Pucz

Treść tego wpisu to moje posty na Facebooku, gdzie na bieżąco starałem się komentować pucz prigożyna. To zapis chwili, dowód zmieniającej się percepcji – zamieszczam post factum (kilka dni po zakończeniu rebelii) dla porządku, by za jakiś czas podczas lektury blogu nowy Czytelnik miał komfort linearnej narracji.

23 czerwca, piątek, późny wieczór

Mój boże, co tam się odpierdziela!? ruSSka armia strzela się z wagnerowcami – rzecze prigożyn i zapowiada zemstę. W reakcji zostaje uznany za agenta zagranicznego – tak informuje ministerstwo sprawiedliwości federacji i rządowe media. W moskwie zaś nadzwyczajna mobilizacja i wojsko na ulicach.

Nie, to nie piąteczkowy wpis – rekapituluję Wam doniesienia z ruSSnetu. Ale jazda.

Edit (tuż przed północą): generałowie rosyjskiej armii apelują do wagnerowców, by nie opuszczali miejsc dyslokacji i podporządkowali się rozkazom głównodowodzącego (putina).

Filmowe przebitki z moskwy i rostowa nad donem (gdzie mieści się dowództwo „specjalnej operacji wojskowej”) potwierdzają mobilizację wojska, rosgwardii i policji.

Tymczasem z frontu na Zaporożu dochodzą informacje o silnym ukraińskim ostrzale artyleryjskim – czyżby ZSU chciały wykorzystać zamieszanie w rosji?

Tak czy inaczej, nie wygląda to (jeszcze?) na jakiś pucz, który stanowiłby realne zagrożenie dla reżimu putina.

Kto wie, co z tego informacyjnego chaosu wyłoni się rano…

„Twarz puczu” jewgienij prigożyn/fot. grupa Wagnera

Noc z piątku na sobotę, z 23 na 24 czerwca

Wydarzenia z rosji rozpalają nocnych marków. Mnie też, żeby nie było. Ale napiszę ten komentarz i zmykam spać – rano na pewno będzie wiadomo więcej.

Teraz, w oparciu o to, co wiem, i czego się domyślam, stawiam następującą hipotezę: to nie jest zamach stanu, prigożyn jest na to za krótki. I nawet nie on gra tu pierwsze skrzypce, a jest użytecznym narzędziem.

Najpierw małe wprowadzenie. Kilka dni temu szef Wagnera powiedział, że do domów wróciło 32 tysiące jego byłych podwładnych. Nie wierzę, że było ich tak wielu – nie po przemiale, jaki wagnerowcom zafundowały pod Bachmutem ZSU. Ale niech to będzie kilkanaście tysięcy ludzi. Sporo.

Tymczasem zaledwie kilkudziesięciu wcześniej zwolnionych łobuzów (oraz dezerterów) dopuściło się do tej pory kilkuset poważnych wykroczeń, włącznie z zabójstwami, także seryjnymi. Nic w tym dziwnego, w końcu prigożyn wyciągnął z kryminałów 50 tys. zatwardziałych bandytów, którym zaoferował wolność w zamian za półroczną służbę.

Z perspektywy państwa kilkanaście tysięcy zbirów to poważne zagrożenie, zwłaszcza że mogliby działać w sposób zorganizowany. Nie tyle wprost zagrozić władzy, co zwykłym ludziom, biznesom, lokalnym administracjom. Czyli zagrozić pośrednio, wykazując słabość tejże władzy oraz jej krótkowzroczność, skoro wcześniej dopuściła do amnestii, dała bandytom broń, pozwoliła pielęgnować zabójcze nawyki.

Miejsce wagnerowców winno być w więzieniu – skąd większość z nich wypełzła. Tylko jak ich zamknąć, skoro propaganda miesiącami czyniła z nich bohaterów, a jeszcze miesiąc temu sam putin kazał rosjanom czcić najemników niczym bohaterów wielkiej wojny ojczyźnianej? Ano należało ich wtórnie skryminalizować, przedstawić jako wrogów państwa i społeczeństwa.

Nie wiem, jaki jest w tym udział prigożyna. Czy zmuszono go do nagrania wczorajszych buntowniczych wystąpień, czy tak zmanipulowano, by zrobił to z własnej woli? A może posłużono się technologią deepfake? To w gruncie rzeczy wtórna rzecz.

Jeśli mam rację, nie skończy się tylko na najcięższych zarzutach dla prigożyna, ale na rozwiązaniu Grupy Wagnera i aresztowaniach jej członków, także weteranów „specjalnej operacji wojskowej”. Pewnie wkrótce się przekonany.

Dobrej nocy!

Trolling level master w wykonaniu MON Ukrainy.

24 czerwca, sobota rano

Jestem dziś w drodze, więc z konieczności tylko krótki komentarz.

Chyba jednak to prawdziwy bunt, a nie akcja przygotowana przez Kreml – o czym pisałem w nocy. I choć sam putin w przemówieniu snuje analogię z 1917 rokiem, nie spodziewam się eskalacji działań do poziomu wojny domowej.

Chyba że za prigożynem i wagnerowcami stoją jakieś siły w strukturach władzy, mające przełożenie na wojsko i gwardię. Nic na to na razie nie wskazuje.

