Duet

Kyryło Budanow, dotychczasowy szef wywiadu wojskowego (HUR), trafił na stanowisko szefa Biura Prezydenta, a Mychajło Fedorow, architekt cyfryzacji państwa i zaplecza dronowego armii, pojawił się jako kandydat na ministra obrony. To nie są kosmetyczne zmiany. Co oznaczają?

Budanow to „twardziel”, dobrze znany opinii publicznej jako „twarz” spektakularnych akcji wywiadowczych. Kierowany przez niego HUR konsekwentnie przesuwał ciężar działań poza linię frontu. Uderzenia w lotniska bombowców strategicznych, operacje dywersyjne na Krymie, sabotaż infrastruktury transportowej oraz działania przeciwko rosyjskim kadrom dowódczym i zapleczu propagandowemu miały wspólny cel: zmusić Moskwę do rozproszenia sił, zwiększyć koszty ochrony zaplecza i podważyć narrację o pełnej kontroli sytuacji. Budanow postrzega wojnę jako system naczyń połączonych – kombinację działań wywiadowczych, precyzyjnych środków uderzeniowych oraz świadomego oddziaływania na propagandę wewnętrzną i zewnętrzną.

Fedorow z kolei zbudował zaplecze cyfrowe państwa oparte na platformie Diia. Początkowo cywilny system identyfikacji i obsługi administracyjnej został w czasie wojny rozszerzony o rozwiązania wspierające wojsko: rekrutację, weryfikację danych, obsługę świadczeń i bieżący kontakt żołnierzy z administracją. Równolegle w dorobku Fedorowa znalazł się ekosystem „Army of Drones”: uproszczona certyfikacja i zakupy, włączenie prywatnych firm i start-upów do produkcji oraz cyfrowe systemy ewidencji, napraw i rotacji sprzętu bezzałogowego. Program ten skrócił drogę od projektu do użycia bojowego i zwiększył skalę dostaw dronów na front.

Budanow i Fedorow tworzą więc parę o komplementarnych kompetencjach. Za pierwszym stoi wiedza tajna i doświadczenie operacyjne, za drugim – menedżerskie podejście do państwa w warunkach wojny oraz technologia sprawdzona w praktyce. Jak takie połączenie przełoży się na sposób prowadzenia działań zbrojnych?

—–

Budanow powinien przyspieszyć sprzężenie wywiadu z planowaniem operacyjnym. Generał opuścił fotel szefa służby, ale byłoby naiwnością zakładać, że „odpuścił” HUR. Jako insajder aparatu bezpieczeństwa u boku prezydenta skraca dystans między informacją a decyzją, co może przełożyć się na sprawniejszą koordynację uderzeń precyzyjnych i szybsze wykorzystywanie okazji operacyjnych – od działań na zapleczu przeciwnika po reakcję na jego manewry.

Fedorow znany jest z promowania bezzałogowych systemów bojowych, cyfrowych narzędzi wsparcia dowodzenia i logistyki oraz szybkiej industrializacji rozwiązań prostych, tanich i łatwych do skalowania, a jednocześnie skutecznych na polu walki. Jego pojawienie się na czele resortu obrony może przyspieszyć masową produkcję dronów, rozwój systemów walki radioelektronicznej oraz szersze włączenie prywatnego sektora technologicznego w proces produkcji zbrojeniowej – z krótszymi łańcuchami dostaw i większą elastycznością przemysłu.

Gdy administracja stawia na wywiad i technologię ofensywną, może to przełożyć się na częstsze i precyzyjniejsze ataki na krytyczną infrastrukturę przeciwnika. Podniesie to koszty dla rosji, ale w krótkim terminie zwiększy też ryzyko lokalnych eskalacji i działań odwetowych. Z punktu widzenia Kijowa takie napięcie może się jednak opłacać: szybkie zwiększenie presji dziś, wzmacnia pozycję przy stole negocjacyjnym jutro.

—–

Siła militarna bezpośrednio przekłada się na zdolność do prowadzenia skutecznego dialogu polityczno-dyplomatycznego. Budanow wnosi do tego procesu rzadkie doświadczenie kontaktów utrzymywanych poza światłem reflektorów – od kanałów roboczych po negocjacje w sprawie wymiany jeńców. To predestynuje go do roli pośrednika, który zna mechanizmy działania przeciwnika i potrafi je uwzględniać, nie rezygnując z obrony kluczowych interesów. Jego obecność w Biurze Prezydenta sugeruje, że Kijów chce prowadzić rozmowy pokojowe w oparciu o twardą wiedzę wywiadowczą i zdolność bieżącej weryfikacji ustaleń.

