Rakiety

Dziś nad ranem rosjanie zaatakowali rakietami Dnipro, Zaporoże i Kijów. Gdy piszę te słowa, w stolicy trwa kolejny alarm przeciwlotniczy.

Oczywiście porażono cele cywilne, na razie brakuje konkretnych danych na temat strat.

To rzecz jasna ciąg dalszy rosyjskich retorsji za atak na most krymski, ale – mam coraz większą pewność – także nowa odsłona kampanii terrorystycznej rosjan. Zdaje się, że nazwozili rakiet z lamusów z najodleglejszych zakątków „imperium” i próbują złamać Ukrainę, mordując i w ten sposób cywilów.

Co w związku z tym?

Nastał już czas, kiedy Zachód powinien znacząco wzmocnić potencjał ofensywny armii ukraińskiej – dostarczając jej dalekonośnych precyzyjnych rakiet, w tym pocisków manewrujących. Zdolnych również razić cele w moskwie. Wiem, że te ostatnie wymagają odpowiednich nośników, że integracja Jassmów z ukraińskimi samolotami to wyzwanie większe niż w przypadku rakiet Harm – ale czy niemożliwe? Jak mówią, „potrzeba matką wynalazku”. A nawet jeśli byłby to kłopot – ukraińskie efy szesnaste załatwiłyby sprawę.

Ale myślę też o Himarsach z najbardziej dalekonośnym „wkładem”. I pewnie znalazłoby się jeszcze kilka innych systemów uzbrojenia, które popsułyby humory rosjanom zamieszkałym w odległości kilkuset kilometrów od ukraińskiej granicy.

Nie mówię, by robić to, co ruskie – ładować po obiektach mieszkalnych. Barbarzyństwo niech pozostanie domeną dzikusów spod znaku dwugłowego orła (swoją drogą to znamienne, że nawet w warstwie symbolicznej rosja to upośledzony stwór). Ale instalacje wojskowe w miastach i pod nimi, elementy krytycznej infrastruktury – celów byłoby po korek.

Korzyści czysto militarne, sprowadzające się do dalszego osłabiania potencjału rosji, są oczywiste. Ale nie mniej istotny (a może ważniejszy?), byłby strach „zwykłych rosjan”, którym nagle zaczęłoby wybuchać pod nosem. Ów lęk zrujnowałby kremlowską opowiastkę o silnej i bezpiecznej rosji (a gros ruskich nadal w nią wierzy). Docelowo byłoby to niszczące dla trwałości putinowskiego reżimu, bo rosjanie wybaczą władzy niemal wszystko poza słabością w obliczu „tych z zewnątrz” (ehh, ta chora imperialna duma).

No więc dajmy Ukraińcom te rakiety! Dla NATO to minimalny wysiłek, a korzyści trudne do przecenienia. No i z czysto ludzkiej perspektywy byłby to krok właściwy. Mordowanie z oddali nie może bowiem pozostać bezkarne…

—–

Nz. Ulica w Kijowie/fot. Narodowa Policja Ukrainy

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Terror”

Tymczasem rosjanie i lokalni prorosyjscy aktywiści medialni nie odpuszczają. Trwa straszenie rosyjską potęgą, i trwa obrzydzanie Ukraińców oraz ich walki.

Schemat narracyjny sprowadzający się do atomowych pogróżek jest w ciągłym użyciu, ale – zdaje się – nie przynosi oczekiwanych efektów. Politycy i społeczeństwa Zachodu są chyba coraz bardziej impregnowani na rosyjski blef. Nie ma powszechnego strachu i nie ma panicznych reakcji – zarówno w wymiarze społecznym, jak i politycznym. Nie relacjonuję Wam jakichś pogłębionych badań, a efekty własnych eksploracji rozmaitych internetowych banieczek, niemniej intuicja socjologiczna podpowiada mi, że te wnioski można rozciągnąć poza strefę wirtualnej rzeczywistości. Szczególnie jeśli idzie o działania rządów, w których da się dojrzeć coraz twardszą, bardziej bezkompromisową postawę wobec rosji i moskwy. Zapach krwi zdychającego niedźwiedzia dociera nawet do najbardziej zapchanych nozdrzy…

