„Radar”

W środę tuż po 14.00, zaalarmowany doniesieniami z Ukrainy, napisałem na Twitterze: „ruskie poderwały aż 12 Тu-95МS. Za około 2h będą w strefie zrzutu rakiet i wtedy się okaże, czy to straszak czy wstęp do kolejnego ataku rakietowego. Tak czy inaczej, TT chyba za szybko odtrąbił uziemienie flotylli Тu-95 na skutek zużycia”. Około 17.00 (czasu ukraińskiego; w Polsce była wówczas 16.00) osiem rosyjskich bombowców wystrzeliło znad Morza Kaspijskiego 36 pocisków manewrujących Ch-101/Ch-555. Co się stało z czterema pozostałymi maszynami? Zawróciły do bazy – najprawdopodobniej wystartowały dla „zmyły” (by sugerować, że atak będzie liczniejszy), choć nie da się wykluczyć awarii (rosjanie z oczywistych powodów o takich sprawach nie informują).

Ukraińska obrona przeciwlotnicza zgłosiła zniszczenie 33 pocisków Ch-101/Ch-555. Tego dnia „zdjęto” jeszcze trzy z czterech kalibrów, posłanych około godziny 13.00 (czasu ukraińskiego) z morza. Wieczorem zaś przeciwnik użył czterech hipersonicznych kindżałów – wystrzelonych przez samoloty MiG-31 – tych jednak nie udało się strącić.

Była więc środa dniem, w którym rosjanie przeprowadzili kombinowany atak rakietowy, jeden z największych w tym roku. Co istotne, pociski Ch-101/Ch-555, które wleciały nad Ukrainę od południowego wschodu, nieustannie zmieniały kierunek lotu. Ich skomplikowane trajektorie miały rzecz jasna zmylić ukraińską OPL, co niespecjalnie się udało. O jednej z tajemnic tego sukcesu napiszę w dalszej części tekstu. Najpierw mniej optymistyczne podsumowanie środowego ataku – wspomniane kindżały dosięgły zaplanowanych celów, którymi były dwa lotniska sił powietrznych Ukrainy. Nie wiem, czy rosjanom udało się zniszczyć jakieś maszyny; z pewnością polowali na Su-24, które przenoszą storm shadowy.

Druga kwestia dotyczy bombowców Tu-95 – zasygnalizowałem ją już we wpisie na TT. Część analityków od pewnego czasu donosiła o problemach rosjan z bombowcami, będącymi elementem sił strategicznych federacji. Tupolewy – zaprojektowane i przeznaczone do przenoszenia głowic jądrowych – można również wykorzystać do konwencjonalnych ataków, co rosjanie czynią regularnie od początku pełnoskalowej inwazji. Intensywność, ale i wiek maszyn sprawiły, że Tu-95 zaczęły masowo niedomagać. Tak przynajmniej twierdzili twitterowi komentatorzy. Gwoli uczciwości, sam kilka miesięcy temu pisałem o kłopotach Tu-95, choć daleko mi było do twierdzeń o całkowitym uziemieniu flotylli. Na wyposażeniu rosyjskiej awiacji jest około 70 Tupolewów (w dwóch wersjach), brakuje rzetelnych informacji o tym, ile maszyn pozostaje w stanie lotnym. Z uwagi na ich charakter (broń jądrowa to polisa ubezpieczeniowa rosji), naiwnym byłoby założenie, że rosjanie mają zaledwie kilkanaście sprawnych samolotów. To, że jest ich więcej, potwierdza jednorazowe użycie dwunastu Tu-95 – moskale raczej nie wykorzystaliby tuzina bombowców do ataku na Ukrainę, gdyby w zapasie nie mieli kilkunastu innych maszyn, gotowych do realizacji zasadniczej misji, związanej z nuklearnym odstraszaniem i ewentualną odpowiedzią. Ale…

Ale liczba rakiet odpalonych z ostatecznie ośmiu Tu-95 nie powala. „Tutki” zdolne są do przenoszenia ośmiu pocisków tego typu, co dałoby łączna salwę 64 Ch-101/Ch-555. 36 sztuk to znacznie mniej – z jakiegoś powodu wykorzystane do ataku bombowce przenosiły po cztery-pięć rakiet (choć nie da się wykluczyć, że któryś niósł nawet osiem, a inny jedną; potencjalnych kombinacji jest tu sporo, co nie zmienia faktu, że wykorzystano mniej niż 60 proc. możliwości). Oczywiście, może to mieć związek z niedostateczną liczbą posiadanych przez rosjan rakiet, ale może również częściowo potwierdzać doniesienia o kłopotach z nośnikami. Samoloty w tym zakresie niespecjalnie różnią się od ludzi – dźwiganie ciężarów wprost przekłada się na zmęczenie/zużycie konstrukcji. A dodajmy – tupolewy już od wielu miesięcy dźwigają poniżej możliwości, zwykle przenosząc po dwie-trzy rakiety. Tym niemniej latają i lata ich całkiem sporo.

