Ostatnia?

Według części zachodnich i ukraińskich ekspertów Moskwa przygotowuje kolejną dużą ofensywę, próbując jeszcze raz przełamać front. Pytanie jednak, czy rosyjska armia dysponuje dziś potencjałem pozwalającym na taki manewr – i czy ewentualne niepowodzenie rzeczywiście ograniczyłoby zdolność Kremla do prowadzenia dalszych działań ofensywnych.

Pierwsze miesiące 2026 roku nie przyniosły zasadniczej zmiany sytuacji na froncie rosyjsko-ukraińskim. Walki pozostają intensywne, lecz postępy rosyjskiej armii są niewielkie i okupione dużymi stratami. Ba, na Zaporożu to Ukraińcy spychają rosjan z części pozycji; zyski terytorialne są symboliczne, ale inicjatywa należy tam do obrońców.

Mimo to pojawiają się sygnały o możliwej wiosennej ofensywie rosjan. Wskazywać na to mają dane wywiadowcze, koncentracja wojsk, rotacje jednostek i wzmożona aktywność logistyczna. Ukraińskie dowództwo ostrzega, że rosja może przygotowywać operację zaczepną na kilku odcinkach frontu w Donbasie. Zdobycie całego obwodu donieckiego pozostaje jednym z kluczowych celów politycznych Kremla.

Z operacyjnego punktu widzenia oznaczałoby to próbę przełamania ukraińskiej obrony w rejonie Pokrowska, Konstantyniwki, Kramatorska i Słowiańska – ośrodków o znaczeniu logistycznym i militarnym. Ich utrata utrudniłaby Ukrainie utrzymanie obrony we wschodniej części kraju. Możliwe byłyby także działania pomocnicze: na południu próba odsunięcia ukraińskiej artylerii od korytarza lądowego na Krym, a na północy operacje wiążące w rejonie Charkowa lub Sum.

—–

Ale czy rosja „ma czym robić”? Tak. System kontraktów wojskowych, wspierany kolejnymi falami mobilizacji, pozwala jej utrzymywać dużą liczebność wojsk na froncie. Problemem pozostaje jednak jakość nowych żołnierzy, często po skróconym szkoleniu.

Jeszcze poważniejszym wyzwaniem jest sprzęt. Straty rosyjskiej armii od początku wojny obejmują tysiące czołgów, bojowych wozów piechoty i systemów artyleryjskich. Choć przemysł obronny zwiększył produkcję amunicji i części uzbrojenia, wiele jednostek korzysta dziś ze sprzętu wyciągniętego z magazynów lub zmodernizowanych konstrukcji starszych generacji. Nie oznacza to jednak wyczerpania potencjału rosji – gospodarka przestawiona na tryb wojenny oraz wsparcie państw partnerskich pozwalają jeszcze utrzymywać produkcję uzbrojenia i prowadzić wojnę materiałową.

Dotychczasowe działania ofensywne rosji pokazują jednak, że nawet przy dużym zaangażowaniu sił postępy są bardzo ograniczone. Jednym z głównych powodów jest charakter ukraińskiej obrony: wielowarstwowe umocnienia wspierane przez artylerię, drony i precyzyjne systemy rakietowe. Masowe użycie dronów sprawia, że koncentracja wojsk – niezbędna do klasycznego przełamania – jest trudna do ukrycia i szybko naraża nacierające jednostki na ogień. W efekcie rosyjskie natarcia mają najczęściej charakter lokalnych ataków prowadzonych przez niewielkie grupy piechoty wspierane przez artylerię i drony. Pozwala to powoli zdobywać teren, ale utrudnia szybkie przełamanie frontu.