Na razie mamy zbuntowanego watażkę, kierowanego niejasnymi dla mnie motywacjami, za którym stoi w najlepszym razie kilkanaście tysięcy uzbrojonych najemników. Takimi siłami rosji podbić się nie da.

Stąd wybór, by skupić się na Rostowie nad Donem, mieście będącym hubem logistycznym sił inwazyjnych, gdzie mieści się również dowództwo spec-operacji. Wagner kontrolujący Rostów to potencjalny paraliż armii rosyjskiej w Ukrainie. prigożyn może zatrzymać wszelkie transporty i tym sposobem zyskać więcej niż ryzykując marsz na Moskwę.

Tylko co on chce zyskać?

Na pewno zyskuje na tym wszystkim Ukraina. Wymiar propagandowy jest dla rosji miażdżący – kraj putina, aspirujący do miana mocarstwa, okazuje się bananową republiką, w której możliwy jest zbrojny bunt. Nie sprzyja to postrzeganiu rosji jako poważnego państwa.

Czołgi na ulicach, dramatyczne przemówienia, popłoch w Internecie – egzystencjalny spokój rosjan został zburzony. Specjalna operacja wojskowa na dobre zagościła na obszarze federacji. Jeśli Kreml zechce odzyskać kontrolę nad milionowym Rostowem, a armia rosyjska okaże się w tych działaniach równie nieporadna jak w obwodzie biełgorodzkim, zginie mnóstwo cywilów, spłonie sporo domów; nie wiem, czy zwykli moskale wybaczą coś takiego putinowi.

Taka operacja ściągnie z frontu tysiące żołnierzy. Nie będzie tam wagnerowców, już ich nie ma, bo zostali wycofani do rosji, a część właśnie pomaszerowała z prigożynem do Rostowa. W sumie te wakaty to jakieś 20 tys. najemników, setki jednostek ciężkiego sprzętu. Co istotne, być może użytego do bratobójczych walk. Każdy zabity w ten sposób rosjanin, to jeden bandyta na froncie mniej. Każdy nieobecny oddział – regularnego wojska czy najemników – to luka we froncie, którą może wykorzystać armia ukraińska.

Sprawa ma zatem potencjał, ale na razie – poza kilkoma incydentami – więcej wokół niej medialnego zamieszania niż realnej ruchawki.

Wielu moich Czytelników boi się scenariusza, w którym rosję ogarnie poważny kryzys. „Bo atomówki”, zauważają. Szanowni, spójrzcie wstecz – tylko rosja ogarnięta chaosem nie stanowiła dla sąsiadów zagrożenia. Gdy minęła jelcynowska smuta, przyszła względna stabilizacja ery putinizmu, Moskwa znów zaczęła być niebezpiecznym zbójem. Spokój w rosji światu nie służy, silna, scentralizowana władza też nie. Ale dla kontroli arsenału jądrowego nie miało większego znaczenia, czy rządził słaby Jelcyn czy silny putin – wojskowi potrafili i zapewne będą w stanie zadbać, by nic im nie zginęło. Atomówki to ich polisa ubezpieczeniowa, działająca tylko jako groźba.

Wrócę tu wieczorem, mam nadzieję, że z dobrymi wiadomościami.

Rostów nad Donem/fot. Meduza

24 czerwca, sobota wieczór

Jestem zawiedziony. Grzałem do domu czym prędzej, by na spokojnie móc zbierać i analizować informacje. Ledwo dotarłem, zjadłem kolację i media doniosły, że pucz skończony. „Ehh, nawet przewrotu gamonie zrobić nie potrafią”, wyzłośliwiałem się, zakładając przy tym, że może zadziałała magia miesięcznicy? Wielu z Was pewnie umknęło, że właśnie dziś zaczął się siedemnasty miesiąc trzydniowej operacji specjalnej władimira putina.

I skoro jesteśmy przy trójce – to trzeci pucz w rosji w moim 47-letnim życiu. Wychodzi, że najkrótszy i najmniej krwawy – jeśli rzeczywiście jest już po wszystkim.

Ale czy jest? Trudno mi w to uwierzyć. Sądzę, że sprawy zaszły tak daleko, że ktoś tam musi umrzeć. Przecież prigożyn nie pójdzie do putina i nie powie mu: eee, zdarzyło się, sorry. Po czym wróci do swej rutyny. Będzie dogrywka, ze wskazaniem na putina, w końcu ma większe zasoby.

Cokolwiek się wydarzy, rosja poniosła dziś niepowetowane straty. Zakres blamażu, jaki spotkał putina, jest tak wielki, że nie wierzę w kremlowskie ustawki. Najpierw mała prywatna armia zajmuje milionowe miasto, potem jej część jedzie kilkaset kilometrów do stolicy. Nie dociera do celu, ale z własnej woli, bo nikt tej grupy po drodze nie zatrzymuje. Żadne wojsko, żadna gwardia, żadna policja. Zwykli funkcjonariusze i żołnierze mają wywalone (co wiele mówi o etosie ich służby), ich dowódcy nie wiedzą co robić, generałowie – no właśnie, jakby prigożynowi kibicowali. Stąd to „chyba” w poprzednim mini-akapicie. Wydaje mi się, że szef grupy Wagnera musiał mieć wsparcie przynajmniej części generalicji. Rosyjska armia jest jaka jest (niespecjalnie kompetentna), ale przecież ma dość zasobów, by w zarodku zdławić taką rebelię.