Lecz ze skutecznością bywa różnie. Jako się rzekło, w tym konkretnym przypadku OPL zniszczyła 33 z 36 rakiet. Środa była w Ukrainie pogodna, a więc i widoczność przyzwoita. Co podkreślam, bo choć to przeciwlotnicy strzelali do pocisków – i to im podziękował prezydent Zełenski – za sukcesem stali również zwykli Ukraińcy. 530 konkretnych obywateli, użytkowników aplikacji ePPo, którzy tego dnia zrobili z niej właściwy użytek. W piękne letnie popołudnie nisko lecące rakiety dostrzegło zapewne tysiące ludzi, ale nie wszyscy mieli dość pomyślunku, refleksu, woli i wreszcie technicznych możliwości, by pomóc w namierzeniu i zestrzeleniu intruzów. A do tego celu służy właśnie ePPo.

ePPo jest jak wiele innych aplikacji dostępnych na smartfony – darmowa i łatwa po pobrania, choć wymaga autoryzacji (celem sprawdzenia, czy użytkownik to obywatel Ukrainy). Apka przesyła informacje o zaobserwowanych celach powietrznych, takich jak pocisk manewrujący czy dron-kamikadze. Wystarczy ją otworzyć i skierować smartfona w stronę obiektu. Następnie trzeba wybrać ikonę określającą, jaki obiekt zaobserwowaliśmy: bezzałogowiec, rakietę, śmigłowiec czy samolot. Całą procedurę kończy naciśnięcie czerwonego przycisku.

Wycelowanie smartfonem w obiekt pozwala namierzyć koordynaty, jednocześnie jest sposobem na weryfikację zgłoszenia. ePPo jest połączone z systemem obrony przeciwlotniczej Ukrainy, dzięki czemu koordynaty od razu trafiają do jej bazy danych. Dalej działają algorytmy sztucznej inteligencji. W ciągu 2-4 sekund dane z ePPo zostają przetworzone – z uwzględnieniem zarejestrowanych współrzędnych wyliczone zostają prędkości i tory lotów, najbardziej prawdopodobne kierunki ruchu. Zwizualizowane dane trafiają do jednostek OPL, uzupełniając informacje z radarów (które części nisko lecących pocisków nie widzą, bądź widzą z przerwami), tym samym znacząco poprawiając świadomość sytuacyjną przeciwlotników. Potem wystarczy już „tylko” zestrzelić intruza.

ePPo działa od jesieni zeszłego roku, jest na bieżąco udoskonalana i pomogła zestrzelić dziesiątki obiektów. Apkę pobrały setki tysięcy Ukraińców, tworząc coś, co można określić mianem „obywatelskiego radaru”, dając zarazem kolejny dowód zaangażowania zwykłych ludzi w walkę z najeźdźcą.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

„Sukcesy”

Dziś w nocy rosjanie przeprowadzili kolejny atak rakietowy na Ukrainę. Było to pierwsze tak poważne uderzenie od 9 marca, z drugiej strony i tak relatywnie ograniczone. Agresorzy użyli 23 pocisków manewrujących Ch-101 i Ch-555, „klejnotów” w swoim rakietowym arsenale. Wystrzeliły je bombowce Tu-95 operujące znad Morza Kaspijskiego. Dla porównania, w najliczniejszym jak dotąd ataku – z 15 listopada ub.r. – rosjanie wykorzystali 96 Ch-101 i Ch-555, w czasie zimowego nasilenia kampanii rakietowej (której nadrzędnym celem była próba zniszczenia ukraińskiej infrastruktury krytycznej), zużywali średnio po 50-60 skrzydlatych pocisków w pojedynczym uderzeniu.

Czyżby naprawdę zaczynało im brakować rakiet? Być może to kwestia kurczących się zapasów, z uzupełnianiem których nie nadąża bieżąca produkcja. Ale może to też być konsekwencja spadającej efektywności nośników – wspomnianych bombowców. To wiekowe konstrukcje, w istotnym stopniu zużyte, w niedostatecznym zakresie remontowane i modernizowane. Tylko część Tu-95 nadaje się do operacyjnego użycia, ale i tak nie sposób podwiesić pod nie rakiet o maksymalnej przewidzianej w projekcie samolotu masie – płatowiec mógłby takich obciążeń nie wytrzymać i sam stać się spadającym pociskiem. Jest znamienne, że rosjanie wykorzystują w kampanii lotniczej nie więcej niż 25 proc. oficjalnie dostępnych bombowców.

