Niewidzialna

„Bez mojej wiedzy i zgody nawet wróbel nie przeleci nad Berlinem” – chełpił się przed Hitlerem Herman Goering, dowódca Luftwaffe. Nazistowski marszałek wypowiedział te słowa na początku 1940 roku, przekonany, że nic nie zagrozi potędze niemieckiego lotnictwa. Nocą 25 sierpnia 1940 roku Brytyjczycy powiedzieli „sprawdzam” – wówczas na stolicę III Rzeszy po raz pierwszy spadły alianckie bomby. Tylko do końca 1940 roku Berlin był bombardowany jeszcze 27 razy…

Wspominam o tym na wieść o zapewnieniu, jakie złożył tydzień temu – po pierwszym ukraińskim ataku na Krym – minister Siergiej Szojgu. Otóż miał on powiedzieć rosyjskiemu prezydentowi, że to pierwszy i ostatni raz, kiedy Ukraińcom udało się pokonać obronę przeciwlotniczą półwyspu. Dziś rano, a później koło południa, ukraińskie siły zbrojne udowodniły, ile warte są słowa szefa rosyjskiego resortu obrony. Najpierw rakiety zniszczyły skład amunicyjny, a potem spadły na wojskowe lotnisko w samym środku Krymu, ponad 200 km od linii frontu. Uderzające podobieństwo do sytuacji sprzed 80 lat, czyż nie?

Jak wynika z danych ukraińskiego dowództwa, aktywne działania bojowe prowadzone są obecnie na froncie o długości 1300 km. I choć punktowo dochodzi do bardzo ciężkich starć, to nie na liniach styku wojsk ważą się losy wojny. Inicjatywa strategiczna chyba już na dobre przeszła w ręce Ukraińców, którzy przeprowadzają operację zasługującą na miano „niewidzialnej kontrofensywy”. Owa niewidzialność jest rzecz jasna umowna – fizyczne skutki są bowiem wyraźne i mają postać spektakularnych eksplozji. Rzecz w tym, że obrońcy uzyskują kolejne „punkty” (w wojennej rozgrywce), bez angażowania wielkich związków taktycznych w rozległe obszarowo, manewrowe działania.

Spójrzmy na bieżącą sytuację wojsk rosyjskich. Straciły one impet na północnym i środkowym odcinku frontu (w Donbasie) nie tylko za sprawą uporczywej ukraińskiej obrony, ale też na skutek decyzji własnego dowództwa, które przesunęło znaczną część sił na południe. Przesunęło, spodziewając się ukraińskich kontruderzeń. Ta rotacja jednak nie zmieniła in plus położenia Rosjan w obwodzie chersońskim i zaporoskim. Bo choć jest ich tam teraz więcej, ich możliwości operacyjne znacząco zmalały. Do tego stopnia, że zasadnym wydaje się twierdzenie, iż Ukraińcy zastawili na najeźdźców pułapkę. Mówienie o lądowej kontrofensywie na tym etapie konfliktu było „podpuchą”. Gdy nabrani rosyjscy generałowie pchnęli większą liczbę oddziałów w okolice Chersonia, precyzyjne ukraińskie ataki na mosty odcięły od reszty wojsk już nie tylko rosyjskie siły na zachodnim brzegu Dniepru. Uderzenia rakietowe na północy obwodów chersońskiego i zaporoskiego oraz przy granicy z Krymem sprawiają, że zgromadzone w tym obszarze oddziały zostały w istotnym zakresie pozbawione dróg zaopatrzenia. Mamy zatem do czynienia z sytuacją „kotła bez przykrywki” – Ukraińcy fizycznie nie otaczają Rosjan, stykają się z nimi tylko na północy i zachodzie chersońsko-zaporoskiego teatru działań wojennych, ale ich „długie ręce” – precyzyjne systemy rakietowe dalekiego zasięgu – mieszają najeźdźcom szyki od wielkiego rozlewiska Dniepru w okolicach Zaporoża, aż po brzeg Morza Azowskiego na wysokości Berdiańska.