Fedorow wzmacnia argument ekonomiczno-przemysłowy Ukrainy w rozmowach z partnerami i potencjalnymi mediatorami. Zdolność do szybkiej odbudowy produkcji, rozwijania własnych systemów uzbrojenia i utrzymania ciągłości funkcjonowania państwa w warunkach wojny staje się bowiem mierzalnym elementem wiarygodności. Jeśli Kijów potrafi pokazać, że nie jest wyłącznie odbiorcą pomocy, lecz aktywnym producentem zdolności obronnych – od dronów po zaplecze cyfrowe i logistyczne – może negocjować z pozycji państwa zdolnego do samodzielnego utrzymania bezpieczeństwa. W takim ujęciu modernizacja obronna przestaje być jedynie kwestią wojskową, a zaczyna pełnić rolę gwarancji: sygnału, że ewentualne porozumienie nie opiera się na obietnicach, lecz na realnej zdolności do jego egzekwowania.

Powołanie duetu Budanow–Fedorow przynosi wymierne korzyści, ale niesie też konkretne ryzyka. Jakie? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Fedorow wniósł wiele zasług w to, by armia ukraińska stała się dronową potęgą. Zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Wizyty

Wojna od zawsze przyciągała ludzi władzy, symbolu i rozpoznawalności. Jedni przyjeżdżali, by dowodzić, inni, by podtrzymywać morale, jeszcze inni – by zaświadczyć, że świat nie odwrócił wzroku. Zmieniały się formy konfliktów i środki przekazu, lecz sama logika obecności pozostała zaskakująco trwała: wizyty w strefach konfliktów – zarówno polityków, jak i celebrytów – to elementy szerszej gry narracyjnej, prowadzonej równolegle do operacji zbrojnych. Niekiedy są równie istotne, co twarde, kinetyczne działania.

Był początek marca 2012 roku, pracowałem wówczas w Afganistanie. Kilka dni wcześniej trafiłem do bazy Warrior na południu tzw. polskiej prowincji. „Rakietowe miasteczko” leżało jakieś 60 km od głównego obozowiska naszych żołnierzy, znajdującego się w mieście Ghazni. Banalny dystans, w czasach pokoju do pokonania w godzinę, w realiach wojny już zdecydowanie nie. Highway 1 – główna droga Afganistanu, wiodąca od Kandaharu do Kabulu – naszpikowana była „ajdikami” (minami-pułapkami). A inaczej jechać się nie dało.

W Warriorze wieści rozchodziły się szybko. „Pojutrze do Ghazni przyleci prezydent Komorowski”, zdradził mi jeden z oficerów. Nadałem cynk redakcji, w odpowiedzi dostając pytanie: „Dasz radę się tam dostać i obsłużyć wizytę?”. „Spróbuję”, odparłem. Jazda „ajdisztrase” zajęła mi kilkadziesiąt godzin. Zdążyłem, ale co się przy tym najadłem strachu, to moje.

Bronisław Komorowski przyleciał do „Gazowni” – jak nazywano naszą główną bazę – z lotniska w Bagram koło Kabulu (gdzie dotarł samolotem) na pokładzie potężnego amerykańskiego Chinooka i w asyście kilku należących do US Army Apaczy. Dlaczego akurat tak, skoro polski kontyngent miał własne śmigłowce transportowe Mi-17 i szturmowe Mi-24? Chinook był większy, a delegacja spora, Apacze zaś doszły „w pakiecie” – tak mi to wtedy tłumaczono. Zapewne nie bez znaczenia był również fakt, że amerykańskie maszyny gwarantowały wyższy poziom bezpieczeństwa, przede wszystkim ich pasywne i aktywne systemy obronne. Co by bowiem nie mówić, prezydent RP wlatywał w paszę lwa. Afgańskim rebeliantom z rzadka się takie akcje udawały, jednak od czasu do czasu potrafili „zdjąć z nieba” koalicyjny helikopter. Tym razem nic takiego się nie wydarzyło…

—–

Przenieśmy się w czasie o kilkanaście lat do przodu. 20 lutego 2023 roku świat przecierał oczy ze zdumienia, po tym, jak prezydent Stanów Zjednoczonych Joe Biden objawił się w Kijowie. Było to wydarzenie bez precedensu w najnowszej historii dyplomacji. Biden przybył do stolicy państwa prowadzącego pełnoskalową wojnę obronną z rosją, bez obecności amerykańskich wojsk bojowych na miejscu, bez kontroli przestrzeni powietrznej, w warunkach realnego zagrożenia atakiem rakietowym. W przeciwieństwie do wizyt jego poprzedników w Iraku czy Afganistanie, nie był to przyjazd do strefy kontrolowanej przez USA, lecz wejście w obszar wojny, nad którą Waszyngton nie miał bezpośredniej kontroli.

rosja została poinformowana o wizycie kilka godzin wcześniej, w ramach kanałów deeskalacyjnych. Nikt Moskwy o zgodę nie pytał – szło o to, by zminimalizować ryzyko przypadkowego incydentu między mocarstwami nuklearnymi.

