Ucieczka

Kulisy akcji humanitarnej ONZ w Iraku.

Moim rozmówcą jest dr Wojciech Wilk – prezes Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej, niegdyś pracownik, obecnie ekspert Organizacji Narodów Zjednoczonych. Uczestniczył w 19 operacjach humanitarnych. Nadzoruje największy polski program pomocy dla uchodźców syryjskich, realizowany od 2012 r. przez PCPM w Libanie. Kieruje także medycznym zespołem szybkiego reagowania PCPM, działającym w ramach systemu Światowej Organizacji Zdrowia (WHO).

– Do Iraku trafiłeś w sierpniu 2003 r. jako pracownik oenzetowskiego OCHA, Biura ds. Koordynacji Pomocy Humanitarnej.

– 4 sierpnia wylądowałem w Bagdadzie. Do siedziby ONZ w dawnym hotelu Canal dotarliśmy ekspresowymi trasami, zbudowanymi w latach 70. i 80. przez Polaków z Budimeksu. U nas tak dobrych dróg było wtedy tyle, co kot napłakał – wzdychałem więc i śmiałem się na zmianę. Lecz samo miasto wydawało mi się bardzo chaotycznie.

– W hotelu Canal urzędowała przed wojną ekipa z programu „Ropa za żywność”.

– Uruchomiono go jako sposób na złagodzenie sankcji, które objęły Irak w 1990 r. Po inwazji na Kuwejt, i później, gdy Saddam jednak utrzymał się przy władzy, Bagdad wyrugowano z wolnego rynku sprzedaży ropy. Ale bez środków finansowych, uzyskiwanych z tego źródła, krajowi groziła gospodarcza zapaść, a ludziom bieda i głód. Stąd inicjatywa ONZ, którą w 1995 r. zaakceptował iracki rząd. Program polegał na tym, że Irak sprzedawał ustaloną z góry ilość ropy, za co przekazywano mu co miesiąc tzw. koszyki żywnościowe, przeznaczone dla mieszkańców. Zawierały one podstawowe produkty żywnościowe, leki i chemię gospodarczą. Dystrybucja odbywała się przez sieć sklepów i była pod kontrolą pracowników ONZ.

– „Ropa za żywność” była największym finansowo przedsięwzięciem ONZ. Jednocześnie narosła wokół programu gigantyczna korupcja.

– …która dotyczyła zarówno władz irackich, jak i współpracowników ONZ. Sprzedaż ropy na czarno, malwersacje, ustawione przetargi – sporo tego było. Program podkopał też poczucie dumy u zwykłych Irakijczyków. Spadek ich poziomu życia zaczął się wcześniej, podczas wojny iracko-irańskiej w latach 80. Ale w latach 90. negatywna tendencja utrwaliła się na dobre. Przedstawiciele kultury liczącej 4 tys. lat zostali zmuszeni do życia z paczek żywnościowych. To było ogromne upokorzenie.

– Wróćmy do hotelu. Obstawiali go amerykańscy żołnierze?

– Tak, przed budynkiem stały wozy opancerzone, a w środku oenzetowscy strażnicy. Jeszcze tego samego dnia dowiedziałem się, że na autostradzie między Bagdadem a Al-Hillą ostrzelano auto Czerwonego Krzyża. Któryś z moich przełożonych uznał, że przejazd jest czasowo niebezpieczny i że z założeniem biura terenowego ONZ w Al-Hilla trzeba poczekać. Musiałem więc znaleźć sobie robotę na miejscu. I tak trafiłem do innego pokoju niż ten, do którego mnie początkowo przydzielono.

– Canal znajdował się w zielonej strefie?

– Nie. Był na wschodnim brzegu Tygrysu, tuż przy biegnącym do rzeki kanale – stąd nazwa. Jako że cały budynek zajęły biura różnych oenzetowskich programów, spaliśmy w 8-osobowych namiotach na parkingu. Nie czułem się tam komfortowo, bo równie dobrze mógłbym spać na dachu – czego akurat robić mi nie wolno było. Co noc z miasta As-Sadra – gigantycznej dzielnicy zamieszkałej przez szyicką biedotę – dobiegały nas odgłosy strzelanin i wybuchów granatów moździerzowych. Zdarzało się, że kule i pociski lądowały na dachach, że ktoś przy tej okazji zginął lub został ranny. Nasi przełożeni o tym wiedzieli i dlatego zabronili nam sypiać na budynku. W sumie zabawne, bo przecież brezentowa płachta nie stanowiła dla nas żadnego zabezpieczenia…

– Upadek Saddama wyzwolił falę przemocy w całym Iraku.

– Podczas jednego z wyjazdów terenowych dotarłem do miejscowość Chanakin. Przed wojną, za sprawą polityki migracyjnej Saddama, napłynęła tam ludność arabska. Zwykle zubożali mieszkańcy południa kraju, z jednej strony przymusowo przesiedleni, z drugiej, zachęceni do osiedlania się przez rząd iracki, który dawał im domy i ziemię należące wcześniej do wypędzonych Kurdów. Ale ci zaczęli wracać. Aktów bezpośredniej przemocy nie odnotowano wiele. Gdy rozmawiałem z szyickimi osiedleńcami z Chanakin, raczej mówili o presji, a nie represji. Ale ta była na tyle silna, że coraz więcej Arabów opuszczało domy, zwalniając je dla Kurdów.

– Ilu osób dotyczyło to zjawisko?

– Dziesiątek tysięcy. Chanakin to przykład – kurdyjskie powroty miały miejsce w ogromnym pasie, rozciągającym się od granicy z Iranem, po Mosul w północnym Iraku. Największym punktem zapalnym okazało się miasto Kirkuk, pod którym leżą złoża ropy naftowej. I Kurdowie, i Arabowie, uznają je za swoje, a konflikt tak naprawdę trwa do dziś.

– Wypad do Chanakin był jednorazową akcją?

– Tak, w Bagdadzie skupiłem się na sytuacji osób masowo wyrzucanych z mieszkań przez właścicieli budynków. Rząd Saddama wprowadził kontrolę czynszów, de facto je zamroził, ignorując inflację. W latach 70. jeden dinar iracki wart był dwa dolary, a gdy przyjechałem do Bagdadu, za dolara trzeba było płacić 5 tys. dinarów. W sklepie czy w stołówce ceny podawano w „kawałkach” (ang. pieces). W obiegu był bowiem tylko jeden banknot, 250-dinarowy – z wizerunkiem Saddama Husajna. „Five pieces” oznaczało więc 1250 dinarów, równowartość puszki napoju. W sytuacji szalejącej inflacji zamrożenie czynszów pozbawiało właścicieli dochodów. Kiedy zatem upadł reżim Saddama, stawki za wynajem gwałtownie wzrosły. Mało kogo stać było na nowo naliczane opłaty – i tak zaczęła się fala mniej lub bardziej dobrowolnych eksmisji.

– Właściciele mieszkań odzyskali swoją własność, ale dziesiątki tysięcy rodzin, z dnia na dzień, stały się bezdomne.

– Ci ludzie szukali schronienia przede wszystkim w opuszczonych bazach armii irackiej, rozsianych wokół Bagdadu. Zjeździłem chyba wszystkie takie obiekty, chcąc ustalić, ile mieszka w nich osób. I na ile, na przykład poprzez budowę przepierzeń, da się pojedynczym rodzinom zapewnić choćby namiastkę prywatności. Upewniałem się, że dociera tam woda, sprawdzałem sytuację sanitarną. Bagdad był wtedy na skraju potężnego kryzysu epidemiologicznego. Elektrownie nie produkowały prądu, co wyłączyło z ruchu stacje przepompowni ścieków. Najgorsza sytuacja panowała w milionowym mieście As-Sadra, gdzie ścieki wartkimi strumieniami płynęły ulicami. Przy 50-stopniowym upale zaduch był koszmarny.

– Mówimy o kraju, który posiada dziesiątą część zasobów ropy naftowej na świecie…

– Zapaść wynikała z kombinacji trzech czynników. Po pierwsze, z dnia na dzień paraliżowi uległy wszelkie struktury organizujące ludziom życie. Ten stan trwał przez kilka miesięcy. Po drugie, interwencja amerykańska spowodowała gigantyczną falę grabieży. Łupiono co się tylko dało, nierzadko wraże elementy infrastruktury. Znamy to, w ograniczonym zakresie, z naszego podwórka – ileż to razy PKP musiały wstrzymywać ruch z powodu kradzieży torów przez złomiarzy. Trzecim powodem była głupia polityka Amerykanów, którzy rozwiązali dotychczasowe siły bezpieczeństwa Iraku, a osobom należącym wcześniej do partii Bass, odmówiono prawa do dalszej pracy w urzędach i instytucjach publicznych.

– W kraju Saddama Husajna każdy, kto coś znaczył, musiał być członkiem reżimowej partii.

– Otóż to. W efekcie, na przykład inżynierowie, którzy mogliby uruchomić elektrownie, puścić w ruch przepompownie, bali się przyjść do pracy.

– Dodałbym jeszcze czwarty czynnik – przestarzałą infrastrukturę, co było winą wieloletnich zaniedbań, po części też sankcji.

– Słuszna uwaga. Jak zwykle najbardziej poszkodowane były dzieci, całymi dniami przebywające w skażonym otoczeniu. Współpracowałem zatem z ludźmi z UNICEF-u, którym też zależało na jak najszybszym uruchomieniu wodociągów. I nie tylko – któregoś razu pojechaliśmy do dawnej bazy armii irackiej za północną obwodnicą Bagdadu. Tym, co od razu rzucało się w oczy, były niewielkie pojemniki wielkości puszki farby w sprayu, z charakterystyczną żółtą zawleczką. Tak wyglądały pojedyncze ładunki bomb kasetowych, masowo zrzucanych przez Amerykanów podczas wiosennych walk. Część z nich nie wybuchła i, niestety, przyciągała uwagę najmłodszych. Często kończyło się to tragicznie, ważne więc było odgrodzenie obszarów usianych bombami i skierowanie tam ekip rozminowujących.

– Tragedia stała się też udziałem pracowników ONZ. Przejdźmy do 19 sierpnia 2003 r.

