Ruszyli?

Ukraińcy dokonali czegoś, co ostatni raz z sukcesem udało się przeprowadzić 32 lata temu, podczas „Pustynnej Burzy” – wyizolowali informacyjnie pole bitwy. Wtedy jednak, w czasach przedinternetowych, było dużo prościej – wystarczyło odebrać żołnierzom dostęp do budek telefonicznych (wojskowych lub sprowadzonych w miejsca koncentracji przez firmy telekomunikacyjne na zlecenie armii) oraz kontrolować pracę akredytowanych dziennikarzy. W efekcie, w świat płynęły komunikaty wprost od wojskowych prasowców bądź przez nich autoryzowane. Zasadniczo przekaz nie był fałszywy, ale post factum okazało się, że część doniesień została podkoloryzowana. Najlepszym przykładem były hurraoptymistyczne raporty na temat skuteczności Patriotów, które bez większych problemów miały zestrzeliwać irackie Scudy. Faktycznie aż tak różowo to nie wyglądało – Patrioty były wówczas w okresie niemowlęcym, dalekie od doskonałości, z jaką mamy do czynienia obecnie.

Tym niemniej coś o tej wojnie na bieżąco wiedzieliśmy i były to wieści od „naszych”.

W przypadku Ukrainy i tego, co dzieje się obecnie przede wszystkim na zaporoskim odcinku frontu, mamy do czynienia z niezwykle szczelną blokadą. Służby prasowe ZSU w zasadzie milczą, politycy rzucają jedynie mało konkretne hasła, dziennikarzy w „czerwonej strefie” nie ma, a żołnierze – jak trafnie ujął to mój znajomy – jakby połknęli telefony. Jakkolwiek to irytujące – z perspektywy kogoś, kto próbuje zrozumieć i opisać sytuację „na teatrze” – trudno mi zarazem nie wyrazić podziwu dla tak imponującej samodyscypliny.

Zawsze jednak jest jakieś „ale”. Milczenie jednej strony nie musi oznaczać, że druga zrobi to samo. I w tym przypadku rosjanie nie milczą, od kilku dni zasypując media lawiną dramatycznych doniesień. A mówimy o aparacie propagandowym nawykłym nie tylko do przeinaczeń i reinterpretacji, ale też do ordynarnych kłamstw. Skutek jest taki, że pustą przestrzeń – wielką, bo wielkie są oczekiwania na informacje – wypełnia neosowieckie szambo. Czemu sprzyja niedojrzałość niektórych rodzimych komentatorów, którzy boją się (wstydzą?) przyznać, że bazują wyłącznie na orczych źródłach – i niezależnie od intencji, puszczają w świat rosyjskie konfabulacje. Miast pomilczeć czy przyznać się do niewiedzy…

Ale mniejsza o tony moralizatorskie – do sedna. Poza rosyjskim chłamem w obiegu są jeszcze sensacyjne doniesienia Turków, wałęsających się w pobliżu (!) czerwonej strefy. Zastanawiam się, dlaczego Ukraińcy ich tolerują, są bowiem tureccy „korespondenci” źródłem wielu dezinformacji (a może o to chodzi; pełnią rolę użytecznych idiotów?). Wedle jednej z nich, ZSU w ciągu ostatnich kilku dni straciły na Zaporożu 7 tys. zabitych. Byłby to ekwiwalent niemal dwóch brygad i oczywisty pogrom, zwłaszcza że do zabitych trzeba by dodać co najmniej dwa razy tyle rannych (co w sumie oznaczałoby zniszczenie pięciu brygad). Takiej masie poszkodowanych nie sposób pomóc z wykorzystaniem przyfrontowej medycyny, tymczasem – tego akurat jestem pewien ponad wszelką miarę – ani szpitale w Zaporożu, ani w Dnipro (od dawna przygotowywane do „obsługi” kontrofensywy), nie notują znaczącego wzrostu liczby mundurowych pacjentów.

Sentyment, jakim Turcy darzą rosję i rosjan, to temat na oddzielny tekst; może kiedyś się podejmę, ale teraz wróćmy do wątku dezinformacji. Ta ściśle rosyjska wchodzi na wyżyny, budując u odbiorców przekonanie, że „wielka ukraińska kontrofensywa” właściwie została już utopiona we krwi, a masa zachodniego sprzętu dopala się właśnie na zaporoskich polach. Bo jest gorszy od rosyjskiego, a i Ukraińcy niespecjalnie poradzili sobie z jego użyciem. Mamy więc sukces, „specjalna operacja wojskowa” znów idzie zgodnie z planem, uraaa! Pewnie czytaliście o udanym ataku na zgrupowanie Leopardów, które okazały się ciągnikami rolniczymi, no i widzieliście marnie przerobione grafiki przedstawiające spalonego rzekomo „leosia”, który okazał się ruskim czołgiem z rodziny T. Takie to sukcesy.