Choć zabezpieczenie prezydenta nie polegało na widocznej obecności wojska, Amerykanie zagonili do roboty masę ludzi i sprzętu. Satelity, samoloty rozpoznawcze (które operowały wzdłuż polsko-ukraińskiej granicy), najlepsze oddziały specjalne. Te ostatnie, wraz z maszynami typu V-22 Osprey, rozlokowano na jednym z lotnisk w Polsce, utrzymując w stanie najwyższej gotowości. Samą ich obecność – niewidoczną dla opinii publicznej i nigdy oficjalnie niepotwierdzoną – można uznać za symbol tego, jak niestandardowa była to operacja. A Joe Biden zaskoczył wówczas nie tylko polityczną zuchwałością, ale i osobistą odwagą.

Błyszczy nią, niezwykle często, prezydent Wołodymyr Zełenski, co kilkanaście dni temu przybrało spektakularną postać. Prezydent Ukrainy znów odwiedził żołnierzy w strefie walk, tym razem w Kupiańsku. Niespełna dwa kilometry od rosyjskich pozycji nagrał wystąpienie, w którym odniósł się do kłamliwych kremlowskich zapewnień o zdobyciu miasta. Zagrał na nosie całemu rosyjskiemu aparatowi propagandowemu – budującemu wokół Kupiańska narrację o kolejnej wielkiej, zwycięskiej bitwie – ale i swojemu głównemu adwersarzowi. Putin, jak wiemy, niespecjalnie grzeszy odwagą – po wybuchu pełnoskalowej wojny długo nie wychodził z bunkra, a jak już zdecydował się pojechać na front, to zwizytował go zdalnie, z bezpiecznej odległości 40 kilometrów.

Znajdą się tacy, którzy powiedzą, że tego typu „wygłupy” nie przystojną politykowi, głowie państwa na wojnie. Czyżby? Zełenski w Kupiańsku – spokojnie nagrywający swój „spicz” – to nie tylko komunikat skierowany do Putina i oszukujących szefa rosyjskich generałów. To także przesłanie do Donalda Trumpa, w stylu: „może i nie mam najmocniejszych kart, lecz gotowy jestem zaryzykować własne życie”. Tak również (obok szeregu innych działań!), po trosze chłopięcym zuchwalstwem, buduje się morale współobywateli. Kto nie wierzy, niech zerknie w ukraińską przestrzeń informacyjną i doniesienia z połowy grudnia. Prezydencki gest był tam odbierany jako symbol niezłomności i nieustępliwości całej Ukrainy. Jednoczył i dawał powody do dumy. A na takiej bazie pojawia się skłonność do kolejnych wyrzeczeń. I w tym właśnie zawiera się podstawowa funkcja takich wizyt – są konsolidujące.

Podróż Joe Bidena była gestem solidarności z walczącym krajem, wyrażonym w imieniu całej zachodniej wspólnoty. W ten sam wzorzec (choć oczywiście skala oddziaływania była tu inna), wpisuje się wizyta Bronisława Komorowskiego u polskich wojskowych w Ghazni – miała ona podtrzymać morale, potwierdzić sens misji, pokazać więzi między państwem a armią. Adresatem byli przede wszystkim żołnierze, ale i wyborcy w kraju, a warunki podwyższonego ryzyka podbijały wagę tej deklaracji.

—–

Współczesny sznyt takich wizyt ukształtował się w XX wieku, wraz z nastaniem wojen masowych i rozwojem mediów. Przywódcy państw odwiedzający własnych żołnierzy na froncie mieli ucieleśniać ciągłość władzy i sens poświęcenia. W czasie II wojny światowej Winston Churchill pojawiał się w bombardowanym Londynie, świadomie ryzykując, by pokazać, że rząd dzieli los obywateli. Ten gest, powielany później w różnych konfiguracjach, stał się archetypem politycznej odwagi – choć z czasem coraz częściej był też starannie reżyserowanym elementem przekazu.