– Rano pojechaliśmy do jednej z irackich baz na obrzeżach miasta. Coś tam się działo w centrum, więc wróciliśmy do Canalu drogami szybkiego ruchu, jadąc dokoła stolicy. Gdy dotarliśmy na miejsce, była 14. Po przedpołudniu spędzonym w upale niespecjalnie czułem głód, mimo to poszedłem do stołówki. Zamówiłem posiłek, usiadłem przy stole z twarzą skierowaną do okna. Zacząłem jeść, gdy nagle dzień zamienił się w noc. Ułamek sekundy wcześniej zobaczyłem, że cała szyba pęka, a rama i chmara odłamków lecą w moją stronę. Przez głowę przemknęła mi myśl, żeby ratować oczy. Schowałem twarz w talerzu z jedzeniem i dostałem w czaszkę masą odprysków. Sturlałem się na podłogę pełną potłuczonego szkła. Wokół było ciemno od kurzu.

– Domyśliłeś się, co zaszło?

– Ktoś krzyknął, że to bomba i żeby się kryć, bo za chwilę może nastąpić kolejny atak. Przeczołgałem się do części kuchennej stołówki, gdzie zebrało się już kilku ludzi. Z kawałkami szkła wbitymi w twarze, kończyny, próbowali jakoś dojść do siebie. Sam byłem utytłany we krwi. Szybko zorientowałem się, że mimo ran na głowie i zadrapań na ciele, nie odniosłem poważniejszych obrażeń. Że krew nie była moja. Pamiętam trochę jak przez mgłę, jak zacząłem się przedzierać przez na wpół zawalony budynek, żeby dojść do biura, złapać telefon komórkowy i zadzwonić do narzeczonej. Powiedzieć jej, że ze mną wszystko w porządku.

– Pokój, w którym pierwotnie miałeś pracować przed wyjazdem do Al-Hilli, znajdował się trzy metry od miejsca eksplozji bomby…

– I wyparował razem z częścią mojego zespołu. Pomieszczenie, które ostatecznie zajmowałem, miało jakieś 10 m długości. Tyle wynosił dystans między oknem a białą tablicą do pisania, zawieszoną na przeciwległej ścianie. Widok kawałków szkła, powbijanych w tablicę niczym noże, wiele mówił o sile wybuchu. Na moim biurku leżał laptop, przywalony panelami z sufitu, całkowicie rozwalony. Wyjąłem z szuflady najważniejsze rzeczy, czyli telefon i dokumenty, a potem wybrałem numer do Sylwii. Miałem szczęście, że dodzwoniłem się na kilka minut przed tym, jak informację o zamachu podały media.

– Napędziłeś przyszłej żonie stracha, a zarazem oszczędziłeś potwornego stresu…

– Przez wiele godzin dzwonili potem do niej nasi znajomi, pytając, co ze mną. Żyłem, ale zaczął mi się urywać film. W budynku pracował Kanadyjczyk polskiego pochodzenia. On do tej pory jest przekonany, że to ja go wtedy odnalazłem, wyniosłem z gruzów i przekazałem ratownikom medycznym. Kompletnie tego nie pamiętam…

– A pamiętasz, co działo się, gdy opuściłeś budynek?

– W środku niewiele było widać, za to na zewnątrz… (westchnienie). Tłum ludzi, z których część leżała na trawnikach ciężko ranna, umierająca lub martwa. Wśród zwłok rozpoznałem ciało szefa UNICEF-u w Iraku. Kanadyjczyk, młody facet – miał zaledwie 32 lata i dobrze się zapowiadał. Gdy wybuchła bomba, wysiadał z samochodu. Zginął na miejscu. Wśród zabitych byli ludzie z gabinetu politycznego szefa ONZ-tu w Iraku, zginął też on sam, przygnieciony gruzami…

– Sergio Vieira de Mello, Brazylijczyk, typowany na następcę ówczesnego sekretarza generalnego Kofiego Annana.

– Typowany… Na ile mogłem, włączyłem się w akcję ratunkową. Bardzo szybko pojawili się amerykańscy medycy z pobliskiego ambulatorium. Zaprowadziłem tam kolegę, który podczas wybuchu siedział przy komputerze i dostał w tył głowy ramą okienną, wepchniętą do środka przez podmuch. W ten sposób zostało wówczas poszkodowanych wiele osób.

– Ewakuowano cię śmigłowcem?

– Nie, byłem jednym z lżej rannych. Helikoptery amerykańskiego wojska zabierały tych w największej potrzebie. Ja, wraz z innymi osobami, trafiłem do szpitala polowego lądem. Tam założono mi kilka opatrunków.

– Atak na siedzibę ONZ-tu w Bagdadzie przeprowadził zamachowiec-samobójca. Algierczyk, zrekrutowany przez iracką Al-Kaidę. Wsiadł do betoniarki wypełnionej 750 kg materiału wybuchowego i podjechał pod sam budynek. Jak to w ogóle możliwe, że udało mu się zajechać tak blisko?

– Budynek organizacji znajdował się przy drodze, która prowadziła do szpitala dla upośledzonych. Był to jedyny dojazd do tej placówki i nie udało się go wyłączyć z ruchu.

– Kilkanaście dni wcześniej miał miejsce atak bombowy na ambasadę Jordanii w Bagdadzie, w kolejnych miesiącach terroryści wzięli na celownik kwatery Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca w irackiej stolicy. W biuro amerykańskiego NGO-su Care w Mosulu wystrzelono pociski RPG. To już nie były „tylko” coraz lepiej zorganizowane akcje przeciwko wojsku.

– Zgadza się. Przy czym „nasz” zamach był najbardziej spektakularny. Zginęły w nim 22 osoby, ponad 160 zostało rannych. Jeden z moich kolegów siedział w biurze z koleżanką. Ona zginęła, on wyszedł bez szwanku – efekt psychologiczny straszny.

– Kolejnego dnia wróciłeś na gruzowisko.

– Mieliśmy pomóc w uprzątnięciu terenu i ratowaniu tego, co się dało. Nim dotarliśmy na miejsce, w aucie wysłuchaliśmy przemówienia sekretarza generalnego. Kofi Annan potępiał zamach i dodał, że chyli czoła przed wszystkimi, którzy stają wobec tak dużego niebezpieczeństwa. Przede wszystkim jednak zapewniał, że ONZ nie opuści Iraku i będzie pomagać tak długo, jak będzie to potrzebne.

– Chciałeś, chcieliście, wyjeżdżać?

– Skąd! To byłaby ucieczka. Poza tym doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że sytuacja się pogarsza, że potrzeby są gigantyczne, a będą jeszcze większe. „Potrzebują nas tu, a nie na Cyprze czy w jakimś innym przyjemnym miejscu” – mówił jeden z kolegów.

– Wbrew deklaracjom góry, jeszcze tego samego dnia zaczęła się ewakuacja oenzetowskiego personelu.

– Najpierw mowa była o ograniczeniu jego liczby. W sumie nikogo nie zdziwiło, że polecenie wyjazdu dostały wszystkie osoby z projektu „Ropa za żywność”. Program i tak już się kończył. Ale dwa dni po zamachu i ja otrzymałem informację, że lada dzień polecę do Ammanu. Chciałem czy nie, kilka dni później byłem już w jordańskiej stolicy, gdzie każdy z nas musiał przejść obowiązkowe badania psychologiczne.

– To była chyba pierwsza taka sytuacja dla ONZ-tu. Podczas wojen w b. Jugosławii czy w Afryce, nawet w Sudanie Płd, organizacje niosące pomoc nie były celem bezpośredniej przemocy.

– Jeśli już zdarzały się ataki, to na konwoje, samochody czy punkty dystrybucji, ale nigdy na biura. Zamach na siedzibę ONZ uświadomił nam boleśnie, że i my jesteśmy celem, podobnie jak wojsko. Do tego celem łatwiejszym, bo nieuzbrojonym. No i atrakcyjniejszym, bo uderzenie w nas przynosi większy efekt medialny.

– Nie mogłyby was ochraniać siły pokojowe?

– To nie jest takie proste. Do wysłania sił pokojowych trzeba zgody kraju, który tę operację przyjmuje. Na palcach jednej ręki można policzyć sytuacje, kiedy wojska ONZ wysyłano bez takiego mandatu. Właściwie to była tylko wojna koreańska, oraz interwencja w Kongo w 1981 r. Przy czym misja w Kongo zakończyła się katastrofą – niebieskie berety wkrótce stały się stroną wojny domowej. Dlatego ważne jest, aby zgodę na obecność sił pokojowy wydały wszystkie zaangażowane podmioty.

– W Iraku rządu nie istniał, nadzór sprawowały tymczasowe władze okupacyjne, zaś po drugiej stronie mieliśmy rozproszone formacje rebelianckie, pozbawione centralnego dowództwa. Najsilniejsza w tym gronie Al-Kaida była strukturą terrorystyczną, z zasady nieakceptującą idei narodów zjednoczonych.

– Razem z grupą współpracowników sugerowaliśmy naszym przełożonym z Genewy i Nowego Jorku zmianę sposobu myślenia. Chcieliśmy nieść pomoc nie przez struktury państwowe, ale ponadpaństwowe. W Iraku i Jemenie, w którym pracowałem później, najsilniejszy rodzaj więzi tworzą grupy plemienne. I one mogłyby być podmiotem dystrybucji pomocy humanitarnej. Niestety, pomysł nie został odpowiednio wykorzystany, w efekcie ani w Iraku, ani w Jemenie, pomoc nie była realizowana tak, jak być powinna.

– Tymczasem w Iraku działy się rzeczy straszne. W kwietniu 2004 r. rebelianci zabili w Faludży czterech pracowników firmy ochroniarskiej Blackwater. Ich spalone ciała powiesili na moście, a ujęcia z tego zdarzenia obiegły świat. Stały się też pretekstem do amerykańskiej operacji wojskowej, znanej dziś jako pierwsza bitwą o Faludżę.

– Ludzie bali się wyjść poza mury posesji, a wielu rannych, pozbawionych pomocy medycznej, umierało w domach. W mieście nie było wody, prądu – totalna katastrofa. W Faludży znajdował się jeden z największych magazynów żywności ONZ. Walki uniemożliwiły korzystanie z niego, co miało negatywne skutki także dla mieszkańców innych terenów.

– Amerykanie musieli odstąpić – opór bojowników był zbyt silny. Wrócili w listopadzie 2004 r., kiedy miała miejsce druga bitwa o Faludżę.