Których załogi nie mogą się dziś poszczycić wielkimi sukcesami. Ukraińskiej obronie przeciwlotniczej udało się zdjąć 21 pocisków. Skuteczność na poziomie 90 proc. to doskonały wynik, wyższy niż przeciętna z ostatnich tygodni rosyjskiej kampanii rakietowej. Gors rakiet poleciało w stronę Kijowa, a tam dyżury operacyjne pełnią już Patrioty; niewykluczone zatem, że to one odpowiadają za pogrom raszystowskich rakiet. Ukraińska OPL jak dotąd nieźle sobie radziła z rosyjskim zagrożeniem z powietrza, ale jasnym było, że wraz ze zużywaniem nieodnawialnych zasobów poradzieckiej techniki, wydajność zacznie spadać. W lutym i marcu oscylowała już w granicach 40-50 proc., także dlatego, że z braku amunicji strzelano wyłącznie „na pewniaka”, w cele obarczone niższym ryzykiem niestrącenia. Stąd konieczność wdrażania zachodnich systemów, które – nie mam co do tego wątpliwości – zapewnią ukraińskiej armii skokowy wzrost skuteczności.

Ale i tak zawsze coś się przebije – jak dziś. Jedna z rosyjskich rakiet spadła na budynek mieszkalny w Humaniu (w środkowej Ukrainie, w obwodzie czerkaskim). Gdy zaczynałem pisać ten tekst, mowa była o siedmiu zabitych, 30 minut później okazało się, że ratownicy wydobyli spod gruzów trzy kolejne ciała.

Jakkolwiek mamy tu do czynienia z kolejnym przykładem rosyjskiego bestialstwa, nie sądzę, by rosjanie zamierzali atakować wieżowiec. Agresorzy wykazali się w tej wojnie wielką bezdusznością i rażącą niekompetencją, ale aż tacy niemądrzy i nonszalanccy nie są, by koszmarnie drogimi rakietami – których nie mają za wiele – napierniczać po cywilnych obiektach. Ch-101/Ch-555, który wylądował w Humaniu, miał zapewne trafić w jakiś cenniejszy z militarnego punktu widzenia cel. Do siania terroru wśród cywilów rosjanom służą dużo tańsze drony-kamikadze oraz przystosowane do użycia w trybie ziemia-ziemia rakiety S-300.

Dlaczego więc doszło do wspomnianej tragedii? Po pierwsze, nie wiadomo, czy mieliśmy do czynienia z bezpośrednim trafieniem. Możliwe, że na budynek spadły szczątki zestrzelonej wcześniej rakiety. Inna opcja to przypadkowe uderzenie, będące skutkiem wad rakiety – rosjanie „od zawsze” mieli problem z systemami celowniczymi/z naprowadzaniem swojej precyzyjnej amunicji. Przed sankcjami ratowali się zachodnimi komponentami, teraz jest z tym kłopot. Sporo do życzenia pozostawiała też jakość wykonania, niewykluczone, że w realiach wojennej produkcji jeszcze niższa (historycznie patrząc, taki reżim w rosji zawsze generował niższą jakość). Oczywiście, to ruskich nie usprawiedliwia, ba, nawet nie znosi zarzutu działania z premedytacją, bo rosyjscy generałowie doskonale znają wady i zalety swojej broni, dobrze wiedzą, z jakim ryzykiem „przypadkowych ofiar” wiąże się jej użycie.

I na koniec jedna uwaga. W rosyjskim internecie roi się od filmików ukazujących kolejna trafienia – zwykle przy użyciu amunicji krążącej – ukraińskich systemów obrony przeciwlotniczej. Duża część materiałów nie nosi śladów manipulacji, ukraińskie zasoby są ograniczone, dostawy z Zachodu tak naprawdę dopiero się rozkręcają (jeśli idzie o ten rodzaj broni). A mimo to OPL Ukrainy wciąż „robi robotę”. Jak to możliwe? Spójrzcie na załączone zdjęcie, wykonane na bocznicy kolejowej w… Ohio w USA. Co widzimy na lawetach? Zestawy OPL Tor i S-300 sowieckiej produkcji, będące na wyposażeniu ukraińskiej armii. Wyglądają „jak żywe”, czyż nie? Nawet z bliska (zapewne także okiem kamery drona-samobójcy). Tymczasem to doskonale wykonane atrapy, żadne tam dmuchane balony. Nie wiem, ile takich „systemów” trafiło do Ukrainy, ale być może to one stoją za „sukcesami” rosyjskich dronów…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Fot. Joseph Zadeh/aboveaverage.joe

„Żukow”

