(Nie)moc

Przed 24 lutego 2022 roku eksperci nie spodziewali się takiego przebiegu wojny powietrznej nad Ukrainą. „Sądziłem, że będzie jak w Zatoce Perskiej”, przyznaje mjr rez. pil. Michał Fiszer, analityk militarny. „Że dojdzie do zniszczenia obrony przeciwlotniczej, zdobycia przewagi powietrznej i regularnych uderzeń dużych ugrupowań lotniczych na cele w głębi Ukrainy”.

Taki scenariusz wydawał się logiczny również dlatego, że rosja latami budowała wizerunek swoich sił powietrznych jako nowoczesnej formacji. Pokazywano nowe samoloty, uzbrojenie precyzyjne i zaawansowane systemy celownicze. „Tymczasem część tej nowoczesności była iście »potiomkinowska«”, mówi Fiszer. „rosjanie chwalili się własnymi zasobnikami celowniczymi, a później wychodziło, że to »przepakowane« rozwiązania francuskie, które bez wsparcia serwisowego po prostu nie działały”.

Latanie w ciemno

Szybko okazało się, że rosyjskie problemy z opanowaniem przestrzeni powietrznej nad Ukrainą nie wynikają wyłącznie z jakości sprzętu. Ważniejsze były ograniczenia doktrynalne, organizacyjne i systemowe. rosjanie dysponowali stosunkowo nowoczesnymi samolotami i dużą liczbą pocisków, ale nie potrafili połączyć wszystkich elementów w spójną operację. „Ich działania były wyizolowane”, podkreśla ppłk rez. pil. Marcin Modrzewski, były dowódca 10 Eskadry Lotnictwa Taktycznego. „Brakowało synergii między lotnictwem, rozpoznaniem, walką radioelektroniczną, obroną przeciwlotniczą i wojskami lądowymi”.

W zachodnim modelu operacji lotniczej samoloty uderzeniowe nie działają samodzielnie. Towarzyszą im maszyny walki radioelektronicznej, wczesnego ostrzegania, platformy rozpoznawcze i wyspecjalizowane systemy zwalczania obrony przeciwlotniczej. Część samolotów nie atakuje celów naziemnych – ich zadaniem jest „oślepienie” przeciwnika, zakłócenie radarów i stworzenie bezpiecznego korytarza dla maszyn uderzeniowych.

rosjanie nie byli w stanie przeprowadzić takiej kampanii. Już w pierwszych dniach wojny stało się jasne, że mają ogromne problemy z lokalizowaniem ukraińskich radarów i zwalczaniem OPL. „Ich pociski przeciwradiolokacyjne często lądowały w przypadkowych miejscach”, mówi mjr Fiszer. „Momentami wyglądało to tak, jakby rosyjskie lotnictwo latało kompletnie w ciemno”.

Zdaniem ppłk Modrzewskiego, jednym z najlepszych przykładów rosyjskich problemów stała się bitwa o Hostomel. Pierwszego dnia wojny rosjanie próbowali przejąć strategiczne lotnisko pod Kijowem, desantując tam wojska śmigłowcami. Plan zakładał szybkie zabezpieczenie pasa startowego i przerzut kolejnych oddziałów ciężkimi Iłami-76. rosjanie próbowali jednak przeprowadzić operację powietrznodesantową bez wcześniejszego zdobycia panowania w powietrzu. „To było myślenie niemal dziewiętnastowieczne”, ocenia pułkownik. „NATO nigdy nie próbowałoby wykonywać takiej operacji bez wcześniejszego obezwładnienia obrony przeciwlotniczej przeciwnika i zabezpieczenia przestrzeni powietrznej”. Nieniepokojeni „z góry” Ukraińcy odzyskali kontrolę wokół lotniska. Ił-76 nie wylądowały w Hostomlu, a rosyjski plan zajęcia Kijowa – mający prowadzić do błyskawicznego zakończenia kampanii – spełzł na niczym.

Zaczęły też wychodzić na jaw problemy z kontrolą własnej przestrzeni powietrznej i wymianą danych między poszczególnymi elementami rosyjskiego systemu walki. „Jeśli dochodzi do sytuacji, w której własna obrona przeciwlotnicza zestrzeliwuje samolot wczesnego ostrzegania A-50, to jakość systemu »swój-obcy« jest wątpliwa, a świadomość sytuacyjna niska”, mówi Marcin Modrzewski.