Lecz jako się rzekło, walka trwa, więc trolle i wszelkiej maści „obiektywni” sprawozdawcy konfliktu wracają do „starych-dobrych” argumentów o sile rosyjskiej masy. Mój ulubiony wyraża się w tonie pełnej żalu przestrogi, że oto rosja „mentalnie i realnie zakończyła ‘Operację Specjalną’ i idzie na pełnowymiarową wojnę z Ukrainą”. Czyli jak żywo, teraz to rosjanie naprawdę zaczną i nam/światu/Ukraińcom pokażą. „Od Władywostoku do Kaliningradu, od Murmańska do Stawropola, w Groznym, w Ufie, Irkucku, Krasnojarsku i Rostowie pociągi i autokary wyruszają z mobilizowanymi mężczyznami. Żegnają ich na dworcach i placach odjazdów, żony, dzieci, rodziny. Wojskowe orkiestry grają na pożegnanie stary, bo z 1912 rosyjski marsz Wasyla Agapkina ‘Pożegnanie Słowianki’. Oczywiście nasze media tego nie pokażą, ale proszę wierzyć, robi to porażające wrażenie”, czytamy.

Boicie się już? Tej masy poważnych rosyjskich mężczyzn, którzy zimą – po „odpowiednim przygotowaniu” – wyruszą na front? Kto wie, może w rozpędzie podejdą aż pod Warszawę…

Co zaś się tyczy drugiego motywu narracji – mamy tu do czynienia z mało wybrednym rozgrywaniem zachodnich, w tym polskich, uprzedzeń. W tej części świata zamachy samobójcze automatycznie przywodzą skojarzenia z islamskim fundamentalizmem i terroryzmem. Uruchamiają psychologiczne mechanizmy, których skutkiem jest nagana i pogarda – bo przecież „cywilizowany człowiek w ten sposób nie walczy”. W rusnecie, ale i na naszych pachnących owijaczami do stóp profilach już wiedzą, co się wczoraj wydarzyło na moście krymskim. Mimo iż skutki eksplozji wskazują, że nie mogło do niej dojść na linii jezdni (był to wybuch POD mostem, nie podejmuję się rozważań o tym, jak został wywołany), „specjaliści” orzekli, że atak przeprowadził kierowca-samobójca wypełnionej materiałem wybuchowym ciężarówki. To zaś dowodzi desperacji Ukraińców – przede wszystkim ludzi, którzy posłali samobójcę na śmierć.

Skądinąd to śmieszno-straszne jest, gdy ruscy wypisują, że Ukraińcy to terroryści – gdy w tym samym czasie ich rakiety spadają na osiedla mieszkalne (jak dziś w nocy w Zaporożu). No ale do bombardowań obiektów cywilnych przez rosjan świat zdołał już przywyknąć, za to „terrorystyczny akt na moście”, jako coś świeżego, może przynajmniej na chwilę wywołać nieprzyjemne refleksje u Polaka czy innego zachodniaka. Gdyby takie się nie pojawiły, usłużni podrzucą, co trzeba. „Obym się mylił”, pisze jeden z nich, „ale nie można wykluczyć w przyszłości takich (terrorystycznych – dop. MO) ataków na rosyjskie elektrownie atomowe, pociągi i samoloty pasażerskie”.

Boicie się już – tym razem nieobliczalnych, niecywilizowanych Ukraińców?

PS. A propos nieobliczalności. W każdym normalnym kraju, po taki zdarzeniu jak wczoraj, przeprawa mostowa zostałaby poddana długotrwałym oględzinom i ekspertyzom – przed ponownym oddaniem jej do ruchu. Most krymski, w ograniczonym zakresie (ruch wahadłowy, po niezniszczonym pasie), otwarto jeszcze wczoraj wieczorem. Co jest ewidentnym naruszeniem zasad bezpieczeństwa. No ale ważniejsza jest propaganda i pokazanie, że „tak naprawdę nic wielkiego się nie stało”. A że ktoś przy tej okazji może zginąć? Eee, kto by się tym przejmował…

—–

Nz. Na froncie Ukraińcy nie odpuszczają72 ОМБр ім. Чорних Запорожців

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

(Nie)inność

rosja. Stu protestujących wieje przed jednym policjantem.