Pisałem kilka dni temu o wyjątkowo nieroztropnych działaniach rosyjskiego dowództwa, które pod Wuhłedarem wytracało dziesiątki czołgów i wozów pancernych oraz setki żołnierzy dziennie. Wczoraj – wszystko na to wskazuje – atak ostatecznie się załamał; tzn. rosjanie nadal próbują podchodzić Ukraińców, ale intensywność działań spadła i przypomina tę ze stycznia. Najogólniej rzecz ujmując, ruskie na tym odcinku „wypstrykały się” ze sprzętu i ludzi. Nawet ich wojenni blogerzy przyznają, że działo się to w okolicznościach zasługujących na miano „kretynizmu”, mając na myśli takie praktyki jak trzymanie się w kupie czy jazdę w kolumnie w bezpośrednim zasięgu ukraińskich luf. Efektem są stosy rosyjskich trupów, eksplodujące bądź już wypalone pojazdy, uchwycone na ukraińskich filmikach, z iście masochistyczną determinacją prezentowanych teraz w rusnecie. „Tacy jesteśmy durni”, grzmią militarni blogerzy (gwoli rzetelności – nie wszyscy).

Odpowiedzialnym za tę jatkę jest gen. Aleksiej Kim, jeden z zastępców Gierasimowa, w (pro)rosyjskich mediach prezentowany jako autor założeń „ofensywy zimowej”, jak pisze się już wprost o ostatnich działaniach armii najeźdźców. Rozbawił mnie komentarz, jaki znalazłem na jednym ze skarpetkosceptycznych profili na FB, zgodnie z którym Kim ma szansę stać się dla putina tym, czy Żukow był dla Stalina (w domyśle, „dostarczycielem” zwycięstwa). No więc jak na razie porównanie z sowieckim marszałkiem sprawdza się wyłącznie w kwestii szafowania żołnierskim życiem.

Miarą „sukcesu” są kolejne symboliczne progi przekraczane przez rosjan. Jak donosi Oryx – niezależna grupa analityczna – kilkadziesiąt godzin temu Ukraińcy zniszczyli tysięczny rosyjski czołg. W sumie zaś rosja straciła już 1713 tanków: obok 1012 zniszczonych, 546 wozy zdobyli ukraińscy obrońcy, 80 zostało uszkodzonych, a 75 czołgów rosyjscy żołnierze po prostu porzucili. Przy czym dane Oryx’a bazują wyłącznie na dowodach wizualnych – ogólnodostępnych fotografiach i nagraniach. Realnie rosyjskie straty są wyższe – wśród analityków panuje zgoda, że co najmniej o jedną trzecią.

Lecz straty ponoszą też Ukraińcy – na odcinku wuhłedarskim głównie od artylerii. Co ciekawe, rosjanie zgromadzili tam (i na innych „aktywnych” fragmentach frontu), masę kilkudziesięcioletnich armat, dotąd przechowywanych w zauralskich składach. Wygląda to jak siedem nieszczęść za sprawą złażącej farby i rdzy, pozbawione nowoczesnych systemów celowniczych. Niemniej działa, ilością budując jakość. Generalnie rosyjska artyleria też nie była przygotowana na wojnę o takiej intensywności. Straty bojowe – w zależności od źródeł na poziomie od 700 do 2700 dział i wyrzutni rakietowych – nie oddają istoty rzeczy. Mnóstwo armat wycofano z linii na skutek uszkodzeń, będących konsekwencją intensywnego użycia (lufy mają swoją żywotność). W efekcie koniecznym stało się sięgnięcie do głębokich zapasów. Ale to niejedyny powód – zasięg części wiekowych dział (na przykład samobieżnych hiacyntów) przekracza 30 km, co pozwala przynajmniej częściowo niwelować słabości „wielkiego nieobecnego” tej wojny – rosyjskiego lotnictwa frontowego. Niskie kwalifikacje pilotów, dramatyczny brak precyzyjnej amunicji, przy jednoczesnym dużym nasyceniu środkami obrony przeciwlotniczej po stronie ukraińskiej sprawiają, że rosyjscy żołnierze nie mogą liczyć na bezpośrednie wsparcie z powietrza – uderzenia w punkty oporu Ukraińców i ich bezpośrednie zaplecze. Stara się to zatem robić artyleria.

Lotnictwo strategiczne – po wymuszonej przez ukraińskie drony rejteradzie z europejskich lotnisk – nadal niestety ma względnie wysoką zdolność bojową. Przekonaliśmy się o tym dziś w nocy i nad ranem, przy okazji kolejnego zmasowanego ataku rakietowego na ukraińskie miasta i infrastrukturę krytyczną. Najeźdźcy wystrzelili ponad 70 pocisków manewrujących, większość z bombowców Tu-95MS.

Do ataku na bliższe cele – Charków i Zaporoże – rosjanie wykorzystali przerobione rakiety przeciwlotnicze S-300. Odpalono ich 35, co jest najliczniejszym dotąd jednorazowym użyciem S-300 w charakterze pocisków do rażenia celów naziemnych.