—–

Skuteczna operacja zaczepna rosji mogłaby oznaczać załamanie ukraińskiej obrony w rejonie Kramatorska i Słowiańska, co pozwoliłoby Kremlowi ogłosić realizację jednego z głównych celów wojny, czyli opanowanie całego obwodu donieckiego. Najbardziej ambitny scenariusz zakładałby głębsze przełamanie frontu i powrót do operacji manewrowej w głębi Ukrainy, choć rosyjska armia od dawna nie była w stanie przeprowadzić takiej operacji na większą skalę.

Niepowodzenie ofensywy nie oznaczałoby jednak końca wojny. rosja nadal dysponuje znacznymi zasobami ludzkimi i potencjałem przemysłowym, a jej system polityczny jest zdolny narzucać społeczeństwu długotrwały wysiłek wojenny. Jeśli ofensywa zakończy się fiaskiem, konflikt prawdopodobnie wejdzie w jeszcze dłuższą fazę wyniszczeniową. Front pozostanie względnie stabilny, a kluczową rolę nadal będą odgrywać artyleria, drony i uderzenia dalekiego zasięgu. Wojna jeszcze wyraźniej stanie się starciem gospodarek, przemysłów i systemów mobilizacyjnych, w którym ostatecznie może zadecydować wytrzymałość państw zaangażowanych w konflikt.

Ten tekst, w bardziej rozbudowanej wersji, opublikowałem na łamach portalu „Polska Zbrojna” – oto link do całości materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

NZ. Ukraińska armia jest gotowa na przyjęcie rosjan, zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Twierdza

Czas pozbyć się złudzeń i przyjąć do wiadomości, że Ukraina nie zostanie członkiem NATO – nie w ciągu najbliższych kilku, a może nawet kilkunastu lat. I nie chodzi tylko o opór Węgier czy Słowacji – nie chcą tego także Stany Zjednoczone i Niemcy. Nie będzie też europejskich sił pokojowych w Donbasie, amerykańskie bataliony nie zostaną rozlokowane na Zaporożu. Zachód, choć hojnie Ukrainę wspiera, nie zdecyduje się na bezpośrednie zaangażowanie militarne. Dla Kijowa oznacza to jedno: przyszłe bezpieczeństwo musi być zbudowane w oparciu o własną siłę.

Idźmy dalej i wskażmy drugą istotną zmienną, determinującą przyszłość Ukrainy. Najnowsza historia relacji rosyjsko-ukraińskich pokazała jedno: obietnice Moskwy są bezwartościowe. Od memorandum w Budapeszcie po niezliczone zawieszenia broni, rosja złamała każde przyrzeczenie o nieagresji. Naiwnością byłoby zakładać, że po ewentualnym wygaszeniu walk na Wschodzie byłoby inaczej; bezpieczniej przyjąć, że Kreml będzie czyhał na okazję, by znów uderzyć na sąsiada.

Zdolność do kontruderzenia

„Ukraina powinna dysponować własną bronią atomową!”, przekonują domorośli stratedzy. Co do sedna argumentacji trudno odmówić im racji – odstraszanie nuklearne jest najskuteczniejszym gwarantem pokoju. Lecz realnie patrząc Ukraina nie ma dziś możliwości powrotu do statusu państwa nuklearnego. Ani politycznie (żaden z liczących się sojuszników na to nie pozwoli), ani technologicznie i finansowo. A więc zostaje Ukraińcom konwencjonalna armia, a ta – by skutecznie pełnić rolę straszaka – musi być zdolna do błyskawicznego zadania nieakceptowalnych strat agresorowi. To nie tylko kwestia sprzętu, ale i doktryny, morale, logistyki czy także mocy przemysłowych.