Atakom na mosty towarzyszą uderzenia na składy amunicyjne – co obserwujemy już od wielu tygodni, a co ma na celu paraliż rosyjskiej artylerii, dającej najeźdźcom lokalne przewagi na froncie. Jednocześnie atakowane są lotniska oraz stanowiska obrony przeciwlotniczej/antyrakietowej wraz ze wspierającymi je zestawami radarowymi. Tym sposobem Ukraińcy zwiększają swobodę operacyjną własnej artylerii (eliminując ryzyko ataków z powietrza) oraz tworzą przestrzeń dla działań własnego lotnictwa – niebo bowiem „nie znosi próżni” i miejsce rosyjskich maszyn, wypalonych na lotniskach, zajmą samoloty obrońców. Niewykluczone, że ostatecznym celem jest stworzenie dogodnych uwarunkowań dla działań na lądzie, przy czym trudno tu ustalić ich zakres. Wyrzucenie Rosjan z zachodniego brzegu Dniepru i wyzwolenie Chersonia wydają się oczywistym priorytetem, ale – zdaje się – Ukraińcy mierzą dalej. Być może się mylę, lecz z ich działań wyłania się zamysł fizycznego odcięcia Krymu (przy jednoczesnej eliminacji półwyspu jako zaplecza logistycznego dla południowego frontu). Nie nastąpi to dziś czy jutro; proces „rozmiękczania” rosyjskich oddziałów zgromadzonych we wspomnianym „kotle” i kolejne ataki na krymskie bazy potrwają zapewne kilka tygodni. Niemniej dobry prognostyk już jest – Rosjanie wycofali swoje regionalne dowództwo z Chersonia dalej na wschód (prawdopodobnie do Melitopola). Nie znaczy to, że stracili zainteresowanie miastem, ale wysłali jasny sygnał, że nie czują się w nim bezpieczni.

Tak, jak rosyjscy turyści nie czują się bezpieczni na Krymie. Tydzień temu Kreml mógł jeszcze kłamać, że zniszczone lotnisko to efekt zaprószenia ognia, dziś nawet ogłupieni propagandą Rosjanie mają już jasność, że wojna przeniosła się na półwysep. Co teoretycznie winno skłonić Moskwę do… użycia broni jądrowej, bo przecież „Krym to Rosja” wedle prawa Federacji. Do tego, że to mało prawdopodobny scenariusz reakcji postaram się Was przekonać w kolejnym wpisie.

—–

Nz. Zaatakowana dziś koło południa rosyjska baza lotnicza pod Symferopolem (zdjęcie sprzed uderzenia)/fot. Maxar Technologies

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Zwyrole

Wczoraj do sieci wyciekł szokujący film, którego bohaterem jest rosyjski żołdak. To materiał dla ludzi o naprawdę mocnych nerwach, przedstawia bowiem… kastrację ukraińskiego jeńca. Nie ma pewności czy Ukrainiec tortury przeżył, mamy za to pełną jasność co do tożsamości oprawcy. Identyfikacja nie nastręczała żadnych problemów, gdyż zwyrodnialec nie unikał kontaktu z kamerą. I generalnie z pasją dokumentował swoje wcześniejsze wojenne wyczyny. Ukraińcy ujawnili jego pełne dane, włącznie z adresem zamieszkania w Kałmucji i numerami telefonów (co ciekawe, Facebook zawiesił funkcjonowanie jednego z największych polskich fanpejdży militarnych – Konflikty po II wojnie światowej – gdzie pojawił się post na temat Kałmuka; oficjalny zarzut wobec administratora – stalking). Zwyrol zapewne wpadnie niebawem w ukraińskie ręce. Dla dobra „standardów społeczności” nie napiszę, czego mu życzę…