Nie zdławiła, wagnerowcy szli jak w masło, wywołując w Moskwie panikę. Zwiał putin (do Petersburga), zwiała część elit, lojalne wobec władzy wojsko szykowało się do walki. W przekazach medialnych na całym świecie rosja wyglądała niczym bananowa republika, na czele której stoi przerażony starzec. Ten starzec z różnych powodów – także psychologicznych, związanych z własnym ego – nigdy nie skazałby siebie na takie upokorzenie. I jeszcze ten finał – aleksandr łukaszenka jako negocjator, który nakłonił prigożyna do zawrócenia spod Moskwy. Obśmiewany w rosji „car kartofli”, od niemal trzech lat kremlowska pacynka, okazuje się mężem opatrznościowym. A putin „miękką bułą”, która rano nazwała prigożyna „zdrajcą”, a wieczorem się z nim układa.

Układa i idzie na ustępstwa – ponoć ceną za wstrzymanie rebelii ma być dymisja ministra obrony szojgu i szefa sztabu generalnego gierasimowa. Czyli prigożyn dostał łby, których ścięcia się domagał. Nie jest tajemnicą, że kierownictwo sił zbrojnych nie cieszy się zaufaniem dużej części kadry oficerskiej. I że wielu wojskowych po cichu przyklaskiwało prigożynowi, gdy ten krytykował szojgu i gierasimowa, zarzucając im niekompetencje i złodziejstwo. Gdy szef grupy Wagnera poszedł z adwersarzami na noże, niechętni kierownictwu wojskowi po cichu progożyna wsparli. Nie przeszkadzali mu.

Trudno w tej chwili powiedzieć, czy są to „jastrzębie”, gotowe na eskalację konfliktu w Ukrainie, czy „gołębie”, które chciałyby krwawą i niedającą się wygrać wojnę zakończyć. W każdym ze scenariuszy są dla putina opozycją, zdolną wymusić na nim poważne decyzje. Co nie wróży dobrze stabilności władzy w rosji…

Zarejestrowany wylot z Moskwy jednego ze specjalnych samolotów rządowych

 25 czerwca, niedziela

Ani myślę dezawuować wczorajszej rebelii – sądzę, że jej długofalowe skutki będą donośne. A dziś cieszmy się z memów – boziu, ileż zajebistego kontentu przy tej okazji powstało.

Ps. Dobrej niedzieli! Po lekturę poważniejszego materiału nt. sytuacji w „puczystanie” zapraszam jutro.

Graf. za Donald.pl

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Rostów nad Donem, wagnerowcy w akcji/fot. Meduza

„Terroryzm”

Gęsto nad Kijowem, gęsto nad Moskwą…

Nad ranem mieszkańcy rosyjskiej stolicy mieli okazję po raz pierwszy w pełni doświadczyć lęku, regularnie doznawanego przez kijowian od lutego ubiegłego roku. Oto bowiem na moskiewskim niebie pojawiło się co najmniej kilkanaście dronów (niektóre źródła mówią o ponad 30 maszynach). Nie była to pierwsza wizyta ukraińskich bezpilotników w tej części rosji, ale wcześniejsze przyloty (nie licząc ewidentnej rosyjskiej prowokacji z uderzeniami w Kreml) miały charakter rozpoznawczy bądź demonstracyjno-propagandowy („możemy wam wylądować, gdzie nam się żywnie podoba”, komunikowali ruskim Ukraińcy). Co najmniej dwa przypadki (z przełomu zimy i wiosny) użycia dronów bojowych z zamiarem uderzenia w cele w Moskwie zakończyły się niepowodzeniem – maszyny rozbiły się/zostały zestrzelone na odległych rubieżach metropolii. Dziś tymczasem wdarły się nad nią bez większych problemów, choć rzecz jasna ministerstwo obrony federacji raportuje sukces. Dzielna stołeczna OPL miała zestrzelić pięć bezpilotników, trzy pozostałe spadły na skutek generowanych przez rosjan zakłóceń.

Eksplozji było jednak znacznie więcej, niż by to wynikało z tego zestawienia, zatem twierdzenia o ośmiu dronach można włożyć między bajki. Chyba że spanikowana obrona posłała w niebo nieadekwatną liczbę rakiet (ładowała z czego i gdzie popadnie), które nie trafiwszy w cel, spaść gdzieś musiały (one, a raczej ich szczątki po samozniszczeniu). Miasto rozległe, więc efektowne upadki miały miejsce na jego obszarze.

Co ciekawe, większość wybuchów odnotowano w południowo-zachodniej części Moskwy, w tak zwanej Rublówce bądź jej sąsiedztwie. Już od czasów Stalina mieszka tam rosyjska elita polityczno-biurokratyczno-wojskowa, do której za Jelcyna i putina dołączyła śmietanka biznesowo-oligarchiczna. „Szyszki” zajmują zwykle okazałe rezydencje, pośledniej wagi personel mafijno-państwowej struktury zasiedla wielopiętrowe apartamentowce. Na ujawnionych w rosyjskich mediach zdjęciach i filmikach widać zniszczenia na górnych kondygnacjach jednego z takich budynków.