Jak zatem powinno wyglądać to wojsko? Zacznijmy od komponentu lądowego. Zdaniem części analityków, winien on liczyć co najmniej 25 w pełni rozwiniętych brygad, przede wszystkim zmechanizowanych i pancernych, co dałoby około 120 tys. żołnierzy gotowych do walki. W mojej ocenie to za mało. Ukraina potrzebuje 50 takich jednostek, oczywiście z pełnym zapleczem logistycznym, artyleryjskim i rozpoznawczym. Dlaczego aż tyle? Jest niemal pewnym, że nawet gdy skończy się wojna, rosja nie rozpuści istotnej części swojej armii do domu. Analizując rosyjskie plany i strukturę organizacyjną, z dużym prawdopodobieństwem można uznać, że Moskwa zamierza utrzymywać na terenach okupowanych i w bliskim sąsiedztwie Ukrainy ponad 300-tysięczny kontyngent. Nie bez znaczenia jest też zdolność rosji do szybkiej mobilizacji rezerw i znacznie większy od ukraińskiego zasób mobilizacyjny. Rzecz jasna Ukraina nie musi równoważyć tych sił w relacji jeden do jednego – wystarczy zbudować przewagę jakościową – ale to nadal oznacza konieczność posiadania ćwierćmilionowych wojsk lądowych. Zdolnych zarówno do obrony, jak i do kontruderzenia, co wymaga nie tylko wysokich zdolności manewrowych, ale też rezerw operacyjnych; rosja musi się bać szybkiego przeniesienia walk na jej terytorium, to istotny czynnik odstraszający.

Stany osobowe to jedno, drugie – sprzęt. Jaki? Każda brygada powinna być wyposażona w nowoczesne czołgi (Leopard 2A6, M1A2 Abrams), bojowe wozy piechoty (CV90, Bradley), artylerię precyzyjną (Krab, Caesar, Bohdana, Himars) oraz systemy rozpoznania i walki radio-elektronicznej. Plus oczywiście drony taktyczne, jako broń bezpośredniego wsparcia.

Niska kultura techniczna

Rozważając przyszłość relacji rosyjsko-ukraińskich trzeba przyjąć założenie, że federacja nie zrezygnuje z ataków rakietowych i dronowych. I nie chodzi mi wyłącznie o oczywisty dla pełnoskalowych działań wojennych aspekt, ale także o strategię uderzeń nękających, ponawianych co jakiś czas mimo formalnego zawieszenia broni. Po to choćby, by Ukraina nie stanęła zbyt szybko na nogi. Stąd konieczność posiadania przez Kijów wielowarstwowej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej, nie punktowej, jak ma to miejsce obecnie, a obejmującej znacznie większe połacie kraju. O czym konkretnie mówimy? O systemach krótkiego zasięgu typu Piorun, Stinger, Gepard, przeznaczonych do osłony jednostek liniowych oraz pojedynczych elementów infrastruktury. O systemach NASAMS i IRIS-T przewidzianych do obrony miast i obiektów strategicznych oraz o zestawach średniego zasięgu, takich jak Patriot i SAMP/T, skutecznych w neutralizacji rakiet balistycznych i lotnictwa. Jeśli idzie o dwa ostatnie rodzaje uzbrojenia, musi to być co najmniej po kilkanaście baterii.

Ukraina powinna też rozwijać własne systemy antydronowe i radarowe.

Kluczem do skutecznego odstraszania są także odpowiednio wyposażone siły powietrzne. Według rzecznika ukraińskiego lotnictwa Jurija Ignata, kraj potrzebuje co najmniej 200 samolotów bojowych różnych typów. Ktoś mógłby zauważyć, że rosja będzie ich miała pięć razy więcej. Zgoda, lecz pamiętajmy, że parytet ilościowy nie ma tu większego znaczenia. rosyjskie konstrukcje ustępują zachodnim, a wskaźniki ich sprawności są znacząco gorsze, co jest konsekwencją niskiej kultury technicznej rosjan (zarówno na etapie produkcji, jak i użytkowania). Innymi słowy, owe 200 samolotów to nie jest parametr niedoszacowany.