W epoce wojen ekspedycyjnych, takich jak Wietnam, Irak czy Afganistan, wizyty przywódców w strefach działań bojowych nabrały bardziej zinstytucjonalizowanego charakteru. Prezydenci USA, premierzy i ministrowie obrony przylatywali do baz wojskowych, lądowali nocą, w tajemnicy, by po kilku godzinach odlecieć z powrotem. Ryzyko istniało, lecz było ono zarządzane – państwo wysyłające kontrolowało przestrzeń powietrzną, dysponowało własnymi wojskami, systemami obrony i zapleczem logistycznym. Były to wizyty „u swoich”, odbywane w ramach znanej, przewidywalnej architektury bezpieczeństwa. Ich głównym adresatem była opinia publiczna w kraju: stanowiły sygnał, że władza panuje nad sytuacją, że żołnierze nie zostali zapomniani, że wojna – jakkolwiek kosztowna – ma sens.

Równolegle do polityków na wojnach zaczęli pojawiać się artyści i celebryci. Podczas wojny w Wietnamie amerykańscy muzycy i aktorzy przyjeżdżali zarówno po to, by występować dla żołnierzy, jak i po to, by dokumentować grozę konfliktu. Koncerty organizowane dla armii miały podnosić morale, tworzyć iluzję normalności w nienormalnych warunkach. Jednocześnie kultura masowa stała się nośnikiem sprzeciwu wobec wojny – obrazy, piosenki i relacje artystów miały często większy wpływ na nastroje społeczne niż oficjalne komunikaty rządu. Już wtedy ujawniła się różnica między obecnością władzy a obecnością symbolu: polityk reprezentował decyzję, artysta – emocję.

Po zakończeniu zimnej wojny i wraz z rozwojem globalnych mediów wizyty celebrytów w strefach konfliktów zaczęły pełnić coraz wyraźniej funkcję humanitarną i komunikacyjną. O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Przylot prezydenta Bronisława Komorowskiego do Ghazni, marzec 2012 roku/fot. własne

Strach

Wczoraj do Polski przyleciał Wołodymyr Zełenski, dziś trwa jego oficjalna wizyta w naszym kraju. To, z kim się spotyka i o czym rozmawia ukraińska głowa państwa, to temat na odrębny wpis. W tym chciałbym zająć się nieco inną sprawą – wzmożeniem, które obserwujemy w naszych mediach społecznościowych. Zełenski nad Wisłą to jak płachta na byka dla wszelkiej maści skarpetkosceptycznych, antyukraińskich aktywistów medialnych. Więc działają – szczują, rozsyłają fejki, także takie nie-wprost związane z dzisiejszymi wydarzeniami. Jeden z nich dotarł do mnie nad ranem – to opis rzekomego zabójstwa, jakiego miało się dopuścić ukraińskie dziecko na swoim polskim rówieśniku. Zajrzałem w sieć – to jeden z najpopularniejszych, „trendujacych” od wczoraj fejurów. Zbieżność z wizytą Zełenskiego nieprzypadkowa – idzie bowiem o to, by utrwalić antyukraińskość jako postawę części polskiego społeczeństwa. Na tym gruncie wyrośnie, już rośnie, krytyka działań polskich władz, które nie tylko „przyjmują z honorami przywódcę banderowców”, ale też znów podejmą/podejmują konkretne zobowiązania wobec Ukrainy. A przecież oni „mordują nasze dzieci”…

I tak się to kręci – także w oparciu o mechanizm, który odsłania mój rozmówca, dr hab. Grzegorz Ptaszek, prof. AGH, badacz mediów. Rozmawialiśmy kilka tygodni temu, wywiad z Grzegorzem ukazał się na łamach listopadowej „Polski Zbrojnej”. Odsyłam Was do lektury całości (kto nie załapał się na „papier”, wciąż może kupić cyfrowe wydanie „Pezetki” – oto link do e-sklepu), a na potrzeby tego postu – i tytułem zachęty – publikuję poniższy fragment.

—–

Wraz z wybuchem pełnoskalowego konfliktu w Ukrainie w sieci zaroiło się od pseudoekspertów od wojny i wojskowości.

Najpierw istotne zastrzeżenie ogólne – w mediach społecznościowych funkcjonuje wielu wartościowych i rzetelnych twórców. Ale mamy też kompletne pomieszanie z poplątaniem, gdzie specjaliści od zdrowego żywienia czy treningów siłowych wypowiadają się na każdy temat. Na przykład o obronności, o której nie mają pojęcia. Mają za to ogromne zasięgi i dla wielu są autorytetami. Od wszystkiego, choć tak naprawdę od niczego konkretnego…

Jak tacy ludzie budują zaufanie odbiorców?