Na tym jednak sprawa się nie zakończyła. Przed południem rosyjskie ministerstwo obrony podało, że w wyniku ukraińskiego ostrzału Ołeniówki – miejscowości w pobliżu Doniecka – zginęło 40, a rannych zostało 75 ukraińskich jeńców [1]. W ataku użyto wyrzutni Himars – twierdzą Rosjanie. Trafiona hala znajdowała się w bliskiej odległości od linii frontu, jeńcy zostali do niej przeniesieni… wczoraj późnym wieczorem, gdy niesławny filmik „latał” już po sieci. Nie ma żadnych materialnych i wizualnych dowodów wskazujących na użycie Himarsów (a mówimy o systemie, który rejestruje każde użycie). Jest za to przedziwny zbieg okoliczności – oto pojawia się dowód na koszmarne traktowanie jeńców, po czym następuje sytuacja, w której Ukraińcy – co najmniej na skutek zaniedbań – zabijają własnych żołnierzy pojmanych przez przeciwnika. W medialnym slangu mówi się o takich działaniach jako o „próbach przykrycia”, odwrócenia uwagi (ostatecznie, czym jest jeden okaleczony wobec kilkudziesięciu ofiar?). Innymi słowy, w mojej ocenie to Rosjanie sami ostrzelali miejsce przetrzymywania jeńców, by później zwalić winę na Ukraińców (i przy okazji, nacechować negatywnymi skojarzeniami przeklęty z ich perspektywy system Himars). I oni, i separatyści, w „samo-ostrzałach” mają wielkie doświadczenie, uskuteczniane od 2014 roku. Sądzę, że towarzyszyła im także inna motywacja – chęć zabicia jeńców, świadków i ofiar brutalnego traktowania. Kastracja wcale nie musiała być „wypadkiem przy pracy”. Wracający z niewoli ukraińscy jeńcy opowiadają o regularnych prześladowaniach – może nie tak skrajnych, ale dokuczliwych. A wracają tylko ci, którzy do wymiany „się nadają” – tacy, co to nie widzieli i nie doświadczyli „za wiele”.

O tym, że Rosjanie wobec jeńców potrafią wybić się na wyżyny barbarzyństwa, wiemy nie od dziś. W Syrii również mieliśmy do czynienia z potworną przemocą. Zasłynęli z niej przede wszystkim najemnicy z Grupy Wagnera – hołubionej przez Putina przybudówki do wywiadu wojskowego GRU. Wydobywanie zeznań przy pomocy młota kowalskiego czy spalenie spętanej osoby, to jedne z wielu wizualnych dowodów tych zbrodni.

Wiele lat temu – na długo zanim islamscy fanatycy zaczęli ucinać ludziom głowy – zanurzyłem się w świat darknetu. Zawodowo, mając w planach materiał na temat snuffów i mondo movies – filmów dokumentujących prawdziwe sceny śmierci i tortur, bądź ich realistyczne inscenizacje. Są ludzie, których takie rzeczy kręcą – i niestety, nie jest ich mało. W każdym razie wówczas, w początkach lat 2000., gors prawdziwych materiałów stanowiły filmy wideo, kręcone w Czeczenii. Zarówno podczas pierwszej, jak i drugiej wojny. Mój boże, czego tam nie było; ucinanie dłoni, na żywca, czeczeńskiemu jeńcowi to jeden z „delikatniejszych” zapisów. Co istotne, zwyrodnialcy w mundurach rosyjskiej armii mogli liczyć na niemal całkowitą bezkarność – na palcach jednej ręki można policzyć procesy wytoczone wojskowym za ekscesy z jeńcami i wobec ludności cywilnej (wobec której masowo stosowano gwałty).

Tym większe jest moje zdziwienie, gdy zdaję sobie sprawę, że synowie ofiar rosyjskiej pacyfikacji Czeczenii służą dziś Putinowi.

A przecież nie oni jedyni. Wspomniany zwyrol to Kałmuk, nieproporcjonalnie duży odsetek sił inwazyjnych stanowią też Buriaci i przedstawiciele innych mniejszości, które Moskwa – ta etnicznie rosyjska – od dawna trzyma twardo pod butem. W tej najnowszej odsłonie rasistowskiego dramatu, jakim jest inwazja Ukrainy, traktując „skośnych” jako mięso armatnie. Ginie ich tylu, jakby Rosja nie była krajem, gdzie ponad dwie trzecie ludności stanowią „biali”.

I zginie więcej, oto bowiem, via Krym, zmierza na zachodni brzeg Dniepru, w okolice Chersonia, tysięczny odwód ściągnięty z dalekiego wschodu. W całości buriacki. Zabawne, że wielu z tych żołnierzy, rzuconych do walki pod hasłem „obrony prawa do posługiwania się językiem rosyjskim”, nawet nie potrafi się nim porozumiewać. Ale mniejsza o to – w sytuacji, w której ukraińska ofensywa na południu rozkręca się na dobre, los rzuconych na prawobrzeżny przyczółek oddziałów zdaje się być przesądzony. Żołnierze będą mieli szczęście, jeśli trafią do niewoli – tylko czy Ukraińcy zechcą brać jeńców po tym, co zobaczyli wczoraj i dziś? Bardziej prawdopodobny jest powrót do domu, w drewnianych skrzyniach, jak te ze zdjęcia.