Lecz te realne rosjanie też mają – nie ulega wątpliwości, że spalili co najmniej jednego Leoparda i uszkodzili kolejnego. Z kapek wiedzy, która spływa do nas z Zaporoża wynika, że mogli zniszczyć jeszcze kilka innych pojazdów (zachodnich czołgów i bojowych wozów piechoty).

Z pewnością wyeliminowali z walki co najmniej kilkanaście MRAP-ów. To takie dopancerzone ciężarówki bez własnego uzbrojenia, służące podwózce żołnierzy w rejon działań. Konstruowane z założeniem większej mino-odporności, czemu poza pancerzem sprzyja podwozie w kształcie litery V. Wielkie toto, chybotliwe i kompletnie niesprawdzające się w trudnym terenie, już w Afganistanie – gdzie przechodziły chrzest bojowy – przeklinane przez żołnierzy. W Ukrainie „posadzić” w piachu czy błocie MRAP-a to żaden wyczyn, nie dziwi mnie zatem fakt, że wiele pojazdów, po uprzednim porzuceniu, jest potem dobijanych przez rosyjską artylerię. Pod jej ogniem trudno ewakuować uszkodzony wóz – i stąd obrazki dymiących wraków, skrzętnie wykorzystywane przez rosyjskich propagandystów. Kończąc tę dygresję – dla mnie MRAP-y to ślepa ścieżka zachodnich dostaw, kilkaset milionów dolarów, które można by przeznaczyć na jakiś lepszy cel. No ale jest jak jest i ruski mają zaciesz.

A co tak naprawdę dzieje się na zaporoskim odcinku frontu? Na pewno mamy tam do czynienia z nasilonymi ukraińskimi działaniami, prowadzonymi w pasie liczącym co najmniej kilkadziesiąt kilometrów. Szeroki, frontalny atak? Nie. Seria mniejszych, punktowych uderzeń, skoordynowanych i prowadzonych siłami maksymalnie batalionu (kilkuset ludzi) na danym odcinku. Czy to początek kontrofensywy? Najpewniej tak, chociaż byłby to jej bardzo wczesny etap. O co w nim chodzi? Możliwości są dwie – albo mamy do czynienia z próbami „wymacania” słabszych miejsc rosyjskiej obrony, albo to działania, których celem jest odwrócenie uwagi rosjan. W pierwszym scenariuszu w „słabe ogniowo” uderzą znacznie większe ukraińskie siły, a w drugim? Gdy latem zeszłego roku rosyjscy generałowie zafiksowali się na Chersoniu, ukraińscy wyprowadzili zaskakujące natarcie na Charkowszczyźnie; myślę więc o „powtórce z rozrywki”, choć boję się wskazywać możliwe kierunki.

Przy stanie wiedzy (szczątkowej!) na dziś wydaje się, że realizowany jest scenariusz pierwszy, co oznacza, że Ukraińcy podjęli próbę przerwania rosyjskiego korytarza lądowego, łączącego federację z okupowanym Krymem.

Ale, muszę Wam się przyznać, ciągle pozostaję sceptyczny co do zamiarów i możliwości ukraińskiej armii. Nauczono mnie, że wojny wygrywa się dzięki silnemu lotnictwu i potężnej, sprawnej logistyce – taka jest moja wiedza teoretyczna, takie wojenno-reporterskie doświadczenie. I nie bardzo potrafię wyjść poza ten paradygmat. Tymczasem ukraińskie lotnictwo jest słabiutkie, a precyzyjna artyleria rakietowa tylko częściowo niweluje tę słabość. Słabości logistyki – wobec rosyjskich problemów na tej płaszczyźnie – aż tak istotne mi się nie wydają. Tym niemniej, uważam, jest jeszcze za wcześnie na generalny ukraiński atak – na to przyjdzie czas, gdy „na teatrze” pojawią się zachodnie samoloty.