– Ej, a dlaczego my uciekamy? – reflektuje się niechętny mobilizacji demonstrant. – Przecież nas jest setka, a on jeden?

– A bo to wiadomo, komu przypierdoli? – odpowiada mu kolega, równie niechętny wysyłce na front.

I uciekają dalej…

Prezentowałem już kiedyś dowcip oparty o ten schemat (ich stu – on jeden). Zaadaptowałem go do potrzeb teraźniejszości, by łatwiej mi było zilustrować pewną kwestię. Mam rzecz jasna świadomość niepoprawności politycznej, ale nie zamierzam za to przepraszać. Ostatecznie rosjanie zasługują na nasze drwiny, co i tak jest łagodnym potraktowaniem za setki lat egzystencjalnego zagrożenia, jakie nam tu zgotowali. Ale ja nie o tym.

Ogłoszenie mobilizacji wywołało w rosji niemałą panikę. Pisałem o tym wczoraj, wspomnę więc dla porządku o tłumach na lotniskach i na granicach, które rosjanie jeszcze mogą przekraczać. Potencjalni poborowi wolą uciec niż dać się wcielić i trafić na front. Przy tej okazji mała historyczna dygresja. Tylko dwa procent żołnierzy armii czerwonej w 1945 roku stanowili weterani wcieleni do służby przed wybuchem wojny w czerwcu 1941 roku. Reszta poległa, została ranna lub trafiła do niewoli, co w większości przypadków i tak oznaczało śmierć. Między 1941 a 1945 rokiem zginęło co najmniej 12,5 mln czerwonoarmistów. Na 5 mln niemieckich żołnierzy zabitych podczas II wojny światowej, 4 mln ofiar przypada na front wschodni. Wschód (i „wschód”, bo przecież sowieci mieli nieco inną perspektywę geograficzną niż Niemcy) był przedsionkiem piekła. W relacjach rodzinnych – tej części mojej familii, która miała niemieckie korzenie – jeszcze długo po wojnie obecny był wątek bezbrzeżnego lęku przed posłaniem do rosji, z jakim mierzyli się męscy krewni. Babcia wspominała kiedyś o uldze – która spadła na rodzinę – gdy okazało się, że zmobilizowani brat i kuzyn zostali wysłani do Francji. Ten drugi i tak zginął, co jednak nie zmieniło wyobrażeń o piekielnym wschodzie. Sowieckie bestialstwo wobec cywilów – nieodłączny element towarzyszący przemarszowi armii czerwonej – tylko je ugruntowało.

Wróćmy do współczesności. Przez front ukraiński (z naszej perspektywy wschodni, dla rosjan raczej południowy), przewinęło się dotąd 400 tys. wojskowych z armii putina. 80 tys. zginęło, zostało rannych i kontuzjowanych, dostało się do niewoli. Innymi słowy, co piąty żołnierz został wyeliminowany z walki (przy czym jeńców jest tam garstka). Powiestki – wezwania mobilizacyjne – są zatem dla rosjan niczym zaproszenie do tańca z diabłem. Tak jak kiedyś były dla ich (pra)dziadków i (pra)dziadków dawnych wrogów. To wyroki śmierci lub kalectwa, obarczone ogromnym ryzykiem realizacji.

Nie dziwi mnie zatem „nie” dla mobilizacji, lecz na boga, stanowczo protestuję przed nazywaniem demonstrantów „obrońcami praw człowieka”. Zagotowało się we mnie, gdy po raz pierwszy – wczoraj wieczorem – zetknąłem się z tą frazą. Bo nie o prawa człowieka tu idzie, a prawo Andrieja czy innego Saszy do wygodnego życia. Gdzie byli ci wszyscy obrońcy do tej pory? Jakoś nie przeszkadzało im, że giną Ukraińcy, w tym kobiety i dzieci, a większość tych śmierci to efekt terrorystycznej kampanii oraz zwyczajnego łajdactwa. Obudzili się, gdy zawisło nad nimi, nad ich bliskimi, ryzyko wysyłki na śmierć. Ja to oczywiście rozumiem, bunt zaś wspieram (jak wszystko, co kruszy zręby tego pseudopaństwa), ale nazywajmy rzeczy po imieniu.