Ministerstwo obrony federacji orzekło, że takie działania „charakteryzują reżim kijowski jako międzynarodowych przestępców, których należy osądzić!”. Niejaki andriej kartapołow, szef komitetu obrony dumy państwowej, nazwał atak dronów „aktem zastraszania ludności cywilnej”. Zaś pieskow, rzecznik Kremla, był łaskaw zauważyć, że „kierowanie piekielnych maszyn na spokojne miasta jest nieludzkie”. Dodał przy tym, że ukraińskie uderzenie dronami było odwetem Kijowa za niedzielny atak rosji na jeden z – jak to ujął – „ośrodków decyzyjnych” w Ukrainie.

Cóż, atakowanie cywilów to istotnie terroryzm, ale nie sposób wykazać, że Ukraińcy takie intencje mieli. Tu zresztą sami rosjanie zapętlili się w swojej narracji, bo jeśli rzeczywiście wszystkie drony zestrzelili (sprowadzili na ziemię), to uszkodzenia budynków są efektem upadku szczątków (rakiet i bezpilotników), nie zaś celowych działań. Oczywiście, jest jeszcze kwestia „bezspornego ryzyka” – świadomości, że posłanie dronów musi wywołać reakcję OPL, a ta może przynieść straty uboczne; Ukraińcy tę świadomość mieli, ale u licha, nie oni tę wojnę zaczęli i nie można od nich oczekiwać, że będą siedzieć z założonymi rękoma, gdy rosja – dzień po dniu – bombarduje ich miasta, zupełnie nie przejmując się losem cywilów. Jako ci cywilizowani, winni Ukraińcy redukować ryzyko ofiar pośród ludności cywilnej, nie tylko własnej, ale i wrogiej. I generalnie tak się dzieje, także w tym konkretnym przypadku. Przynajmniej część dronów wysłanych nad Moskwę nie była uzbrojona. One miały tylko przelecieć nad rosyjską stolicą – zwłaszcza jej „wrażliwą” częścią – by wywołać u rosjan odpowiedni efekt psychologiczny. Wystraszyć, zasiać (kolejne!) ziarno wątpliwości w możliwości reżimu, który obiecuje poddanym bezpieczeństwo.

Kropla drąży skałę – w którymś momencie rosjanie mogą porzucić schemat funkcjonowania niewolnika i nie wybaczyć władzy kolejnej wpadki. Albo władza może w reakcji popełnić jakiś kardynalny błąd. Za dobrą analogię może tu posłużyć rajd Doolittle’a – przeprowadzony 18 kwietnia 1942 roku pierwszy nalot bombowy na terytorium Japonii podczas II wojny światowej. Wykonano go na granicy możliwości technicznych amerykańskiej marynarki (kwestia zasięgu startujących z lotniskowca samolotów), siłą zaledwie 16 maszyn. Zrzucone wówczas bomby wyrządziły Japończykom symboliczne szkody, ale szok wywołany atakiem był tak powszechny i tak silny, że wymusił na japońskim kierownictwie tragiczną w skutkach decyzję o ataku na wyspę Midway. Przypomnijmy, cesarska flota, zwłaszcza zaś lotnictwo pokładowe, dostała tam wpierdziel, z którego już nigdy się nie podniosła.

Ukraińcy właśnie udowodnili, że mają zdolność głębokiej penetracji rosyjskiego zaplecza. A dron śmigający nad Rublówką to nie to samo, co bezpilotnik uderzający w skład paliw w Chujrzecku czy innej ruskiej pipidówie. Zapewne więc usłyszymy jeszcze o kolejnych dronach nad Moskwą, testujących rosyjskie nerwy i stołeczną OPL.

Jak na razie jednak trwa testowanie kijowskiej obrony powietrznej – kolejna noc i poranek upłynęły w ukraińskiej stolicy pod znakiem rosyjskich uderzeń rakietowo-dronowych. Widać, że moskale starają się przeciążyć ukraińskie systemy obronne. Sądząc po propagandowych doniesieniach, już ten cel osiągnęli. Jeden z „dowodów” szerują od wczoraj (pro)rosyjskie konta, także w naszej info-sferze. Składają się nań zdjęcia satelitarne lotniska Żuliany w Kijowie, gdzie mają stacjonować przekazane Ukraińcom patrioty. Pierwsza fotografia jest z 15 maja, druga rzekomo z 18-ego – ich porównanie pozwala niby dostrzec efekty rosyjskiego uderzenia rakietami Kindżał, do którego doszło 16 maja. Mowa o „dwóch lejach o promieniu kilkudziesięciu metrów”, z których jeden to skutek bezpośredniego trafienia w wyrzutnię Patriot. No więc krzywię usta ze śmiechu, przyglądając się tak niepełnosprytnej próbie konfabulacji. Obejrzyjcie oba zdjęcia jedno po drugim – widzicie to, co ja? Tę samą fotografię, poddaną słabiutkiej obróbce (filtr na jednej odsłonie, „wyciągnięte” piksele w miejscach rzekomych trafień w drugiej). Urzekł mnie zwłaszcza pociąg po lewej – trzy dni minęły, a on wciąż w tym samym miejscu. „Nie drgnął, kurwa, nawet o metr”, zauważył jeden z moich kolegów, biegły w wyciąganiu wywiadowczych wniosków. Niby fachura, a nie wie, że pociągi na zdjęciach się nie ruszają…

Tyle tytułem komentarza do kolejnego sowieckiego „sukcesu”.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Skutki dzisiejszego ataku na Kijów. Wrzucam jako przeciwwagę dla obrazków z Moskwy/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

Kursanci

Czym się różni amerykański pilot myśliwski od rosyjskiego? Użyjmy analogii. Załóżmy, że mamy samochód z literą L na dachu, w którym siedzi dwóch mężczyzn – Amerykanin i rosjanin. Obydwaj mogą poprowadzić auto, ale to ten pierwszy posiada papiery i umiejętności instruktora, drugi – zaledwie kursanta.