Tak proszę Państwa, tak Matka Rosja oddaje rodzinom „poległych bohaterów”. W skrzyniach ze zbitych byle jak klepek.

PS. O tym, że Rosja to państwo z klepek, świadczy historia Żory Chaczunca, skazanego właśnie na cztery i pół roku kolonii karnej o ścisłym reżimie. Mężczyzna miał ukraść sprzęt stanowiący wyposażenie samolotu „dnia zagłady” – specjalnej maszyny ministerstwa obrony, służącej najważniejszym politykom – w tym Putinowi – do zarządzania w przypadku ataku nuklearnego. „Do tego zdarzenia miało dojść pod koniec 2020 roku w Taganrogu. Mężczyzna, który już wcześniej miał konflikt z prawem, został zatrzymany pod zarzutem udziału w kradzieży. Chociaż nie przyznał się do winy, to według rosyjskich śledczych wraz ze wspólnikami wszedł on na pokład samolotu używając drzwi awaryjnych. Następnie złodzieje zdemontowali i ukradli sprzęt, który stanowił wyposażenie samolotu, po czym pozbyli się łupu w nieustalony bliżej sposób” – podaje Gazeta.pl. Na stronie rosyjskiego Interfaxu czytamy, że „kradzież została odkryta przez jednego z pracowników kompleksu lotniczego i naukowo-technicznego w Taganrogu. W oświadczeniu skierowanym do policji napisał on, że z samolotu, który stacjonował na lotnisku Jużnyj od 2019 roku, skradziono dokładnie 39 elementów wyposażenia technicznego i pięć radiostacji”. Nie wiemy, jakie konsekwencje spotkały pracowników ochrony, strzegących jednego z najważniejszych obiektów należących do rosyjskiego państwa i armii. Wyobrażacie sobie podobną historię z udziałem Air Force One? Bo ja nie…

[1] Najnowsze (popołudniowe) doniesienia mówią o 53 zabitych.

—–

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dno…

Dzisiejszy atak rakietowy na Winnicę mocno rezonuje w Ukrainie. „W tej chwili (popołudniu – dop. MO) wiadomo o 21 zabitych, w tym o trojgu dzieciach. 52 osoby zostały ranne, wśród nich (również) troje dzieci. Do placówek opieki zdrowotnej zgłosiło się w sumie 115 poszkodowanych. Za zaginione bez wieści uznano 46 osób”, tej treści komunikat pojawił się na telegramowym profilu wiceszefa biura prezydenta Ukrainy Kyryło Tymoszenki. Na centrum miasta spadły trzy rakiety, ukraińskie media piszą, że były to Kalibry.

Wyjątkowo przejmujące są relacje na temat ofiar, zwłaszcza 3-letniej Lisy, dziewczynki z zespołem Downa. Zdjęcie zabitego dziecka udostępniła Ołena Zełenska, ukraińska pierwsza dama. Nie widzimy rozmytej twarzy dziewczynki, za to wyraźnie widać plamy krwi na chodniku. „Rosja jest państwem terrorystycznym. Świecie, musisz to dostrzec i sobie uświadomić”, pisze prezydentowa.

Mama Lisy, 33-letnia projektantka i blogerka Irina Dmitrijewa, przebywa na intensywnej terapii. Z dostępnych informacji wynika, że straciła nogę.

Irina – piszą ukraińscy dziennikarze – przez jakiś czas mieszkała w Kijowie, ale w lutym wróciła do matki w Winnicy. Aktywna na Instagramie, gdzie opowiadała o wychowaniu dziecka, udzielała porad innym mamom w podobnej sytuacji. Rano nagrała krótki filmik o tym, jak idą z Lisą do logopedy. Kadry z pchającą wózeczek dziewczynką ogląda dziś cała Ukraina.

Niektórzy dyszą żądzą zemsty, lecz dominuje przekonanie, że armia ukraińska nie powinna atakować cywilnych celów. „Będziemy wówczas tak jak oni – terrorystami”, to najczęściej pojawiający się argument. „Nasi chłopcy pomszczą Lisę atakując cele wojskowe”, zapewnia mnie Aleksander, dziennikarz jednej ze stołecznych redakcji. Nie wątpię.

