Myśliwca nie produkuje się już seryjnie, ale po dziś dzień jest modernizowany. Jego największym użytkownikiem pozostaje rosja (z 230 maszynami). Migi biorą udział w walkach nad Ukrainą, ostatnio widziano je nad Chartumem, stolicą Sudanu, użyte przez jedną ze stron domowego konfliktu.

Niemieckie znaczy zużyte

W Polsce MiG-29 pojawił się w 1989 r. Cztery lata wcześniej na podmoskiewskim lotnisku Kubinka właściwości myśliwca zaprezentowano delegacji PRL, co skończyło się deklaracją zakupu 36 jednomiejscowych samolotów bojowych oraz sześciu dwumiejscowych maszyn szkolno-bojowych (określanych przez pilotów WP mianem „szparek”). Z powodu mizernej kondycji finansowej państwa planów tych nie udało się zrealizować. W 1987 r. Polska złożyła zamówienie na dziewięć samolotów bojowych i trzy szkolno-bojowe. Następnie domówiono pięć egzemplarzy, których jednak nie odebrano. W lutym 1989 r. na szkolenie do ZSRR wysłano 60 pilotów i mechaników, w lipcu do Polski przyleciały pierwsze samoloty. Dostawy wspomnianej dwunastki zakończyły się jesienią 1990 r., a więc już po politycznym przełomie (choć nadal w realiach Układu Warszawskiego, rozwiązanego w lipcu 1991 r.).

Zmiana sojuszy zamknęła drogę do pozyskania kolejnych maszyn z ZSRR, a potem rosji, ale rodzima flota migów i tak się powiększyła. W połowie lat 90. Siły Powietrzne RP wzbogaciły się o maszyny pozyskane z Czech. Dziesięć w niewielkim stopniu wyeksploatowanych MiG-ów-29 kosztowało nas 11 nowych śmigłowców Sokół. W 2003 i 2004 r. do Polski trafiły migi z Niemiec, z zasobów dawnej NRD. Były to maszyny mocno zużyte – przez kilkanaście lat po zjednoczeniu, jako „supertechnikę” potencjalnych wrogów, poddawano je brutalnym testom i wykorzystywano w roli „agresorów” w wielkiej liczbie ćwiczeń z udziałem państw NATO. W efekcie tylko 11 z 24 myśliwców nadawało się do służby – resztę zmieniono w rezerwuar części zamiennych, pomoce naukowe dla szkół i eksponaty w muzeach. Gwoli rzetelności – niemieckie migi kosztowały nas symboliczne euro za sztukę, choć należy też pamiętać, że zapowiedź ich dostarczenia skutkowała decyzją o redukcji zakupów F-16 z planowanych 64 do 48 maszyn. Później tej jednej niekupionej eskadry „efów” będzie Polsce mocno brakować.

Migi trafiły do dwóch eskadr (wcześniej pułków); w 2016 r. każda z nich dysponowała 13 maszynami bojowymi i trzema „szparkami”. Wspominam ten rok, gdyż był ostatnim, kiedy obie jednostki miały pełen etatowy skład. W 23. Bazie Lotnictwa Taktycznego (BLT) w Mińsku Mazowieckim stacjonowała dwunastka „oryginalnych” samolotów (tak zwykło się mówić o maszynach z ZSRR) i cztery eks-czeskie. W 22. BLT w Królewie Malborskim używano maszyn poniemieckich oraz piątki „czechów”. Przez lata załogi migów wykonały tysiące dyżurów bojowych, także w ramach natowskich misji Air Policing. Jednak z czasem zaczęły się coraz poważniejsze problemy wynikłe ze zużycia sprzętu i generalnie niskiej jakości wykonania sowieckiej techniki. Potęgował je fakt odcięcia od oryginalnych części oraz fabrycznego serwisu. Już pod koniec pierwszej dekady XXI w. stało się jasne, że migi trzeba zastąpić. Te malborskie planowano wycofać w 2012 r., dla mińskich przewidziano dłuższą służbę, ale po przeprowadzeniu modernizacji. Na przeszkodzie znów stanął brak pieniędzy. Co prawda migi z 23. BLT udało się wyposażyć m.in. w nowej generacji awionikę (w Wojskowych Zakładach Lotniczych w Bydgoszczy), ale o poważniejszych krokach, włącznie z rezygnacją z samolotu, nie było mowy. Tymczasem w czerwcu 2016 r. na lotnisku 22. BLT doszło do pożaru jednego z myśliwców. Ogień wybuchł podczas rozruchu maszyny, nikomu nic się nie stało, zniszczony samolot spisano ze stanu. Dwa lata później zaczęła się seria katastrof, w której utracono trzy migi, jeden z pilotów – kpt. Krzysztof Sobański – nie przeżył wypadku. Cenione dotąd samoloty zaczęto nazywać „latającymi trumnami”.

Niezwykle istotny akt

W lutym 2022 r. siły powietrzne rosji wzięły udział w inwazji na Ukrainę. Nie ma jasności, ile MiG-ów-29 wystawiła przeciw nim strona ukraińska. Po ZSRR dawna republika odziedziczyła ponad 200 samolotów, ale z biegiem lat większość z nich uległa technicznej degradacji, także na skutek mniej lub bardziej oficjalnej kanibalizacji. Części sprzedawano zagranicę, również do Polski (co pozwalało utrzymać gotowość naszych samolotów). W 2014 r., gdy wybuchła wojna w Donbasie, Ukraina posiadała ok. 80 migów. Dla ekspertów oczywistym było, że co najmniej połowa z nich pozostaje nielotna. Osiem lat później w służbie mogło być nie więcej niż 50 sprawnych „dwudziestek dziewiątek” (po 2014 r. Kijów na poważnie wciął się za odbudowę armii, choć w przypadku lotnictwa nie był to tak spektakularny proces). Do kwietnia br. ukraińskie lotnictwo straciło 20-25 migów, sporo zostało uszkodzonych. Straty w jakiejś mierze skompensowały dostawy MiG-ów-29 niegdyś należących do Mołdawii, a w latach 90. sprzedanych USA. Waszyngton kupił wówczas 21 myśliwców – nie wiemy, ile ich w ramach amerykańskiej pomocy dotarło do Ukrainy (raczej w formie części zamiennych, a nie sprawnych maszyn).

MiG-29 jest jednym z symboli ukraińskiego oporu. Mowa tu przede wszystkim o „Duchu Kijowa” i jego sześć zestrzeleniach podczas walk nad stolicą. I choć to zabieg propagandowy – „Duch” bowiem jako pojedynczy pilot nigdy nie istniał – to składający się na tę kreację lotnicy z krwi i kości rzeczywiście latali migami. Lecz jakby się nie starali – oni i ich koledzy – nie zmieni to faktu, że rosjanie mają nad Ukraińcami ogromną ilościową przewagę. Stąd konieczność pozyskania maszyn z zagranicy, o które Kijów prosi od początku rosyjskiej inwazji. W marcu ubiegłego roku na tapecie pojawiła się sprawa polskich MiG-ów-29 – władze RP zadeklarowały gotowość ich przekazania Ukrainie. Wtedy jednak nie było klimatu dla dostaw ciężkiego sprzętu na wschód – i USA i NATO miały wątpliwości, czy należy konfrontować się w ten sposób z rosją. Stanęło więc na tym, że Polska przekazała Ukrainie zapas części zamiennych i amunicji do migów. Problem wrócił na agendę w marcu br. (choć zakulisowe rozmowy trwały nieprzerwanie od minionej wiosny). Na konferencji darczyńców w Ramstein Słowacja zadeklarowała, że dostarczy do Ukrainy 13 swoich migów, wycofanych ze służby latem zeszłego roku. Do inicjatywy dołączyła Polska, na początek obiecując Ukraińcom cztery myśliwce.