Jeśli media głównego nurtu są spolaryzowane i przez to oceniane jako niewiarygodne, to eksperci i „eksperci” z mediów społecznościowych są ponad to. Podkreślają swoją niezależność, intelektualną niepokorność, racjonalne spojrzenie. Nie bez znaczenia jest też aspekt wizualny, to, jak ci twórcy wyglądają, gdzie nagrywają swoje materiały.

…na kanapie, w salonie.

No właśnie. A jeśli jesteś postrzegany jako „swój, ziomal”, ktoś, kogo można spotkać w siłowni czy na ulicy, to łatwiej budujesz więź. A więź to zaufanie. A ufający odbiorca nie weryfikuje informacji, zwłaszcza jeśli wpisuje się ona w jego poglądy. No i są jeszcze emocje, bardzo obecne w społecznościówkach. Strach, zniesmaczenie, wstręt.

Wstręt się sprzedaje?

Popularność patostreamingu to najlepszy na to dowód. Jest grupa odbiorców, która łaknie mieszanki zaskoczenia, sprzeczności, naruszenia granic obyczajowych. Teoria emocjonalnych nadawców Kenta Harbera i Dova Cohena mówi, że zderzenie dwóch perspektyw wywołuje napięcie, które chcemy rozładować – dzieląc się treścią, komentując, reagując. To jeden z powodów, dla których ludzie bezrefleksyjnie udostępniają często szokujące materiały.

Jaka emocja jest wiodąca w społecznościówkch?

Strach.

Znam ludzi, których ta nieustanna ekspozycja na strach skłoniła do porzucenia mediów społecznościowych czy mediów w ogóle.

Całkowite odcięcie nie jest dobrym rozwiązaniem. Skądś musimy czerpać informacje. Ale rozumiem potrzebę ograniczenia negatywnych bodźców.

Jak walczyć z informacyjną patologią?

Częściowo już się to dzieje – są aktywiści, którzy tropią fałszywych ekspertów, obnażają braki wiedzy, prostują bzdury i pokazują manipulacje.

Może to jednak za mało i trzeba to uregulować systemowo? Czy influencerów powinny obowiązywać zasady odpowiedzialności za słowo, tak jak przedstawicieli tradycyjnych mediów?

Na razie influencerzy zostali zobligowani do oznaczania współpracy reklamowej. To krok w dobrym kierunku, ale wciąż niewystarczający. Oczywiście, można obalić ich tezy badaniami, ale to wymaga czasu i zaangażowania. A przeciętny odbiorca często nie ma na to ani siły, ani chęci. W pewien sposób influenserów czy twórców treści cyfrowych obowiązują zasady odpowiedzialności za słowo, ponieważ działają oni w ramach platform internetowych, a te posiadają własne regulaminy. Jednak, jak pokazuje praktyka, z czym często i ja się zetknąłem, w niektórych przypadkach to, co dla jednego użytkownika może być naruszeniem regulaminu, dla platformy niekoniecznie. I wówczas odbijamy się od ściany. Dlatego też uważam, że platformy społecznościowe powinny jeszcze bardziej ponosić odpowiedzialność za dopuszczanie do publikowania treści patologicznych, nawołujących do nienawiści czy wprost manipulacyjnych.

Dlaczego ów przeciętny odbiorca „kupuje” pewne treści, jest podatny na dezinformację?

Podatność na dezinformację wiąże się głównie z cechami indywidualnymi – osobowością, predyspozycjami poznawczymi, zdolnością do analizy i przetwarzania informacji. Dużą rolę odgrywa też poziom wykształcenia. To pierwsza grupa czynników – indywidualna. Druga to czynniki społeczne: ogólny niepokój, zmiany kulturowe, życie w pośpiechu, napięciu. One wpływają na naszą emocjonalną reakcję na przekazy medialne.

Czy są jakieś cechy charakterystyczne dla Polaków jako odbiorców takich treści?

Nie przypominam sobie badań porównawczych, które uwzględniałyby kulturowe różnice w podatności na dezinformację. Próbowaliśmy coś takiego robić – nie w kontekście dezinformacji, ale treści generowanych przez AI – z moją koleżanką ze Stanów Zjednoczonych. Różnice kulturowe się pojawiły, ale były statystycznie nieistotne. Zatem to sposób przetwarzania informacji – ta sfera kognitywna – jest kluczowy. Im bardziej dostrzegamy złożoność świata, tym mniej jesteśmy podatni na manipulację. Im bardziej upraszczamy rzeczywistość, tym łatwiej nami sterować.

Czyli rozwiązaniem jest edukacja?