Skoro na Winnicę spadły Kalibry, wiadomo, że strzelano z morza. Z daleka, co wcale nie gwarantuje bezkarności. Cechy współczesnej biurokracji oraz technologia zaprzęgnięta do działań wojennych pozwolą zidentyfikować sprawców. Ruch rosyjskich okrętów na Morzu Czarnym jest non stop monitorowany przez natowskie satelity i samoloty rozpoznawcze. Wejścia i wyjścia do portów odnotowuje ukraińska agentura na Krymie. Startu rakiety nie da się ukryć przed amerykańskim systemem detekcji, pociski od pewnej fazy lotu namierzane są przez ukraińską obronę przeciwlotniczą. Nazwiska dowódców okrętów są jawne, spisy załóg – w tym funkcje poszczególnych marynarzy – nie stanowią wielkiej tajemnicy dla służb specjalnych. Łatwo będzie ustalić, jaki okręt strzelał, kto wydał rozkaz, kto odpalił rakiety. Ze szczątek zaś odczytać dane pocisku i połączyć je z informacjami od producenta; odtworzyć cykl życia rakiety – od momentu wyjazdu z fabryki po załadowanie jej do wyrzutni. To wszystko nawet w warunkach rosyjskiego bardaku zostało zapisane.

A Ukraińcy udowodnili już, że mają długie ręce. Nim nastała „era Himarsa” – medialny wysyp informacji na temat ataków przy użyciu tych wyrzutni – sporo doniesień poświęcano tajemniczym pożarom i wypadkom w Rosji. Dziennikarze skupiali się na lokalizacjach pożarów – i ich wizualnej efektywności – tymczasem umykało im, że przy okazji ginęły również nietuzinkowe persony. Poświęcę temu odrębny wpis, na razie wystarczy informacja, że świat opuściło co najmniej kilku ważnych uczonych zaangażowanych w istotne dla rosyjskiej obronności programy. Przypadek? Nie sądzę.

Tymczasem na Krymie Ukraina posiada rozległą agenturę. Nie chwali się tym zbytnio, nie używa do fajerwerków, lecz mogę sobie wyobrazić, że w którymś momencie oficerom rosyjskiej marynarki wojennej krymski grunt zacznie się palić pod nogami.

Choć łatwiej mi wyobrazić sobie, że stanie się to na skutek konwencjonalnego ataku. Rosjanie już odsunęli się od brzegów Morza Czarnego na sporą odległość – boją się ukraińskich rakiet przeciwokrętowych. Miejscowych Neptunów i zachodnich Harpunów. I bóg wie, czego jeszcze, bo przecież nie o wszystkich dostawach wiemy. Przy sprzyjających okolicznościach (przede wszystkim kwestia zasięgu i potwierdzonych lokalizacji) można tym uderzyć w pojedyncze okręty, w ich skupiska i bazy. Rosjanie mają obronę przeciwrakietową, ale krążownik Moskwa też ją miał. A gnije dziś na dnie.

I tego samego życzę marynarzom, którzy tak dziarsko ładują rakietami po ukraińskich miastach. Honoru nie macie, bez niego na dnie spoczniecie…

—–

Nz. Lisa i jej mama.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Przeżywalność

„Byłam wczoraj znów w Borodziance. Przyjechałam akurat, gdy strażacy kończyli czyszczenie kolejnej piwnicy. Tym razem znaleźli dwadzieścia pięć ciał. Ludzie mówili mi, że błagali ruskich, by ci pozwolili im pomóc uwięzionym pod gruzami. Ruskie śmiały się, że oczywiście pozwolą, ale każdy, kto spróbuje, zostanie zastrzelony. Strzelali do ludzi, którzy próbowali wyjść z mieszkań po wodę. Mieszkańcy bloków przez tydzień mieli z okien widok na ciała tych, którzy leżeli na podwórkach. Nagrywałam rozmowy z mieszkańcami miasta. Nagrałam dronem zniszczenia. Szkołę muzyczna, budynek UNESCO. Takie cholernie strategiczne i militarnie miejsca. (…) Jedyne, co zostało z kolejnych znalezionych pod gruzami ciał, to dziecięca czapka…” – pisze do mnie koleżanka. I załącza zdjęcie wspomnianego nakrycia głowy.