Obecnie jesteśmy na etapie, w którym słowackie migi są już na miejscu. Cztery z nich poleciały do Ukrainy z lotniska w Słowacji. Za sterami zasiedli ukraińscy piloci, co nie zmienia faktu, że do startu doszło z terytorium NATO. Symbolicznie to niezwykle istotny akt, pokazujący, jak dramatycznie zdegradowała się pozycja rosji w oczach członków Sojuszu. Pośród których nie ma już miejsca na obawy z początku wojny, że taki ruch mógłby zostać potraktowany przez Moskwę jako casus belli. Reszta słowackich migów – w tym trzy pozbawione silników – dotarła do Ukrainy drogą lądową. Jak wynika z informacji ukraińskich mediów, myśliwce ze Słowacji pełnią już dyżury bojowe nad Charkowem. Nie wiadomo za to, gdzie są polskie „dwudziestki dziewiątki” – wspomniana pierwsza czwórka, wysłana na wschód kilkanaście dni temu. Co ciekawe, i te migi wleciały w przestrzeń powietrzną Ukrainy startując uprzednio z terytorium NATO (z jednego z lotnisk w Polsce). Wiemy, że były to maszyny eks-czeskie, wcześniej należące do malborskiej eskadry. Na początku kwietnia br. rząd RP zwrócił się do Niemiec z formalną prośbą o zgodę na wysłanie migów poniemieckich (takiej procedury wymaga reeksport/przekazanie dalej broni). Chodziło o pięć samolotów, Berlin udzielił pozytywnej odpowiedzi w ciągu kilkunastu godzin.

Nieunikniona westernizacja

A zatem gdy piszę te słowa, najprawdopodobniej dziewięć naszych migów znajduje się w Ukrainie (albo cztery, a kolejne pięć lada moment tam będzie). To zaś oznacza demontaż jednej z eskadr, co skutkuje zarzutami o rozbrajanie Polski, formułowanymi zwłaszcza w środowiskach niechętnych Ukrainie. Mimo pozornej logiczności, trudno się z nimi zgodzić. Los MiG-ów-29 w Siłach Powietrznych RP został przesądzony wraz z serią wspomnianych katastrof. Samoloty przeszły gruntowne przeglądy, piloci odzyskali do nich zaufanie, ale jasnym było, że długo już nie polatają. Maszyny w najlepszej kondycji, te po modernizacji, „skończą się” w 2027 r. To obecnie 14 migów (w tym trzy „szparki”, w większości z oryginalnej serii). Przez lata wchodziły one w skład eskadry z Mińska, ale jednostkę przewidziano do przezbrojenia na koreańskie FA-50, kupione w zeszłym roku. Mińskie migi trafiły więc do eskadry w Malborku. Mamy tu więc do czynienia z racjonalnym procesem gospodarowania zasobami – co można, nadal wykorzystujemy, czego nie opłaca się eksploatować, wycofujemy. Samoloty z 22. BLT (te z pierwotnej czesko-niemieckiej puli), miały przed sobą najwyżej kilkanaście miesięcy służby. Miast „zajeżdżać” je do końca i odstawić na pomniki, posłużą Ukrainie.

Ile w sumie migów noszących dotąd szachownice może trafić na wschód? 22. BLT, zanim stała się użytkownikiem „mińskich” samolotów, miała 14 maszyn. Jeśli dziewięć już przekazano (są przekazywane), to zostało nie więcej niż pięć (a może tylko trzy, bo o dwóch migach mówi się, że zostały wcześniej skanibalizowane). W tej piątce są „szparki” – samoloty szkolno-bojowe, których nie wyposażono w radar, a więc ich użyteczność na polu walki jest niska. Z drugiej strony, można je wykorzystać do ataków z użyciem pocisków Harm, przeznaczonych do niszczenia stacji radiolokacyjnych. Najogólniej rzecz ujmując, ta broń nie wymaga sterowania z kabiny pilota, co skraca czas misji i ekspozycji na działanie lotnictwa wroga. Ostatecznie zaś mogą „szparki” posłużyć jako rezerwuar części zamiennych. Tak czy inaczej, mówimy o maksymalnie 14 samolotach z Polski, a najpewniej o 12, przy założeniu, że wysłane zostaną również te dwumiejscowe. Kolejne 14 to pieśń przyszłości, a może i zupełnie nierealny scenariusz, bo kto wie, ile z tych zmodernizowanych migów dotrwa do 2027 r., ile będzie wówczas miało jakąkolwiek wartość dla Ukraińców, ba, czy ci w ogóle będą o nie zabiegać. Ukraina na gwałt potrzebuje samolotów bojowych, a migi z demobilu to tylko proteza. Zachód na razie wzbrania się przed wysyłką własnych konstrukcji, ale westernizacji ukraińskiego lotnictwa uniknąć nie sposób – wszak podaż sowieckich konstrukcji jest mocno ograniczona.

Pozostając zaś przy wątku westernizacji – wraz z 2027 rokiem zacznie się ostatni rozdział tego procesu w Siłach Powietrznych RP, zapoczątkowany 20 lat temu kupnem F-16. Odejdą migi, w międzyczasie pozbędziemy się Su-22, szturmowców sowieckiej proweniencji, dziś będących w linii już tylko po to, by podtrzymać nawyki pilotów i personelu technicznego. Za cztery lata w barwach Rzeczpospolitej służyć będą koreańskie szkolono-bojowe FA-50 (dwa pierwsze przylecą latem tego roku, łącznie kupiliśmy 48 sztuk). W 2025 r. zaczną się dostawy F-35, a wszystkie 32 super-myśliwce znajdą się na stanie Wojska Polskiego do końca dekady. Dodajmy do tego 48 F-16, które dziś są co prawda w samolotowym wieku średnim, ale przejdą niebawem głęboką modernizację. W sumie daje to niemal 130 nowoczesnych maszyn, o zdolnościach przekraczających wszystko, co do tej pory latało z szachownicami na skrzydłach.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej i Marcinowi Pędziorowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich ośmiu dni: Maciejowi Jakóbiakowi, Krzysztofowi Hryniowowi i Czytelnikowi posługującemu się nickiem Sizna.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Migi z malborskiej eskadry (eks-niemiecki i czeski), zdjęcie sprzed kilku lat/fot. Bartek Bera, zdjęcie pochodzi z albumu „Sięgając nieba”.

Balony

Obiekty zestrzelone nad USA nie należały do obcych. Głos w sprawie zabrał nawet Biały Dom.