I tak to mniej więcej wygląda.

Kilkanaście miesięcy temu żachnąłbym się na takie porównanie. Uznał je za dowód irytującego amerykańskiego poczucia wyższości. Ale wojna w Ukrainie pokazała, że rosyjskie lotnictwo taktyczne w zasadzie nie istnieje. Mimo imponującej przewagi liczebnej, rosyjscy myśliwcy nie byli w stanie sparaliżować ukraińskich sił powietrznych, nie są w stanie przeprowadzać misji bezpośredniego wsparcia oddziałów na lądzie. Latają rzadko, asekurancko, z marnymi efektami. Niczym kursanci.

A niebawem będzie im jeszcze trudniej, bo Ukraińcy otrzymają niemal 30 MiG-ów 29. Trzynaście ze Słowacji, resztę z Polski.

Gdyby nie lotnictwo strategiczne – bombowce rażące cele znad rosji, z bezpiecznej odległości setek kilometrów od ukraińskich granic, przy użyciu rakiet i pocisków manewrujących – nie byłoby o czym mówić w kwestii rosyjskich operacji lotniczych.

Oczywiście, skarpetkosceptyczny Internet ma na ten temat inne zdanie. Po wymuszonym kolizją z rosyjskim Su-27 wodowaniu amerykańskiego Reapera, moskale oszaleli z zachwytu. Czytając ichnią prasę i Telegram można odnieść wrażenie, że orkom udało się zatopić lotniskowiec z setką samolotów na pokładzie. W trakcie lektury osoba z zewnątrz wnet poczuje dysonans – identyczny jak w sytuacji sprzed kilkunastu tygodni, gdy zdobycie Sołedaru odtrąbiono w rosji jako wielki sukces. Agresorzy chcieli zajmować ukraińską stolicę, szereg miast obwodowych, po czym okazało się, że realnie mogą przejąć miasteczko satelickie powiatowego Bachmutu oraz znajdujący się na jego obrzeżach sklep ogrodniczy. Takie sukcesy to w rzeczy samej „anałoga-w-miru-niet”.

I tak jest z utopionym w Morzu Czarnym MQ-9. Nieuzbrojony dron to rzeczywiście godny przeciwnik dwóch uzbrojonych po zęby maszyn myśliwskich. Jak poinformowało rosyjskie MON, bohaterscy piloci zostali właśnie odznaczeni za niedopuszczenie amerykańskiej maszyny w rejon „specjalnej operacji wojskowej”. Tym samym szojgu w pełni legitymizował działania nieudacznych pilotów, którzy 12 razy próbowali zalać amerykański dron paliwem, aż w końcu jeden z nich doprowadził do kolizji z bezzałogowcem. To ta kolizja – efekt nieogaru ruskiego pilota – sprawiła, że uszkodzonego Reapera Amerykanie musieli skierować ku morzu i zatopić. Natowski pilot za taką akcję – ryzykowane manewry mogące doprowadzić do utraty myśliwca – dostałby naganę. Zwłaszcza że samolot, który zawadził o śmigło MQ-9, też przy okazji oberwał. No ale w rosji wszystko podporządkowane jest logice propagandy, a ta pozwala przedstawić sprawę w taki sposób, że „nasz wrócił do domu, amerykański spadł do morza”.

W tej narracji da się dostrzec istotną cechę rosyjskiej dumy – świecącej światłem odbitym od USA i Amerykanów. „Jesteśmy wielcy nie dlatego, że mamy wspaniałe osiągnięcia w kulturze, technice i bóg wie czym jeszcze, tylko dlatego, że udało nam się zagrać na nosie Amerykanom”. To sznyt wspólny z ideologiami państwowymi Korei Północnej i Iranu, których reżimy budują wrażenie własnej potęgi poprzez wskazywanie realnych bądź wydumanych atutów pozwalających zaszkodzić Ameryce. „Jesteśmy wspaniali, gdyż możemy przeciwstawić się Wielkiemu Szatanowi!”. A że nasi obywatele nie mają co jeść, srają na dworze i żyją o 20 lat krócej niż mieszkańcy znienawidzonej Ameryki czy Europy – kto by się przejmował takimi szczegółami.

Psychologicznie rzecz ujmując – mamy tu do czynienia z niskim poczuciem własnej wartości, jako składową tożsamości etnicznej.