– Miasto ostatecznie udało się spacyfikować, ale skutki były straszne. W czasie walk niszczono z powietrza domy, gdzie chowali się rebelianci, nie przejmując się tym, że w wielu budynkach byli też cywile. Zginęło ich ponad 6 tys. Obie bitwy zmusiły praktycznie całą ludność miasta do ucieczki. Niemal 300 tys. ludzi rozproszyło się gdzieś pomiędzy Faludżą a Bagdadem. Co niepokojące, podczas bitew złamano wielokrotnie zasady prawa humanitarnego, wedle którego formacje zbrojne nie mogą zajmować takich obiektów, jak szpitale czy miejsca kultu. W Faludży Amerykanie nie mieli takich obiekcji, nie dziwi więc, że podczas pacyfikacji kolejnego miasta – Nadżafu – armia Mahdiego wykorzystała szpital jako pozycję dla snajperów.

– Obserwowałeś to z oddali, ale szaleństwo irackiej wojny dotarło również do Ammanu.

– Jeszcze w kwietniu 2004 r. miejscowym siłom bezpieczeństwa udało się zapobiec zamachowi przy użyciu cystern wypełnionych chlorem. Jedna miała wybuchnąć w okolicy ambasady amerykańskiej, druga w centrum miasta, przy siedzibie policji. Liczba ofiar byłaby wówczas koszmarna. Już po moim wyjeździe do Sudanu, w listopadzie, nastąpiła seria ataków bombowych na hotele. Jeden z samobójców wysadził się na weselu, w miejscu, w którym odbyliśmy wiele spotkań, drugi odpalił ładunek przy recepcji, w lokalu, w którym też wielokrotnie bywałem.

– Ammańska placówka ONZ mieściła się już wtedy w nowej siedzibie.

– Zbudowanej wedle zaleceń wprowadzonych po zamachu w Bagdadzie. Podstawową rzeczą w przypadku zamachu bombowego jest osłabienie fali uderzeniowej – stąd betonowy mur oraz 25-metrowy dystans między nim a ścianą budynku. Do tego okna, których ramy mocowano na specjalnych obejmach, wyposażone w folię zapobiegającą rozpryśnięciu się szyb.

– Biorąc pod uwagę urazy – twoje i kolegów – ta folia ograniczyłaby liczbę rannych w Bagdadzie.

– I wyobraź sobie, że bagdadzki dział bezpieczeństwa przygotował odpowiednią rekomendację. Lecz dokument utknął na długie tygodnie w tamtejszym pionie administracyjnym. Ostatecznie filtr nie został zamontowany, przez co wielu ludzi potraciło oczy, miało poharatane twarze i szkody na całe życie. A osoba odpowiedzialna za opóźnienie nie poniosła żadnych konsekwencji. Ba, później dostała nawet awans.

—–

Nz. Siedziba ONZ w Bagdadzie kilka godzin po wybuchu/fot. archiwum Wojciecha Wilka

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 22/2021

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Blizna

Latem 2009 r. sytuacja w Afganistanie gwałtownie się pogorszyła. Nie było dnia bez starć sił koalicji z talibskimi bojówkami. Również w polskiej strefie, w prowincji Ghazni, dochodziło do co najmniej kilku incydentów na dobę – ostrzałów baz, ataków na konwoje i patrole. Z potyczek poza murami obozowisk Polacy zwykle wychodzili bez szwanku. Duża w tym zasługa transporterów rosomak, zwanych przez Afgańczyków „zielonymi diabłami”. Ich działka siały popłoch w szeregach bojowników, a pancerz dawał schronienie załogom i przewożonym na miejsca akcji żołnierzom. Jednak Afgańczycy nie odpuszczali – z jeszcze większą zaciekłością atakowali patrole piesze, a na „diabły” zaczęli sadzić coraz większe i bardziej wymyślne miny-pułapki. Gdy 10 sierpnia w zasadzce w wiosce Usman Khel zabito por. Daniela Ambrozińskiego, informacje o intensyfikacji walk dotarły wreszcie do opinii publicznej w Polsce. Kilka dni później, podczas pogrzebu poległego oficera, dowódca wojsk lądowych gen. Waldemar Skrzypczak wygłosił emocjonalne przemówienie – za które w efekcie zapłacił głową – domagając się od polityków nazwania misji w Afganistanie „wojną” oraz adekwatnego wyposażenia wysyłanych do Azji oddziałów. „Przecież macie rosomaki” – miał wówczas powiedzieć minister obrony Bogdan Klich. Wozy, w których się nie ginie.

Konwój

W Giro stacjonowała nieco ponad setka żołnierzy, w większości spadochroniarzy. Na terenach wokół posterunku roiło się od talibów, de facto więc Polacy żyli w oblężonej twierdzy. Zaopatrzenie dostarczały helikoptery, rzadziej samoloty, które dokonywały zrzutów. Ale w Giro nie chodziło o trwanie, a o „projekcję siły” – patrole regularnie wypuszczały się do okolicznych wiosek. Za dnia paradowali w nich Polacy, nocą wracali talibowie. Tam, gdzie pierwsi bywali częściej, drudzy z czasem pojawiali się rzadziej, nie była to zatem zabawa w kotką i myszkę, a rozłożona w czasie strategia budowania stref wpływów. Kręgów bezpieczeństwa, jak mówiono w Giro, numerując poszczególne pierścienie, gdzie jeden oznaczało najbliższe okolice bazy. Ta strategia wymagała ciągłej mobilności niewielkiego garnizonu, z czym wiązała się intensywna eksploatacja używanego sprzętu. Tymczasem zaplecze logistyczne, w tym serwis rosomaków, znajdowały się w głównej polskiej bazie, „Gazowni”, ulokowanej na obrzeżach miasta Ghazni. Popularne „rośki” docierały tam na własnych kołach, w ramach powtarzanych co jakiś czas konwojów logistycznych. I właśnie taki konwój, składający się z czterech wozów, rankiem 4 września 2009 r. wyruszył do „Gazowni”.

Oddział dotarł na miejsce po pięciu godzinach, by po kolejnych trzech udać się w drogę powrotną. Tuż przed osiemnastą, trzy kilometry od celu, w drugim kręgu (sic!) doszło do eksplozji miny-pułapki.

– Chłopaki drzemały, ja nie mogłem zasnąć. Czytałem „Apokalipsę według pana Jana” Roberta Szmidta – opowiadał mi kilka dni później jeden z rannych wówczas żołnierzy. – I wtedy walnęło. Nie wiem, co działo się przez następne sekundy. Gdy wróciła świadomość, zobaczyłem kłębowisko ciał. I zacząłem zastanawiać się, dlaczego kolega, Waldi, leży na mnie. Ale to ja leżałem na nim.

Z Mariuszem Mazurem, dowódcą trafionego wozu, rozmawiałem przed pięcioma laty. Tak wtedy wspominał ów moment:

– Dojechaliśmy do wioski, po obu stronach były jakieś zabudowania. Dłużej opłotkami jechać się nie dało, musieliśmy więc wrócić na drogę, co zawsze wiązało się z większym ryzykiem. Maszyna już się prostowała i wtedy pod przedostatnim kołem pierdyknęło. „Mój Boże, oby urwało tylko koło!”, modliłem się w duchu. Ale siadło mi całe auto, wszystkie systemy się wyłączyły. W środku było pełno kurzu i dymu, z tyłu słyszałem czyjeś jęki. „Marcin nie żyje!”, krzyknął któryś z chłopaków. „Który?!”, spytałem, bo na desancie było dwóch Marcinów.

Mazur nie otrzymał odpowiedzi. Wydostał się z wieży rosomaka zaraz po działonowym.

– Uniosłem właz kierowcy i pytam, czy wszystko z nim w porządku. Potwierdził, więc pobiegłem na tył wozu. Jeden z kolegów już wysiadał, za nim zobaczyłem kłębowisko ciał i sprzętu. Zaczęliśmy wyciągać chłopaków.

Pod transporterem eksplodował ładunek formowany kinetycznie. Prosta, chałupnicza konstrukcja, składająca się z pojemnika na materiał wybuchowy, nakryty plastrem miedzi. Eksplozja używanej zwykle przez talibów saletry wyrzucała w górę ów kawałek stopu, a oddziaływujące nań siły formowały go w stożek. Prędkość i gęstość takiego pocisku sprawiały, że przechodził on przez podwozie niczym przez masło. Ktoś, kto znalazł się na jego drodze, nie miał szans na przeżycie. Tym kimś był Marcin Poręba, saper. Siedzących obok kolegów poraziła fala uderzeniowa.

Ewakuacja

Gdy jedni ewakuowali poszkodowanych ze zniszczonego pojazdu, reszta przygotowywała grunt pod lądowanie śmigłowca medycznego. W ruch poszły karabiny, granatniki RPG, działka rosomaków. Żołnierze przez kilka minut prowadzili ogień zaporowy, strzelając do miejsc, w których mogliby chronić się bojownicy. Helikopter tymczasem zawisł im nad głowami, po czym poleciał dalej i usiadł na lądowisku przy bazie Giro. W Afganistanie każdy patrol utrzymywał łączność z własnym „tokiem” (od ang. TOC, Tactical Operation Center – Centrum Operacji Taktycznych). W tym przypadku sytuację komplikował fakt, że konwój prowadził „tok” w Giro. Wezwanie o pomoc dotarło najpierw tam, a dopiero potem do TOC w Ghazni, gdzie stacjonowały amerykańskie śmigłowce medyczne. Centrum w Giro dostało prawidłowe namiary od dowódcy konwoju – i takie dane przekazało „tokowi” w Ghazni. Stamtąd współrzędne, w niezmienionej formie, trafiły do Amerykanów. Ci prawdopodobnie założyli, że skoro do ataku doszło tak blisko bazy, ranni zostali do niej dowiezieni. Szczęściem w nieszczęściu, szybko naprawili swój błąd, a siedem minut zwłoki nie kosztowały czyjegoś życia. Ale stan pięciu poszkodowanych i tak był poważny. Jeden z żołnierzy, ze zmiażdżoną u dołu prawą nogą, wiele tygodni później niemal ją stracił. Zawziął się, nie pozwolił na amputację. Po kilkudziesięciu operacjach kończyna wróciła do dawnej sprawności.