Słowa pilota z udostępnionej korespondencji radiowej brzmiały jak z filmu science-fiction. „Balonem bym tego nie nazwał. Nie wiem czym. Widzę to na własne oczy. Wygląda na coś…”, skonfundowany lotnik zawiesił głos. „Jakiś przedmiot, taki rozdęty… Trudno powiedzieć jaki. Jest dość mały”, stwierdzał pilotujący myśliwiec F-16 Amerykanin. Chwilę później – zgodnie z rozkazem – posłał w stronę „rozdętego czegoś” rakietę. Tego samego dnia – w niedzielę 12 lutego b.r. – Pentagon poinformował o zestrzeleniu czwartego obiektu latającego, licząc od początku miesiąca, który wdarł się w przestrzeń powietrzną USA. Do zdarzenia doszło nad jeziorem Huron (na granicy z Kanadą). Cel, jak wynika z oficjalnego komunikatu, poruszał się na wysokości ponad 6 km. Miał „ośmiokątną strukturę ze zwisającymi sznurkami, ale bez dostrzegalnego ładunku”. Wykryto go wcześniej, nad Montaną, i uznano za zagrożenie dla ruchu lotniczego – stąd decyzja o zestrzeleniu.

Ziemianie mogli odetchnąć

Amerykański internet – a za nim sieci społecznościowe na całym świecie – spuchł od domysłów i teorii spiskowych. Spośród szalonych spekulacji największą popularnością cieszyły się twierdzenia o rychłej inwazji obcych. Tylko pierwszy ze strąconych obiektów władze Stanów Zjednoczonych uznały za chiński balon szpiegowski – pochodzenie reszty pozostawało tajemnicą. Lapidarny komunikat sił powietrznych USA – „nie wiemy, co to jest” – dolał oliwy do ognia. „Rząd próbuje coś ukryć!”, ostrzegano się głównie na Twitterze, a niemal panikarskie nastroje podkręcały doniesienia o kolejnych „dziwnych balonach”, obserwowanych w innych krajach (co ostatecznie, w miażdżącej większości przypadków, okazało się wyssanymi z palca bzdurami). W tej narracji trzęsienie ziemi w Turcji i Syrii nie było przypadkowym zdarzeniem – wywołali je obcy, testując możliwości własnej technologii militarnej przed generalnym uderzeniem. Co ciekawe, ów kataklizm nieco wcześniej tłumaczono próbami „broni geofizycznej HAARP”, znajdującej się rzekomo w arsenale amerykańskiej armii.

Gorączkowe nastroje w sieci – podkręcane przez część tradycyjnych mediów – zmusiły Waszyngton do reakcji.

– Wiem, że pojawiły się pytania i obawy w tej sprawie, ale ostatnie zestrzelenia nie mają związku z obcymi czy pozaziemską aktywnością – zapewniała 13 lutego na briefingu Karine Jean-Pierre, rzeczniczka Białego Domu.

Również John Kirby z Rady Bezpieczeństwa Narodowego przy amerykańskim prezydencie odniósł się do sprawy.

– Nie sądzę, by Amerykanie musieli się martwić o kosmitów w odniesieniu do tych statków. Kropka – powiedział. Dzień później wrócił do tematu. Zapewnił, że nie ma wątpliwości co do chińskiego pochodzenia balonu zestrzelonego 4 lutego u wybrzeży Karoliny Południowej. Jeśli zaś idzie o trzy pozostałe obiekty, ostateczne wnioski będzie można wysnuć po wydobyciu szczątków, spoczywających w zamrożonych wodach Oceanu Arktycznego, w górzystym Jukonie i na dnie jeziora Huron.

– Ale wywiad jest zdania, że były to po prostu balony powiązane z jakimś komercyjnym celem. Na pewno nie należały do rządu USA i obecnie nic nie wskazuje na powiązanie z chińskim programem balonów szpiegowskich.

Ziemianie mogli odetchnąć z ulgą.

Szok jak po Sputniku

Z sondażu Pew Research Center z 2021 r. wynika, że aż 65% Amerykanów wierzy w istnienie inteligentnego życia na innych planetach. Wedle badań YouGov z 2022 r., co trzeci obywatel USA (34%) uważa, że niezidentyfikowane obiekty latające (UFO) to statki obcych. Szukając innych powodów opisanego wzmożenia, wskażmy działalność agencji rządowych i władz. Nie dalej jak w styczniu tego roku Wywiad Narodowy USA odtajnił raport poświęcony niezidentyfikowanym zjawiskom powietrznych (UAP). Odnotowano w nim 510 przypadków obserwacji UAP – dokonanych na przestrzeni ostatnich 17 lat – spośród których 171 uznano za wymagające dalszych analiz. W zeszłym roku, po raz pierwszy od półwiecza, w Kongresie doszło do publicznego wysłuchania w sprawie UAP. Świat obiegły wtedy informacje o 140 niezidentyfikowanych obiektach, z którymi zetknęli się amerykańscy piloci wojskowi między 2004 a 2021 rokiem.

Temat UAP/UFO regularnie wraca do mediów głównego nurtu w Stanach. Jak pisze Peter Bergen, analityk bezpieczeństwa pracujący dla szacownej CNN: „Amerykanie mają prawo wiedzieć, dlaczego w naszej przestrzeni powietrznej latają obiekty, których Pentagon i społeczność wywiadowcza nie potrafią zidentyfikować”.

Jest jeszcze jedno wyjaśnienie nieco panicznych nastrojów, będących następstwem wykrycia balonów – zupełnie niezwiązane z kosmitami, ale z kosmosem, poprzez analogię, owszem. Wystrzelenie przez ZSRR Sputnika w 1957 r. wywołało w Stanach powszechny szok. Okazało się wówczas, że Sowieci, których nie podejrzewano o możliwość stworzenia zagrożenia dla „bezpiecznego amerykańskiego nieba”, wysłali w przestrzeń nad Ziemią aparat, teoretycznie zdolny do przenoszenia ładunku jądrowego. „Jesteśmy odkryci i bezbronni!”, alarmowała prasa. W 2023 r. pojawiające się nagle balony – w dodatku jeden za drugim, w nieodległej perspektywie czasowej – zrodziły podobne obawy, demolując ponownie ugruntowane przekonanie o nienaruszalności „naszego nieba”.

Przekonanie naiwne, gdyż obiekty tego typu – przede wszystkim meteorologiczne, ale ich szpiegowskich cech nie sposób wykluczyć bez dokładnego zbadania konkretnego urządzenia – nie uznają granic przestrzeni powietrznych. Wysyłane przez jeden kraj, celowo bądź nie, wlatują nad inny – zwykle jednak tego nie widzimy. Balony obserwacyjne operują z dala od zasięgu nieuzbrojonego oka, gdy mowa o szpiegowskich, jest to zwykle wysokość 30-35 km. Balon strącony 4 lutego z jakichś powodów zszedł na pułap o połowę niższy, dało się więc go zobaczyć. Kolejne trzy latały jeszcze niżej, a ich wykryciu pomogło – jak to ujął John Kirby – „większe wyczulenie radarów”, przestrojonych gdy wędrujący nad Stanami „chińczyk” stał się narodową sensacją.