„Długie ręce” Ukrainy

Ukraińcy już użytkują około 50 F-16 i Mirage 2000, wykorzystując je do walki z pociskami manewrującymi i bezzałogowcami typu Szahed oraz do misji wsparcia wojsk lądowych. Te działania wymiernie wspierają operację obronną, ale nie przekładają się na posiadanie przewagi w powietrzu – ukraińska flotylla jest na to po prostu za mała. Myśląc o jej rozbudowie musimy pamiętać, że obecnie posiadane maszyny maja już swoje lata i są intensywnie eksploatowane, zatem w przyszłości nie wystarczy dosłać Ukraińcom kolejnych 150 maszyn.

Idźmy dalej – podobnie jak w przypadku wojsk lądowych, także siły powietrzne powinny być zdolne do prowadzenia operacji ofensywnych – nie tylko niszczenia przeciwnika w rejonie konfliktu, ale też do ataków na głębokie zaplecze logistyczne. Nie mam tu na myśli rajdów w głąb rosji, a możliwość używania precyzyjnej broni lotniczej dalekiego zasięgu, na przykład podwieszanych pod F-16 rakiety JASSM o zasięgu 1000 km.

Generalnie Ukraina winna mieć „długie ręce”, rozumiane jako zdolność do ataków na kluczowe obiekty rosyjskiej infrastruktury, co z uwagi na rozległość rosji oznacza konieczność posiadania pokaźnego arsenału rakietowego. Fakt, iż nad Dnieprem intensywnie pracują nad takimi projektami, długofalowo znosi konieczność zaopatrywania ukraińskiej armii zachodnimi konstrukcjami (choć „na dziś” jest to konieczne).

Wracając zaś do lotnictwa – obok załogowego, konieczna jest rozbudowa komponentu bezzałogowego – zarówno bojowego, jak i rozpoznawczego – obejmującego takie maszyny jak Bayraktar TB2, RQ-20 Puma i własne konstrukcje ukraińskie. Całość sił powietrznych musi zachować dotychczasową zdolność do operowania z rozproszonych, często zaimprowizowanych lotnisk, co przekłada się na konieczność posiadania mobilnych systemów wsparcia i centrów dowodzenia.

Cyberbezpieczeństwo też jest ważne

Jeśli idzie o morze, Ukraina nie zbuduje klasycznej floty – taki projekt, z konieczności realizowany niemal od zera, były zbyt kosztowny i za bardzo rozłożony w czasie. Kraj może jednak dalej rozwijać flotyllę dronów morskich, pozyskiwać i budować własne systemy przeciwokrętowe (Harpoon, Neptune), rozbudowywać arsenał min morskich (do rozstawiania których wystarczą małe, stosunkowo tanie okręty). Kontrola nad Morzem Czarnym nie musi oznaczać dominacji – wystarczy, jak ma to miejsce obecnie, zdolność do trzymania Rosjan z dala od ukraińskiego brzegu.

Każda armia potrzebuje oczu i uszu, co na poziomie strategicznym sprowadza się do posiadania satelitów. W tym zakresie Ukraina nie posiądzie własnych zdolności, ale te mają jej sojusznicy (przede wszystkim Stany Zjednoczone i Francja). Zatem o jakości rozpoznania przesądzi w przyszłości charakter relacji politycznych – dbanie o nie jest dla Kijowa równie ważne, jak budowanie fizycznego potencjału.

Współczesne konflikty toczą się także w cyberprzestrzeni. Wymiar ściśle informacyjny (wojna propagandowa) to jedno, drugie to przekładające się na realia fizyczne cyberbezpieczeństwo kluczowych elementów infrastruktury krytycznej. Elektrowni nie trzeba niszczyć bombami czy rakietami, można je zahackować. W Ukrainie pracuje ponad 200 tys. wykwalifikowanych informatyków, jest więc na kim i na czym budować zdolności w tym zakresie, zarówno defensywne, jak i ofensywne.