Gdy śmigłowiec ewakuacji medycznej zabrał rannych do szpitala w Ghazni, na niebie pojawiły się następne maszyny. Dowództwo polskiego kontyngentu wycofało z innej operacji dwa szturmowe Mi-24, które przez dwie godziny strzegły bezpieczeństwa unieruchomionego konwoju. To były bardzo niebezpieczne chwile, gdyż Polacy stali w pełni księżyca. Gdyby talibowie zorganizowali regularną zasadzkę, użyto by przeciw nim moździerzy. Kilka strzałów wystarczyłoby do zadania wojskowym kolejnych strat. Trudno powiedzieć, czy Afgańczycy mieli takie plany, czy przestraszyły ich huczące nad głowami „diabelskie rydwany”, znane im jeszcze z czasów radzieckiej interwencji. Faktem jest, że do kolejnego ataku nie doszło. A na miejscu wylądował kolejny helikopter, który przywiózł amerykańskich saperów. To oni sprawdzili grunt pod trafionym pojazdem, bez czego nie było mowy o wzięciu rosomaka na hol. Miny-pułapki często podkładano w parach, tak, by uniemożliwić kolejne ruchy uszkodzonej maszyny. „Dobić” ją w razie potrzeby. W tym przypadku pomoc saperów była niezbędna także z innego powodu – Polacy utknęli w terenie, z którego wyjazd prowadził nad przepustem. Tam również mogła kryć się mina.

Przepust okazał się czysty, wozy wróciły do bazy. Następnego dnia na lądowisku dla helikopterów w Ghazni kilkuset żołnierzy pożegnało ciało Marcina Poręby. Nastrojowi powagi towarzyszyło wyraźne poruszenie. „Zielone diabły” już wcześniej wjeżdżały na miny, co kończyło się na urwanych kołach i urazach „wytrzęsionej” załogi – czasem poważnych, nigdy śmiertelnych. Poprzedniego wieczoru nieprzyjaciel przełamał psychologiczną barierę. „Próbowali, próbowali, aż wreszcie im się udało” – podsumował wysiłki talibów jeden z moich mundurowych kolegów.

Pożegnanie ciała Marcina Poręby w bazie Ghazni/fot. Marcin Ogdowski

Saper

Marcin Poręba służbę w armii rozpoczął w 1997 r., w chwili śmierci miał 31 lat. Postanowieniem prezydenta Lecha Kaczyńskiego został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Krzyża Wojskowego i Gwiazdą Afganistanu. Minister Klich awansował go do stopnia sierżanta. I właśnie taki stopień widnieje na grobie Marcina w rodzinnym Szczecynie, wiosce w województwie lubelskim. Pochowano go tam 9 września 2009 r., przy zachowaniu wojskowego ceremoniału. W pogrzebie udział wzięli przedstawiciele władz państwowych i dowództwa armii – minister obrony, stojący na czele BBN Aleksander Szczygło oraz szef Sztabu Generalnego WP, gen. Franciszek Gągor.

– Tylu ważnych gości nasza wioseczka nigdy jeszcze nie gościła – zauważyła po latach Zofia Poręba, mama poległego sapera.

Grób Marcina Poręby w rodzinnej wiosce/fot. Marcin Ogdowski

Marcin miał trzy siostry i dwóch braci. Ze wspomnień matki wyłania się obraz wesołego i wiecznie zajętego dziecka. Gdy wyrósł z podwórka, dołączył do harcerstwa, a później do ochotniczej straży pożarnej. Wiecznie na zbiórkach i wyjazdach, z których przynosił do domu kolejne dyplomy i wyróżnienia. Udzielał się też artystycznie – był członkiem zespołu ludowego w pobliskim Gościeradowie. Przygodę z wojskiem zaczął od służby zasadniczej. Najpierw trafił do Koszalina, a potem do Szczecina, do tamtejszej jednostki przeciwlotniczej. Mimo początkowych wahań, zdecydował się na służbę nadterminową, a w 2001 r. przeniósł się do szczecińskiego pułku saperów. Latem 2003 r. wyjechał do Iraku, jako żołnierz pierwszej zmiany polskiego kontyngentu. Wcześniej ożenił się z dziewczyną, którą poznał będąc już w wojsku. Para doczekała się syna, Szymona, ale związek nie przetrwał próby czasu.

– Dla Marcina syn był pierwszą miłością, zaraz potem było wojsko – wspominał poległego przyjaciela chor. Jarosław Kościelak. – Niektórzy traktują armię jako miejsce pracy, lecz nie Poręba. Pamiętam, jak jeździł na urlop w rodzinne strony. Co drugi dzień dzwonił i pytał, czy w jednostce wszystko okej. Ze Szczecyna do Szczecina jest siedemset kilometrów, a on w każdej chwili gotów był wracać.

– Chciał jechać do Afganistanu? – spytałem chorążego.

– Oczywiście. Marcin lubił wyzwania. Przed wylotem doszkalał się w saperce, jeździł na różne kursy. Naprawdę tym żył.

Poręba wyleciał pod Hindukusz wiosną 2009 r. Najpierw trafił na posterunek Karabach, a później do bazy Giro. Dowodzona przez Marcina sekcja saperska odnalazła wiele zaimprowizowanych ładunków wybuchowych, nazywanych przez żołnierzy „ajdikami”.

– Gdy wychodził sprawdzić przepust, na przód kolumny, odsłonięty, mógł liczyć na wsparcie reszty patrolu – mówił o Porębie Mariusz Mazur. – Ale to on ryzykował najwięcej. Wiele mu zawdzięczamy, był naszym aniołem stróżem.

Marcin Poręba przy znalezionym „ajdiku”/fot. Archiwum Mariusza Mazura

Dom

– Dla mnie to był trudny czas – w słowach matki Marcina groza mieszała się ze smutkiem. – Po śmierci Daniela Ambrozińskiego zaczęłam się martwić jeszcze bardziej. Któregoś razu rozmawiam z synem przez telefon i słyszę: „mamo, pamiętajcie ogrodzić moją działkę”. Mówię mu: „synku, przyjedziesz, sam ogrodzisz”. A on: „nie, zróbcie to teraz, proszę”. Jakby jakieś przeczucia miał. Parę dni później, trochę pod wpływem tej rozmowy, zaczęliśmy z młodszym synem i synową budować huśtawkę. Dla Marcina i Szymona, bo przecież jak już będzie huśtawka, to Marcin musi wrócić. Tak zaklinaliśmy rzeczywistość.

Huśtawka nie pomogła. Wieczorem 4 września 2009 r. Zofia Poręba wyszła właśnie z obrządku.

– Zobaczyłam w dole wojskowy samochód. Zaraz za naszym gospodarstwem kończy się droga, ale ja miałam nadzieję, że to nie do nas, że auto pojedzie dalej. Zatrzymało się koło domu…

Domu, z którego jeszcze kilka lat temu można było dojrzeć pobliski cmentarz. I upewnić się, że znicze na grobie Marcina nadal się palą. Dziś widok przesłaniają drzewa – wąziutki zagajnik nasadzony wzdłuż cmentarnego płotu dla lepszego wydzielenia sacrum od profanum. Wzrastające drzewa to dobra ilustracja mijającego czasu – tego, że życie toczy się dalej. Zresztą, gdzieżby indziej szukać lepszego przykładu, jak nie w Szczecynie. Miejscu-symbolu, które 2 lutego 1944 r. zostało spacyfikowane przez kilkutysięczną ekspedycję niemiecką. Okupanci zamordowali 368 osób – w tym wiele kobiet i dzieci. Spalili też szkołę i 142 gospodarstwa wraz z żywym inwentarzem. I choć nie został kamień na kamieniu, wioska się odrodziła.

Żałoba nie złamała rodziców Marcina, ale wpłynęła na ich dalsze życie. Dziś istotna jego część wiąże się z pielęgnowaniem pamięci o synu. Poręba stał się miejscowym bohaterem, jego grób regularnie odwiedzają uczniowie i harcerze. Przyjeżdżają wojskowe delegacje i weterani, na przykład w ramach motocyklowych rajdów dedykowanych poległym. Rokrocznie to co najmniej kilka różnych okazji, każda staje się pretekstem do odwiedzin w domu Porębów. A ci chętnie przyjmują gości, szczególnie kolegów, z którymi Marcin służył w Giro. Dziś można już mówić o tradycji zapoczątkowanej w pierwszą rocznicę śmierci. Wtedy na cmentarzu w Szczecynie zjawiła się większość uczestników feralnego konwoju. Tak było rok później i w kolejnych latach. Na początku września przy grobie poległego nie brakuje również kolegów ze szczecińskiego pułku. Podczas tych wizyt rodzinny dom Porębów zamienia się w małe koszary.

– Chłopcy ze Szczecina mają dalej, nocują więc dwie noce, spadochroniarze z Bielska przyjeżdżają na jedną – relacjonowała mi swego czasu pani Zofia. – Wszyscy ciągle powtarzają, że przyjeżdżają „do Marcina”.

Reporter

Ja również chciałem pojechać do Marcina, brałem bowiem udział w opisanym konwoju. Nie wszystko widziałem na własne oczy – jechałem w czwartym wozie, Marcin w pierwszym. Wybuch, który wyrwał mnie z półsnu, usłyszałem jako przytłumiony odgłos.

– Moździerz!? – krzyknął wówczas Wojtek, dowódca sekcji desantowej, a jego podwładni zaczęli poprawiać hełmy i przeładowywać broń. Pamiętam te sekundy napięcia, nim wreszcie podano przez radio, że to „jedynka” wjechała na „ajdika”. Działonowy zaklął paskudnie, a eter wypełnił się kakofonią dźwięków. Z potoku meldunków i pytań trudno było wyłapać informację o tym, co stało się z ludźmi z trafionego pojazdu. Ale niebawem wiedzieliśmy już, że jeden żołnierz zginął, a co najmniej dwóch zostało rannych. – Spokojnie. Może panikują… – uspokajał kolegów Wojtek. Miał osobisty odbiornik i słuchawkę w uchu, słyszał i rozumiał więcej niż my. – Ajdik poszedł w desant – relacjonował. – Wzywają medevac (śmigłowiec ewakuacji medycznej – dop. MO).