Ani myślę zaklinać rzeczywistości i z pewnością brakuje mi masy konkretnej wiedzy, która buduje świadomość sytuacyjną ukraińskich generałów. Zaś patrząc wstecz, Ukraińcy już pokazali, że potrafią gromić rosjan przy mocno ograniczonych środkach. Oby udało się i tym razem, choć miejmy świadomość, że lekko nie będzie. Że zachodnie czołgi to nie wunderwaffe, a rosjanie mieli czas, żeby wryć się w ziemię. Zginie więc wielu dobrych ludzi i spłonie masa dobrego sprzętu…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Szwedzki ciężki bojowy wóz piechoty CV9040. Maszyny tego typu znalazły się na wyposażeniu ukraińskiej armii/fot. ZSU

Wysuszanie

Świąteczny dla nas długi weekend na ukraińsko-rosyjskim froncie upłynął pod znakiem wielu wydarzeń. Najgłośniejszym był atak dronów na Kreml, ale to „tylko” efektowny pokaz fajerwerków (choć symbolicznie istotny i o możliwie poważnych konsekwencjach; pisałem o tym wczoraj, więc nie będę wracał do tematu). Z wojskowego punktu widzenia, dużo istotniejsze są uderzenia w rosyjskie składy paliw – kolejne, w weekend rozszerzone także o działania dywersyjne na torach (wysadzenie pociągów-cystern na Białorusi). Widać już konsekwencję w działaniach Ukraińców, zmierzających do sparaliżowania rosyjskiej logistyki.

Mam przy tym nieodparte wrażenie deja vu. Rok temu, mniej więcej o tej samej porze, zaczęła się akcja „grillowania” rosyjskiego zaplecza amunicyjnego. W maju były to jeszcze sporadyczne ataki, ale „…między czerwcem a sierpniem zniszczyliśmy ponad setkę rosyjskich składów amunicyjnych. Szacujemy, że dzięki temu pozbawiliśmy rosjan co najmniej miliona pocisków artyleryjskich” – relacjonował mi tuż przed wrześniową kontrofensywą jeden z wyższych rangą ukraińskich wojskowych. Niszczenie bombo-składów było wiosną i latem minionego roku kluczowym zadaniem ukraińskich sił zbrojnych. To artylerią próbowali wówczas wygrać wojnę rosjanie, artyleryjskim walcem zgnieść Ukraińców i wyrzucić ich na początek z Donbasu. Strzelać, jak się wydawało, mieli czym – rosyjskie rezerwy pocisków artyleryjskich przed lutym 2022 roku szacowano na 15 mln sztuk, a możliwości produkcyjne przemysłu zbrojeniowego oceniano na poziomie 1,5 mln sztuk rocznie (milion nowych pocisków i pół miliona „odzyskanych” z głębokich, sowieckich zapasów).

Zatem kilkunastotygodniowe „himarsowanie” – jak nazwano ukraińskie ataki na rosyjskie magazyny – pozbawiło armię najeźdźców zapasów odpowiadających rocznej produkcji. A i ta – szybko wyszło na jaw – w praktyce okazała się kulawym procesem. Już jesienią ubiegłego roku moskalom zaczęło brakować artyleryjskiej amunicji, zimą ten niedobór okazał się dramatyczny. Jeśli rozważać przyczyny porażki rosyjskiej tzw. ofensywy zimowej, „amunicyjny głód” jest jednym z najistotniejszych czynników. Co istotne, nadal występujących – „druga armia świata” była w stanie nasycić artylerią tylko trzy kilkunastokilometrowe odcinki frontu, a i nawet na tym „najbardziej eksponowanym”, w Bachmucie, raportowano stały niedosyt pocisków.

Niedostateczna podaż amunicji na pierwszej linii ma jeszcze jedną przyczynę – „himarsowanie” zmusiło rosjan do odsunięcia składów amunicyjnych poza zasięg ukraińskich wyrzutni. Logistyka orków opiera się o transport kolejowy (który z braków torów nie wszędzie da się realizować) – kołowy jest u nich niedostatecznie rozwinięty, co w połączeniu z kiepską jakością i siecią dróg w Ukrainie tylko potęguje problem. 100-kilometrowa odległość między jednostkami bojowymi a bombo-składami – choć relatywnie nieduża – urasta do rangi wielkiego wyzwania. Rzecz w tym, by było ono jeszcze większe – by moskalom brakowało nie tylko ciężarówek do wożenia amunicji (prowiantu, picia i całej niezbędnej do normalnego funkcjonowania reszty), ale i paliwa do nich. Paliwa do cystern, które dowożą ropę czołgom i wozom opancerzonym. Ropa bowiem to „krew wojny”, bez niej obumrze nawet najzdrowszy organizm, a armia rosyjska szczególnie zdrowa nie jest.