Strzelały również okręty z Morza Czarnego – kalibrami, z których dwa przeleciały nad Mołdawią, co zostało potwierdzone oficjalnym komunikatem tamtejszych władz. Kalibry miały też wlecieć w przestrzeń powietrzną Rumunii; Bukareszt zaprzecza, ukraińskie dowództwo, powołując się na dane z nadzoru, twierdzi, że taki incydent miał miejsce. Rumunia jest członkiem NATO, gdyby rzeczywiście doszło do takiej sytuacji, nie byłby to casus belli, ale jakaś reakcja Sojuszu musiałaby nastąpić. Obserwuję media od rana i widzę gorączkę w temacie, ale radziłbym powściągnąć emocje. I nie, nikt o chowaniu głowy w piasek nie mówi, NATO ma bowiem niezawodny środek, by odgryźć się rosji – jest nim intensyfikacja pomocy dla armii ukraińskiej. Jeśli ruskie nabroiły, same kręcą na siebie bicz.

Póki co kręci ich świadomość strat zadanych ukraińskiej infrastrukturze. Naprawdę, w rusnecie – jak przy okazji wcześniejszych nalotów – liczne grono komentatorów tej wojny cieszy się, że „znów im dołożyliśmy”. Tylko czy na pewno? Obrońcy raportują zestrzelenie ponad 80 proc. pocisków manewrujących, nie wiadomo, ile S-300 dosięgło celów. Wczesnym popołudniem 150 tys. mieszkańców Charkowa nadal pozbawionych było prądu. A ukraińskie koleje – absolutnie niezbędne do obsługi wojennego wysiłku – notowały opóźnienia pociągów od 5 do 30 minut. Sukces godny Żukowa, chciałoby się rzec…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Ukraińska haubica samobieżna gdzieś na froncie/fot. Sztab Generalny ZSU

Kompromitacja

W rosyjskim Internecie w zasadzie nie pisze się już o poniedziałkowych atakach na bazy bombowców w głębi rosji. Wielkie wzmożenie opadło, zdaje się, że kremlowskie służby zapanowały nad nastrojami aktywnych w tematyce militarnej internautów. Co nie dziwi, zważywszy na fakt, że sprawa jest wybitnie kompromitująca dla rosyjskiej armii i władzy. Mieliśmy bowiem do czynienia z uderzeniem w najistotniejszy fragment systemu obronnego federacji, który winien być strzeżony jak przysłowiowe oko w głowie. Teoretycznie atak na bombowce będące częścią jądrowej triady (w jej skład, poza lotnictwem strategicznym, wchodzą jeszcze okręty podwodne oraz naziemne i podziemne wyrzutnie rakiet międzykontynentalnych), daje wystarczający pretekst do użycia broni atomowej. Czego moskwa nie zrobiła i nie zrobi, obawiając się reakcji przede wszystkim USA. Lepiej schować głowę w piasek, udając, że nic się nie stało (jak robiono po pierwszych ukraińskich atakach na Krym, które przecież też obciążone były rzekomym ryzykiem potężnej riposty). Niestety – patrząc z perspektywy Kremla – tutaj „kitów żenić się już nie da”. „Swoi” o atakach wiedzą – za sprawą rosyjskich militarnych blogerów, rozczarowanych słabością ojczyzny, wieści poszły w świat. Rosyjskiemu MON zostało jedynie przyznać się do ataków, zdezawuować ich wymiar oraz wyciszyć sprawę.

W tej drugiej kwestii przyjęto ciekawą taktykę. Jeszcze tego samego dnia przyznano, że drony dokonały jedynie niewielkich uszkodzeń dwóch samolotów – jednego Tu-95 w Engels i jednego Tu-22M w Diagilewie. Na kilku ujawnionych zdjęciach widać poharatanego Tu-22. Laik rzeczywiście może uznać, że bombowiec nieznacznie ucierpiał, ale fachowcy nie mają wątpliwości, że skala uszkodzeń statecznika, tylnych skrzydeł i dysz silnika, kwalifikuje „tutkę” co najmniej do bardzo poważnego remontu, a najpewniej skończy się na skasowaniu samolotu i jego kanibalizacji. Tu-95 miał zaliczyć „drobne uszkodzenia w poszyciu”, ale na dowód nie przedstawiono żadnych fotografii. Trzy ofiary śmiertelne i cztery osoby ranne to skutek spadających odłamków – stwierdziło rosyjskie MON. Wedle oficjalnej wersji, ukraiński atak nie powiódł się – drony nie uderzyły w samoloty, zestrzelono je nad lotniskiem. Co istotne, były to wywodzące się jeszcze z czasów radzieckich Tu-141 Striż, odrzutowe bezpilotowce pierwotnie zaprojektowane do misji rozpoznawczych na głębokim zapleczu przeciwnika. Ukraińcy mieli te 50-letnie konstrukcje przerobić w pociski manewrujące i posłać nad rosję. Nadal nie ma jasności czy wojsko ukraińskie rzeczywiście użyło striży (jeżyków). Przesądzające wypowiedzi rosjan na ten temat to element propagandowej zagrywki – z jednej strony próba ukazania desperacji wroga (który sięga po archaiczną broń), z drugiej, odwołanie się do sowieckich sentymentów wciąż żywych w rosji (chodzi tu o nieco pokrętną, ale typową dla kremlowskiej propagandy logikę, którą można wyrazić mniej więcej tak: „broń może i stara, ale na tyle dobra, że nadal jej używają. Dobra, bo radziecka, czyli rosyjska, i gdyby nie fakt, że mamy nowsze systemy przeciwlotnicze, mogłoby być krucho”).