Zdecydowanie edukacja, a zwłaszcza nauka krytycznego myślenia. Ale to znowu wymaga czasu i systemowych rozwiązań, a nie doraźnych politycznych i chwilowych działań. Od ponad dwóch dekad w środowisku medioznawców i pedagogów walczyliśmy o edukację medialną jako szkolny przedmiot, gdzie ważnym elementem jest krytyczny odbiór mediów. I co? I nic, nie doczekaliśmy się tego. A teraz utyskujemy, że młodzież spędza zbyt dużo czasu ze smartfonem w ręku i bezrefleksyjnie wierzy w fałszywe treści publikowane w Internecie.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. kadr z relacji na żywo, udostępnionej na oficjalnym profilu Wołodymyra Zełenskiego

Zuchwałość

gierasimow, ksywa „młotkowy’, do putina (10 dni temu):

– Zdobyliśmy Kupiańsk!

Zełenski (dziś):

– Potrzymaj mi piwo…

Znajdą się tacy, którzy powiedzą, że chłopięca zuchwałość nie przystoi politykowi, głowie państwa na wojnie. „Propagandowa szopka”, rzekną, usiłując zdezawuować fakt, że prezydent Ukrainy znów odwiedził żołnierzy w strefie walk, gdy jego adwersarz długo nie wychodził z bunkra, a jak już zdecydował się pojechać na front, to zwizytował go zdalnie, z bezpiecznej odległości 40 kilometrów (nawet Hitler, który odwagą nie grzeszył, był bliżej…). Załączone zdjęcie wykonano w Kupiańsku, 2000 metrów od rosyjskich pozycji. Gdy je robiono, Zełenski nagrywał wystąpienie, w którym odnosił się do kremlowskich zapewnień o zdobyciu miasta.

„Frajerzy…”, mówi jego postawa, a komunikat ów skierowany jest nie tylko do putina i jego speca od masowego wytracania własnych żołnierzy. To także przesłanie do Trumpa, coś w stylu: „może i nie mam najmocniejszych kart, mam za to jaja”. Tak również (obok szeregu innych działań!), ową chłopięcą zuchwałością, buduje się morale współobywateli. Kto nie wierzy, niech zerknie w ukraińską przestrzeń informacyjną. Prezydencki gest jest tam odbierany jako symbol niezłomności i nieustępliwości całej Ukrainy. Jednoczy i daje powody do dumy. A na takiej bazie pojawia się skłonność do kolejnych wyrzeczeń.

—–

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Fot. Biuro prezydenta Ukrainy

Pieniądze

Sądząc po tym, co do nas dociera z Moskwy, raczej nie ma opcji na szybkie zakończenie wojny. Co oznacza, że Ukraina wciąż powinna otrzymywać zachodnie wsparcie. Jakie? Czego najbardziej jej trzeba?

W basenie Morza Czarnego inicjatywa strategiczna należy do obrońców i nic nie wskazuje na to, by sytuacja się zmieniła. rosjanie – utraciwszy (bezpowrotnie lub czasowo) ponad 30 okrętów, ale też sporo portowej infrastruktury i instalacji wojskowych jak radary czy naziemne wyrzutnie – nadal wykazują taktyczną impotencję. Zdaje się, że na Kremlu niczego ambitnego od marynarki już nie oczekują – ma pilnować mostu krymskiego i od czasu do czasu słać z morza pociski rakietowe Kalibr na ukraińskie miasta.

W Moskwie zapewne liczą, że wojnę uda się rozstrzygnąć na lądzie i w gabinetach polityków, co posiada też i swoje plusy, pozwala bowiem Ukraińcom koncentrować wysiłki gdzie indziej. Taki stan rzeczy ma również znaczenie w kontekście zachodniej pomocy. Ukraina nie potrzebuje od sojuszników dostaw sprzętu niezbędnego do prowadzenia wojny morskiej. Jest tu w istotnej mierze samowystarczalna, a i przeciwnik nie stwarza poważnego wyzwania.

—–

Inaczej mają się sprawy w domenie powietrznej. Ukraina weszła do wojny z lotnictwem załogowym kilkunastokrotnie mniejszych od rosyjskiego; kilka razy mniejszym, wziąwszy pod uwagę realny potencjał rzucony do walki przez rosję. Przez trzy lata obie strony zestrzeliły sobie porównywalną liczbę samolotów (po około 150), ale dla Ukraińców te straty były dotkliwsze. rosja częściowo ubytki odtworzyła, produkując nowe maszyny, no i dysponuje większymi rezerwami. Ukraina samolotów bojowych nie wytwarza, kompensacja obywała się poprzez przywracanie do służby maszyn dawno wycofanych (często na zasadzie składania jednego egzemplarza z kilku różnych samolotów) oraz dzięki dostawom z zagranicy. Początkowo Ukraińcy otrzymywali odrzutowce radzieckiej proweniencji, na przykład MiG-i-29 z Polski i Słowacji, od zeszłego roku nad Dniepr trafiają zachodnie konstrukcje – pochodzące z europejskich dostaw amerykańskie F-16 oraz francuskie Mirage 2000-5F.