Ważne jest też morale

Dziś ponad 40 procent broni i amunicji, jakie trafiają na front, pochodzi z ukraińskich zakładów i manufaktur. W niektórych obszarach produkcji wojskowej odnotowano 35-krotny wzrost wydajności w porównaniu z 2022 rokiem. Udział własny w produkcji zbrojeniowej daje luksus niezależności – od widzi mi się dostawców i nieprzewidywalności łańcuchów dostaw (pamiętamy, jak pandemia sparaliżowała przemysły w Europie; nie było w tym niczyjej złej woli, były za to konsekwencje rozproszonej wcześniej produkcji). Zatem kolejnym kluczem do skutecznego odstraszania jest dalsza rozbudowa własnej bazy przemysłowej.

Lecz produkcja to ledwie wstęp – warunkiem koniecznym militarnego sukcesu, w tym skutecznego odstraszania, jest posiadanie sprawnej logistyki. Niezależnie od tego, jak wyszkolona i wyposażona będzie armia, pozbawiona na czas amunicji, paliwa, jedzenia i zaplecza medycznego, w najlepszym razie nie zwycięży, w najgorszym poniesie porażkę. A więc Ukrainie potrzebne są również duże projekty infrastrukturalne – drogowe, kolejowe, związane z koniecznością budowy różnego rodzaju magazynów, centrów dystrybucji itp. Ktoś mógłby zauważyć, że przecież kraj jakoś sobie w tym zakresie radzi. Znając jakość ukraińskich dróg, zwłaszcza na wschodzie, poprzestanę na stwierdzeniu, że mogłoby być lepiej. I że owo lepiej z pewnością wpłynęłoby na sytuację na froncie.

Ale ów „twardy” wymiar to nie wszystko. W wojnie od zawsze liczą się morale, jakość dowodzenie, o skuteczności armii przesądza też poziom wyszkolenia. Ukraina nadal nie najlepiej radzi sobie z rotacją personelu i budowaniem rezerw. Zbyt wielu ludzi walczy zbyt długo; gros żołnierzy jest nadmiernie eksploatowanych. Tymczasem w realiach „zimnej wojny” z rosją przez lata trzeba będzie utrzymywać w gotowości liczne siły zbrojne – tego nie da się zrobić selektywnym poborem, z zastosowaniem wyłączeń dla całych grup społecznych. Ukraina musi wreszcie zbudować armię obywatelską z prawdziwego zdarzenia. W kontekście jakości „oczywistą oczywistością” jest kontynuowanie współpracy szkoleniowej z NATO. Mniej oczywiste, a istotne, jest też zmierzenie się ze społecznymi skutkami prowadzonych dotąd działań wojennych. Weterani i ich rodziny nie mogą poczuć się porzuceni – bo to zaproszenie do niepokojów i „podcinacz” motywacji dla służby krajowi. Wsparcie psychologiczne i medyczne: systemy rehabilitacji, pomoc dla rodzin, programy reintegracji; tego typu inicjatywy są równie istotne jak budowanie potencjału armii.

Ukraina nie dźwignie wymienionych wyzwań sama – w czym ujawnia się rola jej sojuszników. I nie chodzi tylko o „prosty” transfer uzbrojenia i „zwykłe” finansowanie wysiłków zbrojeniowych; tu trzeba czegoś więcej.

Czego? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewick, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego miesiąca: Dariuszowi Wołosiańskiemu, Adamowi Halupowi, Jarkowi Uścińskiemu, Monice Kalisz, Katarzynie Kulpie, Joannie Syrewicz, Edycie Miturze, Marianowi Sztukowskiemu i Jackowi Romańskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Ukraińska piechota wyposażona w amerykański ciężki karabin maszynowy/fot. SzG ZSU

„Troska”

Kilka dni temu pisałem o najsensowniejszej moim zdaniem, i najbardziej realnej, opcji gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy. Byłaby nią rozbudowa, za zachodnie pieniądze i przy użyciu zachodniego sprzętu, potencjału armii ukraińskiej.