Po takiej lekturze nie stać mnie na współczucie, gdy czytam raporty na temat strat Rosjan. Ukraińskie media utrzymują, że podawana przez siły zbrojne liczba wyeliminowanych z walki najeźdźców w całości dotyczy poległych. Tych zatem ma być na dziś 20,5 tysięcy, obok aż 48 tysięcy rannych i poszkodowanych. Nie pierwszy raz spotykam się z tym rzędem wielkości strat. Zachodnie źródła ich nie potwierdzają, Rosjanie – co oczywiste – milczą. Siły zbrojne Ukrainy odsyłają do oficjalnych statystyk (gdzie 20,5 tysiąca to liczba zabitych, rannych i wziętych do niewoli), a jeden z moich rozmówców sugeruje, że mamy do czynienia z nadużyciem wynikłym z nieporozumienia. Te niemal 50 tysięcy ludzi to żołnierze czasowo niezdolni do walki, na skutek wyczerpania, chorób czy drobnych urazów.

Większość z nich zapewne potrzebuje tylko odpoczynku, a nie pomocy medycznej. Z którą zresztą, okazuje się, jest nielichy problem. Z danych ukraińskiego wywiadu wynika, że w białoruskich szpitalach przebywa niewielu rannych, w kostnicach za to zalegają wręcz ciała poległych żołnierzy. Rosja nadal nie spieszy się z ewakuacją zmarłych. Wysyłki do domów odbywają się w małych partiach, by nie wywoływać paniki w lokalnych społecznościach, z których pochodzili zabici.

W zachodnich i południowo-zachodnich regionach Rosji nadal nie odnotowano poważnego napływu rannych do placówek medycznych. Jak to pogodzić z danymi z oficjalnych raportów? Największe straty najeźdźcy ponoszą teraz w Donbasie, gdzie wykorzystuje się przede wszystkim siły zbrojne  ludowych republik. Regularna rosyjska armia zabezpiecza tyły, walczą mężczyźni noszący niegdyś ukraińskie paszporty. Biorąc pod uwagę jakość opieki medycznej w DRL i ŁRL (przeżywa tylko jedna trzecia rannych żołnierzy…), trudno oprzeć się wrażeniu, że dowództwo rosyjskie traktuje zmobilizowanych „Noworosjan” jak mięso armatnie. Przypominają mi się słowa mojej koleżanki, Ukrainki z Zaporoża. „ZSRR wysyłał do Afganistanu nieproporcjonalnie dużą liczbę Ukraińców, by tam ginęli. Teraz większość żołnierzy posyłanych do Ukrainy pochodzi z Kaukazu i innych autonomicznych republik narodowych Federacji Rosyjskiej. I masowo oddają tu życie. Mieszkańców okupowanego Donbasu również traktuje się arogancko jako prawie-Rosjan, mniej wartych niż ci <<prawdziwi Rosjanie>>”. Tak wygląda rasizm w praktyce.

Ale nawet „solidne” rosyjskie papiery nie gwarantują porządnej opieki żołnierzom walczącym na południu. Krym jeszcze w czasach ukraińskich nie słynął z dobrej służby zdrowia; okupanci nic w tym zakresie nie zmienili, postawili za to miejscowe placówki przed zwiększonymi wyzwaniami. Szpitale i lecznice ani nie są w stanie leczyć wojskowych na odpowiednim poziomie, ani też świadczyć usług cywilom, zwłaszcza w przypadku nagłych zdarzeń. Moskwa tymczasem pozostaje głucha na prośby o pomoc – nie dosyła lekarzy, sprzętu, skąpi na dostawach leków i materiałów opatrunkowych. W efekcie przeżywa tylko trzech na dziesięciu rannych Rosjan, odesłanych na półwysep. Tak złych statystyk przeżywalności regularne armie nie notowały od kilkudziesięciu lat…

Nz. Dziecięca czapeczka z gruzowiska w Borodziance/fot. Mirella Koniecko

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dystans

Od wczoraj już wiele razy zadawano mi pytanie: czy na Ukrainie wybuchnie wojna? W sieci z kolei – pełnej gorących komentarzy i opinii – co rusz czytam: a co to nas obchodzi? No więc uporządkujmy pewne sprawy.