Oczywiście, takie przedstawienie sprawy rodzi masę pytań, ale jak napisałem – tych w rosyjskiej infosferze już się nie zadaje. Ja zaś chętnie się nad wątpliwościami pochylę, ale najpierw warto podnieść kwestię rzekomej rosyjskości radzieckiej techniki. Tu-141 produkowano w Charkowie, po 1991 roku Ukraina przejęła nie tylko sporą liczbę tych dronów, ale przede wszystkim fabrykę, dokumentację i kadry. Co ma znaczenie symboliczne, dobrze bowiem ilustruje szerszy problem. Obecna słabość rosyjskiej armii jest konsekwencją nie tylko endemicznej korupcji czy niskiej kultury technicznej. To także skutek utraty ukraińskiego zaplecza technicznego i przede wszystkim intelektualnego, które w czasach ZSRR w istotnym stopniu decydowało o jakości sowieckiej nauki i przemysłu. W swych chorych rojeniach o „odzyskaniu” Ukrainy putinowi chodziło także o ten wymiar scalenia.

Wracając do ataków – zostańmy przez chwilę przy oficjalnej rosyjskiej wersji. Już ona implikuje pytanie o to, jakim cudem ukraińskie drony przedarły się kilkaset kilometrów w głąb rosji, rzekomo nasyconej solidną, wielowarstwową OPL? Dlaczego ich nie zestrzelono, gdy były 400, 300 km od celów? Co się wydarzyło, że nie zareagowały z odpowiednim wyprzedzeniem instalacje przeciwlotnicze samych baz, skoro strzelano już bezpośrednio nad bombowcami? Czy rosjanie w ogóle widzieli nadlatujące jeżyki? Przelotowa prędkość Tu-141 to 1000 km/h, co oznacza, że drony przebywały w rosyjskiej przestrzeni powietrznej przez kilkadziesiąt minut (do pokonania miały 600-700 km). Wydaje się, iż wniosek o potiomkinowskim charakterze rosyjskiej obrony przeciwlotniczej jest jak najbardziej poprawny. A jeśli wszystko w niej działa jak należy, to dlaczego nie zadziałało? Sabotaż?

Co więcej, rosyjska wersja „nie klei się” z dostępnym materiałem filmowym. Na jednym z filmów (prawdopodobnie zarejestrowanym przez kamerę przemysłową) oglądamy eksplozję w Engels. Nie poprzedzają jej obserwowalne efekty pracy systemów przeciwlotniczych. Do zwalczania obiektów na bliskiej odległości (co miało nastąpić w obu przypadkach) używa się artylerii lufowej – gdy jest ciemno, smugi prowadzonego ognia są aż nadto widoczne. Zaryzykuję twierdzenie, że rosjanie niczego nie zestrzelili – że ukraińskie drony zastały ich „ze spuszczonymi spodniami”. Kwestia skutków porażenia zostaje otwarta – niewykluczone, że straty poniesione przez rosjan są poważniejsze, a nawet jeśli uszkodzono tylko dwie maszyny, może to nie być efekt zestrzeleń dronów, a ich niecelności (tego, że nie trafiły bezpośrednio w samoloty).