Bliżej i dłużej

– Chiński balon zestrzelony u wybrzeży Karoliny Południowej był częścią dużego programu obserwacji i nadzoru, który Chiny prowadzą od lat – mówił kilkanaście dni temu Pat Ryder, sekretarz prasowy Pentagonu. Zdaniem amerykańskich służb, ów program obejmuje nie tylko USA, ale ponad 40 krajów w basenie mórz Wschodniochińskiego i przede wszystkim Południowochińskiego, do którego Pekin rości sobie pretensje, uznając je za własne. A gdzie Waszyngton ma kilku bliskich sojuszników i „żywotne interesy”. Tylko dlaczego Chiny, dysponujące dwustu pięćdziesięcioma systemami satelitarnymi, sięgają po tak archaiczne rozwiązanie?

Balony szpiegowały „od zawsze”. Amerykanie, nim wprowadzili do użytku wysokościowy samolot rozpoznawczy U-2 (w służbie od połowy lat 50. XX w. do dziś!), słali nad Związek Radziecki właśnie „dmuchanych szpiegów”. Kreml głośno protestował, a efekty wywiadowcze były marne – w tamtych czasach urządzenie musiało wrócić z informacją/trafić z nią w bezpieczny rejon, bo zdalny przesył danych dopiero raczkował. Tymczasem ZSRR był rozległy, co ostatecznie skłoniło USA do porzucenia tej praktyki. Współczesne balony nadal cechuje podstawowa wada ich poprzedników – ograniczona sterowność i podatność na wiatry. Lecz naszpikowane nowoczesną technologią – kamerami oraz aparaturą rejestrującą aktywność radiową i telekomunikacyjną – wyposażone w panele słoneczne umożliwiające jej długie funkcjonowanie, mają zasadniczą przewagę nad satelitami. Są kilku-kilkunastokrotnie bliżej obserwowanych obiektów i mogą nad nimi przebywać dłużej, w efekcie pozwalają zobaczyć więcej.

A co chciał zobaczyć chiński balon nad USA? Sądząc po oficjalnych publikacjach ośrodków badawczych armii ChRL, balony świetnie nadają się do testowania obrony przeciwlotniczej potencjalnych przeciwników. Urządzenie może „indukować i mobilizować systemy defensywne, stwarzając warunki do realizacji rozpoznania elektronicznego, oceny zdolności wczesnego ostrzegania systemów obrony powietrznej i zdolności reagowania operacyjnego”. Tyle teorii. Balon zestrzelony 4 lutego wcześniej leciał m.in. nad Montaną, gdzie znajduje się baza lotnicza i wyrzutnie międzykontynentalnych pocisków balistycznych, stanowiących element amerykańskiej triady nuklearnej.

Incydent Hainan

Chiny nie wyparły się własności pierwszego strąconego balonu. Pekin zapewnił, że to aparat meteorologiczny, który niefortunnie „wyrwał się” nad USA. Amerykańską reakcję określając mianem nieadekwatnej. Nieco ponad tydzień po incydencie Wang Wenbin, rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych ChRL, oskarżył Stany Zjednoczone o naruszenie chińskiej przestrzeni powietrznej – także przy użyciu balonu. Przy tej okazji nazwał USA „krajem numer jeden w zakresie szpiegowania i inwigilacji”.

– Amerykańskie okręty i samoloty prowadzą częste rozpoznanie Chin – twierdził Wenbin. – Na samym Morzu Południowochińskim doszło do 657 takich przypadków w zeszłym roku i 64 w styczniu 2023 r. Takie zachowanie podważa bezpieczeństwo naszego kraju oraz pokój i stabilność w regionie.

Po tej deklaracji Wenbin wrócił do kwestii balonów.

– W ubiegłym roku ponad dziesięć razy przeleciały nad chińską przestrzenią powietrzną bez naszego zezwolenia. Stany Zjednoczone muszą zastanowić się nad własnym zachowaniem i zmienić kurs, zamiast atakować innych i podsycać konfrontacje – grzmiał rzecznik MSZ.

John Kirby błyskawicznie odniósł się do tych słów.

– Absolutnie nie jest to prawda – zapewnił.

Ale Amerykanie swoje za uszami mają. Dyplomatyczne deklaracje nie zmienią faktu, że prowadzą wokół Chin własne operacje szpiegowsko-rozpoznawcze. W kwietniu 2001 r. jedna z takich akcji zmieniła się w poważny kryzys. Wyspa Hainan to silnie zmilitaryzowana prowincja Chin, na której znajdują się bazy morskie i lotnicze. Amerykańskie samoloty zwiadowcze EP-3 Orion pojawiały się w okolicy na tyle często, że Chińczycy postanowili się bronić. I podnosili w powietrze myśliwce, by te przeganiały oriony. Podczas jednego z takich manewrów chiński J-8 podleciał za blisko i został zassany przez wiry wytwarzane przez śmigła EP-3. Łopaty uszkodziły myśliwiec na tyle poważnie, że maszyna wpadła do oceanu. Pilota nigdy nie odnaleziono.

W zderzeniu ucierpiał też EP-3. Jak wynika z relacji zamieszczonej sześć lat temu w „The Intercept”, Orion obrócił się na plecy i zaczął gwałtownie spadać. Dziury w kadłubie wywołały nagłą dekompresję, która pogłębiła chaos na pokładzie. „Spadaliśmy jak kamień. Wszyscy byliśmy przekonani, że zaraz zginiemy”, opowiadał jeden z członków załogi.

Pilotom udało się ustabilizować samolot, ale przekonani, że nie zdołają wrócić na Okinawę, postanowili lądować na Hainan. Chińczycy aresztowali załogę na 11 dni; wojskowych zwolniono dopiero po oficjalnych przeprosinach Departamentu Stanu. Samolot zwrócono zaś po dwóch miesiącach i wnikliwym przebadaniu jego zawartości. Kilka lat później okazało się, że załoga Oriona nie zniszczyła aparatury używanej do szpiegowania, nie pozbyła się też tajnych ksiąg i dokumentów. Chińczycy zyskali m.in. dostęp do oprogramowania analizującego zaszyfrowane sygnały ich wojska, kody do odbiorników GPS i kompletne informacje na temat stacji radarowych we wszystkich krajach NATO. Była to kompromitująca wpadka amerykańskiej marynarki i zarazem dowód na szeroko zakrojone szpiegowanie Chin.

Tyle że w tej materii Amerykanów – jak chyba żadną inną nację, może za wyjątkiem rosjan – cechuje moralność Kalego: gdy ich szpiegują, to źle, gdy oni szpiegują, „to już zupełnie inna sprawa…”.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Pawłowi Ostojskiemu, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Piotrowi Maćkowiakowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Tomaszowi Frontczakowi, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi . A także: Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Aleksandrowi Stępieniowi, Szymonowi Jończykowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Miko Kopczakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi i Justynie Miodowskiej.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich ośmiu dni: Krzysztofowi Pyterowi, Czytelnikowi ukrywającemu się pod nickiem MJ oraz Robertowi Kujawie.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Robiono mi zdjęcia z balonem na długo zanim to stało się modne… (żart). Na fotografii widać „blimpa”, balon obserwacyjny wiszący nad bazą ISAF w Ghazni. Ilustracja pochodzi z jesieni 2010 roku/fot. Magdalena Pilor

Realia

Poprzestanę na diagnozie, nieznacznie zagłębiając się w szczegóły. Nieznacznie, bo nie zamierzam wychodzić z roli sygnalisty na ścieżkę dostarczyciela argumentów wygodnych dla (pro)rosyjskiej narracji.