Po pierwsze – wojna na Ukrainie trwa, od czterech lat. Zmieniła się tylko jej dynamika, ale na Donbasie wciąż giną ludzie. Dużo mniej niż jesienią 2014 roku czy zimą 2015, niemniej każdego dnia dochodzi tam do strzeleckich potyczek i artyleryjskich pojedynków, jak linia frontu długa i szeroka. W których cierpią nie tylko żołnierze obu stron, ale również ludność cywilna.

Po drugie – nieprawdą jest, że wczorajszy incydent na Morzu Azowskim to pierwszy tak otwarty akt rosyjskiej agresji wobec Ukrainy. Bo czym w takim razie była aneksja Krymu? Czym hasające po Donbasie batalionowe grupy bojowe armii rosyjskiej, które wkraczały do akcji zawsze wtedy, gdy separatystom z Doniecka czy Ługańska grunt się palił pod nogami?

Po trzecie – nie, nie przekształci się to w wielki konflikt. Nikomu na tym nie zależy. W pełnoskalowym starciu Rosja oczywiście pokona Ukrainę, ale okupacja tak wielkiego terytorium (a przynajmniej połowa Ukraińców nie pogodzi się z obecnością „Moskali”), jest ponad jej możliwości. Militarne i, przede wszystkim, ekonomiczne. Na Kremlu już dawno odrobiono lekcję afgańską (zaangażowanie armii radzieckiej w ten peryferyjny zdawałoby się konflikt było jedną z przyczyn implozji, po której rozpadł się Związek Radziecki). Ponadto Moskwa wraca do gry jako polityczny, liczący się na świecie podmiot; Putin nie pozwoli sobie na kolejną izolację. Rosjanie legitymizują jego reżim także dlatego, że daje im poczucie ważności w świecie. Z kolei Kijów ma świadomość, że prowokowanie Rosji do otwartej wojny to czyn w istocie samobójczy. Ukrainą rządzą dranie, ale nie idioci.

Po czwarte – to też i NASZA wojna. W wojskowej planistyce zakłada się najczarniejsze scenariusze – pójdźmy więc tym tropem. I zwróćmy uwagę, że mamy w Polsce ponad 2 miliony Ukraińców. Gdyby mimo wszystko na wschodzie doszło do eskalacji, naiwnością byłoby sądzić, że Rosjanie nie wykorzystają faktu tak licznej obecności ukraińskiej diaspory. Wykorzystają w sposób, który będzie miał nas, Polaków, pozbawić współczucia dla sytuacji Ukrainy i jej obywateli. Możesz Czytelniku dać upust swojej wyobraźni – Rosjanie raczej nie będą przebierać w środkach.

Po piąte – to także nasz problem z innego powodu. Rozmawiałem jakiś czas temu z jednym z generałów WP, który opowiedział mi o symulacji, jaką przeprowadzono po wybuchu wojny na wschodzie. Wynikało z niej, że w najczarniejszym scenariuszu Polska zostanie wręcz zadeptana przez tłumy uchodźców. Może ich być nawet 10 milionów. Biorąc pod uwagę antyuchodźcze nastroje panujące w całej Europie, najpewniej byłby to tylko nasz kłopot – nikt by Ukraińców dalej nie wpuścił. I teraz wyobraź sobie Czytelniku, co by się działo w kraju, który jest tak nieudolnie zarządzany jak Polska. Którego urzędnicy nie mają właściwie żadnego doświadczenia w radzeniu sobie z sytuacjami kryzysowymi, większymi niż wybuch gazu w jakiejś kamienicy. Odpowiadam – to byłaby katastrofa. Szczęściarz ten, kto znalazłby się wówczas na terenie oddanym pod zarząd jakiejś międzynarodowej organizacji – ONZ czy NATO.

A zatem – nie trywializujmy zagrożenia, jakie od wczoraj płynie ze wschodu. Nie cieszmy się też z ukraińskiego nieszczęścia (bo i na takie reakcje natknąłem się, przeglądając internet…). Ale i nie ulegajmy katastroficznym wizjom. Trzeba je mieć z tyłu głowy, utrzymując do nich odpowiedni dystans.

—–

Fot. Plaża nad Morzem Azowski, w miejscowości Szyrokino, latem 2015 roku przedzielonej linią frontu/fot. Darek Prosiński

Postaw mi kawę na buycoffee.to