Tak czy inaczej, ukraińskie uderzenie – poza demonstracją sił i możliwości – miało także inny cel. W poprzednim poście zasugerowałem, że atak rakietowy, jaki przypuszczono na ukraińskie miasta w poniedziałek, mógł być rosyjską zemstą za to, co wydarzyło się nad ranem na lotniskach. To błędny wniosek, bo rosjanie nie są w stanie tak błyskawicznie reagować przy użyciu strategicznego lotnictwa. Wojna z Ukrainą pokazała, że moskiewska armia potrzebuje mniej więcej dwóch tygodni na przygotowanie nalotu, w którym z pokładów samolotów „schodzi” 40-50 rakiet i pocisków manewrujących (i nieco mniej z pokładów okrętów). To skutek rozmaitych niewydolności rosyjskiego wojska: logistyki i odległości (między bazami lotniczymi a magazynami rakiet), ograniczonej dostępności tych ostatnich (wiele wystrzelono, bieżąca produkcja jest śladowa), ograniczonej dostępności samolotów, które podlegają technicznej degradacji, niewystarczającej liczby personelu lotniczego i kulawego rozpoznania. Pod uwagę należy też wziąć czynnik obiektywny – rosjanie rażą ostatnio system energetyczny Ukrainy, trzeba kilkunastu dni, by jego elementy „podniosły się” po poprzednim ataku; a to te „podniesione” stanowią cel kolejnych uderzeń. Przygotowania do ataków nie uchodzą uwadze natowskich i ukraińskich służb (głównie za sprawą zwiadu satelitarnego i nasłuchu rosyjskich sieci komunikacyjnych) – da się je przewidzieć z niezłą dokładnością. Poniedziałkowy ostrzał ukraińskiej infrastruktury nie był dla obrońców zaskoczeniem, a dronowa eskapada miała z wyprzedzeniem ograniczyć jego skutki. Na ujawnionym przez rosyjski MON zdjęciu uszkodzonego Tu-22M widzimy pod samolotem podwieszony pocisk manewrujący. Oznacza to, że tupolew był w ostatniej fazie przygotowań do startu (pociski mocuje się na kilka-kilkanaście godzin przed rozpoczęciem misji). Gdyby nie pożar maszyny, rakieta zostałaby wyniesiona w powietrze i wystrzelona.

Co dalej? Z nieoficjalnych informacji wynika, że rosjanie redukują ryzyko – część Tu-95 z bazy w Engels ma zostać przeniesiona daleko na północ, aż pod Murmańsk. Tam nie sięgną ich ukraińskie drony, ale nadal pozostaną w zasięgu natowskiego rozpoznania. Co oznacza, że Ukraińcy zyskają dodatkowy czas, by przygotować się na przyjęcie wystrzeliwanych z samolotów rakiet. Dobre i to, choć oczywiście idealnym rozwiązaniem byłoby fizyczne pozbycie się rosyjskich „nosicieli”.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Przy tej okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Piotrowi Maćkowiakowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Tomkowi Lewandowskiemu, Przemkowi Klimajowi i Tomaszowi Frontczakowi. A także: Szymonowi Jończykowi, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Miko Kopczakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Łukaszowi Kotale, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale i Aleksandrowi Stępieniowi. Ponadto: Marii Ryll, Dariuszowi Pietrzakowi, Juliuszowi Zającowi i Katarzynie Byłów.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich siedmiu dni: Sławkowi Romanowi, Czytelnikowi imieniem Piotr, Małgosi Król, Markowi Wasilewskiemu, Joannie Boj, Adamowi Orzołowi, Joannie Siarze, Danielowi Alankiewiczowi, Marii Cibickiej, Markowi Mozołowskiemu, Kamilowi Zemlakowi, Czytelnikowi posługującemu się inicjałem RS, Karolinie Kowalskiej-Staśkiewicz, Radosławowi Kotowi, Karolowi Woźniakowi i Stanisławowi Czarneckiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały. Raz jeszcze dziękuję!

Nz. Tu-22M z widocznymi uszkodzeniami. W prawym dolnym rogu widać podwieszoną rakietę Ch-22/fot. MOFR

Podgryzanie

Od rana w rosyjskim Internecie panika, złość i chęć odwetu. A wszystko za sprawą dwóch niemal jednoczesnych eksplozji, do których doszło na lotniskach wojskowych Engels (koło Saratowa) i Diagilewo (pod Riazaniem). Pierwsza baza znajduje się około 700 km od granicy z Ukrainą, druga – niespełna 600 km. O czym wspominam, bo wiele wskazuje na to, że przynajmniej w Engels mieliśmy do czynienia z atakiem ukraińskich dronów-samobójców.

W obu przypadkach chodzi o niezwykle ważne obiekty, które przynajmniej w teorii powinny mieć doskonałą obronę przeciwlotniczą. Engels to stała baza bombowców dalekiego zasięgu Tu-95 (zwanych w kodzie NATO „niedźwiedziami”), z kolei w Diagilewie stacjonują bombowce średniego zasięgu Tu-22M. „Niedźwiedzie” stanowią element sił strategicznych rosji; zaprojektowano je do przenoszenia ładunków jądrowych na ogromne odległości i taką rolę próbowałyby odegrać, gdyby doszło do starcia z NATO.

W wojnie z Ukrainą tupolewy używają konwencjonalnej amunicji. Co istotne, nie wykonują klasycznych rajdów bombowych – nadlatując nad cel i zrzucając bomby – a atakują znad terytorium rosji, strzelając dalekonośnymi rakietami i pociskami manewrującymi. De facto są bezkarne, działają bowiem poza zasięgiem ukraińskiej obrony przeciwlotniczej (wyrzutnie S-300 – nadal stanowiące najważniejszą część parasola Ukrainy – ślą pociski na odległość do 200 km). Realnie nie grozi im również ukraińskie lotnictwo załogowe, zbyt szczupłe, by decydować się na misje nad rosją. Walka z Tu-22M i Tu-95 ma zatem charakter pośredni i sprowadza się do zestrzeliwania wysłanych przez bombowce rakiet.