Najpierw jednak istotne zastrzeżenie – byłem, jestem i będę zwolennikiem szerokiej pomocy wojskowej dla Ukrainy. O swoich motywach pisałem po wielokroć, poprzestanę więc na wskazaniu najważniejszego w kontekście tego tekstu – wsparcie dla Kijowa to, moim zdaniem, polska racja stanu, jeśli bowiem nie zatrzymamy rosji w Ukrainie, prędzej czy później jej armia spróbuje pójść dalej. Dziś by nie zdołała, jutro pewnie też nie, ale pojutrze (stosuję rzecz jasna umowne kryteria czasowe) nie da się tego wykluczyć. Dziś chroni nas NATO, jutro też, a co będzie potem? Sojusze mają to do siebie, że ich trwałość nie jest dana raz na zawsze. Musimy zatem stworzyć sytuację, w której rosjanie „na wejście” uznają, że atak na Polskę to szaleństwo, do czego wiodą w tej chwili trzy ścieżki – własne zbrojenia, „chuchanie i dmuchanie” na więzi sojusznicze (by jednak się nie rozpadły), oraz pomoc Ukrainie, żeby jak najbardziej, jak najtrwalej pogruchotała rosyjską armię.

Wiem, że jest w tej kalkulacji sporo cynizmu i przedmiotowego podejścia do Ukraińców. Na potrzeby tego wpisu odcinam się od emocjonalnych związków z Ukrainą i pozostaję na gruncie interesów mojego kraju; ostatecznie to one są najważniejsze.

Wojsko Polskie jest obecnie – na koniec stycznia 2023 roku – niczym armia po wojnie. Konflikcie o średniej intensywności, wystarczającej jednak, by móc powiedzieć o poważnym osłabieniu. Kondycja WP to suma kilku procesów, które – chciał pech – zbiegły się w czasie: wsparcia dla Ukrainy, polityki kadrowej ministerstwa obrony, zmian kulturowych przekładających się na stosunek Polaków do armii.

Zacznę od tych ostatnich. W armii coraz mniej się służy; wojsko stało się normalnym zakładem pracy, poddanym regułom rynkowej atrakcyjności. Jeśli suma profitów „nie zgadza się” z wysiłkiem włożonym w ich pozyskanie/utrzymanie – „do widzenia”, mówi jeden z drugim, przedwcześnie zdejmując mundur. Od 1 stycznia 2022 roku do końca stycznia br. ze służby odeszło ponad 13 tys. żołnierzy (ekwiwalent dywizji!) – trzy razy więcej niż wynosi średnia za taki okres z minionych lat. MON chwali się wzrostem stanów osobowych, twierdząc, że w 2015 roku służyło zaledwie 95 tys. wojskowych, a dziś ponad 160 tys., nie wspominając, że porównuje nieporównywalne (do 160 tys. wlicza na przykład żołnierzy WOT-u). Co więcej, odchodzi najbardziej doświadczony personel, którego zastąpienie to długoletni proces. Minister Mariusz Błaszczak ochoczo szafuje argumentem, że w najbliższych miesiącach pozyskamy tysiące żołnierzy dobrowolnej zasadniczej służby wojskowej, tylko co ma taki „szwej” do wojskowego pilota z nalotem kilku tysięcy godzin i uprawnieniami instruktora?

Uziemienie wyższych rangą oficerów lotnictwa to jeden z elementów dziwacznej polityki kadrowej w WP. Do tego typowe dla całych sił zbrojnych awanse biernych, miernych, ale wiernych, w wojskach lądowych tworzenie kolejnego związku taktycznego, gdy nie skończył się jeszcze proces formowania 18. Dywizji, który i tak wydrenował kadry z innych jednostek; przykładów można by mnożyć, większość nie nadaje się na publiczną dyskusję.

Nie dość, że nie ma komu robić, to często nie ma czym. Przekazaliśmy Ukrainie większość naszych zapasów amunicji artyleryjskiej, pozbyliśmy się właściwie nowoczesnej artylerii samobieżnej. Wydaliśmy istotną część obrony przeciwlotniczej (w debacie publicznej jakoś nie odnotowano szczególnie mocno faktu, że do Polski przybyły trzy baterie Patriotów z Niemiec. Ów niemiecki rozmach to nie „gest”, a wynik oceny realnych potrzeb – w zakresie OPL jesteśmy w przysłowiowej dupie i dziś de facto bronią nas Amerykanie i Niemcy). Pozbyliśmy się ponad połowy sprawnych czołgów, których potencjał bojowy był „taki se”, lecz trzeba pamiętać, że wojsko musi się szkolić – choćby dla podtrzymania podstawowych nawyków. My tymczasem funkcjonujemy w realiach, w których przekazany sprzęt nie jest wymieniany w relacji 1:1 na nowy.

Ta wymiana nastąpi, ale będzie rozłożona w czasie. I kosztowna – bierzemy zachodni sprzęt, znacząco lepszy od (po)sowieckiego, ale ma to swoją cenę. I o ile świadomość wydatków jeszcze jakoś funkcjonuje w społecznym obiegu, niewielu zdaje sobie sprawę, w jak licznych obszarach delegowaliśmy obowiązki obronne państwa na sojuszników. To stan na kilka lat, który – z uwzględnieniem wymogu niejawności pewnych spraw – musi być przedmiotem publicznej dyskusji. W jej ramach władze winny zapewnić Polaków, że nic im nie grozi. Nie sloganami, że mamy wojsko „silne, zwarte i gotowe” – bo to kłamstwo – a podkreślaniem wagi, trwałości i skali sojuszniczego wsparcia. Inaczej otworzy się pole dla grającej na egzystencjalnych lękach Polaków prorosyjskiej narracji. Zwłaszcza tej zakamuflowanej, nie wspierającej rosji otwarcie, a pod płaszczykiem troski o „polskie sprawy”. Nie dalej jak wczoraj, w kontekście spekulacji na temat przekazania naszych F-16 Ukrainie, oglądaliśmy popis możliwości takich narratorów. „Rząd PiS chce dokonać kompletnego rozbrojenia Polski!”, alarmował jeden z drugim. „No to już szaleństwo”, napisała jedna z moich Czytelniczek, którą trudno podejrzewać o prorosyjskie sympatie.

– Czy Pana zdaniem, Polska przekaże w przyszłości samoloty F-16 Ukrainie? – spytał mnie dziś dziennikarz Interii.

– Nie chciałbym się bawić we wróżkę, zwłaszcza w odniesieniu do pomocy wojskowej dla Ukrainy, ponieważ mieliśmy już do czynienia z sytuacjami, w której postawy się zmieniały. Niewykluczone zatem, że w przyszłości dojdzie do jakieś symbolicznej partycypacji Polski. Podkreślę jeszcze raz, symbolicznej, ponieważ na więcej nas nie stać – odpowiedziałem.