Wojna na dystans

Długo by wymieniać inne słabości, dość że ukraińskie zestawy S-300, Buk, a później także zachodnie Patrioty czy NASAMS-y szybko odebrały rosjanom zdolność do prowadzenia głębokich operacji nad Ukrainą. Ale i Ukraińcy nie mogli pozwolić sobie na głębokie loty. „rosjanie mają gęsty, warstwowy system obrony przeciwlotniczej”, opowiada Michał Fiszer. „Do tego dochodzą MiG-31 uzbrojone w pociski R-37M. To są rakiety, które mogą razić cele z odległości 200 km”. Ukraińskie lotnictwo musi więc działać bardzo ostrożnie nawet daleko od linii frontu. Jego aktywność potrafi ograniczyć już samo pojawienie się rosyjskich myśliwców dyżurujących nad własnym terytorium. „Ukraińskie maszyny były zestrzeliwane z ogromnych odległości”, mówi Fiszer. „Pilot często nawet nie miał świadomości, skąd odpalono rakietę”.

W efekcie obie strony zaczęły razić się z odległości, przy użyciu rakiet i pocisków manewrujących. Zdecydowaną przewagę wciąż mają tu rosjanie, dysponujący lotnictwem strategicznym, zdolnym atakować cele głęboko znad terytorium rosji, oddalone nawet o 2,5 tys. km. Z tym że takie ataki wymierzone są w infrastrukturę krytyczną – decydują o tym koszty i ograniczona podaż „inteligentnych” systemów broni. Frontowa „młócka” wymaga zaś tańszych rozwiązań. Tak narodziła się jedna z najważniejszych adaptacji tej wojny: masowe użycie bomb szybujących, pozwalających na wsparcie wojsk lądowych z bezpieczniejszego dystansu. Proces zainicjowali rosjanie. Stare bomby FAB zaczęli wyposażać w moduły UMPC – rozkładane skrzydła i systemy nawigacji satelitarnej. Dzięki temu ciężka, pierwotnie niekierowana bomba mogła zostać zrzucona nawet kilkadziesiąt kilometrów od celu. Sama technika ataku jest nieco archaiczna – rosyjskie samoloty lecą nisko, próbując ukryć się przed radarami i skrócić czas przebywania w zasięgu ukraińskiej OPL. „Maszyna praktycznie »kosi ziemię«, potem robi gwałtowną górkę, wykonuje zrzut i natychmiastowy zakręt z odejściem”, opisuje Fiszer. Pilot nie widzi celu, bomba leci na zaprogramowane współrzędne. „Te bomby są bardzo skuteczne”, mówi Fiszer. „Dobrze przygotowany schron trudno zniszczyć dronem, ale bomba szybująca potrafi zmieść takie stanowisko z powierzchni ziemi”.

Masowe użycie bomb szybujących stało się jednym z najważniejszych elementów rosyjskiej taktyki w latach 2023–2025.

Prawdziwą rewolucję przyniosło jednak masowe użycie systemów bezzałogowych – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w najnowszym wydaniu „Polski Zbrojnej”. Materiał – poza częścią opisową dotyczącą przebiegu wojny powietrznej nad Ukrainą – odnosi się również do popularnego argumentu, wedle którego dronizacja doprowadziła do „końca klasycznego lotnictwa”. Tej opinii często towarzyszy refleksja, że NATO nie jest gotowe na konflikt z rosją – do czego odnoszą się moi rozmówcy. W czerwcowy numerze „PZ” znajdziecie także mój drugi tekst, poświęcony hipotetycznej obronie krajów nadbałtyckich w razie agresji rosji. Magazyn jest dostępny w sprzedaży w salonikach prasowych, e-wersję możecie nabyć pod tym linkiem. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. rosyjska bomba szybująca FAB 3000 z modułem UMPC/fot. mofr

Gripeny

Premier Szwecji Ulf Kristersson i prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski ogłosili dziś porozumienie obronne, w ramach którego Ukraina otrzyma m.in. myśliwce Saab JAS 39 Gripen. Według ujawnionych informacji na przełomie tego i przyszłego roku nad Dniepr trafi 16 używanych Gripenów wersji C/D, a równolegle Kijów chce kupić 20 nowych Gripenów E/F – z dostawą do 2030 roku. Docelowo ukraińskie siły powietrzne chciałyby pozyskać flotę liczącą ponad sto takich maszyn.

To nie jest przypadkowy wybór. Wojna w Ukrainie brutalnie zweryfikowała wiele wcześniejszych wyobrażeń o nowoczesnym konflikcie – ale wbrew obiegowym opiniom nie udowodniła, że lotnictwo straciło znaczenie. Przeciwnie. Samoloty nadal pozostają jednym z kluczowych narzędzi wojny, tyle że używanym inaczej niż podczas amerykańskich operacji przeciw słabszym przeciwnikom.

rosja do dziś nie zdobyła przewagi w powietrzu, co samo w sobie jest jedną z największych porażek Kremla. Jednocześnie jednak rosyjskie lotnictwo nadal odgrywa ważną rolę – przede wszystkim jako nosiciel uzbrojenia dalekiego zasięgu. Najlepiej pokazuje to użycie bomb szybujących FAB z modułami UMPK. rosyjskie samoloty nie muszą wlatywać nad cele. Wystarczy, że zbliżą się do linii frontu, zrzucą bombę spoza zasięgu części ukraińskiej obrony przeciwlotniczej i zawrócą. Ładunek doszybuje we wskazane miejsce – a zwykle jest to cel, którego nie da się zniszczyć przy użyciu dronów, taki jak solidnie okopany schron czy bunkier.