A właściwie miała taki charakter – do dziś. Jak wynika z dostępnych informacji, w Engels poważnie uszkodzono dwa Tu-95, ranne zostały dwie osoby. W Diagilewie zginęły trzy osoby z obsługi lotniska, jest też sześciu rannych; na razie nie wiemy, czy zniszczeniu uległa któraś z „tutek”.

Zgodnie z zapewnieniami rosjan, pod Riazaniem nie doszło do ataku, a wypadku – pożaru ciężarówki z paliwem. Na temat wydarzeń z Engels oficjalne czynniki nabrały wody w usta – mimo wspomnianej nadaktywności militarnych blogerów, piszących o ukraińskich dronach. Należy tu wspomnieć, że Ukraińcy – przynajmniej oficjalnie – nie dysponują dronami kamikadze o zasięgu umożliwiającym tak odległe ataki. Testują system zdolny do rażenia obiektów na odległość do 1000 km, na razie jednak brakuje solidnych informacji o jego gotowości. Oczywiście, wojna przyśpiesza prace konstrukcyjne, ale pod uwagę należy brać także inne możliwości – użycia przez Ukraińców jakiejś zachodniej konstrukcji bądź dronów krótkiego zasięgu, wystrzelonych przez dywersantów operujących w rosji.

Uderzenie w elementy kluczowej infrastruktury militarnej, w głębi własnego terytorium, to dla rosjan siarczysty policzek. Niewykluczone, że dzisiejszy ostrzał rakietowy ukraińskich miast był typową dla najeźdźców reakcją na kolejną doznaną porażkę. Ale w obiegu jest też opinia, zgodnie z którą atak rosjan był wcześniej zaplanowany, a ukraińskie uderzenie na lotnisko/a miało charakter wyprzedzający. Flotylla Tu-95 nie jest liczna – to około 60 maszyn, zapewne tylko część w stanie lotnym. Już wyeliminowanie kilku oznacza osłabienie potencjału agresora. Byłoby to „podgryzanie” podobne do działań wymierzonych we flotę czarnomorską. Ukraińcy nie dysponują imponującymi siłami nawodnymi, tymczasem rosjanie gros ataków rakietowych wyprowadzają właśnie z morza. Sposobem na ich ograniczenie stały się punktowe ataki na rosyjskie okręty, z wykorzystaniem dostępnych środków – rakiet przeciwokrętowych i morskich dronów. W efekcie flota czarnomorska dała nogę z Krymu – większość okrętów przebazowano do odleglejszych portów w rosji. Rakiety wystrzeliwane z morza wciąż w kierunku Ukrainy lecą, ale o ograniczonej swobodzie operacyjnej rosjan najlepiej świadczy fakt, że istotna część ataków wykonywana jest z Morza Kaspijskiego.

Zniszczenie rosyjskich nośników (samolotów/okrętów), to w tej chwili kluczowa sprawa. Ukraińcy dysponują niezłą obroną przeciwlotniczą (dziś udało się zestrzelić 60 z 70 rakiet), a dzięki NATO ponoszą w rosyjskich ostrzałach rakietowych nieliczne straty ludzkie. Amerykański zwiad satelitarny na bieżąco monitoruje aktywność rosyjskiego lotnictwa strategicznego. Analitykom wywiadu nie umyka zwiększonych ruch w bazach lotniczych na terenie federacji, poprzedzający kolejne operacje. Starty bombowców są rejestrowane w czasie rzeczywistym, informacje na ich temat natychmiast trafiają do ukraińskiej armii. Stąd alarmy przeciwlotnicze, które odzywają się z wyprzedzeniem pozwalającym ludności cywilnej udać się do schronów (bombowce potrzebują kilkunastu minut na osiągnięcie pozycji i pułapu, z którego możliwe jest wystrzelenie rakiet). Podobnie funkcjonuje nadzór morskiego potencjału moskwy. Tyle że to działania reaktywne. Nasycenie ukraińskiej OPL kolejnymi systemami poprawi jej skuteczność, ale w obliczu skali rosyjskich ataków coś się zawsze przebije. Tymczasem system energetyczny Ukrainy – będący podstawowym celem rosjan – jest na krawędzi załamania. I co, jeśli „skończy się” szybciej niż rosyjskie rakiety? W odpowiedzi na to pytanie kryje się dramat milionów ludzi pozbawionych prądu, wody i ogrzewania. Zimą, która dopiero się rozkręca.

Skasowanie jak największej liczby rosyjskich bombowców to sposób na ograniczenie skali humanitarnej katastrofy.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Tu-95 „złapany” w pobliżu Wysp Brytyjskich/fot. RAF