Bałem się okrutnie. Na kilka minut mnie sparaliżowało – jakby mi ktoś przyspawał nogi do podłogi. Później ta chwila słabości długo we mnie pracowała, wstydziłem się jej. Chcąc ją unieważnić, pakowałem się w kolejne wyjazdy, w następne wojny, a w nich w sytuacje, w których trudno już mówić o odwadze, bo trzeba powiedzieć o głupocie. Lecz nie z tego powodu unikałem uroczystości w Szczecynie. 4 września 2009 r., na odprawie przed wyjazdem konwoju, przydzielono mnie do ekipy Wojtka. Ktoś jednak uznał, że dziennikarz nie powinien znajdować się w czołowym wozie – i „mojego” rosomaka przesunięto na koniec kolumny. Jako pierwszy miał jechać „rosiek” z Marcinem Porębą na pokładzie. Moim imiennikiem, co po wszystkim nabrało dodatkowego symbolicznego wymiaru. Obwinianie się o śmierć Marcina było procesem, początkowo subtelnym, uruchomionym jeszcze 4 września. Późnym wieczorem przypadkiem natknąłem się na inwentaryzację sprzętu ze zniszczonego rosomaka i na stole, pośród innych gratów, zobaczyłem zakrwawioną kamizelkę sapera. Potem było już tylko gorzej.

W 2016 r. przyjąłem propozycję Centrum Weterana i dołączyłem do grona autorów książki poświęconej Polakom poległym w Iraku i Afganistanie. Postanowiłem, że napiszę m.in. o Marcinie[1]. Zadzwoniłem do pani Zofii.

– Ponad sześć lat czekałam na ten telefon – usłyszałem w słuchawce.

Mimo przyjaznego przyjęcia, nie byłem gotowy na rozmowę o moim poczuciu winy. Nadal też odrzucałem zaproszenia na uroczystości w Szczecynie. Pojawiłem się tam w 10. rocznicę śmierci Marcina. Godzinę rozmawiałem z panią Zofią i panem Genkiem, w pokoju pełnym pamiątek po ich synu.

– Tak widocznie musiało być – orzekli zgodnie. Bałem się tej rozmowy, a podczas niej poznałem ludzi, którzy potraktowali mnie jak bliską osobę. Niemal jak syna. – Jesteś Marcin, to nie przypadek – stwierdziła pani Zofia. A twarz miała przy tym tak pogodną, że z miejsca się popłakałem. Potrzebowałem 10 lat, by zakończyć tamten konwój, ale wreszcie się udało. Rana pokryła się blizną.

– Usiądź z nami – usłyszałem tuż przed wyjazdem do domu. Usiadłem więc między Zosią i Genkiem, ściskając mocno ich spracowane dłonie. Na ławeczce przygotowanej przed laty dla mojego imiennika.

Autor tekstu i rodzice Marcina Poręby/fot. Archiwum Marcina Ogdowskiego

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 21/2021

[1] Książka nosi tytuł „W naszej pamięci. Irak, Afganistan 2003-2014” (Warszawa 2016, wyd. Centrum Weterana Działań Poza Granicami Państwa). Część zawartych w tekście wypowiedzi pochodzi z rozdziału pt.: „Marcin Poręba”, bądź jest efektem rozmów prowadzonych przeze mnie podczas zbierania materiału.

—–

Dziękuję za lekturę! Jeśli uważacie, że warto, udostępniajcie ten tekst, proszę. Zachęcam Was też do wspierania blogu – piszę bowiem głównie dzięki Waszym subskrypcjom i „kawom”. Stosowne przyciski znajdziecie poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Krew

Prezydent Joe Biden zadecydował – ostatni żołnierze USA opuszczą Afganistan 11 września 2021 r. Jego śladem poszli inni zachodni przywódcy, jak również władze Polski. „Razem weszliśmy, razem wyjdziemy”, stwierdził przed kilkoma dniami minister obrony Mariusz Błaszczak. Co znamienne, stanie się to w 20. rocznicę ataków na World Trade Center, które dały pretekst do tzw. wojny z terrorem.

Pokój wymaga podziału władzy

Gdy jesienią 2001 r. amerykańscy piloci rozpoczęli odwetowe naloty na bazy Al-Kaidy, zapewne nie spodziewali się, że to początek najdłuższego konfliktu w historii Stanów Zjednoczonych. Przekleństwem okazały się… niespodziewane sukcesy. Pod bombami i naporem zaktywizowanych przez Waszyngton wewnętrznych przeciwników reżim talibów rozsypał się jak domek z kart. Co prawda wspierany przez nich przywódca Al-Kaidy Osama bin Laden zdołał zbiec, ale jego organizacja poszła w rozsypkę. Jak się wydawało, Afganistan był wolny od religijnych ekstremistów i działających z nimi ręka w rękę terrorystów. Pod Hindukusz posłano wojska NATO z zadaniem ochrony procesu odbudowy i demokratyzacji Afganistanu. Do zrujnowanego wcześniejszymi wojnami kraju popłynęła rzeka pieniędzy i masa organizacji z odpowiednim know-how. Formalnie wszystko działo się za zgodą zainstalowanego w Kabulu prozachodniego rządu.

Pięć lat później Afganistan znów płonął – wielu mieszkańców uznało oddziały pokojowe za wojska okupacyjne, a wprowadzane reformy za zbyt radykalne. Doszło do restytucji ruchu talibskiego, którego akcje nakręcały spiralę przemocy. W 2011 r. w Afganistanie stacjonowało już 150 tys. żołnierzy koalicji (w większości Amerykanów), wspieranych przez dziesiątki tysięcy najemników z cywilnych firm ochroniarskich. Większość kasy przeznaczonej na odbudowę szła na utrzymanie 350-tysięcznych lokalnych sił bezpieczeństwa. Zachodni przywódcy zorientowali się, że wdepnęli w sytuację, z której nie ma dobrego wyjścia. Rozwiązaniem miała być decyzja o zakończeniu natowskiej misji i scedowaniu obowiązku utrzymania porządku na samych Afgańczykach. Tak też stało się z końcem 2014 r. – od tej pory Zachód utrzymywał w Afganistanie jedynie nieduże szkoleniowe kontyngenty. Dziś to zaledwie 2,5 tys. Amerykanów i 7 tys. wojskowych z innych krajów, w tym 320 Polaków.

Mimo dalszej zachodniej pomocy finansowej i wsparcia militarnego (ograniczonego do sił specjalnych i lotnictwa), Kabulowi nie udało się zdławić talibskiej rebelii. Oczywistym stało się, że pokój wymaga podzielenia się władzą. Świadomi tego Amerykanie właściwie zmusili rząd Afganistanu do rozmów z wrogami. Niestety, prowadzone w katarskim Doha negocjacje już dawno utknęły w martwym punkcie, a talibowie mocno zintensyfikowali działania zbrojne. Na początku maja br. zajęli bazę w Ghazni, w prowincji o tej samej nazwie. Zginęło kilkudziesięciu żołnierzy sił rządowych, a 25 dostało się do niewoli. Rebelianci przejęli też spore zapasy broni i amunicji. Nie był to pierwszy przypadek ataku na Ghazni – w 2018 roku całe miasto na kilka dni znalazło się we władaniu talibów. Wspominam o nim z dwóch powodów. Po pierwsze, tak właśnie wygląda modus operandi talibskiego wojska – na co dzień trzyma się ono z dala od większych ośrodków, by od czasu do czasu dokonać rajdu, którego celem – poza pozyskaniem środków do dalszej walki – jest nade wszystko demonstracja siły i możliwości. Pokazanie, kto faktycznie rządzi w danym regionie. Po drugie, dla Polaków Ghazni jest miejscem-symbolem, tam bowiem mieściła się główna baza naszego kontyngentu, zaś prowincja była tzw.: rejonem odpowiedzialności żołnierzy Wojska Polskiego. Fakt zajęcia „naszej” bazy wywołał wśród wojskowych niemałe poruszenie, zwłaszcza że zbiegło się to z informacją o ostatecznym wycofaniu sił zachodnich z Afganistanu. „Krew w piach” – komentowano na branżowych forach, odnosząc się do sensowności afgańskiej misji.

Niewykorzystane i stracone korzyści

Początkowo Polska wysłała do Afganistanu 100-osobowy kontyngent, lecz w 2010 roku utrzymywaliśmy pod Hindukuszem niemal 2,6 tys. żołnierzy. Połowa z nich służyła w grupach bojowych, wbrew oficjalnej narracji mówiącej o misji pokojowej, na całego zaangażowanych w wojnę antypartyzancką. Jej skutkiem była śmierć 44 żołnierzy i rany odniesione przez ponad 300 (u 500 żołnierzy stwierdzono lżejsze urazy). Tylko między 2007 a 2014 r. państwo polskie wydało 6 mld zł na utrzymanie kontyngentu – z tej sumy 120 mln zł przeznaczono na projekty pomocowe dla Afgańczyków. Co na tym zyskaliśmy? Często podnoszony argument o zdobyciu opinii lojalnego i przewidywalnego sojusznika, nie ma dziś racji bytu. Zyski zostały zaprzepaszczone przez irracjonalną politykę zagraniczną PiS. Obecne władze RP nie rozumieją, że status pieniacza – jakim „cieszymy się” w Brukseli – przekłada się również na postrzeganie nas w NATO. Dla „starego” Zachodu, UE i Sojusz Północnoatlantycki to zazębiające się organizacje. Nie można w jednej być konusem, a w drugiej prymusem. Rzekoma wdzięczność Waszyngtonu, objawiająca się obecnością militarną w Polsce, nie ma większego związku z byłymi i obecnymi działaniami naszych władz. Jest odpowiedzią na rosyjskie zagrożenie i służy przede wszystkim zwiększeniu bezpieczeństwa państw nadbałtyckich (tak, Amerykanie w Polsce są po to, by łatwiej dotrzeć na Litwę, Łotwę i do Estonii). Trudno też mówić o trwałych skutkach zmian w wojsku. Żołnierz się ostrzelał, oficerowie nauczyli dowodzić w boju – mówiono przez lata. W tej perspektywie objęcie funkcji szefa sztabu generalnego WP przez gen. Rajmunda Andrzejczaka, który w Azji odsłużył dwie tury, wydaje się ukoronowaniem pozytywnych procesów. Rzecz w tym, że Polacy największe doświadczenie zdobywali w latach 2008-13, a dziś sporo służących wtedy żołnierzy jest już w cywilu. Wielu żywi do armii uraz, gdyż zwolniono ich z powodu przepisów zabraniających szeregowym służby dłuższej niż 12 lat. Idźmy dalej, udział w misji tylko przez jakiś czas był trampoliną do awansu. Szybko okazało się, że lepiej przeczekać w Polsce – porobić kursy wyżej punktowane przez biurokrację MON. Przykład gen. Andrzejczaka jest raczej odstępstwem od reguły. Co więcej, sprzęt kupowany w ramach „pakietu afgańskiego”, który gwarantował technologiczny przeskok, przez dekadę się zestarzał. Przemysł zaś, poza chlubnym wyjątkiem Rosomaka (efektem afgańskich doświadczeń było kilkaset usprawnień konstrukcji transportera), właściwie nie wykorzystał szansy. Dość powiedzieć, że dopiero dziś na wdrożenie ma szansę nowy wzór munduru – 20 lat po tym, jak wysłaliśmy żołnierzy na wojnę.