I właśnie o to chodzi Ukraińcom. Na pierwszy rzut oka wyzwanie wydaje się karkołomne. Przecież w rosji – będącej naftowym potentatem – paliwa NIE MOŻE zabraknąć. Czyżby? Chciałbym zauważyć, że przed wojną federacja uchodziła za potęgę w dziedzinie produkcji zbrojeniowej, co i tak nie uchroniło jej wojska przed „amunicyjnym głodem”. Oczywiście, nawet rozwalenie wszystkich rosyjskich składów (i rafinerii!) w zasięgu ukraińskiej artylerii rakietowej, lotnictwa bezzałogowego i grup dywersyjnych nie „wysuszy” armii putina. Ale z pewnością postawi ją w jeszcze trudniejszej sytuacji.

„To zapowiedź kontrofensywy” – wieszczą specjaliści komentujący ukraińskie ataki. Zgadza się. Lecz nie popadajmy w nadmierny entuzjazm („to już!, to już!”). Podobnie jak w zeszłym roku z odcinaniem orków od amunicji, tak w tym roku z paliwem – mówimy o działaniach rozpisanych na długie tygodnie…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Pożar rosyjskiej bazy paliw /fot. Telegram gubernatora okupowanego Krymu

Konieczności

Dziś nad ranem miał miejsce kolejny rosyjski atak rakietowy na ukraińskie miasta. Prawdopodobnie ostatni w tym roku, będący jednak zapowiedzią kontynuacji terrorystycznej kampanii w 2023 roku. Co jak już wczoraj zauważyłem, wpłynie istotnie na działania sił zbrojnych Ukrainy. Ochrona ludności i kluczowej infrastruktury przed uderzeniami z powietrza jest i pozostanie priorytetowym zadaniem, które armia będzie realizować na dwa sposoby – pasywnie i aktywnie. Przy czym owa pasywność jest umowna, chodzi bowiem o dalszą rozbudowę obrony przeciwlotniczej/przeciwrakietowej, by w docelowej konfiguracji ograniczyć do minimum liczbę osiągających cele rosyjskich pocisków. W tej kwestii piłeczka leży przede wszystkim po stronie Zachodu jako dostawcy odpowiednich systemów.

Wymiar aktywny to ukraińskie działania nakierowane na paraliż rosyjskich zdolności do przeprowadzania ataków rakietowych.

Kilka dni temu doszło do drugiego uderzenia dronów na bazę bombowców strategicznych w Engels. Ukraińskie maszyny znów przedarły się 700 km w głąb rosji, co dowodzi, jak dziurawa jest rosyjska OPL i jej system wczesnego ostrzegania. Wedle oficjalnych zapewnień rosjan, w nalocie zginęły trzy osoby (major i dwóch starszych poruczników), rażone odłamkami dronów kamikadze. Bo tak jak poprzednio, rosyjskie MON twierdzi, że maszyny nie trafiły w żaden z samolotów, a zostały zestrzelone nad lotniskiem (co samo w sobie i tak jest kompromitujące, bo jakim cudem dotarły tak daleko, nad TAKĄ bazę, KOLEJNY raz?). Pech chciał, że odłamki spadły akurat na budynek zajmowany przez personel bazy. „Taaaaa…”, mawia zwykle w takich momentach mój dobry kolega. Nie wierzę rosjanom za grosz i jestem pewien, że skoro przyznali się do trzech zabitych (wczoraj opublikowano nawet zdjęcia z ich pogrzebu), to trupów musi być znacznie więcej. Sądzę też, że ukraiński dron nie znalazł się przypadkiem nad domkiem dla obsługi i pilotów. Uważam, że był to – obok stojących na płycie bombowców – jeden z celów. Ukraińcy – poza niszczeniem techniki (w tym nalocie uszkodzonych miało zostać aż pięć Tu-95) – zabrali się za niszczenie „siły żywej”. To racjonalny krok, biorąc pod uwagę, jak kosztowny i długotrwały jest proces wyszkolenia załóg i personelu pomocniczego. W sumie całe rosyjskie lotnictwo strategiczne to około 80 maszyn (Tu-95 i Tu-160), liczbę tę należy podwoić, jeśli za samoloty tej kategorii uznamy Tu-22M. W stanie lotnym jest pewnie połowa tego, kondycja lotnictwa federacji raczej nie pozwala na pełne zdublowanie załóg. Zatem każda zniszczona i uszkodzona maszyna, każdy trwale lub na dłużej wyeliminowany ze służby pilot czy nawigator, to poważne ciosy w potencjał rosji. I Ukraińcy będą je zadawać. Niewykluczone, że w 2023 roku będziemy świadkami działań dywersyjnych zmierzających do eliminacji elity rosyjskiego personelu lotniczego – że panowie ci będą wybuchać w swoich samochodach, przyjmować szkodliwe dawki ołowiu pod domem, bądź umierać w tajemniczych okolicznościach.