Dlaczego tak? Mamy na papierze 48 maszyn. Ich sprawność utrzymuje się na poziomie 60-70 proc., a więc lata około 30 samolotów. Efy pełnią dyżury w Polsce, na Słowacji, nad krajami bałtyckimi. W eksploatacji jest mniej niż połowa MiG-ów-29, co nakłada na załogi F-16 konieczność obsługiwania ćwiczeń WP – wszędzie tam, gdzie realizowane są scenariusze współpracy wojsk lądowych z siłami powietrznymi. A zatem Jastrzębie to mocno eksploatowane konie robocze i każde uszczknięcie tego zasobu, nawet o kilka sztuk, wiązałoby się nie tylko z naruszeniem podstaw bezpieczeństwa Polski, lecz miałoby także wpływ na bezpieczeństwo sąsiadów.

„Więksi i silniejsi dostarczą swoich maszyn – wyręczą nas w obowiązkach i zrekompensują ubytki po przekazaniu naszych samolotów na wschód”, do takiego stwierdzenia sprowadza się argumentacja zwolenników opcji „polskie efy dla Ukrainy”. Co do zasady racjonalna, ale zarazem naiwnie ignorująca twarde uwarunkowania ekonomiczne i logistyczne. Nie istnieje „sklep z efami” (czy innym wojskowym sprzętem), gdzie na szybko i po dobrej cenie można sobie zamówić dowolną liczbę maszyn. Wspomniana jakość zachodniej broni, poza windowaniem ceny, sprawia, że jest jej relatywnie mało. A proces produkcyjny skomplikowany i długi. Tymczasem worek z pieniędzmi przeznaczonymi na pomoc dla Ukrainy nie jest bez dna. W przypadku Stanów Zjednoczonych – największego darczyńcy – mówimy o 45 mld dol. na bieżący rok fiskalny. Trudno powiedzieć, ile ta suma wyniesie w przyszłym roku, a decyzje w istotnej mierze zależą od postaw podatników i wyborców. Dowództwo ukraińskich sił powietrznych szacuje potrzeby na poziomie 200 maszyn klasy F-16. Taka pomoc „zeżarłaby” 20 mld dol. Same tylko efy z pakietem uzbrojenia wystarczającym na kilka misji. A gdzie reszta armii i jej potrzeby? Co z czołgami, które są co prawda dziesięć razy tańsze od samolotów, ale potrzeba ich trzy razy więcej? Co z artylerią, amunicją strzelecką, paliwem, wyposażeniem indywidualnym żołnierzy? Czy dałoby się te koszty przerzucić na pozostałych darczyńców? No nie – chyba nikt nie ma co do tego wątpliwości. Skalę i warunki zachodniej pomocy dla Ukrainy wyznaczają Stany Zjednoczone. Ich możliwości.

O tym, że te ostatnie nie są z gumy, świadczy choćby przykład niedawno zatwierdzonej umowy na dostawę 116 Abramsów dla Wojska Polskiego. Będących rekompensatą za przekazane Ukrainie czołgi T-72. Przedmiot transakcji (z odpowiednim pakietem logistycznym), wyceniono na 1,4 mld dol., tylko 200 mln wyłożą Amerykanie, reszta pójdzie z naszych kieszeni. A to naprawdę okazyjny i preferencyjny zakup. Nie łudźmy się, że w przypadku samolotów byłoby inaczej. Lockheed Martin (producent efów) chętnie by nam powetował ubytki powstałe po wysłaniu myśliwców do Ukrainy. Rząd USA pewnie by się do tego interesu dorzucił z jakimś wkładem własnym. Ale nikt nam najnowszych F-16, w zamian za nasze nieco już starszawe, nie sprezentuje. Sprzeda, owszem, tylko czy nas na to stać? W obliczu innych wyzwań, przed jakimi stoi wojsko – nie.

W kwestii pomocy doszliśmy już niemal do ściany. Coś tam jeszcze z posowieckiego lamusa można przekazać – więc przekażmy. Dorzućmy produkowaną na bieżąco „drobnicę” (jak choćby broń strzelecką). Są pomysły, by rozbudować u nas zaplecze produkcyjno-remontowe, działające na rzecz armii ukraińskiej – idźmy w to, przy założeniu, że będzie to sojuszniczy wysiłek. Mało? Rola Polski jako hubu logistycznego tej wojny i tak pozostaje kluczowa – bez naszych portów, lotnisk, linii kolejowych, dróg i poligonów trudno wyobrazić sobie proces dostarczania pomocy (nie tylko materialnej).

Oczywiście, Ukraina powinna dostać F-16 – i to jak najszybciej. I zapewne dostanie, mimo iż Waszyngton na razie mówi „nie” (znamy już ten schemat: nie, raczej nie, być może, raczej tak, tak). Lecz nie będą to samoloty najnowsze czy nawet względnie nowe (jak nasze). Na ukraińskim niebie zobaczymy coś, co będzie kompromisem między wymogami pola walki (koniecznością narzucenia rosjanom jakościowej przewagi), a możliwościami budżetu międzynarodowego projektu o nazwie „wsparcie dla Ukrainy”. Kompromisem, bo samoloty są strasznie drogie.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. F-16 Sił Powietrznych RP podczas misji air policing nad krajami bałtyckimi/fot. Bartek Bera.

Ekosystemy

Na szybko, dziś bowiem piszę „do papieru”, a popołudniu mam spotkanie autorskie. Postaram się rozwinąć temat przy innej okazji.

Idzie o czołgi; pytacie, czy leopardy, a najpewniej i abramsy, zmienią sytuację na froncie? Kilkadziesiąt sztuk z pewnością nie. Taka liczba pozwoli co najwyżej na lokalne sukcesy (których wymiar propagandowy może być znacznie większy – lecz to już nieco inna kwestia). Sto czy dwieście sztuk to istotne wzmocnienie. Z takim komponentem można poprowadzić operację ofensywną o wymiarze regionalnym (coś jak wrześniowy kontratak w charkowszczyźnie), przy bardzo dużej dozie szczęścia skutkującą kaskadowym posypaniem się rosyjskiego frontu. Dopiero 400-500 czołgów klasy leopard czy abrams pozwoli Ukraińcom na zadanie siłom inwazyjnym śmiertelnego ciosu. Przy czym 400-500 w linii, co oznacza znacznie większe dostawy, sprzęt się bowiem zużywa, zostaje zniszczony, trapią go usterki.

No i jest jeszcze jedno zasadnicze „ale”.