Wojnę, patrząc z globalnego punktu widzenia, horrendalnie drogą. Waszyngton wydał na interwencję w Afganistanie 2,2 bln dol. (!), co uwzględnia także ponad 500 mld dol. odsetek od obligacji wojennych. Nie znamy kosztów pozostałych krajów, ale bez wątpienia idą w dziesiątki miliardów dolarów. Co za tę cenę udało się uzyskać? Afganistan podniósł się z gruzów – kto oglądał Kabul w 2001 r. i widział go w ostatnich latach, nie będzie miał żadnych wątpliwości. Nastąpiły ważne procesy emancypacyjne – prawodawstwo wyszło z mroków średniowiecza, a kilkanaście roczników dziewczynek i kobiet wkroczyło na ścieżkę edukacji. Akceptację zyskały zakazane dotąd formy spędzania wolnego czasu. Wokół nich utworzyły się całe przemysły – telewizyjny, muzyczny, sportowy – bez których Afgańczycy, szczególnie młodzi, nie wyobrażają już sobie życia, co rodzi nadzieję na społeczny opór wobec zapędów religijnych ekstremistów. Państwowość, choć daleka od przyzwoitych norm, nie ma już postaci efemerydy i chroni jej względnie silna armia i policja. Wciąż trawione korupcją i dezercjami, ale w stopniu znacznie mniejszym niż przed dekadą. Zredukowano zgubne dla Kabulu wpływy Pakistanu, głównie na skutek wojny prowadzonej przez Waszyngton na pograniczu afgańsko-pakistańskim. Mówiąc obrazowo, drony zabiły już tylu pakistańskich mącicieli, że Islamabadowi przestaje się opłacać ich wysyłać. Niestety, pod Hindukusz wróciła Al-Kaida, pojawiły się również bojówki Państwa Islamskiego. Do rangi poważnego zagrożenia dla biologicznych podstaw funkcjonowania społeczeństwa urasta problem narkomanii. Dodajmy do tego talibską rebelię oraz statystyki, wedle których wojna odebrała życie 241 tys. osób, w tym 71 tys. cywilów (poległo też 85 tys. bojowników, 78 tys. afgańskich żołnierzy i policjantów, 3,6 tys. wojskowych z sił koalicyjnych). W efekcie otrzymamy bilans nienapawający optymizmem.

Trwałe dziedzictwo traumy

„Nie ma nic dobrego w wojnie. Z wyjątkiem jej końca” – stwierdził niegdyś Abraham Lincoln. Tyleż to naiwne, co nieprawdziwe, dla wielu bowiem wojna nigdy się nie kończy. Badania nad stresem pourazowym wśród żołnierzy prowadzone są od kilkudziesięciu lat. Z obserwacji Amerykanów wynika, że 20-25% weteranów zmaga się z PTSD. Dotyczy to również wojskowych służących w Afganistanie. Ponieważ skutki choroby dotykają nie tylko żołnierza, ale i najbliższych, stres pourazowy uznawany jest za chorobę rozszerzoną. Przemoc (w tym seksualna), alkoholizm, wycofanie się z życia rodzinnego i zawodowego, całe spektrum zachowań depresyjnych, często prowadzą do tragicznego finału – morderstwa lub samobójstwa. Wiosną 2019 r. 33-letni Jovonie McClendon Jr. strzelił sobie w głowę z pistoletu. Uczynił to publicznie, transmitując „wydarzenie” na Facebooku. Wcześniej zabił 6-letniego synka i ranił jego matkę. Przyczyną był PTSD. Po rozpoczęciu wojny z terrorem wskaźnik samobójstw w armii amerykańskiej wzrósł o kilkadziesiąt procent – rocznie życie odbiera sobie 300-400 żołnierzy. Te statystyki nie oddają pełni zjawiska, gdyż dotyczą wojskowych w służbie czynnej. Tymczasem większość uczestników tego konfliktu jest już w cywilu. Przez Afganistan i Irak przewinęło się 2,8 mln Amerykanów (do 2018 r.). Z raportu Narodowego Centrum Zapobiegania Samobójstwom Weteranów wynika, że każdego dnia życie odbiera sobie 18 byłych żołnierzy. Co najmniej kilku z nich służyło wcześniej w Afganistanie. W 2017 r. wśród 45 tys. Amerykanów, którzy skutecznie targnęli się na życie, 6 tys. miało status weterana. Wskaźnik samobójstw u tych ostatnich był 1,5 razy wyższy niż dla pozostałych dorosłych mieszkańców USA.

Polscy weterani też umierają z własnej ręki, czego przykładem seria samobójstw żołnierzy pułku saperskiego ze Szczecina. Trzech pozostawało w służbie, dwóch było już w cywilu; do wszystkich zdarzeń doszło w ciągu dziewięciu miesięcy. W żadnym z przypadków prokuratura i żandarmeria nie doszukały się związków między decyzją o samobójstwie a służbą w Afganistanie. Poprzestano na stwierdzeniu o trudnej sytuacji zdrowotnej i/lub rodzinnej. Skalę zjawiska zaciemniają także obiektywne kłopoty z kwalifikacją czynu. Śmierć na motocyklu dosięgła co najmniej kilku były „misjonarzy”, również tych z elitarnych jednostek. Przypadek? Wojsko niespecjalnie docieka, a gdy zmarły wcześniej odszedł z armii, całkiem umywa ręce. W Afganistanie służyło 30 tys. Polaków, do dziś PTSD zdiagnozowano u niespełna tysiąca. Stwierdzenie, iż chodzi o wyjątkowo odporny materiał ludzki, można włożyć między bajki. Stres pourazowy nie musi wcale ujawnić się od razu – często mijają lata, nim jakieś wydarzenie odblokuje chorobotwórcze wspomnienia. Przede wszystkim jednak mamy w Polsce do czynienia z postawą ukrywania problemów. Weterani nadal będący w służbie z obawy przed stygmatyzacją nie zgłaszają problemów przełożonym. Część leczy się na własną rękę, poza wojskowym system ochrony zdrowia. Podobnie rzecz się ma w przypadku byłych żołnierzy. Możemy zatem mówić o szarej strefie, zapewne znacznej, choć i tak nieporównywalnej z tym, co dzieje się w Afganistanie. W 20-letniej wojnie rany odniosło niemal ćwierć miliona żołnierzy i policjantów tamtejszych sił bezpieczeństwa. Zranienie wybitnie sprzyja pojawieniu się PTSD, co czyni z kontuzjowanych ogromną grupę ryzyka. Ilu faktycznie zmagało się i wciąż zmaga ze stresem – nie wiadomo. Przyczyny tej niewiedzy są dwa – kulturowe (w etosie wojownika nie ma miejsca na traumę) oraz administracyjne (brak badań na ten temat).

Naiwnym jest również założenie, że wraz z 11 września 2021 r. wojna w Afganistanie po prostu się skończy. Dla USA i Zachodu owszem, ale nie dla miejscowych. Bardziej prawdopodobny scenariusz, to powtórka z historii przerabianej po wycofaniu się Armii Radzieckiej w 1989 r. Promoskiewski rząd stał się wówczas celem mudżahedinów, a gdy go obalono, dotychczasowi sojusznicy zaczęli walczyć między sobą. Skorzystali na tym talibowie, którzy zajęli niemal cały kraj. Obecnie Al-Kaida i Państwo Islamskie nie stanowią znaczącej konkurencji dla ruchu talibów, ale jako taktyczni sojusznicy mogą okazać się pomocni. Idea odbudowy islamskiego emiratu, do której wciąż przywiązani są talibscy przywódcy, jest w dużej mierze tożsama z celami terrorystów. Rząd w Kabulu już dziś mierzy się z rebelią samodzielnie – zachodnie wojska zajęte są ochroną samych siebie, a aktywne do niedawna amerykańskie lotnictwo wyraźnie spauzowało. Kabul otrzymał jasny sygnał: „Musicie radzić sobie sami”. Waszyngton deklaruje dalszą pomoc po 11 września, tyle że finansową. Czy to wystarczy? Ruch talibski jest luźną strukturą. O jego sile nie stanowią polityczni i religijni przywódcy, a lokalni komendanci, którym przede wszystkim zależy na ochronie własnych interesów, związanych z produkcją i handlem opium. To książęta wojny, młodzi i w średnim wieku, starzy „etosowcy” bowiem od dawna nie żyją. Ich stosunek do religii jest pragmatyczny; wiedzą, że skrajna odmiana islamu ułatwia kontrolę nad lokalnymi społecznościami. Istnieje zatem cień szansy, że w zamian za deklaracje nietykalności pójdą na jakiś kompromis z rządem w Kabulu, nie oglądając się na duchowych wodzów. A jeśli nie, na rozedrganą afgańską scenę może wkroczyć kolejny duży gracz. Złoża żelaza, miedzi, złota i litu czynią Afganistan łakomym kąskiem dla Chin. Pragmatyczni Chińczycy zapewne darują sobie eksport ideologii, ale czy to uchroni ich przed ciosami lokalnych bojowników? Tereny zamieszkałe przez afgańskie plemiona od wieków cieszą się złą sławą cmentarzyska imperiów…

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 20/2021

Nz. Moździerz obsługiwany przez żołnierza Grupy Bojowej Alfa PKW Afganistan, prowincja Ghazni, jesień 2013/fot. Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Herkulesy

W połowie kwietnia minęła 69. rocznica dziewiczego lotu bombowca B-52. Przy tej okazji Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych (USAF) pochwaliły się zdjęciem trzech mężczyzn. Pierwszy pilotował stratofortecę w czasie wojny w Wietnamie, drugi w latach 80., a trzeci zaczął służbę w 2010 r. Dziadek, syn i wnuk od dekad latający na tym samym typie samolotu. Używane obecnie pięćdziesiątki-dwójki mają po 60 lat i nie zanosi się na ich rychłe wycofanie. W tym kontekście fakt, że w Siłach Powietrznych RP latają niewiele młodsze iskry i herculesy, nie wydaje się niczym nadzwyczajnym. Takie myślenie to błąd.