Rozwinąłem ten wątek w felietonie dla „Polski Zbrojnej” – zapraszam Was do jego lektury, link znajdziecie poniżej. Tu podrzucę Wam tylko jedną z konkluzji, wszak moim zdaniem to bardzo istotna kwestia.

(…) Na koniec warto wspomnieć o pewnym zagrożeniu. Widać je szczególnie w Polsce, gdzie coraz częściej w debacie publicznej pojawia się argument o ryzyku dozbrajania Ukrainy. „Bo jak się tamci dogadają z rosją, to miecz, który im daliśmy, wymierzą w nas”, oto sedno tego sposobu myślenia. Być może w części przypadków stoi za nim prawdziwa troska, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że takie lęki są wzmacniane przez rosyjski aparat dezinformacyjny. Za pewnik zaś można uznać, że rosjanie nie odpuszczą i będą wpływać na nasze postrzeganie spraw w tym zakresie. Licząc, że jeśli uda im się zniechęcić Polaków do wspierania Ukrainy, z czasem przełoży się to także na decyzje polityczne podejmowane przez polskie władze. A rosjanie działają szeroko, nie tylko u nas…”.

Nie dajmy się zwieść tej neosowieckiej hydrze!

Dobrego weekendu Wam życzę!

A oto link do zapowiadanego materiału.

Fot. SzG ZSU

Gwarancja

Po dyplomatycznym maratonie z ostatnich dni na plan pierwszy wysuwa się kwestia gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy. Bez tego, przy takim sąsiedzie jak rosja, nie da się zapewnić trwałego pokoju. Nie tylko zresztą Ukrainie, ale też reszcie Europy, o czym otwarcie mówił w poniedziałek w Waszyngtonie prezydent Francji Emmanuel Macron.

Koalicjanci głowią się teraz nad szczegółami takich gwarancji i mam wrażenie, że są to rzeczywiste rozkminy, a nie pozorowane działania. Stany Zjednoczone – i nie tylko one – wykluczają możliwość przyjęcia Ukrainy do NATO, co z perspektywy Kijowa byłoby najwłaściwszym rozwiązaniem. O wysłaniu potężnych sił pokojowych też nie mam mowy – Amerykanie umywają ręce, a Europejczycy nie są organizacyjnie zdolni do takiego wysiłku. Wszelkie zaś mniej lub bardziej symboliczne działania w tym zakresie już dziś można uznać za niedostateczne; kilka-kilkanaście tysięcy żołnierzy NATO rosjan nie odstraszy.

Sytuacja bez wyjścia? Są tacy, którzy twierdzą, że jedynym ratunkiem dla Ukrainy byłoby posiadanie własnej broni jądrowej. Nie będę podważał logiczności takiej argumentacji, gdyż się z nią zgadzam, ale realna ocena sytuacji każe mi uznać taki scenariusz za niemożliwy. Ukraina nie jest w stanie pozyskać takiej broni – nie ma ku temu odpowiednich środków i zasobów techniczno-intelektualnych, Kijów nie uzyska też wsparcia z zewnątrz.

Co zatem począć? Ano można wybrać półśrodek: uzbroić ukraińskie wojsko po zęby. Po kilkudziesięciu miesiącach pełnoskalowej wojny rosjanie dobrze wiedzą, że ich broń w większości kategorii ustępuje zachodnim systemom. Mają świadomość, że dziś ratuje ich stosunkowo niewielka ilość tej broni na wyposażeniu Ukraińców. Kilkanaście F-16 różnicy nie czyni, ale 200 maszyn wymiotłoby z ukraińskiego nieba rosyjskie lotnictwo. Tak samo jest i byłoby z czołgami, artylerią, bronią rakietową, zwłaszcza średniego i dalekiego zasięgu. Potęga technologiczno-finansowa Zachodu mogłaby również pomóc Ukraińcom w zbudowaniu przewag w broni WRE (walki radio-elektronicznej), w dalszej rozbudowie komponentu dronowego. Czy mając takiego przeciwnika rosja poszłaby na kolejną wojnę? Nie sposób tego wykluczyć, ale ryzyko z pewnością byłoby mniejsze.