Dziś siły powietrzne Ukrainy dysponują około dwudziestoma „efami” i co najmniej ośmioma francuskimi maszynami, w służbie jest jeszcze około 40 odrzutowców sowieckiego pochodzenia. Dla Kijowa nie ma już odwrotu od pełnej westernizacji lotnictwa. Zważywszy na rozmaite przewagi zachodnich konstrukcji, idealną byłaby sytuacja, gdyby ów proces nastąpił jak najszybciej. Niestety, nie jest to możliwe z co najmniej trzech powodów.

Po pierwsze, długości procesu szkoleniowego (co dotyczy nie tylko pilotów, ale i mechaników). Po drugie, ograniczonej podaży maszyn. Bez Stanów, które nie są skore do przekazywania „efów szesnastych” z własnych zapasów, realnie dostępnych dla Ukraińców jest kilkadziesiąt maszyn – a i one w większości nie są na „tu i teraz”. Belgia, która obiecała wysłać na Wschód kilkanaście samolotów, odsunęła realizację pomysłu na przyszły rok z uwagi na opóźnienia w dostawie następców (maszyn F-35 z USA). Francuskie możliwości dotyczące Miragów są jeszcze skromniejsze (cała pomoc zapewne skończy się na przekazaniu 16-18 myśliwców).

Ale jest i trzeci „hamulcowy” – sami Ukraińcy nie są w stanie wysłać na szkolenia dużej liczby pilotów i personelu technicznego. Jednym z głównych problemów jest słaba znajomość języka angielskiego wśród kandydatów. W efekcie proces przechodzenia na zachodnie konstrukcje następuje powoli, a bieżące uzupełnianie strat musi odbywać się w oparciu o sprzęt poradziecki. Problem w tym, że zasoby własne (magazynowe) oraz sojuszników zostały już istotnie wydrenowane. Pośród partnerów Ukrainy niewiele jest krajów, które mają jeszcze Migi i Suchoje „na chodzie”. Około tuzinem sprawnych MiG-ów-29 dysponuje Polska – z deklaracji władz RP wynika, że maszyny te trafią na Wschód. Realnie będzie to możliwe w drugiej połowie br.

—–

Jeśli idzie o lotnictwo bezzałogowe, Ukraina dobrze opanowała technologię produkcji dronów bojowych, włącznie z maszynami dalekiego zasięgu. Ukraińskie „bezpilotniki” rażą cele w głębi rosji nawet na dystansie do tysiąca kilometrów. Czy Zachód mógłby się tu jakoś zaangażować? Od strony technicznej – inżynierskiej i produkcyjnej – nie jest to pomoc niezbędna, koniecznym za to jest wsparcie finansowe ukraińskich wysiłków w tym zakresie.

Ale w domenie powietrznej mamy też obronę przeciwlotniczą (OPL) – i tutaj bez pomocy sojuszników ani rusz. Obecnie kluczowe obiekty w Ukrainie chronione są przez pięć baterii Patriot i jedną baterię SAMP/T, będącą europejskim odpowiednikiem Patriotów. Oba systemy mają zasięg ponad 100 km, doskonale spisują się w walce z rosyjskimi samolotami i pociskami manewrującymi. Rzecz w tym, że jest ich trzy razy mniej niż wynika z ukraińskich potrzeb.

Włosko-francuski SAMP/T nie jest dostępny „na już”, z Patriotami byłoby łatwiej, ale na przeszkodzie stoi amerykańska niechęć do przekazywania Ukrainie wyrzutni i radarów (z pięciu baterii Patriotów, które znalazły się nad Dnieprem, trzy podarowały Ukrainie Niemcy, jedną Rumunia; tylko jednak pochodziła ze Stanów). Świadom nastawienia donalda trumpa, Wołodymyr Zełenski stwierdził niedawno, że jego kraj gotów byłby kupić od USA dziesięć baterii. Na komercyjnych warunkach, co oznacza wydatek rzędu 20-25 mld dolarów. Dla Ukrainy to niebotyczna suma, stąd zastrzeżenie, że transakcję sfinalizowaliby europejscy partnerzy Kijowa. Co podkreśla najistotniejszy, finansowy element wsparcia Europy dla Ukrainy. W każdym razie trump nie odniósł się do propozycji Zełenskiego. To znaczy drwił z niej na użytek mediów, ale oficjalnych reakcji Waszyngtonu w tej sprawie nie znamy.