Rozważania dotyczące wieku samolotów znów rozpaliły debatę w Polsce. Pretekstem stało się ujawnienie przez ministra obrony Mariusza Błaszczaka informacji o zakończeniu rozmów z Waszyngtonem, poświęconych dostawom kolejnych używanych herculesów. Polskie lotnictwo posiada pięć transportowych C-130, otrzymanych w latach 2009-2012 w ramach bezzwrotnej pożyczki. Kolejna piątka ma do nas dotrzeć do połowy 2024 r. (pierwszy egzemplarz już niebawem). „Nowe” herculesy są o kilkanaście lat młodsze – wyprodukowano je w 1986 r., w 2017 r. trafiły na pustynne składowisko. Wbrew potocznym opiniom nie oznaczało to wysłania ich na szrot – dzięki specyficznym warunkom klimatycznym w arizońskim Tucson maszyny można magazynować pod chmurką. Niektóre z setek zgromadzonych tam samolotów służą jako rezerwuar części, inne w razie potrzeby są przywracane do linii, także w USAF.

Analogi i luksusowe taksówki

Za kolejne herculesy zapłacimy 14,3 mln dol. – w tej cenie mieszczą się naprawy, które umożliwią przylot maszyn do Polski. Remontem w kraju zajmą się bydgoskie Wojskowe Zakłady Lotnicze. Dziś nie ma jeszcze kosztorysu prac, ale spokojnie można przyjąć, że zamkną się one w kwocie kilkudziesięciu milionów złotych. Pozyskane w taki sposób transportowce posłużą 15-20 lat. Przy tej wielkości zamówienia fabrycznie nowe C-130 – z pakietem logistycznym i szkoleniowym – kosztowałyby po 200 mln dol. za sztukę. Dlaczego więc mimo wszystko NIE zrobiliśmy dobrego interesu? Płatowce współcześnie używanych samolotów często liczą sobie po kilkadziesiąt lat. Myśliwce już od dawna projektuje się z myślą o 40-letniej służbie, maszyny poddawane mniejszym przeciążeniom – transportowe i bombowe – zniosą następne 20-30 lat eksploatacji. Rzecz w tym, że w międzyczasie przejdą kilka poważnych modernizacji. B-52 są nadal w użyciu, bo de facto poza starą skorupą nie ma w nich już nic z lat 60. minionego wieku. Tymczasem herculesy na taki upgrade nie mogą liczyć – jest on poza możliwościami polskiego przemysłu i budżetu MON. Powstałe w erze przedcyfrowej samoloty pozostaną więc maszynami analogowymi. A tu nie chodzi jedynie o wygodę, ważne jest bezpieczeństwo – tym wyższe, im nowocześniejsza awionika, wydajniejsze silniki itp.

Co więcej, „nowych” C-130 nie sposób wykorzystać do tankowania myśliwców. Siły powietrzne pilnie potrzebują samolotów, które pozwoliłyby F-16 pobrać paliwo w powietrzu. Kilka lat temu program pozyskania odpowiednich maszyn storpedował Antoni Macierewicz – najpierw odrzucając pomysł nabycia ich do spółki z innymi krajami, później markując zainteresowanie samodzielnymi zakupami. Ostatecznie ponad 3 mld zł wydano na samoloty dla VIP-ów (trzy boeingi i dwa gulfstreamy). Choć formalnie to wojskowe odrzutowce, armia ma z nich znikomy pożytek. Boeingi mogą co najwyżej przerzucić kompanię z lekkim wyposażeniem. Gulfstreamy, luksusowe latające taksówki, przydają prestiżu przedstawicielom państwa polskiego – co można uznać za wartość, pod warunkiem że nie będziemy mieli do czynienia z nadużyciami, jak w przypadku byłego marszałka Marka Kuchcińskiego. A co do wspólnych samolotów transportowo-tankujących – pierwszy A330 wykonuje już zadania na rzecz Holandii, Luksemburga, Norwegii, Niemiec, Belgii i Czech, a pierwotne zamówienie zwiększono do dziewięciu maszyn. Piloci polskich F-16 – w razie problemów z lądowaniem w macierzystych bądź sojuszniczych bazach – musieliby się katapultować.

Loty do zarżnięcia

Minister Błaszczak zapewniał, że kolejne herculesy zwiększą możliwości transportowe lotnictwa. Trudno z tym się zgodzić, bo nawet jeśli będziemy mieli dziesięć C-130, nie potrwa to długo. Maszyny pozyskane przed dekadą polatają jeszcze kilka lat, zwłaszcza że ich stan techniczny jest, ogólnie mówiąc, taki sobie. Lotnicy żartują, że do każdej operacji z udziałem herculesa należy zabezpieczyć mniejszą C-295, która w razie awarii C-130 przejmie jego zadania. I choć trzeba w tym dowcipie wziąć poprawkę na środowiskowe animozje, pojawienie się amerykańskich maszyn nie zmieniło faktu, że wołami roboczymi lotnictwa transportowego pozostają wyprodukowane przez Airbusa casy. Wojsko ma ich 16 (jedną utracono w 2008 r.), kupowanych wprost z fabryki. Kolejne egzemplarze przylatywały do Polski w latach 2003–2013, mówimy zatem o samolotach nowych i stosunkowo nowych. Podobnie jak w przypadku maszyn M28 Bryza. Tych ostatnich lata w wojsku 39, co może dać mylne wyobrażenie o potencjale lotnictwa transportowego. Mieleckie M28 to mikrusy, casy zaś nie nadają się do lotów długodystansowych. Kiedyś za ich pośrednictwem utrzymywano mosty powietrzne z kontyngentami w Iraku i Afganistanie, co było działaniem na granicy opłacalności ekonomicznej i oznaczało zarzynanie maszyn.

Z eksploatacją aż do zarżnięcia mieliśmy do czynienia w lotnictwie szkolnym. Na używanych od lat 60. samolotach TS-11 Iskra szlify zdobyło kilka pokoleń lotników, choć już na początku tego wieku były przestarzałe, a ich modernizację uznano za nieopłacalną. W grudniu ub.r. wycofano z użycia ostatnie egzemplarze, osiem nadal czynnych, formalnie pozostających w strukturach lotnictwa szkolnego, lata w zespole akrobacyjnym. W miejsce iskier pojawiły się samoloty M-346 Bielik włoskiego koncernu Leonardo. I jakkolwiek można mówić o dużym technologicznym przeskoku, trudno nie zauważyć, że kilkadziesiąt iskier zastąpiono ośmioma bielikami (kolejne cztery lada moment wejdą do służby, a następna czwórka ma się pojawić w roku 2022). Oczywiście adepci lotnictwa mają też do dyspozycji samoloty turbośmigłowe (28 sztuk PZL-130 Orlik) i śmigłowce, co zaspokaja podstawowe potrzeby mniejszych niż przed laty sił powietrznych. Niemniej jednak latające już bieliki, w odróżnieniu od iskier, nie przenoszą uzbrojenia. Z M-346 można zrobić samolot szkolno-bojowy, ale kupując pierwszą partię maszyn, Polska takiego wariantu nie wybrała. Te bieliki jedynie symulują przenoszenie rakiet i bomb.

Efy mają już swoje lata

Dlaczego to ważne? Odpowiedź kryje się w kondycji uderzeniowej części lotnictwa. Składa się ona z sześciu eskadr – jednej wyposażonej w 18 samolotów szturmowych Su-22, dwóch z 28 myśliwcami MiG-29 oraz trzech mających do dyspozycji 48 wielozadaniowych F-16. Pozornie jest tego sporo, lecz Su-22 nie przedstawiają już żadnej wartości bojowej – stąd plan ich wycofania do 2025 r. Podobny los czeka migi, z tą różnicą, że dwudziestki-dziewiątki będą odchodzić stopniowo, w miarę przybywania kolejnych F-35. Poradzieckie maszyny padły ofiarą geopolityki – ich odpowiedniki w Rosji nadal bowiem są poddawane modernizacjom. Pojawieniu się suchojów i migów w drugiej połowie lat 80. nie towarzyszył transfer technologii, późniejsze kontakty z Ukrainą pozwalały co najwyżej na wymianę zużywających się podzespołów. A i tak w obsłudze obu typów królowała „polska myśl techniczna”, czyli prowizoryczne remonty i kanibalizacja. Pozwalało to na podtrzymanie procesu szkolenia oraz, w przypadku migów, na realizację sojuszniczych zobowiązań (misje air policing w krajach nadbałtyckich). Dobra passa skończyła się w 2016 r. – wówczas na malborskim lotnisku spłonął pierwszy MiG-29. W ciągu kilkunastu miesięcy doszło jeszcze do trzech wypadków – w jednym z nich zginął pilot. W śledztwie wyszło na jaw, że w serwisowanych w Bydgoszczy fotelach katapultowych – identycznych dla suchojów i migów – dokonano niebezpiecznych przeróbek. Stało się jasne, że dalsze uprawianie procederu „jakoś to będzie” to igranie z życiem pilotów.