No ale rosjanie wykazują w tej wojnie niezwykłą determinację – rozumianą jako nonszalancja wobec ponoszonych strat – dlaczego miałoby im zabraknąć jej w przyszłości? – mógłby zapytać ktoś, powątpiewając w odstraszającą moc zwesternizowanej armii ukraińskiej. „Próg bólu” moskali rzeczywiście znajduje się wysoko, jednak nie jest nieosiągalny. Przekonuje mnie interpretacja zaangażowania rosjan w oparciu o mechanizm znany w psychologii społecznej jako „pułapka utopionych kosztów”. To stan, gdy wpakowaliśmy w jakieś przedsięwzięcie czas, pieniądze, energię (jakiekolwiek inne zasoby) i trwamy przy inwestycji chociaż ona nam się już nie opłaca. „Spec-operacja” jest taką właśnie inwestycją – za dużo już „zżarła”, by teraz się z niej wycofać. Co innego, gdyby można było cofnąć czas…

Dozbrojenie ZSU oczywiście będzie kosztować – niewiele mniej niż teraz, kiedy Zachód wykłada rokrocznie około 40 mld dolarów. Ale biorąc pod uwagę skumulowane budżety „koalicji chętnych” to nie byłoby jakieś wielkie obciążenie.

No i jest jeszcze kwestia czasu. O ile właściwą siłę komponentu lądowego armii ukraińskiej udałoby się uzyskać stosunkowo szybko, o tyle zbudowanie odpowiedniego potencjału odstraszania w powietrzu zajęłoby co najmniej kilka lat. Dwustu-trzystu wielozadaniowych maszyn nie da się skołować ot tak, a i szkolenie pilotów i personelu to nie jest wyzwanie na szybko. Potrzebny zatem byłby „pomost” – nawet kilkuletnia misja sił powietrznych NATO, z wydatnym udziałem Amerykanów. Coś jak operacja nad byłą Jugosławią w latach 90. Biorąc pod uwagę techniczną, taktyczną i organizacyjną miażdżącą przewagę zachodniego lotnictwa nad rosyjskim, wysoki wskaźnik gotowości bojowej takiego kontyngentu oraz jego możliwości dotkliwego uderzenia, byłby to mocny czynnik odstraszania. Solidna gwarancja.

—–

Szanowni, gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełna oferta pod tym linkiem.

Nz. Amerykańskie F-35 nad polskim niebem/fot. Bartek Bera

Prze(k)łamanie

Obiecałem sobie nie udostępniać podczas urlopu nic ponad to, co napisałem przed wakacjami. A więc nie komentować bieżących spraw, także tych ukraińskich. Ale szlag mnie trafia, jak czytam doniesienia poloOSINT-u na temat rzekomo dramatycznej sytuacji w Donbasie. „Front przełamany, rosjanie wychodzą na tyły Ukraińców!”, alarmują specjaliści od wojny, co to na wojnie nigdy nie byli, a na wojsku się znają, bo dużo o nim czytają. Ehhh…