Wracając do sedna – lotcziki dostały medale, a marynarze rzucili się do szukania wraku. Na ujawnionych zdjęciach satelitarnych widać aż osiem jednostek floty czarnomorskiej w rejonie, gdzie spadł Reaper. Na marginesie – takiego ruchu w interesie nie było, gdy zatonęła „Moskwa”, a wraz z nią sporo marynarzy (rodziny ponad stu z nich nadal nie doczekały się powrotu synów i ojców). No ale wtedy – jak dwie dekady wcześniej z „Kurskiem” – chodziło o blamaż, nie-do-ogrania przez propagandę. Tu – choć wiadomo, że Amerykanie co najcenniejsze w dronie już zniszczyli (poprzez zdalną detonację) – wyjęcie z wody okazałego kawałka płatowca da propagandzie masę paliwa. Publiczna prezentacja skrzydła czy kadłuba posłuży za dowód „wielkiego zwycięstwa”, tym większego, że na prawdziwym froncie nawet tych małych nie udaje się odnieść.

Tylko że działania mają skutki. Medale dla pilotów są jak wzięcie pełnej odpowiedzialności przez Kreml za incydent nad Morzem Czarnym. A ponieważ stoi za tym ryzyko rozochocenia i eskalacji, Waszyngton musi zareagować. Jest oczywistym, że utrata bezzałogowca tylko wzmoże amerykańską chęć pomocy Ukrainie – pomijając inne motywacje stojące za wsparciem, „odwijanie się” ruskim rękoma Ukraińców jest dla USA bardzo wygodnym rozwiązaniem. Na pewno nikt w Białym Domu się nie przeląkł, jak sugerowała część mediów. Amerykanie nie zawiesili operacji zwiadowczych przy użyciu bezzałogowców – dziś nad ranem i przed południem jeden z nich znów latał nad Morzem Czarnym. I zapewne będą latać kolejne.

Skąd to przekonanie? Przez lata obserwowałem amerykańską armię w działaniu. W Afganistanie byłem świadkiem determinacji, która wówczas – muszę przyznać – lekko mnie zszokowała. W prowincji Ghazni była droga nazywana przez naszych „ajdisztrase”, słynąca z wielkiej liczby improwizowanych ładunków wybuchowych i talibskich zasadzek. Pech chciał, że wiodła między dwoma ważnymi ośrodkami, więc dla Amerykanów było nie do pomyślenia, żeby droga pozostawała nieprzejezdna. Pchali nią konwoje raz za razem – mimo iż ciągle coś tam wybuchało. Ludzi nie ginęło przy tym wielu, ale sprzętu tracono masę. „Daliby sobie spokój”, myślałem. „Znaleźli inną drogę. Zbudowali ją sobie”, kalkulowałem. Ale Amerykanie w obliczu większego ryzyka postąpili tak, jak zakłada ich filozofia wojowania – nie odpuszczali, ale zwiększali zaangażowanie środków technicznych, by w ten sposób redukować straty w ludziach. I dopiąć swego. Nad „ajdisztrase” latały drony, co chwila pojawiały się śmigłowce, jezdnię co rusz czesały zestawy RCP (specjalistyczne pojazdy saperskie). Afgańczykom naprawdę trudno było sadzić kolejne miny-pułapki. „My byśmy już dawno odpuścili”, słowa oficera Wojska Polskiego nie były dowodem braku odwagi, a wynikiem kalkulacji „koszt-zysk”. „No ale, kto bogatemu zabroni…?”, skwitował ów wojskowy.

I w tym rzecz. Jeśli ryzyko operacji nad Morzem Czarnym wzrosło, odpowiedzią Amerykanów nie będzie wycofanie się, a redukcja tegoż ryzyka. Na przykład poprzez dołożenie do maszyn zwiadowczych – załogowych czy bezzałogowych – eskorty. Wówczas ruskim odechce się rumakować w towarzystwie amerykańskich myśliwców. Bo kursant instruktorowi może co najwyżej grzecznie się ukłonić. Oczywiście, może go ponieść fantazja, ale dobrze wiemy, jak kończą zbyt pewni siebie, niedoświadczeni kierowcy…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Amerykańskie F-18 podczas operacji nad Afganistanem/fot. USAF

Deprawacja

Szanowni, ja celowo – tuż przed wystąpieniem władimira adolfowicza – podrzuciłem Wam solidne czytadło (do którego lektury, w poprzednim poście, nieustająco zapraszam). Bo nie, nie zamierzam poświęcać większej uwagi wynurzeniom stetryczałego macho. Sądziłem, że nie powie nic nowego, nic, co wymagałoby zarejestrowania – i tak też się stało. Nadawał putler – niczym zdarta płyta – te same farmazony, którymi od dawna rosyjska propaganda usiłuje karmić świat.