I m.in. dlatego Ukraina tak mocno naciska na nowe myśliwce. Nie po to, by urządzać efektowne pojedynki powietrzne, lecz by odsuwać rosyjskie samoloty od linii frontu i utrudniać bombardowania FAB-ami. Samoloty są też potrzebne do wzmocnienia własnej obrony przeciwlotniczej, by chronić logistykę i miasta. Wielu z nas umyka fakt, że duża część rosyjskich rakiet i pocisków manewrowych jest dziś zestrzeliwana przez samoloty bojowe. I wreszcie maszyny tego typu są potrzebne do ataków na wysokowartościowe cele na rosyjskich tyłach, przy użyciu pocisków powietrze-ziemia (takich jak Storm Shadow), wciąż znacznie bardziej efektywnych niż najcięższe, najszybsze i mające największy zasięg drony.

I tu pojawia się problem – poradziecka flotylla już Ukraińcom w dużej mierze „wyszła” – zużyła się, została stracona. A pozyskane z Zachodu F-16 (i nieliczne francuskie Mirage) nie wystarczą. Większość przekazywanych Ukrainie maszyn to używane egzemplarze z Danii, Holandii, Belgii czy Norwegii. To samoloty wielokrotnie modernizowane, ale jednocześnie mające za sobą dekady służby i duży nalot. W czasie pokoju mogłyby latać jeszcze długo. Jednak wojna oznacza zupełnie inne tempo eksploatacji: częste alarmowe starty, loty na małych wysokościach, wysokie przeciążenia, no i trudniejsze (zaimprowizowane!) warunki serwisowania. To wszystko błyskawicznie zużywa płatowce, silniki i awionikę.

Do tego dochodzi problem skali. Nawet jeśli Ukraina otrzyma już wszystkie z ponad 80 obiecanych F-16, realnie liczba gotowych do walki maszyn zawsze będzie niższa. Część samolotów będzie używana do szkolenia, część trafi do remontów, część zostanie utracona lub rozebrana na części zamienne. Tymczasem wojna trwa, a ukraińskie lotnictwo musi myśleć nie tylko o najbliższych miesiącach, ale i o kolejnych latach. A mając w perspektywie zapewne niespokojne powojnie – także i dekadach.

Gripen jest dla Ukrainy atrakcyjny właśnie dlatego, że projektowano go z myślą o wojnie z rosją. Szwedzi zakładali scenariusz, w którym lotniska będą regularnie atakowane rakietami, a lotnictwo będzie zmuszone do działania z rozproszonych baz i prowizorycznych pasów startowych. Dlatego Gripen jest relatywnie tani w eksploatacji, wymaga mniejszego zaplecza technicznego, bez trudu może operować z dróg i improwizowanych lotnisk, ma bardzo krótki czas obsługi między lotami. Dla Ukrainy to cechy bezcenne.

Nie bez znaczenia pozostaje też kwestia uzbrojenia. Ukraińcy liczą szczególnie na integrację Gripenów z pociskami MBDA Meteor, uznawanymi dziś za jedne z najgroźniejszych rakiet powietrze–powietrze dalekiego zasięgu. Tego rodzaju uzbrojenie mogłoby zmusić rosyjskie lotnictwo do jeszcze większego odsunięcia się od frontu, utrudniając ataki bombami szybującymi.

W praktyce Ukraina zaczyna więc budować nie „tymczasowe lotnictwo na czas wojny”, ale przyszłe zwesternizowane siły powietrzne. W takim ujęciu F-16 są „szybkim pomostem” i natychmiastowym wzmocnieniem. Gripeny – bardziej odporną i tańszą w utrzymaniu platformą do działania w realiach obecnej, ale i przyszłej wojny z rosją.

Nie zżymajmy się więc, że Ukraińcy „także w lotnictwie idą w sprzętowy misz-masz”, bo z ich perspektyw to bardzo logiczne wyjście.