Lecz Patrioty to nie wszystko – do obrony na bliższych dystansach (do 40 km) potrzebne są inne systemy. Poprzestańmy na tym stwierdzeniu i na moment przenieśmy uwagę na Niemcy. Kilkanaście dni temu do tamtejszych mediów wyciekł protokół z wystąpienia attaché z ambasady RFN w Kijowie. Dokument opisywał ukraińskie doświadczenia z bronią „made in Germany”. Generalny wniosek był taki, że uzbrojenie to oceniane jest przez ukraińską armię jako skomplikowane, podatne na usterki, zbyt drogie i trudne do naprawienia w warunkach frontowych. Pośród krytykowanych systemów znalazł się zestaw obrony powietrznej Iris-T. Media doszukiwały się jego technicznych słabości, a to ślepa ścieżka. Iris-T spisuje się świetnie, a jego jedyną słabą stroną jest ograniczona podaż pocisków – do końca lutego br. Niemcy przekazały Ukrainie 650 sztuk (przez 2,5 roku). Jeden kosztuje ponad pół miliona euro, roczna produkcja oscyluje w granicach pięciuset pocisków. Roczne zapotrzebowanie armii ukraińskiej, biorąc pod uwagę intensywność konfliktu, szacowane jest na minimum tysiąc pięćset sztuk.

—–

Równie ograniczone są europejskie możliwości dotyczące broni pancernej – niezbędnej do prowadzenia wojny w domenie lądowej. Kontynentalni sojusznicy Ukrainy nadal mają trochę posowieckich czołgów (najwięcej Polska), ale „nawis” nowocześniejszych zachodnich konstrukcji został zużyty. Tymczasem po wyczerpujących walkach z ubiegłego roku ukraińskie siły zbrojnie zaczynają odczuwać krytyczny brak broni pancernej. I tylko USA mają odpowiedni zapas – czołgów i mocy produkcyjnych, potrzebnych do „wyszykowania” zmagazynowanych maszyn – by w miarę szybko wysłać do Ukrainy niesymboliczną partię Abramsów.

Ukraińcom brakuje też bojowych wozów piechoty. Europejskie konstrukcje (jak choćby nasz Rosomak) nie zawodzą na polu bitwy, ale dużo i szybko tego rodzaju sprzętu mogą dostarczyć tylko Amerykanie. Idzie przede wszystkim o Bradleye, które z uwagi na trakcję gąsienicową lepiej niż pojazdy kołowe sprawdzają się w ukraińskich warunkach terenowych.

I można by tak długo wymieniać kolejne rodzaje potrzebnego uzbrojenia – dość stwierdzić, że bez USA ani rusz. Ale co w sytuacji, w której Waszyngton nie kwapi się do dalszej pomocy Kijowowi? W zeszłym tygodniu pisałem o raporcie Instytutu Gospodarki Światowej (IfW) z Kilonii. Nie mam sensu przytaczać ponownie tego omówienia, dość przypomnieć najważniejsze konkluzje. A są one takie, że to Europa pomogła Ukrainie bardziej niż USA (138 mld euro vs. 115). Co więcej, ma europejska wspólnota wciąż spore „luzy” w zakresie tej pomocy, zwłaszcza Francja, Włochy, Hiszpania, Wielka Brytania i Niemcy. „Gdyby «wielka piątka» krajów europejskich zrobiła choć tyle, co kraje nordyckie i bałtyckie, Europa mogłaby w dużej mierze zrekompensować wszelkie niedobory USA, zwłaszcza jeśli chodzi o pomoc finansową”, stwierdza Christoph Trebesch z IfW.

Trudno się z tą konkluzją nie zgodzić, ale przecież pieniądze nie strzelają. Można jednak kupować za nie amerykańską broń i amunicję dla Ukrainy. Robić to do czasu, aż europejskie moce produkcyjne osiągną taki poziom, by możliwe było jednoczesne budowanie większych zdolności obronnych wspólnoty oraz wspieranie Kijowa.

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Czytelnikowi o nicku Zajcef FizzlewickArkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Marcie Müller-Reczek, Annie Waludzie (za „wiadro kawy”!) oraz Łukaszowi Podsiadło.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Tekst, w obszerniejszej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.