Z tego samego powodu (intelektualnej uczciwości) nie ulegajmy narracji o jakimś gwałtownym przebudzeniu – rosji/rosjan. To, co od wczoraj oglądamy, to reakcja zlęknionej wielkomiejskiej elity, która zdała sobie sprawę, że jej w miarę wygodne życie może zostać zaburzone. Dopóki ruchawki nie obejmą biednej prowincji, dopóty nie będzie to nic istotnego. Z dostępnych informacji wynika, że policja zatrzymała półtora tysiąca demonstrantów. Sporo? Cóż, to dziesięć procent protestujących, w 144-milionowym kraju…

Ale nie chcę utwierdzać Was w przekonaniu, że „ruskie są jakieś inne/dziwne”. Pozwólcie, że znów wspomogę się historią. Babcia mojej żony spędziła okupację w jednej z podkrakowskich wsi. Jako dziewczynka, potem nastolatka, przeżyła wojnę świadomie. Z jej wspomnień wyłania się obraz zupełnie inny od martyrologicznej wizji, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni. Niemców właściwie tam nie ma – od czasu do czasu do wsi przyjeżdżał policjant na rowerze. Taki dobroduszny pierdoła z mauzerem niezdarnie przewieszonym przez plecy, co to może i kiedyś – podczas poprzedniej wojny – zdolny był do jakichś heroicznych czynów, ale jako chłop pod pięćdziesiątkę myślał tylko o tym, żeby mieć święty spokój. Co jakiś czas do wsi wbijała większa grupa okupantów – po kontrybucje – i wówczas już tak sielsko nie było, niemniej wciąż mówimy o świecie zupełnie innym niż realia wielkich miast. Gdzie okupacja równała się bezpardonowemu terrorowi na niespotykaną wcześniej skalę. Ale w percepcji bohaterki mojej opowieści te miasta były daleko, dalekie też wydawały się wsie, które poddano brutalnym pacyfikacjom. Okupacyjny nadzór realizował ów nieszczęśnik na rowerze (nieszczęśnik, bo w końcu utłukli go partyzanci) oraz „strażnik w głowach” wieśniaków, który „przypominał im”, że Niemcy dysponują atutem przemocy i chętnie po niego sięgają.

Polska była krajem przyfrontowym, przez cały okres okupacji zmierzały nią nieprzebrane masy wojska, lecz do służby okupacyjnej oddelegowano tylko nieznaczną część niemieckich sił zbrojnych i aparatu bezpieczeństwa. Przez większość tego czasu na jednego hitlerowskiego funkcjonariusza przypadło dosłownie – jak w zacytowanym dowcipie – stu Polaków. A jednak dali się zastraszyć. Oczywiście, powstało podziemie, prowadzono akcję zbrojną, lecz wyzwolenie musiało przyjść z zewnątrz (na nieszczęście byli to sowieci).

W czasach PRL-u tylko w okresie stalinowskim mieliśmy do czynienia z powszechnym terrorem – później opresyjność systemu była już tylko niższa. Ale trwał, dzięki strategii terroru selektywnego. Nie było konieczności masowego gnębienia ludzi – wystarczyło, że raz na jakiś czas milicja obtłukła komuś twarz, ktoś trafił do pudła za „działalność antysystemową”, kto inny miał kłopoty (z pracą, z otrzymaniem mieszkania, z dostępem do jakichś dóbr). Ludzie wiedzieli, i bez spektakularnych akcji typu rozpędzona demonstracja czy strajk, że władza ma narzędzia do stosowania przemocy. I to wystarczało, by „karawana toczyła się dalej”. Sprzyjał temu naturalny konformizm – potrzeba zorganizowania sobie życia niezależnie od okoliczności, a choćby i z bagnetem przy dupie.

Tak naprawdę rosjanie nie realizują jakiejś etnicznie swoistej strategii życiowej – robią to, co (robiliby) inni. Z tą różnicą, że oni żyją w warunkach okupacji/zniewolenia od dawna. „Był czas przywyknąć”, wchłonąć normy wiernopoddaństwa do tego stopnia, że niemożnością wydają się inne reguły.