Umierać będą też marynarze floty czarnomorskiej i ich okręty. Część ataków na ukraińskie miasta jest bowiem realizowana z morza. Ukraińcy dysponują zarówno rakietami przeciwokrętowymi, jak i dronami morskimi – oba rodzaje broni wykazały się już wysoką skutecznością. Po utracie „Moskwy” rosjanie trzymają się z dala od ukraińskiego wybrzeża, ale okręty będzie można dopaść w miejscach bazowania (na Krymie i w Kraju Krasnodarskim). Co stanie się łatwiejsze po kolejnych ukraińskich zwycięstwach na lądzie – o czym szerzej za chwilę. Kalibry wycelowane w ukraińskie miasta startują również z pokładów okrętów rozlokowanych na Morzu Kaspijskim – tam żadna ukraińska broń ich nie dosięgnie. Ale wszystkie rosyjskie bazy, także morskie, od miesięcy trapione są dziwnymi pożarami – jeśli miałbym stawiać pieniądze, to postawiłbym je na wysokie prawdopodobieństwo podobnych wypadków, które ograniczą zdolność kaspijskiej filii floty czarnomorskiej.

Za pewne uznaję również akty dywersyjne w rosyjskich fabrykach produkujących rakiety i pociski balistyczne. Że to niemożliwe, bo mowa o obiektach najwyższej rangi? Wolne żarty. Ukraińcy wsadzili ruskim piłkę do kosza, „wizytując” bazę bombowców strategicznych stanowiących element nuklearnej triady. Jeśli rosjanie nie potrafią upilnować takiego miejsca, ogień może im wybuchnąć a choćby i na Kremlu.

Tyle (wybaczcie skrótowość), jeśli idzie o priorytety wynikłe z rosyjskiej kampanii rakietowej.

Wojna jednak toczyć się będzie nade wszystko na lądzie. Już dziś obiecujące wieści dochodzą z obwodu ługańskiego, z okolic miejscowości Swatowo i Kreminna. Przełamanie rosyjskiej obrony w tym miejscu pozwoli na odbicie Siewierodoniecka, co przyniesie ogromne korzyści symboliczne/propagandowe. Lecz w wymiarze operacyjnym nie o Siewierodonieck chodzi, a o oskrzydlenie Doniecka – temu ma służyć wyzwolenie ługańszczyzny. Donieck jest nie do wzięcia frontalnym szturmem; przez ostatnie siedem lat zachodnie, północne i południowe rubieże miasta zostały dobrze przygotowane do obrony. Do „stolicy” dawnej DRL trzeba więc pchać się od tyłu, czyli wschodu, co będzie możliwe po uprzednim zajęciu obwodu ługańskiego. Wejście głębiej w obszar ługańszczyzny oznacza również, że w zasięgu ukraińskich Himarsów znajdzie się lotnisko w Millerowie na terenie rosji, skąd operują samoloty wykorzystywane do bezpośredniego wsparcia rosyjskich oddziałów na froncie. A całkowite wyzwolenie obwodu przyprawi o drżenie rosyjskich generałów, dowodzących „specjalną operacją wojskową” z Rostowa nad Donem, ich „centr” bowiem także załapie się na zasięg wysokoprecyzyjnych pocisków rakietowych.