Aha, i nie dajmy się zwieść ukrainosceptykom, którzy podnoszą argument finansowy, prowokacyjnie pytając, kto za to zapłaci. No my zapłacimy, drodzy państwo – Ukraina zakup Gripenów chce sfinansować ze środków pozyskanych od europejskich sojuszników, a więc również i od nas. Tyle że to żaden gest czy marnotrawstwo, a inwestycja – nie ma obecnie bowiem, i zapewne długo jeszcze nie będzie, dla Polski lepszego gwaranta bezpieczeństwa niż ukraińska armia. To ona trzyma rosję za gardło…

PS. Ukraińscy piloci i personel techniczny od dawna szkolą się w Szwecji, zatem pozyskane za kilka miesięcy maszyny szybko wejdą do walki.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Gripen/fot. Saab

Przestrzeń

rosja „od zawsze” była przekonana, że ma coś, co gwarantuje jej przetrwanie – przestrzeń. Ogromne terytorium miało amortyzować uderzenia przeciwnika, rozciągać jego linie zaopatrzenia i kupować czas potrzebny na mobilizację. W tej logice nawet najdotkliwszy cios nie był rozstrzygający, bo zanim agresor dotarł do kluczowych ośrodków, jego potencjał zdążył się wyczerpać. Dziś ten sposób myślenia coraz wyraźniej zderza się z rzeczywistością.

Ukraińskie uderzenia dronowe na infrastrukturę w Tuapse nad Morzem Czarnym czy w Permie – setki, a nawet ponad tysiąc kilometrów od linii frontu – pokazują, że „bezpieczne zaplecze” przestaje istnieć. Zwłaszcza że to już nie są incydentalne rajdy, lecz element systematycznej kampanii, która sięga w głąb rosyjskiego terytorium. W efekcie dystans, przez lata uznawany za strategiczny bufor, traci swoją ochronną funkcję. Głębia przestaje być tarczą – staje się iluzją.

—–

Jeszcze niedawno rosyjskie zaplecze przemysłowe uchodziło za względnie bezpieczne. Kluczowe instalacje – rafinerie, zakłady zbrojeniowe, węzły logistyczne – znajdowały się setki, a często tysiące kilometrów od potencjalnego przeciwnika. W praktyce oznaczało to, że ich neutralizacja wymagałaby użycia najbardziej zaawansowanych i kosztownych środków rażenia, dostępnych tylko dla największych potęg militarnych. Dla Ukrainy, pozbawionej tych technologii, był to scenariusz czysto teoretyczny.

Sytuacja zmieniła się wraz z upowszechnieniem bezzałogowych systemów uderzeniowych dalekiego zasięgu. Drony nie oferują siły niszczenia porównywalnej z pociskami manewrującymi czy lotnictwem strategicznym, ale nadrabiają to dostępnością, skalą użycia i elastycznością. Mogą być wysyłane falami, atakować z różnych kierunków i zmuszać obronę powietrzną do ciągłego reagowania. W efekcie nawet dobrze chronione obiekty przestają być w pełni bezpieczne.

Właśnie ta zmiana – z uderzeń punktowych na ciągłą presję – ma dziś kluczowe znaczenie. Ukraińskie ataki na infrastrukturę energetyczną i przemysłową rosji nie muszą prowadzić do spektakularnych zniszczeń, by przynosić wymierne efekty. Wystarczy, że powodują przerwy w pracy zakładów, wymuszają kosztowne naprawy i angażują zasoby, które w innym przypadku mogłyby zostać wykorzystane na froncie. Wojna zaczyna w ten sposób obejmować całe terytorium państwa, a nie tylko jego strefę przyfrontową.

To z kolei rodzi problem, którego rosja nie doświadczała na taką skalę od dekad. Ochrona ogromnego obszaru staje się zadaniem skrajnie kosztownym i organizacyjnie trudnym. Każdy dodatkowy obiekt wymagający zabezpieczenia oznacza konieczność rozproszenia systemów obrony powietrznej, a więc osłabienia ich skuteczności. W praktyce nie sposób stworzyć szczelnej tarczy nad całym państwem – można jedynie wybierać, co chronić w pierwszej kolejności.

W efekcie zmienia się sama logika bezpieczeństwa. Dystans przestaje gwarantować ochronę, a zaczyna generować nowe ryzyka. Im dalej od frontu znajduje się dany obiekt, tym większe było dotąd przekonanie o jego bezpieczeństwie – i tym większe są dziś konsekwencje jego trafienia. Uderzenia w głębi kraju mają więc znaczenie nie tylko operacyjne, ale i symboliczne: podważają poczucie kontroli nad własnym terytorium i pokazują, że wojna nie ma już wyraźnej linii oddzielającej „front” od „zaplecza”.

—–

Tym bardziej uderzający jest kontrast z doświadczeniem II wojny światowej. W 1941 roku, po niemieckiej inwazji, Związek Sowiecki stanął w obliczu katastrofy – utraty ogromnych obszarów, w tym najważniejszych regionów przemysłowych. Odpowiedzią była operacja na niespotykaną skalę: ewakuacja setek zakładów na wschód, przede wszystkim za Ural. Fabryki demontowano, przewożono tysiące kilometrów i wznawiano produkcję w nowych lokalizacjach, poza zasięgiem niemieckiego lotnictwa.