Na szczęście putinowskie imperium ufundowane jest na kłamstwie. Wojna w Ukrainie pokazała, że rzekoma reforma armii rosyjskiej była jedną wielką ściemą. Oszukiwano się nawzajem, trudno w tej chwili ocenić, kto kogo bardziej i kto w tym wszystkim miał większą świadomość realiów. putin, zdaje się, uwierzył, że biliony rubli wyłożone na zbrojenia dały mu wojsko na miarę XXI wieku. No i się przejechał. A upadłych mitów może być więcej. Armia jest zwykle wzorcową instytucją, świadczącą o sprawności państwa – jeśli więc ona nie działa, uprawnionym są podejrzenia, że aparat represji jest w podobnej kondycji.

Czy jest? rosjanie chyba tego nie wiedzą, nie wiem, czy chcą wiedzieć. Czy chcą sprawdzić, co się stanie, jak wrzucą „pierdołę na rowerze” do studni. Będzie to (byłoby!) co najmniej tak ważne jak ukraińskie zwycięstwa na froncie. Bez wewnętrznej presji to obrzydliwe gmaszysko się nie przewali.

—–

Nz. „Sprawdzam!” w odniesieniu do rosyjskiej armii przynosi takie skutki…/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Ból

Ależ ich to boli – ta porażka w charkowszczyźnie. Mam na myśli naszych użytecznych idiotów – cyfrowych aktywistów, usiłujących rozpowszechnić (pro)rosyjską narrację w mediach społecznościowych. Tłumaczę gamoniom, że to ból fantomowy, po czymś, czego dawno już nie ma – po potędze „anałoga-w-miru-niet” ruSSarmii.

Zjawisko jest oczywiście szersze, w największym natężeniu występuje w rosyjskiej info-sferze. Widać, że minął już pierwszy szok, przyszła trudna akceptacja dla faktów, której towarzyszy szukanie wyjaśnień (co oznacza również typowanie winnych). Są pytania „co teraz?” i odpowiedzi, z których zwykle wynika, że rosjanie nadal wierzą w możliwości swojej armii („klęski spadają na wszystkich, my potrafimy się z nich podnosić”). W związku z tym sporo jest nawoływań do zemsty, „zmiecenia Ukrainy z powierzchni Ziemi”. Głosów rozsądku próżno szukać w ilościach, które mogłyby się przełożyć na jakąś istotną jakość – zdaje się, że większość rosjan, przynajmniej tych aktywnych cyfrowo, nadal pragnie wojny.

Wracając do racjonalizacji – „walczymy z całym NATO”, to jedna z najpopularniejszych. Jest w tym mocny rys rosyjskiego rasizmu i ksenofobii, bo przecież armia wielkiej rosji nie może przegrać z „chochołami”, wieśniakami ze stepów. Sojusz zatem wydaje się godniejszym przeciwnikiem – w końcu to mnóstwo państw (domyślnie, rozwiniętych i bogatych – ale takie słowa „porządnemu” rosjaninowi nie zejdą z klawiatury). Jest w tym myśleniu logiczna pułapka – a może zwykła niekonsekwencja? – bo przecież „my jesteśmy w stanie pokonać wszystkich!”, przekonywali nie tak dawno ci sami propagandyści, blogerzy, lokalne i regionalne „autorytety opinii”. Ale pal licho, nie o tym chcę pisać.

„Walczymy z całym NATO”, to takie nasze „gloria victis”/chwała pokonanym, z tą różnicą, że myśmy naprawdę przyjmowali łupnia (gdy popularyzowano to hasło) od dużo silniejszych. A rosja pod Charkowem?

Prawdą jest, że ukraińskie dowództwo na bieżąco otrzymywało informacje ze zwiadu satelitarnego, co najpierw pomogło wytypować słabsze punkty rosyjskiej obrony, a później – niemal w czasie rzeczywistym – pozwalało obserwować reakcje wroga;
Prawdą jest, że działania ofensywne poprzedziły gry wojenne, prowadzone z udziałem natowskiej generalicji, przy użyciu natowskich narzędzi cyfrowych. Że na etapie przygotowania Ukraińcy mogli „walić jak w dym” z prośbami o rady, sugestie czy krytykę – przede wszystkim do Amerykanów, ale i Europejczycy nie pozostali obojętni;
Prawdą jest, że na froncie znalazło się sporo pochodzącego z natowskich krajów sprzętu i uzbrojenia, w tym eks-polskie czołgi;