Nim rozstrzygnie się sytuacja z Donieckiem, będziemy świadkami ukraińskiego kontruderzenia z okolic Zaporoża w kierunku Morza Azowskiego. Mówi się o nim już o dawna i na tyle często, że łatwo uznać je za publicystyczny artefakt czy element ukraińskiej maskirówki. „Przecież rosjanie też patrzą na mapy”, czytam opinie sceptyków. No patrzą. I im również wychodzi, że rozcięcie lądowego pasa łączącego Krym z rosją najłatwiej przeprowadzić na wysokości Melitopola. Przemawiają za tym: szerokość korytarza, dogodne warunki terenowe oraz fakt, że w Melitopolu istnieje ukraińskie podziemie. rosjanie zatem umacniają miasto, usiłują wyłapać partyzantów, ściągają posiłki i trzymają rezerwy w Berdiańsku i Mariupolu. Inni słowy, łatwo skóry nie sprzedadzą, co winno dać Ukraińcom do myślenia. Tyle że Ukraińcy… innego wyjścia nie mają. Nie są w stanie stworzyć odpowiedniej presji na całej długości korytarza ciągnącego się od Donbasu po wschodni brzeg Dniepru, spychać ruskich ku morzu na froncie o długości ponad 300 km. Szczupłość sił wymaga koncentracji na wybranym fragmencie. Przymus wynika też z korzyści – rozcięcie korytarza mocno utrudni dalsze funkcjonowanie rosyjskich oddziałów zgromadzonych u ujścia Dniepru – zostaną one odcięte od sił głównych, mających za plecami rosję, i skazane na zaopatrzenie z Krymu. A szlaki logistyczne z półwyspu znajdują się pod kontrolą ukraińskiej artylerii. Co więcej, Krym nie ma naturalnego połączenia lądowego z rosją – stanowi je Most Krymski, którego przepustowość po październikowym ataku pozostaje ograniczona. I którego przyszłość jest już przesądzona – w mojej ocenie, most zostanie w ciągu najbliższych kilku-kilkunastu tygodni wyłączony z użycia. Próba generalna już się odbyła (a przykład bazy Engels pokazuje, jak kiepsko rosjanie uczą się na błędach i jak bardzo nie potrafią zabezpieczyć kluczowych obiektów).

Zaopatrywanie garnizonu krymskiego i oddziałów rozlokowanych na północ od półwyspu (przy założeniu, że te drugie w międzyczasie się nie podadzą, bądź nie wycofają, jak to miało miejsce na przyczółku chersońskim) spocznie wówczas na barkach lotnictwa i floty. Czy rosyjska logistyka poradzi sobie z takim wyzwaniem? Z pewnością będzie pod silną presją. Prawdę powiedziawszy, nie spodziewam się rychłego ukraińskiego uderzenia na Krym – gen. Załużny dysponuje zbyt szczupłymi siłami, by decydować się na lądową operację na półwyspie. Moim zdaniem, w najbliższych miesiącach Ukraińcy poprzestaną na izolacji tamtejszego garnizonu, czemu będą towarzyszyć próby paraliżowania dostaw przy użyciu dronów morskich i lotniczych (atakujących okręty i lotniska). Jeśli wachlarz możliwości ukraińskiej armii powiększą zachodnie samoloty i precyzyjne pociski rakietowe dalekiego zasięgu, Krym będzie „pozamiatany” bez konieczności krwawych walk.

A co na to wszystko rosjanie? Oni również nie będą mieli wyjścia i wiosną rozpoczną kolejną wielką ofensywę – na północy. Ale o tym w kolejnej części tekstu.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

„Referenda”

Kilka osób zapytało mnie, o co chodzi z tymi referendami w Doniecku i Ługańsku. „Co oni kombinują?” – zastanawiają się Czytelnicy, mając na myśli zarówno Moskwę, jak i „separów”. Niezorientowanym wyjaśniam – wczoraj ci drudzy zaapelowali o jak najszybsze przeprowadzenie referendów w sprawie przyłączenia obu tzw. republik ludowych do Rosji. „Nadszedł czas, aby wymazać nieistniejącą granicę między naszymi państwami”, tamtejsze media cytują przewodniczącego Izby Publicznej DRL Aleksandra Kofmana. Na marginesie – nadal nie wiadomo, gdzie jest doniecki „numero uno” Penis Duszylin (odkąd kanalia zadekretował, oficjalnie!, że nie wolno zamieniać pierwszych liter jego imienia i nazwiska, czynię to z ogromną lubością). Kilka dni temu zwiał z Doniecka, najpewniej do rosji, i jak dotąd się nie objawił.

Mniejsza o niego – idea referendów spodobała się byłemu rosyjskiemu prezydentowi Dymitrowi Miedwiediewowi, o czym poinformował na Telegramie. Miedwiediew to w ostatnim czasie propagandowa strzelba reżimu, miotająca groźby i bluzgi pod adresem krajów wspierających Ukrainę. Tajemnicą poliszynela jest, że odstawiony przez putina na boczny tor polityk od dawna mierzy się z chorobą alkoholową. I to głównie po pijaku aktywuje się w sieci. Niezależnie od knajackich standardów putinowskiej polityki i dyplomacji, pewnych rzeczy pisać i mówić nie wypada czy to Ławrowowi czy Pieskowowi; rolę użytecznego idioty realizuje więc „Dimon”. Trudno jednak ocenić, czy w tym przypadku jego „tak” dla pomysłu separatystów oznacza zgodę Kremla (Miedwiediew potrafi bowiem „odlecieć”).