Ten wysiłek nie tylko uratował potencjał przemysłowy państwa, ale stał się jednym z fundamentów sowieckiego zwycięstwa. Produkcja uzbrojenia – czołgów, dział, amunicji – mogła być kontynuowana mimo dramatycznej sytuacji na froncie. Przestrzeń działała jak realna tarcza: oddzielała zaplecze od wojny, dawała czas i pozwalała odbudowywać zdolności.

Dziś taki scenariusz jest w praktyce nie do powtórzenia. Nie dlatego, że rosja utraciła swoją rozległość – lecz dlatego, że przestała ona pełnić dawną funkcję ochronną. W warunkach, w których środki rażenia są w stanie pokonać setki i tysiące kilometrów, nie istnieje już oczywista linia oddzielająca „bezpieczne tyły” od strefy zagrożenia.

Oznacza to fundamentalną zmianę: państwo nie może już zakładać, że jego kluczowe zdolności da się po prostu „odsunąć” od przeciwnika. Zaplecze przemysłowe, infrastruktura energetyczna czy system logistyczny pozostają w zasięgu oddziaływania – niezależnie od tego, jak daleko znajdują się od frontu. To nie tylko problem militarny, ale strukturalny: wymusza zupełnie inne myślenie o organizacji państwa w warunkach wojny.

W praktyce rosja musi mierzyć się z problemem, który wcześniej dotyczył raczej państw mniejszych i bardziej narażonych na presję militarną: jak chronić całe swoje terytorium, a nie tylko linię frontu. Oznacza to konieczność rozbudowy systemów obrony powietrznej, ochrony infrastruktury krytycznej oraz tworzenia zapasowych rozwiązań w kluczowych sektorach gospodarki. Każde z tych działań generuje jednak ogromne koszty i wymaga zasobów, które jednocześnie są potrzebne do prowadzenia działań bojowych.

—–

Tu ujawnia się paradoks rosyjskiej sytuacji. Im większe państwo, tym więcej obiektów wymaga ochrony – a więc tym trudniej zapewnić im skuteczną osłonę. Rozproszenie systemów obronnych obniża ich efektywność, koncentracja – zostawia luki w innych miejscach. W efekcie nie da się uniknąć ryzyka: można je jedynie ograniczać i zarządzać jego skutkami.

To z kolei wpływa na sposób prowadzenia wojny. Zasoby, które mogłyby zostać przeznaczone na działania ofensywne, są kierowane na zabezpieczanie zaplecza. rosja musi angażować środki w obronę rafinerii, baz paliwowych, zakładów przemysłowych czy węzłów transportowych – czyli elementów, które dotąd funkcjonowały względnie spokojnie, poza bezpośrednim zasięgiem przeciwnika. W ten sposób wojna zaczyna „zużywać” potencjał państwa na znacznie większą skalę niż wcześniej.

Nie oznacza to oczywiście, że rosja traci wszystkie atuty wynikające ze swojej wielkości. Wciąż dysponuje znaczącymi zasobami, rozbudowanym przemysłem i możliwością rozproszenia produkcji. Jednak sama przestrzeń przestaje być wystarczającą gwarancją bezpieczeństwa. Coraz większe znaczenie ma zdolność do funkcjonowania pod uderzeniami – utrzymania ciągłości produkcji, naprawy uszkodzeń, adaptacji systemu do warunków ciągłego zagrożenia.

W tym sensie rosyjskie doświadczenia z wojny w Ukrainie mają wymiar szerszy niż tylko regionalny. Pokazują, że w XXI wieku granica między frontem a zapleczem zaciera się. Głębia strategiczna nie znika – ale przestaje być kwestią kilometrów. Staje się sprawdzianem odporności państwa: jego zdolności do przetrwania, działania i odtwarzania strat mimo ciągłych uderzeń przeciwnika.

—–

O nowoczesnym pojmowaniu „głębi strategicznej” napisałem oddzielny tekst, który ukaże się w majowym numerze „Polski Zbrojnej” – już dziś zapraszam Was do lektury.

Szanowni, zmykam na 10-dniowy urlop – potrzebuję go jak sucha ziemia wody, bo zwłaszcza w ostatnich dniach chodzę już na rzęsach. Tak więc odmeldowuję się i do zobaczenia na łączach po 10-tym maja. Gdybyście w tym czasie zechcieli wesprzeć moją publicystkę – wszak piszę także dzięki Wam! – polecam Waszej uwadze przyciski poniżej. Zwłaszcza ten „kawowy”, bo tam ostatnio niemal nic się nie dzieje.

No więc tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Grafika ilustracyjna – poprosiłem o pomoc AI, bo nie mam własnego, stosownego zdjęcia.

Supremacja?

Amerykańska potęga militarna pozostaje bezdyskusyjna, jednak wojna z Iranem pokazuje, że sama przewaga nie gwarantuje szybkiego rozstrzygnięcia. Model oparty na dominacji powietrznej i precyzyjnych uderzeniach, sprawdzony w konfliktach z przeciwnikami słabszymi i mniej elastycznymi, w starciu z państwem przygotowanym na długotrwałą konfrontację traci swoją „automatyczną” skuteczność.