Tym niemniej jedna rzecz mnie rozbawiła – oskarżenie w naszą, zachodnią stronę, że deprawujemy dzieci (na co roSSja nigdy u siebie nie pozwoli!). I tak się zastanawiam, co może bardziej deprawować małolaty niż:

– ojciec alkoholik; rosjanie piją na umór, alkoholizm, jako zdiagnozowana choroba, jest tam dwa razy częstszy niż wynosi średnia światowa (60/1000 mieszkańców, w rosji – 120/1000). Na rosyjskim Dalekim Wschodzie wóda odpowiada za 70 proc. zgonów mężczyzn przed 35. rokiem życia. Wczesnych, ale na tyle późnych, by zasrać kilkulatkom życiowy start;

– przemoc w rodzinie, sankcjonowana prawem; tak, sankcjonowana – rosyjski mężczyzna może pobić żonę/partnerkę. Prawodawca wychodzi z założenia, że „pierwszy raz się nie liczy”. Zresztą, drugi i kolejny też niespecjalnie, bo sądy uznają, że patriarchalna relacja to element tradycji, co dla sprawcy dotkliwego pobicia oznacza co najwyżej 15 dni (dni!) aresztu. W efekcie, w rosji co 40 minut z rąk partnera ginie kobieta;

– rozbite rodziny – rosjanie rozwodzą się na potęgę (co wziąwszy pod uwagę powyższe, zupełnie nie dziwi). Przed trzema laty Eurostat podał średnią rozwodów na tysiąc mieszkańców dla kraju UE – wyniosła 3,1. W tym samym czasie w roSSji – 4,2. Dziś jedna trzecia rosyjskich dzieci wychowuje się w niepełnych rodzinach;

– skorumpowany, darwinistyczny kapitalizm – rosjanin od małego uczy się, że bez przemocy, nadużyć, łapownictwa, nie da się niczego osiągnąć. Że policja nie służy ochronie obywateli, ale ich łupieniu. Dziś, w realiach specoperacji – jeśli ma starszego brata czy ojca – dowiaduje się, że ich śmierć to sposób na wyrwanie się z biedy. Nie niezawodny, bo czasem – miast odszkodowania, białej łady czy futra z norek – można dostać worek pierogów (jak Walentyna Dorzuewna z Tuwy, za ofiarę syna, który „bohatersko zginął w Ukrainie, wykonując zadanie wyzwolenia miasta Lisiczańsk od ukraińskich nazistów”);

– bieda właśnie – i to taka, której nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Propaganda raczy nas obrazkami okazałych kwartałów Moskwy czy Petersburga, tymczasem trzy czwarte obywateli federacji mieszka na głubince, prowincji, gdzie standardem są koślawe chodniki (jeśli są), gruntowe drogi, brak ustępów, bieżącej wody, gdzie nie świadczy się usług medycznych nawet na minimalnym poziomie. Wedle oficjalny rosyjskich statystyk – na bank przekłamanych – 21 mln rosjan, 15 proc. społeczeństwa, żyje w skrajnym ubóstwie. Gwoli uczciwości dodajmy – w Polsce, jak wynika z najnowszych danych, jest to 4,2 proc. populacji;

– rasizm – i nad Wisłą mamy z tym kłopot, ale nie wyobrażam sobie, by agencja reklamowa musiała oficjalnie przepraszać za emisję spotu z udziałem czarnego mężczyzny (bo biali, „prawdziwi rosjanie”, się obrazili). A przecież mówimy o rasizmie nie tylko „potocznym”. Kogo zmobilizowano i posłano w młyn ukraińskiej wojny? Przypadkiem 70 proc. zabitych to przedstawiciele etnicznych mniejszości federacji (które stanowią mniej niż 30 proc. całości populacji)?

A to tylko niektóre składowe ruskiego miru. Zastanawiacie się nad fenomenem rosyjskiego bestialstwa w Ukrainie? Nie, nie stoją za tym „urodzeni mordercy”, „genetycznie predysponowani” do czynienia zła. Nie ma czegoś takiego w przyrodzie poza skrajnymi przypadkami osób z fizycznymi defektami mózgu. To ofiary systemowej deprawacji, wiana, jakie państwo rosyjskie wnosi w życie dzieci.

Więc towarzyszu władimirze – posprzątaj na swoim podwórku. Czego pewnie nie zrobisz, boś emanacją tego zdeprawowanego zła, w całości zeń sklejony.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Fot. domena publiczna

Głównodowodzący

Biuro prezydenta Ukrainy ujawniło po południu, że Wołodymyr Zełenski znów pojawił się na froncie. Tym razem w Bachmucie, o który trwają obecnie ciężkie walki. Wizyta odbyła się dziś rano, prezydent spotkał się z żołnierzami, kilkunastu z nich wręczył odznaczenia. Do ceremonii doszło w jakimś dużym fabrycznym obiekcie (sądząc po udostępnionych fotografiach), co może być – choć nie musi – istotną wskazówką. Na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu godzin Ukraińcom udało się wyprzeć rosjan z miasta – tym samym atakujący utracili to, co z tak wielkim trudem zdobywali przez miniony miesiąc. Jedyne rosyjskie pozycje, które oparły się ukraińskim kontratakom, znajdowały się w części przemysłowej. Tak przynajmniej było jeszcze w niedzielę. Czyżby i stamtąd ruskich już wykurzono?

Oczywiście, spotkanie z żołnierzami mogło zostać zaaranżowane gdzie indziej – nie bezpośrednio pod nosem rosjan, ale kilka kilometrów od ich najdalej wysuniętych pozycji. Byłoby to zresztą zgodne z wojennym BHP. Wizyta głównodowodzącego to ważny element podtrzymywania morale, ale też nie powinna być przedsięwzięciem samobójczym. Nie rozstrzygam, jak to wyglądało w Bachmucie, ale wolałbym, by prezydentowi nie pozwalano pakować się za blisko. Front to linia styku wojsk, ale i bezpośrednie zaplecze, nieco bezpieczniejsze i dające większą gwarancję zakończonej powodzeniem ewakuacji – gdyby do takiej dojść musiało.