Najeźdźcy, mimo ogromnych wojennych doświadczeń, nie bardzo radzą sobie z zagadnieniem współpracy różnych rodzajów wojsk. Powody tego imposybilizmu są różnorakie, od kulturowych, po technologiczne – to kwestia na odrębny, solidny tekst. Na tym etapie poprzestańmy na diagnozie, wskazując konkretne objawy. O ile rosyjska artyleria potrafi działać w sposób w miarę skoordynowany z piechotą (zmechanizowaną), o tyle kompletnie leży u ruskich zgrywanie działań lądowych i lotniczych. Rosyjskiego lotnictwa frontowego w zasadzie nie ma, i to od początku inwazji. Rosyjscy piechurzy nie mogą spoglądać w górę z przekonaniem, że „lotcziki” wywalczyły dla nich „bezpieczne niebo”. Kolejne szturmy nie są poprzedzane precyzyjnymi uderzeniami samolotów i śmigłowców – ataki zza linii frontu, strzelanymi na oślep rakietami, lecącymi następnie torem balistycznym, to z perspektywy lotniczej taktyki „śmiech na sali”. Dużo huku, mało efektów.

Równie nieefektywne są rosyjskie wojska pancerne – nawet najlepszy czołg, pozbawiony osłony, staje się łatwym celem. Zdawać by się mogło, że po doświadczeniach z pierwszych tygodni wojny – kiedy Ukraińcy urządzali sobie spektakularne polowania na wrogie tanki – rosjanie musieli pójść po rozum do głowy. Jedni poszli, inni nie – na linii frontu (tam, gdzie działania nie mają statycznego charakteru), nadal raczej standardem niż wyjątkiem są czołgi operujące przy niedostatecznym wsparciu wozów bojowych i piechoty. A to przepis na przyśpieszone wytracanie potencjału.

Koordynacja działań, uzyskanie maksymalnego efektu synergii („odpowiedniego jebnięcia”, jak mówi się w potocznym wojskowym języku), to podstawa zachodniej sztuki wojennej. Tak szkoli się ludzi, tak projektuje i wykorzystuje broń. Tworzenie wojennych ekosystemów to proces o wzrastającej efektywności. Niegdyś ułomne, bo oparte o zawodną łączność radiową, dziś – za sprawą satelitów, internetu – funkcjonują w realiach sieciocentryczności, bieżącej wymiany danych między poszczególnymi komponentami, do pojedynczego wozu włącznie. Tak buduje się wysoką świadomość sytuacyjną, która w połączeniu z jakością wykonania broni, jej precyzją oraz odpowiednią kulturą techniczną użytkowników, daje zachodnim armiom przewagę nad wszystkim, co na tej planecie nosi mundur.

Pojedynczy leopard czy abrams zniszczy kilka rosyjskich czołgów nim sam padnie ich ofiarą. Lepsza armata, amunicja i pancerz „zrobią robotę”. Ale większą robotę zrobią leopardy w towarzystwie marderów, abramsy w parze z bradleyami. Operujące w terenie przygotowanym wcześniej przez dalekonośną artylerię – lufową (na przykład kraby), czy rakietową (himarsy). Spreparowanym także przez lotnictwo i jego precyzyjne uderzenia w stanowiące zagrożenie cele. Wielozadaniowy F-16 byłyby jak znalazł na takie okoliczności. Pospinane to wszystko w sieć, wymieniające dane w czasie rzeczywistym, stałoby się ukraińskim game changerem.

Nie fetyszyzujmy czołgów, bo choć bardzo ważne, stanowią zaledwie część ekosystemu.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Centrum Bachmutu. Dostawy amerykańskiego sprzętu, uruchomione jeszcze w 2015 roku, początkowo obejmowały lekki sprzęt, w tym terenowe wozy. Dziś jesteśmy na zupełnie innym etapie…/fot. Marcin Ogdowski

Peryferia

Przez większość historii lotnictwa to, co działo się nad Polską, miało peryferyjny wymiar. Nawet podczas drugowojennego wzmożenia – po bezprecedensowej aktywności niemieckich bombowców we wrześniu 1939 r. – nastało kilka lat względnego bezruchu. Potężna kampania lotnicza zachodnich aliantów skoncentrowana była na Rzeszy – brytyjskie i amerykańskie samoloty tylko czasami zapuszczały się nad terytorium okupowanej RP. Radzieckie lotnictwo miało zaś przede wszystkim frontowy charakter – wspierało walczące na ziemi oddziały. Przeszło więc przez Polskę stosunkowo szybko, jak szybko przesunął się front na przełomie 1944 i 45 r. Po wojnie mieliśmy w kraju do czynienia z intensywnym rozwojem lotnictwa sportowego, ale cywilny ruch pasażerski do końca PRL-u pozostał znikomy. „Rozhulało się” za to lotnictwo wojskowe – wielu dzisiejszym pasjonatom sił powietrznych trudno uwierzyć, że w latach 70. armia dysponowała 8-krotnie większą liczbą maszyn niż obecnie. Lata 90. to okres wielkiej lotniczej smuty – Polaków wciąż nie było stać na odległe eskapady, zaś wojsko cierpiało na niedosyt lotniczego paliwa. Godzina lotu MiG-a 29 kosztowała tyle, co miesięczny wikt dla kompani poborowych, migi zatem z rzadka wzbijały się w powietrze. Pilot z tamtych czasów wspomina, że nalatywał rocznie 30-40 h, gdy minimum dla podtrzymania nawyków wynosiło 80-100 h.

Amerykański wschód

Wejście Polski do Unii Europejskiej, która sfinansowała rozbudowę lotnisk, rosnąca zamożność Polaków oraz pojawienie się tanich linii sprawiły, że niebo między Bugiem a Odrą wypełniło się odrzutowymi maszynami pasażerskimi w nieznanej dotąd skali. Wraz z nastaniem „ery F-16” siły powietrzne wyszły z paliwowego dołka, na początku drugiej dekady XXI w. zapewniając pilotom naloty na przyzwoitym poziomie. I choć rosło jednocześnie grono prywatnych użytkowników samolotów i śmigłowców, globalna perspektywa nadal kazała widzieć w Polsce lotnicze peryferia. Aby to zrozumieć, wystarczy obejrzeć natężenie ruchu nad zachodnią Europą i Stanami Zjednoczonymi. Co istotne dla dalszej części tekstu, dziś możemy to zrobić sprzed komputera bądź zerkając w komórkę. Wystarczy odpalić popularny serwis Flightradar24, pozwalający na lokalizowanie statków powietrznych w czasie rzeczywistym. F24 pokazuje trasę, miejsce startu i lądowania, numer lotu, typ maszyny, aktualną pozycję, wysokość, kierunek i prędkość – wszystko to naniesione na dokładne mapy Google. Oczywiście, nie ma tam wszystkiego. Usługa opiera się na śledzeniu sygnałów nadawanych przez transpondery, tymczasem wojskowe samoloty (i maszyny specjalne, np.: boeing cesarza Japonii) mają możliwość zmiany trybów nadawanych sygnałów, tak, by stały się niewidoczne dla cywilnych odbiorników.