Doradzałbym tym specom wstrzemięźliwość językową, co winno być poprzedzone poznaniem definicji „przełamania” czy „wejścia w przestrzeń operacyjną” przeciwnika. Bez tego sieją zamęt i wzmacniają rosyjską fałszywą narrację, wedle której przegrana Ukrainy jest już tuż tuż. Ot, klasyczny przykład użytecznych idiotów, którzy dla atencji lub innych partykularnych korzyści puszczą w świat mniejszą lub większą bzdurę. A ruSSkim w to graj…

roSSjanie rzeczywiście wymacali słabsze punkty ukraińskiej obrony w rejonie Pokrowska. Faktycznie pchnęli tam wojsko. Istotnie, weszli do kilku wiosek. Wyrysowawszy na mapie ich marszruty, dostrzeżemy nieliche (dla specyfiki tej wojny) kilkunastokilometrowe postępy. Efektowne strzałki wrzynające się w ukraińskie terytorium. Ale ta „graficzna prawda” ma wybitnie niepełny charakter. Natarcia rosjan realizowane są z użyciem lekkiej piechoty; w większości to te bieda-moto-komanda. Nie wspiera ich artyleria czy lotnictwo, choć lokalnie potrafią sobie wywalczyć przewagę w powietrzu, na krótkim dystansie, przy użyciu dronów. Za nimi nie podążają jednostki zmechanizowane i pancerne, nie ciągną konwoje logistyczne. Nie ma mowy o rzeczywistym przełamaniu, rozszerzeniu luk, przez które „wlałyby się” odpowiednio licznie i wyposażone oddziały. Mamy na poły partyzanckie rajdy, w których udział bierze, łącznie, kilka tysięcy ludzi.

Dlaczego to nie jest żaden gejmczendżer tej wojny?

Pozwólcie, że zilustruje to następującym przykładem. 100-osobowe moto-komando wjeżdża do niebronionej wioski. Żołnierze mają zapasów tyle co w plecakach i sakwach – jak myślicie, ile będą w stanie bronić się bez ustanowienia kontroli nad drogą, która przywiodła ich do wiochy? Ta setka będzie potrzebowała wsparcia kilku setek innych ludzi z masą sprzętu, który zapewni właściwą logistykę i ochronę. W przeciwnym razie przypadnie – bez amunicji, paliwa, jedzenia, wody, bez możliwości rotacji i ewakuacji.

rosjanie nie mają w Ukrainie sił i środków, by dokonywać przełamań i ryzykować głębokie rajdy na ukraińskie tyły. Do tego trzeba co najmniej kilkukrotnej przewagi i całkowitego panowania w powietrzu, by wysuniętym czołówkom zapewnić nieprzerwane wsparcie; nie skazać ich na włażenie w kocioł. W rejonie Pokrowska najeźdźcy mogą sobie pozwolić na lokalne harce, i właśnie pozwalają, ale nie jest to żaden wstęp do jakiejś wielkiej ofensywy, bo tej nie ma czym przeprowadzić.

Nie ma więc żadnego problemu? No jest, wszak Ukraińcy pokpili sprawę; złapano ich ze spuszczonymi gaciami. W czwartym roku pełnoskalowej wojny, w bliskim sąsiedztwie frontowego „hot-spotu’, nie powinno być słabiej obsadzonych odcinków. A już na sąd wojenny zasługuje fakt nieprzygotowania umocnień i pół minowych, mimo iż w raportach wszystko było od dawna gotowe. Ktoś za to powinien beknąć i nie mam na myśli tylko przedstawicieli lokalnej administracji wojskowej.

Stan na dziś jest taki, że Ukraińcy się obudzili. W zagrożony rejon weszły elitarne formacje ZSU, co jak dla mnie jest gwarancją tego, że rosyjscy rajdowcy zostaną zgruzowani. Co uczynić trzeba, bo bez tego – bez reakcji z ukraińskiej strony – ruscy mieliby czas, by umocnić się na zajętych terenach. Podciągnąć frontowe zaplecze. Do zajęcia aglomeracji kramatorsko-słowiańskiej (co niechybnie wieszczyli wspomniani na wstępie eksperci) wciąż mieliby daleko, ale jednak o krok bliżej. O to toczy się teraz gra, nie o jakieś finalne cięcie, które miałoby zwalić z nóg Ukrainę…

—–

Szanowni, gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełna oferta pod tym linkiem.