Pytacie mnie – jak on się tam dostaje? Nie wiem – mogę tylko spekulować, opierając się o własną znajomość Ukrainy, świadomość tamtejszych dystansów (w Polsce zwykle nie zdajemy sobie sprawy, jak rozległy jest to kraj), czy analizę treści codziennych wystąpień Zełenskiego. Te ostatnie zawsze zawierają odniesienia do bieżących wydarzeń, co sugeruje, że nie nagrywa się ich z wyprzedzeniem. Jeśli zatem wieczorem prezydent jest w Kijowie, był w nim poprzedniego wieczoru, to oznacza, że miał dobę na podróż 800 km w jedną stronę. Z przyczyn oczywistych nie lata prezydenckim odrzutowcem (choćby dlatego, że ten wymaga odpowiedniej obsługi i lotniska), pociąg to opcja zbyt czasochłonna i niebezpieczna (skład narażony jest na atak z powietrza, dywersję, na nieplanowany długotrwały postój – generujący kolejne zagrożenia – będący efektem np. braku prądu czy uszkodzenia sieci trakcyjnej). Trudno też, przy zachowaniu minimum warunków bezpieczeństwa, odbyć taką podróż skrycie. Z tego samego powodu wykluczam transport samochodowy, tym bardziej, że w Ukrainie mamy do czynienia z niskiej jakości infrastrukturą drogową.

Zostają więc śmigłowce. Niskie przeloty, niewykluczone, że podzielone na odcinki, odbywające się przy stałym, bieżącym wsparciu natowskich systemów rozpoznania lotniczego, co pozwala informować załogi (maszyny prezydenckiej i co najmniej jednej towarzyszącej) o ewentualnych zagrożeniach w czasie (niemal) rzeczywistym. Kilka godzin w jedną stronę (pod osłoną nocy; większość wizyt prezydenta ma miejsce w godzinach porannych), kilka w drugą. Zresztą, niewykluczone, że Zełenski nie wraca tego samego dnia do stolicy. Tła dla nagrań można generować komputerowo, a i miejsca, w których zatrzymuje się prezydent, wcale nie muszą odbiegać wizualnie od wnętrz znanych z budynku administracji w Kijowie. By poczynić jakieś rozstrzygnięcia w tej kwestii, musielibyśmy mieć dostęp do kalendarza Wołodymyra Zełenskiego i skonfrontować jego podróże z listą spotkań ponad wszelką wątpliwość odbytych w stolicy.

Niezależnie od tych dylematów, faktem jest, że ukraiński prezydent nie cierpi na brak odwagi. W przeciwieństwie do rosyjskich przywódców (o czym zawsze donoszę z dziką satysfakcją). Dziś dla przykładu rypła się sprawa z niedawną podróżą ministra obrony rosji, który miał osobiście zapoznać się z sytuacją na froncie. Propagandową ustawkę z siergiejem szojgu w roli głównej zdemaskowano z pomocą samych rosjan – i oficjalnych zdjęć udostępnionych przez ministerstwo obrony. Ich zawartość pozwoliła na dokładną geolokalizację miejsca, nad którym przelatywał śmigłowcem szojgu. Linie okopów, wedle opisów znajdujące się w rejonie „specjalnej operacji wojskowej” – czujnie oglądane przez ministra z okna maszyny – okazały się być umiejscowione w rejonie Armiańska na Krymie, ponad 80 km od najbliższych pozycji wojsk ukraińskich.

Jeszcze większa szopka towarzyszyła wczorajszej wizycie putina w Mińsku. Najpierw narobiły ruskie tłoku, wysyłając w powietrze kilka rządowych maszyn – każda z nich mogła przewozić głównego lokatora Kremla. Ostatecznie zaś putin wyruszył na spotkanie z Łukaszenką z Petersburga, nie z Moskwy. A nad Białorusią jego samolot otrzymał silną eskortę – wszak wiadomo, całkiem nieopodal czaiły się natowskie myśliwce…

Nabijam się rzecz jasna, choć samą wizytę traktuję już zupełnie poważnie. Ale temu poświęcę kolejny wpis.

Ps. Jak donosi „New York Times” (a za nim polskie media), moskiewscy notable „ograniczyli swoje wizyty na froncie” po tym, jak wojska ukraińskie wiosną br. ostrzelały sztab rosyjski w Izjumie. Ukraińcy ustalili wówczas, że znajdował się tam gen. walerij gierasimow. Zamierzali zabić szefa sztabu rosyjskiej armii, ale ten opuścił ostrzelany obiekt tuż przed atakiem. Atakiem, który NYT określił mianem „zamachu”. O czym wspominam, bo strasznie mnie takie nazewnictwo zirytowało. Zamachu bowiem mogą dokonać terroryści, bojówki, mafie. Atak rakietowy na rosyjskie stanowisko dowodzenia przeprowadziła regularna armia, podczas regularnych działań zbrojnych. Generałowie też na wojnach giną. Rosyjscy jakoś częściej, ale nie ma w tym terroryzmu, a zwykły (neo)sowiecki bardak.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Wołodymyr Zełenski w Bachmucie/fot. Administracja Prezydenta Ukrainy