Ale też prawdą jest:
… że Ukraińcy użyli do ataku zaledwie czterech, wedle innych źródeł pięciu brygad, czyli nie więcej niż 20 tys. ludzi;
… że wsparcie lotnicze, jakim dysponowali, było skromne;
… że w ostatecznym rozrachunku okazało się, iż w obszarze ich działań (rozszerzanym w miarę postępów) przebywało niemal 40 tys. rosjan i separatystów;
… że (o czym pisałem już wczoraj) nie były to tylko II-rzutowe i tyłowe jednostki, ale także istotne elementy gwardyjskiej armii pancernej.

Idźmy dalej. W kontrofensywie owszem, użyto oddziałów Legionu Międzynarodowego, ale miażdżąca większość kontyngentu to rdzenni Ukraińcy (swoją drogą, ciekaw jestem, ilu wśród nich było obywateli Ukrainy rosyjskiego pochodzenia. Dostępny materiał filmowy pozwala stwierdzić, że rosyjskojęzyczni żołnierze to oczywista-oczywistość ukraińskiej armii – wspominam o tym także dlatego, że dobrze pamiętam początki wojny w Donbasie, kiedy w rejon „operacji antyterrorystycznej” Kijów wysyłał przede wszystkim wojskowych ze środkowej i zachodniej Ukrainy). Jest to zatem nade wszystko ukraińskie zwycięstwo, osiągnięte relatywnie niedużym nakładem sił, przy nieznacznym wsparciu NATO. Informacja jest diabelnie ważna na wojnie, to fakt, ale ostatecznie największy wysiłek i tak pozostaje udziałem tych z pierwszej linii. To oni sprawili, że 20 tys. rosjan uciekło aż za granicę, do matuszki, oddając w kilka dni teren wcześniej wywalczony w krwawych dwumiesięcznych bojach. O niebotycznych ilościach porzuconego przy tej okazji sprzętu już tu pisałem.

Co znamienne, to głównie sprzętu żałują rosyjscy „racjonalizatorzy”. I nie chodzi tylko o najnowszą technikę – a trzeba przyznać, że Ukraińcy zdobyli kilka ciekawych gadżetów do walki radio-elektronicznej – ale też o czołgi, wozy bojowe i wszelkiej maści pojazdy logistyczne. W rosyjskiej narracji nie ma tego tak dużo, ale na tyle dużo, by złościć się na „dozbrajanie NATO”. Skądinąd śmieszne jest to złorzeczenie, gdy patrzy człowiek na zdjęcie zdobycznego, 50-letniego T-62, który wygląda tak, jakby zaraz miał się rozlecieć. O czym zresztą napisałem jednemu gamoniowi, dodając z dziką satysfakcją – w nawiązaniu do słów putina – że NATO tak naprawdę jeszcze nie zaczęło i pewnie nigdy nie będzie musiało. Bo sami Ukraińcy – wsparci ułamkiem potencjału Sojuszu (ułamek podkreśliłem) – najpewniej załatwią sprawę.

A skoro o putlerze mowa. Dziś – jak zapewne wielu z Was – oglądałem też zdjęcia prezydenta Zełenskiego z jego wizyty w Izjumie, a więc w strefie przyfrontowej. Nie pierwszy to raz, gdy ukraińska głowa państwa wizytuje żołnierzy. A co w tym czasie robi rosyjska? Zaszyła się w Soczi, z dala od Moskwy, czyżby przed czymś/kimś uciekając? Tak czy inaczej, putin swych żołnierzy na froncie nie odwiedzi, tchórze takich rzeczy nie robią.