Kampanie powietrzne nadal pozwalają niszczyć kluczowe cele, ale coraz rzadziej przynoszą trwały efekt. Przeciwnik zdolny do rozproszenia zasobów, ukrycia infrastruktury i jej szybkiego odtwarzania jest w stanie utrzymywać ciągłość działań mimo ponoszonych strat. W praktyce oznacza to konieczność powtarzania uderzeń i prowadzenia stałej presji zamiast jednorazowego przełamania. Współczesna wojna coraz częściej polega nie na „wyłączeniu” przeciwnika, lecz na długotrwałym ograniczaniu jego zdolności – procesie kosztownym i rozciągniętym w czasie. Doświadczenia wojny w Ukrainie pokazują, że nawet intensywne kampanie uderzeń mogą nie przynieść szybkiego efektu i wymuszają działania rozpisane na lata.

Jednocześnie rośnie znaczenie ekonomiki działań. Amerykańska przewaga opiera się na systemach zaawansowanych i kosztownych, podczas gdy przeciwnik wykorzystuje środki tanie i masowe – drony, amunicję krążącą czy proste rakiety. Powstaje asymetria, w której utrzymanie przewagi generuje wysokie koszty, a szczególnie widoczne jest to w obronie powietrznej, gdzie neutralizacja tanich środków napadu wymaga użycia znacznie droższych systemów.

Dodatkowym wyzwaniem jest charakter samego systemu operacyjnego USA. Jego siłą pozostaje integracja – zdolność do działania jako spójna całość obejmująca rozpoznanie, dowodzenie i logistykę. Ta sama cecha staje się jednak źródłem podatności. Zakłócenie pojedynczych, kluczowych elementów – takich jak systemy wczesnego ostrzegania czy komponenty wsparcia – może wyraźnie obniżyć efektywność całego systemu i wymuszać dodatkowe zaangażowanie zasobów w ich ochronę.

W efekcie przewaga technologiczna nie znika, ale coraz rzadziej ma charakter rozstrzygający. Coraz większe znaczenie mają odporność systemu, zdolność do działania w warunkach długotrwałej presji oraz relacja koszt–efekt.

—–

Wnioski z tej wojny są dla USA dość oczywiste – pytanie brzmi, czy zostaną przełożone na praktykę.

Po pierwsze, konieczna jest budowa najniższego piętra obrony powietrznej, zdolnego do zwalczania tanich i licznych środków napadu. Oznacza to rozwój systemów działających masowo i przy zachowaniu korzystnej relacji koszt–efekt – od tanich interceptorów po broń energetyczną.

Po drugie, zmiany wymaga sama ekonomika prowadzenia działań. Amerykański model opiera się dziś w dużej mierze na niewielkiej liczbie bardzo zaawansowanych, a więc kosztownych platform i systemów uzbrojenia. W warunkach konfliktu o wysokiej intensywności i dużej skali oznacza to ograniczoną „gęstość” siły oraz wysoką wrażliwość na straty.

Coraz wyraźniej widać, że konieczne jest uzupełnienie tego modelu o komponent masowy – większą liczbę prostszych, tańszych środków, które mogą być używane w sposób ciągły i odtwarzane bez istotnego wpływu na całość potencjału. Dotyczy to zarówno bezzałogowców, jak i amunicji precyzyjnej czy systemów obronnych.

Nie oznacza to rezygnacji z przewagi technologicznej, lecz jej uzupełnienie. Przyszłe pole walki będzie premiowało nie tylko jakość, ale również skalę – zdolność do działania w sposób długotrwały i odporny na zużycie.

Po trzecie, konieczne jest zmniejszenie zależności od pojedynczych, kluczowych elementów systemu. Dziś utrata jednego samolotu wczesnego ostrzegania może wyraźnie ograniczyć możliwości prowadzenia operacji.

Rozwiązaniem jest większe rozproszenie zdolności – więcej platform, większa liczba sensorów i alternatywnych kanałów dowodzenia. Chodzi o to, by utrata jednego elementu nie przekładała się na spadek efektywności całego systemu.

Wreszcie, zmiany wymaga także sposób myślenia o wojnie. Model oparty na szybkim przełamaniu i decydującym uderzeniu coraz rzadziej znajduje zastosowanie. W jego miejsce pojawia się potrzeba prowadzenia działań długotrwałych, rozproszonych i nastawionych na stopniowe ograniczanie zdolności przeciwnika.

Oznacza to konieczność przygotowania państwa i sił zbrojnych na konflikt o innym charakterze: zdolność do utrzymania wysokiego tempa operacji przez długi czas, większe zapasy uzbrojenia i amunicji, sprawnie działający przemysł zdolny do ich szybkiego uzupełniania oraz system dowodzenia przystosowany do działania w warunkach ciągłych zakłóceń. Innymi słowy, wojna przestaje być krótkim wysiłkiem ekspedycyjnym, a staje się testem trwałości całego systemu państwa.