Prowincjonalny charakter polskiego nieba zaczął przechodzić do historii wraz z rozkręcającym się kryzysem, wywołanym przez Władimira Putina. Jego groźby wobec Ukrainy i NATO, a nade wszystko koncentracja wojsk rosyjskich przy ukraińskiej granicy pchnęły zachodnie rządy do bezprecedensowych działań. Zaczęło się przebazowanie wojsk, w tym komponentów lotniczych, także na terytorium Rzeczpospolitej. Dodatkowe tysiące amerykańskich żołnierzy przyleciały do nas czarterami, samolotami takich linii jak Atlas Air czy United Airlines. Wojskowi lądowali w Warszawie, Szczecinie, Katowicach, no i w Rzeszowie, gdzie siadało większość maszyn wiozących cargo. Pośród sprzętu, który trafił na wschodnią flankę, znalazło się mnóstwo śmigłowców, głównie wielozadaniowych UH-60 i szturmowych AH-64. Obecność żołnierzy USA to elementem show of force (ang. prezentacja siły), co odbywało się także – i nadal odbywa – poprzez intensywne ćwiczenia. Ledwie zatem wyładowano śmigłowce, a ich załogi przystąpiły do lotów. Dziś na wschodzie kraju łatwiej wypatrzyć wiropłat z oznaczeniami amerykańskiej armii niż z biało-czerwoną szachownicą. Podobnie jest z aktywnością typowo bojowego lotnictwa. Nie rejestruje jej F24, ale to, co widać gołym okiem i czego dowiadujemy się z oficjalnych komunikatów, daje wyobrażenie o skali przedsięwzięć.

Lotnicza menażeria

Dużo by mówić o typach maszyn stacjonujących w Polsce bądź tylko zapuszczających się tu w ramach sojuszniczych patroli. Dość wspomnieć o wizytach B-52, najpotężniejszych bombowców świata. Trzydzieści kilka lat temu ich przelot nad naszym krajem oznaczałby inaugurację drugiego rozdziału atomowego Armagedonu (pierwszym byłyby ataki rakietowe), współcześnie boeingom towarzyszyły w eskorcie polskie myśliwce. Wedle dostępnych danych B-52, które latały w ostatnich tygodniach nad Polską, nie nosiły ładunków jądrowych, co nie zmienia faktu, że ich pojawienie się przyjęto w Moskwie z niepokojem. Bo i taki był cel, podobnie jak w przypadku przeniesienia do Polski amerykańskich myśliwców F-15, z których część delegowano do natowskiej misji Air Policing, czyli ochrony przestrzeni powietrznej Litwy, Łotwy i Estonii. „Piętnastki” cieszą się renomą najskuteczniejszych samolotów bojowych pozostających w służbie – udokumentowano na nich ponad setkę zestrzeleń (głównie na Bliskim Wschodzie) przy zerowych stratach tego typu maszyn. „Nowicjusz”, jakim przy F-15 jest F-35, także zagościł na polskim niebie w związku z ukraińskim kryzysem. I nie były to wyłącznie maszyny USAF, ale również brytyjskie i holenderskie – te ostatnie gościnnie, w drodze do Bułgarii. Poza tym przylatują do nas francuskie Rafale i Mirage 2000, belgijskie F-16, niemieckie Eurofightery i amerykańskie F/A-18.

Cała ta lotnicza menażeria wymaga odpowiedniego wsparcia – stąd widoczne na polskim niebie latające cysterny. Widoczne gołym okiem (choć na dużej wysokości), ale i na Flightradarze – takie misje bowiem nie mają zwykle gryfu tajności. Podanie paliwa w powietrzu realizują u nas najczęściej amerykańskie boeingi KC-135, lecz pojawiają się również np.: A330 od Airbusa, należące do MRTT Fleet (ang. Multinational Multi-Role Tanker Transport), wielonarodowej flotylli tankowców/transportowców, z której swego czasu „wypisał” nas Antoni Macierewicz (pieniądze na polski udział w projekcie wydając na zakup samolotów dla vipów). Tankowce nad Polskę wysyłają także Brytyjczycy, Francuzi i Włosi.

Nie jest tajemnicą, że Ukraińcy otrzymują wsparcie wywiadowcze od NATO. Rozpoznanie lotnicze to jeden z najefektywniejszych sposobów na zbieranie danych. Nim zaczęła się rosyjska inwazja, samoloty Sojuszu regularnie odbywały loty w przestrzeni powietrznej Ukrainy (zasięg ich sensorów pozwalał na zbieranie danych z głębi rosyjskiego i białoruskiego terytorium). Misje te wykonywały przede wszystkim należące do USA boeingi RC-135, obserwowano również bezzałogowe RQ-4 Global Hawk. Nie bez powodu użyłem określenia „obserwowano”, operacje te bowiem prowadzono niezwykle transparentnie. Nie dla uciechy fanów F24, a dla wiedzy Rosjan, których tym sposobem informowano o czujności Sojuszu. Wraz z wybuchem działań zbrojnych natowskie samoloty rozpoznawcze znikły z przestrzeni powietrznej Ukrainy – dziś realizują zadania głównie wzdłuż naszej wschodniej i północnej granicy.

Status humanitarny

Lecz to nie misje SIGINT (ang. signals intelligence, rozpoznanie elektromagnetyczne) stanowią o nasyceniu polskiego nieba. Odpowiadają za nie w miażdżącej większości loty transportowe. Nasz kraj stał się hubem logistycznym dla Ukrainy, obsługującym dostawy pomocy wojskowej i humanitarnej. Długo by wymieniać typy samolotów, siły powietrzne i komercyjnych przewoźników lądujących na naszych lotniskach (chodzi rzecz jasna głównie o kraje i samoloty NATO). Przywołam najciekawsze przykłady, jak choćby pakistańskie, jordańskie i tunezyjskie Herculesy, kuwejckie C-17 i brazylijskiego Embraera C-390.

Na koniec warto dodać, że to z Polski zaczynają podróże do Kijowa zagraniczne delegacje (z uwagi na ryzyko strącenia docierające do ukraińskiej stolicy koleją). I że choć Rzeczpospolita – jak cała Unia – zamknęła niebo dla rosyjskich samolotów, istnieją wyjątki. Wszystko zależy od statusów – jeśli mamy do czynienia z lotem humanitarnym czy emergency (ang. nagły wypadek; taki status przysługuje np.: samolotom wiozącym ekipy ratunkowe), wówczas piloci mają zielone światło. Przy czym kategoria humanitarna jest dość rozległa – kilka tygodni temu przepuściliśmy Iła-76 z paliwem jądrowym dla Słowacji.

Dziś trudno ocenić, czy rosyjscy przewoźnicy wrócą nad nasz kraj. Nie sposób przewidzieć, kiedy istotnemu ograniczeniu ulegnie natowskie show of force. Faktem jest, że zwiększona obecność wojskowa USA w Polsce to element rzeczywistości, z którym trzeba się pogodzić. Godzić się wypada też z przekonaniem, że komercyjny ruch lotniczy największy peak ma już za sobą. Pandemia COVID-19 przeflancowała podniebne biznesy, a rosnące ceny paliw nie ułatwiają stawania na nogi. Zwłaszcza że rośnie świadomość ekologiczna klientów, którzy coraz częściej zwracają uwagę na ślad węglowy. To wszystko sprawia, że obecny tłok na polskim niebie może się okazać chwilową odskocznią od peryferyjnej codzienności. Z drugiej strony, nadchodzi era dronów, dla których planuje się rozległe zastosowania. Ale to już zupełnie inna historia…

—–

Nz. Francuskie Mirage/fot. Bartek Bera

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 25/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to