Przystając na propozycje liderów ŁRN i DRL Moskwa dużo ryzykuje.

Nie sądzę, by był to pomysł skrojony na Kremlu. W mojej ocenie jest on desperacką próbą uzyskania większych gwarancji bezpieczeństwa dla pseudo-republik ze strony Moskwy. Ukraińcy po ostatniej kontrofensywie nie zatrzymali się w granicach obwodu charkowskiego – weszli na ługańszczyznę. Od kilku dni – wzorem wcześniejszych działań na innych odcinkach frontu – „grillują” zaplecze wroga przy użyciu precyzyjnej artylerii rakietowej. Jest oczywiste, że zamierzają iść za ciosem i wyzwolić kolejne tereny, także te utracone w 2014 roku.

Przed lutym 2022 roku połączone „siły zbrojne” ŁRL i DRL liczyły 40 tys. bojców. Było to ostrzelane w kilkuletniej wojnie okopowej, nieźle wyposażone „wojsko”. Tyle że nie ma już po nim śladu – trzon został wytracony, a potencjalne rezerwy wydrenowane. Doszło do tego, że „separy” zniosły nienaruszalną dotąd zasadę – niemobilizowania górników. Wcześniej zaś przymusowy pobór objął nawet niepełnosprawnych mężczyzn. Duża w tym zasługa dowództwa armii rosyjskiej, które milicje traktowała – nadal traktuje – jako mięso armatnie służące do rozpoznania bojem.

Innymi słowy, coraz bardziej nie ma komu bronić „republik” – a armia ukraińska nie odpuszcza.

Mimo padających od lat deklaracji, elity ŁRL i DRL wcale nie pragnęły ścisłej integracji z rosją. Mówimy bowiem o mafijnym układzie, nastawionym na brutalną, ekspansywną eksploatację zasobów ekonomicznych obu regionów, rzecz jasna dla własnych korzyści. Większa zależność administracyjna oznaczałaby konieczność dzielenia się z Moskwą, zarówno w wymiarze formalnym, jak i nieformalnym (transfer kapitału w rosji odbywa się z peryferii do centrum; to prowincja żywi Moskwę – i tę polityczną, i tę mafijną; zresztą, oba światy się przenikają). „Donieckim” i „ługańskim” wystarczał rosyjski „bicz boży”, wiszący nad Ukraińcami, gdyby Kijowowi przyszło do głowy rozbić „republiki”. I istotnie, perspektywa interwencji armii rosyjskiej przez lata powstrzymywała władze Ukrainy przed wyzwoleniem Donbasu. Moskwie z kolei wystarczał fakt, że jątrzący się tam konflikt de facto blokował ukraińskie aspiracje dotyczące integracji z Zachodem. Był więc to układ (między rosją a „republikami”) wzajemnie pasożytniczy, ba, „separy” potrafiły nawet zagrać Kremlowi na nosie i wprowadzać cła na niektóre towary z federacji – by i na tym zarobić.

Ale to już przeszłość. Teraz uścisk „pańskiej ręki” Moskwy musi być silniejszy, jeśli mafiosom z Ługańska i Doniecka marzy się przeżycie. Tak przynajmniej kalkulują, zakładając, że Ukraińcy nie odważą się wchodzić na teren formalnie będący rosją. Wyobrażają sobie, że ochroni ich rosyjska doktryna obronna, zakładająca atomową odpowiedź w przypadku ataku na federację.

Tyle że Kreml już się przekonał o ograniczonych możliwościach, jakie niesie szantaż nuklearny. Wielokrotnie powtarzane groźby ani nie wygasiły ukraińskiego oporu, ani nie powstrzymały Zachodu przed niesieniem pomocy wojskowej. W Moskwie mają świadomość, że tym mieczem za bardzo wojować się nie da – bo w którymś momencie trzeba go wyjąć z pochwy, co i dla rosji oznaczałoby dotkliwe i dramatyczne skutki. Stąd chowanie głowy w piasek i udawanie, że nic się nie stało, gdy Ukraińcy zaatakowali instalacje wojskowe na Krymie – a przecież półwysep w myśl rosyjskiego prawa od 2014 roku stanowi część federacji.