To jest lekcja z Iranu, którą muszą odrobić w Waszyngtonie.

USA nie stoją wobec wyzwania bez precedensu – podobnej transformacji dokonały już w czasie II wojny światowej, gdy o wyniku konfliktu decydowała nie tylko bieżąca siła armii, lecz zdolność państwa do jej długotrwałego utrzymania.

Rozważania na ten temat, w bardziej rozbudowanej formie, opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego tekstu.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Amerykański bombowiec strategiczny B-52, symbol militarnej potęgi USA/fot. USAF, domena publiczna

Chłopiec

Pięć tygodni intensywnych działań zbrojnych na Bliskim Wschodzie przyniosło obraz konfliktu inny, niż sugerowałyby klasyczne porównania potencjałów militarnych. USA i ich sojusznicy dysponują przytłaczającą przewagą technologiczną, operacyjną i logistyczną. A jednak wojna nie została rozstrzygnięta po myśli Waszyngtonu, a Iran – mimo strat – nie utracił zdolności do prowadzenia działań ofensywnych.

To zasadniczy punkt wyjścia: Teheran nie prowadzi wojny, której celem byłoby pokonanie przeciwnika w klasycznym, symetrycznym starciu. Od lat buduje raczej zdolność do przetrwania pierwszego uderzenia, utrzymania ograniczonej projekcji siły oraz stopniowego podnoszenia kosztów konfliktu do poziomu politycznie trudnego do zaakceptowania przez przeciwnika.

W tym sensie obecna wojna nie tyle obala mit amerykańskiej dominacji militarnej, ile pokazuje jej ograniczenia w starciu z państwem przygotowanym na konflikt długotrwały, rozproszony i prowadzony wielodomenowo. Iran nie jest równorzędnym rywalem dla USA – ale nie jest też przeciwnikiem, którego można szybko „wyłączyć” za pomocą kampanii powietrznej i uderzeń precyzyjnych.

To właśnie ta zdolność – przetrwania, adaptacji i selektywnego zadawania strat – stanowi fundament irańskiej strategii. I to ona pozwala zrozumieć, dlaczego po kilku tygodniach wojny Teheran nadal pozostaje aktywnym uczestnikiem konfliktu. Przyjrzyjmy się jej dokładniej.

—–

Najbardziej oczywistym, ale wciąż kluczowym filarem irańskich zdolności militarnych pozostaje rozbudowany arsenał rakietowy. Teheran od lat inwestuje w środki rażenia zdolne do uderzeń na dystansach obejmujących całe terytorium Bliskiego Wschodu – od baz amerykańskich w rejonie Zatoki Perskiej po Izrael. Co istotne, nie chodzi wyłącznie o parametry techniczne pojedynczych systemów, lecz o skalę i strukturę całego potencjału.

Irańska doktryna zakłada użycie rakiet w sposób masowy i zróżnicowany – od pocisków balistycznych po manewrujące – tak, aby przeciążyć systemy obrony przeciwrakietowej przeciwnika. W praktyce oznacza to zdolność do prowadzenia uderzeń saturacyjnych, w których skuteczność nie wynika z precyzji każdego pojedynczego trafienia, lecz z liczby środków ataku i trudności ich jednoczesnego przechwycenia.

Dotychczasowy przebieg wojny potwierdza, że potencjał ten nie został zneutralizowany mimo intensywnych nalotów. Nawet jeśli część infrastruktury i zapasów została zniszczona, Iran nadal dysponuje zdolnością do przeprowadzania ograniczonych, ale powtarzalnych uderzeń. To z kolei oznacza, że przeciwnik nie osiągnął jednego z kluczowych celów kampanii powietrznej – trwałego „wyzerowania” zdolności ofensywnych Teheranu.

Utrzymanie tych zdolności nie byłoby jednak możliwe bez drugiego, mniej widowiskowego, lecz równie istotnego elementu – rozbudowanej infrastruktury podziemnej. Iran od dekad rozwija sieć tuneli, ukrytych magazynów i stanowisk startowych, często ulokowanych w terenach górzystych. Ich funkcją jest nie tylko ochrona sprzętu przed uderzeniami z powietrza, ale również zapewnienie możliwości jego rozproszenia i przetrwania pierwszej fazy konfliktu.

W efekcie nawet wysoce skuteczna kampania lotnicza nie jest w stanie jednorazowo zniszczyć całego potencjału przeciwnika. Część wyrzutni pozostaje ukryta, część może być relokowana, a część – odtwarzana w krótkim czasie. Taki model znacząco wydłuża konflikt i zmusza stronę dominującą technologicznie do prowadzenia kosztownej, wieloetapowej operacji zamiast szybkiego, decydującego uderzenia.