—–

Nz. Wołodymyr Zełenski w Izjumie/fot. Офіс Президента України

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Ropuchy”

24 marca br. dowódca okupacyjnego garnizonu w Berdiańsku przecierał oczy ze zdumienia. W normalnych okolicznościach z położonej na wzniesieniu komendantury rozpościerał się doskonały widok na port. Tego ranka nadbrzeżne instalacje spowiły potężne kłęby dymu, co rusz rozlegał się dźwięk eksplodującej amunicji. Chwilę wcześniej duży okręt desantowy Floty Czarnomorskiej wyleciał w powietrze, a dwie inne jednostki (swoją drogą, zamówione i zbudowane w Polsce „ropuchy”) właśnie salwowały się ucieczką. Do dziś nie ma jasności, czego konkretnie użyli Ukraińcy – czy był to atak dywersantów czy uderzenie precyzyjnymi pociskami (rakietami Neptun, które kilka tygodni później posłały na dno flagowy krążownik „Moskwa”). Pewne jest, że w dniu poprzedzającym spektakularny pożar, w jednej z rosyjskich telewizji nadano krótki materiał z Berdiańska. Autor przechadzał się po placu składowym i z przejęciem opowiadał o masie wojskowego sprzętu, który na pokładach wspomnianych okrętów przypłynął właśnie z Krymu. Równie dobrze mógłby podświetlić zacumowane jednostki znacznikiem laserowym, używanym przy naprowadzaniu „inteligentnych” bomb…

Taki akapit popełniłem wczoraj. To wstęp do większego tekstu, którego obszerny fragment ukaże się w poniedziałek w papierze, a całość – jako jeden z rozdziałów – zawrę w swojej najnowszej książce. Przy okazji – jeśli chcecie pomóc w jej powstaniu, polecam Wam przycisk buycoffee.to u dołu wpisu.

Wracając do Berdiańska i ataku na rus-flotę – dziś rano doszły do mnie echa tamtego zdarzenia. Najpierw jednak – tytułem wprowadzenia – chciałbym zwrócić Waszą uwagę na nie najlepszą kondycję rosyjskiego przemysłu stoczniowego. Zaraz ktoś mi powie, że przecież wodują nowe jednostki. No tak, ale jakie? W jakich liczbach? I ile zajmuje ich budowa? No więc drobnicę i średniaki (w rosji nie powstaje nic o tonażu powyżej 10 tys. ton), niewiele, z opóźnieniami sięgającymi lat. O fatalnej terminowości i niskiej jakości napraw stoczniowych piszą nawet otwarcie branżowe rosyjskie media. Jako przykład degradacji możliwości niech posłuży ciężki krążownik rakietowy „Admirał Nachimow”, remontowany i modernizowany od… 23 lat. Z najświeższych doniesień wynika, że okręt ma wrócić do służby w przyszłym roku. Podobna sytuacja ma miejsce z krążownikiem lotniczym „Admirał Kuzniecow” – to ten dymiący „lotniskowiec”, który swego czasu można było oglądać na Morzu Śródziemnym, gdy próbował – wzorem amerykańskich jednostek – zabezpieczać lotniczo kontyngent lądowy w Syrii. Skończyło się na kilku katastrofach samolotów i powrotem na kolejny remont, który trwa od czterech lat. I którego końca nie widać. Przy okazji okręt przeszedł pożar (ahh te zaprószenia…), zatonął też dok pływający, w którym go umieszczono.

I mógłbym tak dużo i długo, ale nie w tym rzecz. 24 marca ogień strawił duży okręt desantowy „Saratow”, a uszkodzeniu uległy dwie mniejsze jednostki – „Kunikow” i „Nowoczerkawsk”, wspomniane „ropuchy”. Pięć miesięcy później okazuje się, że oba desantowce jednak nie wrócą do służby. I tu zaczyna się ciekawie, winę bowiem przypisują rosjanie… Polakom. Problemem nie są rzekomo zniszczenia wywołane pożarem (i nieumiejętność ich usunięcia), a wadliwe dysze silników wysokoprężnych, które rosyjska marynarka zakupiła w Polsce w 2019 roku. Diesle obnażyły swe słabości dopiero teraz, akurat na dwóch jednostkach poturbowanych w Berdiańsku. Inne „ropuchy”, wyposażone w te same podzespoły, pozostają sprawne. Z powodu sankcji nie ma możliwości zakupu jednostek napędowych w Polsce – skarżą się rosjanie.

Cóż, w tej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak oba desantowce zalać betonem i posadzić na dnie. Najlepiej koło „Moskwy”, będzie im raźniej.

—–

Nz. Berdiańsk w momencie ataku. Na pierwszym planie jedna z „ropuch”, w tle płonący „Saratow”.

Postaw mi kawę na buycoffee.to