Krymu chroni potężne zgrupowanie rosyjskich wojsk i minie jeszcze sporo czasu, nim ukraińskie „sprawdzam” potwierdzi kremlowski blef. W Donbasie sytuacja jest inna – i grozi kolejną kompromitacją rosji.

Oczywiście, intelektualna uczciwość każe założyć inny scenariusz – że Moskwa szuka pretekstu do ogłoszenia stanu wojny i powszechnej mobilizacji. Jeśli tak jest, w mojej ocenie świadczy to o totalnym „odjechaniu” autorów takiego pomysłu. Gdzie oni bowiem widzą te zasoby sprzętu, w który dałoby się wyekwipować zmobilizowanych? To, co realne, co ma jakąś wartość, już zostało w Ukrainie zaangażowane. Część zresztą sczezła, część zasiliła wroga. Nieprzebrane magazyny sprawnej techniki to nic więcej jak mokry sen. Realia zaś są takie, że wczoraj rosyjskie okręty podwodne przebazowano z Krymu do portu w Noworosyjsku w Kraju Krasnodarskim. To wciąż nad Morzem Czarnym, ale z dala od ukraińskich rakiet. Tyle w temacie…

—–

Nz. Ukraiński czołgista podczas niedawnych działań w charkowszczyźnie. Presja armii ukraińskiej trwa…/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Krym

Rosjanie panicznie i masowo opuszczają Krym – to prawda. Byłbym jednak ostrożny w wyciąganiu z tego faktu daleko idących wniosków. Z półwyspu wieją przede wszystkim turyści, skuszeni wspaniałym klimatem i zapewnieniami władz, że pozostaną bezpieczni. Słońce dalej świeci zachęcająco, ale przylatujące zza horyzontu rakiety – jakkolwiek rażą cele wojskowe – raczej nie zachęcają do wypoczynku.

Na swej zawodowej drodze spotkałem wielu zakręconych ludzi, także turystów ekstremalnych. Takich na przykład, którzy mimo toczącej się wojny, brali udział w górskich wyprawach do Afganistanu. Generalnie jednak większość z nas, w trybie urlopowym, a już zwłaszcza z dziećmi na karku, nie przejawia chęci do hazardu, gdy ceną „rozgrywki” może być zdrowie lub życie. I tym właśnie należy tłumaczyć krymski exodus.

Nie ma żadnych potwierdzonych informacji o ucieczkach czy ewakuacji personelu tamtejszych baz. Rodziny wojskowych też masowo półwyspu nie opuszczają. Jeśli jest inaczej – co od wczoraj sugeruje część ukraińskich mediów – byłby to dowód na jeszcze większą niż obserwowana niewydolność rosyjskiego państwa i armii. Co oczywiście należałoby uznać za dobrą wiadomość. Jednak, póki co, to spekulacje z pogranicza pobożnożyczeniowości.

Bardziej realny wydaje się bowiem scenariusz, w którym Rosjanie będą się Krymu trzymać do upadłego. Zbyt ważny on dla nich ze strategicznego punktu widzenia (okno na południe), zbyt wiele tam wojska i militarnej infrastruktury. O wadze symbolicznej – podbitej kampanią „Krym-nasz” z 2014 roku – wspominam jedynie z obowiązku. Nie sugeruję, że półwysep jest nie do zdobycia – po prostu, nie widzę tu szybkich i łatwych rozstrzygnięć.

Wiem za to, że turyści wyjadą, niosąc do matuszki rossiji wieści o niebezpiecznych „okolicznościach przyrody”, jakim władza nie potrafi sprostać. To realna korzyść dla Ukraińców, która – niczym przysłowiowa kropla drążąca skałę – wedrze się do rosyjskiej świadomości, rozsiewając wirus zwątpienia. Wbrew narracji użytecznych idiotów, miażdżąca większość Rosjan popiera „operację specjalną” w Ukrainie, a jednym z powodów takiego stanu rzeczy jest przekonanie o dominacji armii rosyjskiej na polu bitwy. Utrata rezonu może przyczynić się do tąpnięcia nastrojów. Byłaby to korzyść nie mniejsza niż efekty fizycznej demilitaryzacji półwyspu, jakiej dokonuje i zapewne będzie dalej dokonywać armia ukraińska.

—–

Nz. Most krymski łączący Rosję z półwyspem. Obecnie jedyna lądowa droga ucieczki dla turystów, przejazd przez okupowane terytoria kontynentalnej Ukrainy jest bowiem zbyt niebezpieczny i formalnie niedostępny/fot. domena publiczna

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to