Połączenie masowego arsenału rakietowego z jego rozproszeniem i ukryciem tworzy efekt, który można określić jako odporność operacyjną. Iran nie musi utrzymywać pełnej sprawności wszystkich systemów – wystarczy, że zachowa ich część, zdolną do regularnego zadawania strat i podtrzymywania presji. To z kolei wpisuje się w szerszą logikę tej wojny: nie chodzi o dominację na polu walki, lecz o uniemożliwienie przeciwnikowi osiągnięcia szybkiego i jednoznacznego rozstrzygnięcia.

—–

Uzupełnieniem potencjału rakietowego są bezzałogowe statki powietrzne, które stały się jednym z najbardziej charakterystycznych elementów irańskiej projekcji siły. Ich znaczenie wynika przede wszystkim z relacji koszt–efekt. Iran rozwija systemy relatywnie tanie, proste i możliwe do produkcji w dużych liczbach, co przekłada się na zdolność do prowadzenia ataków saturacyjnych. Ich celem nie zawsze jest bezpośrednie niszczenie obiektów, lecz zmuszanie przeciwnika do zużywania znacznie droższych środków obrony.

I tak dochodzi do odwrócenia klasycznej logiki przewagi technologicznej. Zaawansowane systemy obrony pozostają skuteczne, ale ich użycie jest kosztowne, podczas gdy strata pojedynczego drona ma dla Iranu znaczenie marginalne. W dłuższej perspektywie wciąga to przeciwnika w kosztowną wojnę na wyniszczenie.

Drony pełnią przy tym nie tylko funkcję uderzeniową, ale również rozpoznawczą – pozwalają wskazywać cele, testować reakcje obrony i identyfikować słabe punkty systemu. To właśnie na tej podstawie możliwa jest koncentracja na celach wysokiej wartości. Teheran nie dąży do maksymalizacji zniszczeń, lecz do uderzeń w elementy kluczowe dla funkcjonowania całego systemu – rozpoznania, dowodzenia i łączności.

Przykładem takiego podejścia jest zniszczenie amerykańskiego samolotu typu AWACS – powietrznego centrum zarządzania walką i jednego z kluczowych elementów systemu dowodzenia. Tego typu uderzenia nie muszą być częste, by znacząco obniżyć efektywność operacyjną przeciwnika, wydłużyć czas reakcji i zwiększyć ryzyko błędów.

W tę samą logikę wpisuje się także irańskie „polowanie” na latające cysterny. Bez nich lotnictwo USA, operujące na dużych dystansach, traci zdolność do utrzymania wysokiej intensywności działań.

To przykład walki systemowej, w której celem nie jest fizyczne zniszczenie przeciwnika, lecz zakłócenie jego działania – „oślepienie” i ograniczenie zdolności do prowadzenia operacji. W warunkach ograniczonych zasobów taka strategia pozwala Iranowi generować efekty niewspółmierne do skali użytych środków.

—–

Jednym z kluczowych elementów irańskiej strategii jest zdolność do rozszerzania konfliktu poza bezpośrednie pole walki. Teheran od lat rozwija koncepcję tzw. eskalacji poziomej, polegającej na przenoszeniu napięcia i działań zbrojnych na inne obszary regionu.

Z tym mechanizmem ściśle powiązana jest zdolność Iranu do prowadzenia działań pośrednich, z wykorzystaniem powiązanych aktorów w regionie. Sieć relacji polityczno-wojskowych, budowana przez lata, pozwala Teheranowi oddziaływać na sytuację bezpieczeństwa bez konieczności bezpośredniego angażowania wszystkich własnych sił.

W praktyce oznacza to, że konflikt nie ogranicza się do wymiany uderzeń między dwoma państwami. Może obejmować zarówno cele wojskowe, jak i infrastrukturę energetyczną, szlaki transportowe czy instalacje o znaczeniu gospodarczym w różnych częściach Bliskiego Wschodu. Nawet incydentalne ataki na tego typu cele wywołują efekt wykraczający poza wymiar militarny – wpływają na rynki surowcowe, bezpieczeństwo żeglugi i stabilność regionu jako całości. To dlatego proirańskie milicje w Iraku atakują bazy i personel amerykański, a ruch Huti w Jemenie uderza w żeglugę na Morzu Czerwonym.

Z perspektywy operacyjnej oznacza to, że przeciwnik – mimo przewagi militarnej – musi działać na wielu kierunkach jednocześnie. Ochrona baz, infrastruktury krytycznej i linii komunikacyjnych zaczyna pochłaniać znaczną część dostępnych zasobów, ograniczając możliwość koncentracji siły w jednym, decydującym miejscu.

Jakie jeszcze czynniki mają wpływ na to, że Iran – wbrew zapowiedziom części amerykańskich komentatorów – nie okazał się chłopcem do bicia? O tym w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.