Su-22 i MiG-29 wciąż latają, bo muszą. Jak zapewniał niedawno sejmową Komisję Obrony Narodowej gen. dyw. pil. Jacek Pszczoła, dowódca Sił Powietrznych, „zakłady w Bydgoszczy odrobiły bolesną lekcję” i obecnie ufa im zarówno on, jak i piloci, a poziom bezpieczeństwa jest zadowalający. Ale to loty na podtrzymanie nawyków u personelu oraz wynikające z zadań na rzecz reszty wojska – przede wszystkim udział w manewrach, w których pojawienie się samolotów jest niezbędne. Realny wysiłek związany z ochroną polskiego nieba spoczywa na F-16. Jak wynika z ujawnionych przed sejmową komisją danych, w pełnej gotowości pozostaje 41 maszyn, czyli ponad 80%. To wysoki wskaźnik, lepszy niż średnia dla USAF (70%) i znacznie wyższy od nieoficjalnych szacunków (60%), podawanych niedawno przez branżowe media. Wynika on ze szczupłości floty F-16 – mówiąc wprost, mamy za mało samolotów, by istotna ich część nie latała. A to oznacza intensywne użytkowanie. W tym miejscu warto zauważyć, że część maszyn brała udział w operacji zwalczania ISIS nad Irakiem. Wojenny reżim techniczny i bliskowschodnie warunki klimatyczne bez wątpienia postarzyły te samoloty. Ale nawet na papierze najstarsze mają już 15 lat, zbliżają się zatem do połowy całościowego czasu eksploatacji. To moment, w którym konieczne są poważne modyfikacje i unowocześnienia. W przypadku naszych F-16 niezbędne jest wydłużenie żywotności silników. Obecnie używaną wersję zaprojektowano do łącznego czasu pracy wynoszącego 8 tys. godzin. Niektóre maszyny wylatały już połowę tego resursu. W oferowanym przez Amerykanów pakiecie modernizacyjnym żywotność silników przedłużono do 12 tys. godzin. A to niejedyna potrzeba – w minionych latach zadbano o poszerzenie możliwości bojowych rodzimych efów. Samoloty dostosowano do przenoszenia nowych typów uzbrojenia (pociski dalekiego zasięgu JASSM i JASSM-ER znacząco zwiększyły potencjał odstraszający Wojska Polskiego). Lecz potrzebą w kategorii „pilne” jest również wymiana radaru, poprawa elektroniki pokładowej i systemu łączności. Inspektorat Uzbrojenia zapewnia, że prace modernizacyjne zostaną przeprowadzone. Zakres i termin ich realizacji pozostaje jednak tajemnicą.

Gdy z nieba znikną już poradzieckie maszyny, a w Polsce wyląduje ostatni F-35, wojsko będzie dysponować pięcioma pełnowartościowymi eskadrami bojowymi. Tymczasem potrzeba ich siedmiu. Jeszcze niedawno mówiło się o zakupie używanych F-16, ale wiadomo, że zabraknie na to pieniędzy. No i pomysł, którego realizacja znacząco wybiega poza ramy kalendarza wyborczego, nie cieszy się zainteresowaniem polityków PiS. Kto by się martwił, co będzie po 2030 r.?

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 18/2021

Nz. Herkules PSP z transzy otrzymanej przed dekadą/fot. archiwum 6. BPD

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Piąstka

Teoretycznie jesteśmy potęgą – mamy czołgów niemal tyle, ile Francja i Niemcy razem wzięte. Ponad 750 sztuk (uwzględniając zasoby Agencji Mienia Wojskowego – 900) robi wrażenie – do czasu, aż zdamy sobie sprawę z jakości sprzętu. Tylko 249 maszyn – zbudowane w Niemczech Leopardy – to pojazdy względnie nowoczesne, bądź rokujące status po modernizacji. 232 czołgi PT-91 od biedy mogłyby się jeszcze przydać na współczesnym polu walki. Reszta, czyli wyprodukowane na radzieckiej licencji T-72, mimo prób reanimacji nadają się jedynie do podtrzymania procesu szkolenia.

Czołgi przez lata nie miały dobrej prasy – zbyt wielu specjalistów twierdziło, że wraz z zakończeniem zimnej wojny stały się przeżytkiem. W NATO tym łatwiej było przyjąć taką perspektywę, że prowadzone przez Sojusz konflikty nie angażowały ciężkich jednostek lądowych. Z Serbią poradzono sobie za pomocą lotnictwa, w górzystym Afganistanie prym wiodły dwa-trzy razy lżejsze kołowe transportery opancerzone. Znikło też, jak się wydawało, zagrożenie konfrontacji w Europie. Otrzeźwienie przyszło wraz z 2014 rokiem. Wojna na wschodzie Ukrainy dowiodła, że bez czołgów wciąż nie sposób przełamywać linii obronnych przeciwnika. Obnażyła również naiwność założenia, że Moskwa nie będzie już dążyć do odzyskania dawnych stref wpływu. W efekcie natowscy planiści musieli uznać wschodnią flankę Sojuszu za zagrożoną, zwłaszcza w obliczu pośpiesznej odbudowy sił zbrojnych Federacji, w której modernizacja wojsk pancernych odgrywa bodaj najważniejszą rolę.

„Ława ruskich tanków”

Doktryna obronna Rzeczpospolitej przewiduje dla Wojska Polskiego dwa zasadnicze zadania – opóźnianie rosyjskiego natarcia w międzyrzeczu Bugu i Wisły oraz przeprowadzenie kontrofensywy znad linii królowej polskich rzek. Ów plan opiera się na wielu założeniach, wedle jednego z nich do zwalczania czołgów świetnie nadają się inne czołgi – stąd relatywnie duża liczba maszyn w parku sprzętowym WP. I choć wizję „ławy ruskich tanków” sunącej przez polskie równiny od lat pielęgnują politycy od lewa do prawa, ich lęki z rzadka przekładają się na wzmacnianie potencjału militarnego. Celuje w tym szczególnie PiS, które istotną część własnej potęgi zbudowało na antyrosyjskiej retoryce. Pisowska wierchuszka niby problem rosyjskiego zagrożenia widzi i niby coś z nimi robi. Przykład wojsk pancernych jak w soczewce skupia te niby-działania, będące w istocie umiejętnym piarem, któremu towarzyszy organizacyjno-techniczna nieudolność i brak wyobraźni.

Zacznijmy od niemieckich (kupionych w 2002 i 2013 r.) Leopardów. To sprzęt z lat 80., ale o dużym potencjale modernizacyjnym. Wymagały jej przede wszystkim starsze egzemplarze, typu 2 A4, których Polska nabyła 142 sztuki. Wykonawcę – Polską Grupę Zbrojeniową – wybrano w grudniu 2015 r. Do końca 2020 r. wojsko miało otrzymać 128 przebudowanych do standardu 2PL czołgów, kolejne 14, w ramach tzw. opcji, trafiłoby do jednostek w 2021 r. Umowa z PGZ – zdominowaną przez menadżerów „dobrej zmiany” – opiewała na kwotę 2,4 mld zł. Po pięciu kolejnych aneksach wzrosła o 900 mln zł, a oficjalny czas realizacji kontraktu wydłużył się o dwa lata, głównie za sprawą niedoszacowanych kosztów i problemów we współpracy z niemieckim kooperantem. Do końca minionego roku PGZ przekazała armii… 12 Leopardów 2PL, w bieżącym będzie to 18 maszyn. Na realizację całości zobowiązania w ciągu najbliższych trzech lat nie ma szans – wojsko dostanie ostatnie 2PL w 2025 r., co oznacza, że modernizacja zaplanowana na pięć lat, potrwa dekadę.

Odwód symboliczny

Co więcej, zwracane armii Leopardy, mimo istotnych zmian in plus – wzmocnieniu pancerza, modyfikacji armaty i zastosowaniu nowoczesnych przyrządów optoelektronicznych – nadal posiadają przestarzałe radia. Dopiero kilka dni temu Inspektorat Uzbrojenia poinformował o zakończeniu prac analitycznych w sprawie łączności dla wozów Leopard 2PL, co daje nadzieje na nieodległy zakup i montaż nowych radiostacji. Tym sposobem dopiero co zmodernizowane wozy zostaną poddane kolejnej modernizacji. Już samo wyobrażenie ponownego oddania przemysłowi kilkudziesięciu maszyn jeży włos na głowach wojskowych. Przed pięciu laty 10. Brygada Kawalerii Pancernej przekazała wykonawcy kontraktu połowę ze swoich 128 czołgów. Zamiast wracać systematycznie do linii, rozmontowane wozy stały w halach fabrycznych Bumaru, a ich brak dezorganizował proces szkolenia jednego z najważniejszych związków taktycznych WP.

Po prawdzie oberwała wówczas cała 11. Lubuska Dywizja Kawalerii Pancernej, której 10. Brygada jest częścią. Przewidziana jako odwód, z przeznaczeniem do wykonania kontruderzenia, miała „jedenasta” wszystkie Leopardy należące do WP. Ponad setka najnowszych 2 A5 jeździła w barwach 34. Brygady Kawalerii Pancernej. Wchodzącą w skład dywizji 17. Wielkopolską Brygadę Zmechanizowaną wyposażono z kolei w transportery Rosomak. Siła ognia i mobilność tych trzech brygad czyniła z 11. LDKPanc. potężny związek taktyczny, jeden z najsilniejszych w Europie. Aż pojawił się Antoni Macierewicz i jego koncepcja przesunięcia najlepszych polskich czołgów na wschód. I tak połowa wozów 34. BKPanc. trafiła pod Warszawę, do stacjonującej w Wesołej 1. Warszawskiej Brygady Pancernej. Z dala od tworzonego przez kilkanaście lat zaplecza logistycznego i szkoleniowego. Dość powiedzieć, że dopiero teraz – po czterech latach – ukończono w Wesołej budowę garaży dla Leopardów. Na otarcie łez pancerniacy z 34. BKPanc. otrzymali zdezelowane T-72. Potencjał 11. LDKPanc. został „rozwodniony”, a jej odwodowy charakter stał się w dużej mierze symboliczny.

Pudrowanie zamiast modernizacji

Do innej symboliki, również związanej z leciwymi „teciakami”, odwoływał się w lipcu 2019 r. Mateusz Morawiecki. Ogłaszając wówczas z pompą program modyfikacji czołgów T-72, mówił o „historycznej chwili”. – Mamy do czynienia z kolejnym milowym krokiem do odbudowy potencjału polskiej armii – zapewniał premier. Specjaliści zanosili się śmiechem, choć był to śmiech przez łzy. Owym milowym krokiem ma być bowiem – poza remontami silników (bądź wymianą na nowe, ale gorsze, wyprodukowane w Bośni) i odmalowaniem kadłubów – wymiana części przyrządów celowniczych, nawigacyjnych i obserwacyjnych, a także zainstalowanie łączności cyfrowej (tu rzecz warta podkreślenia – lepszej niż w 2PL). Wszystko za 1,75 mld zł., co wedle zapewnień rządu pozwoli na objęcie pracami 300 czołgów (de facto będzie ich o kilkadziesiąt mniej). Ostatnie zmodyfikowane T-72 (warto zwrócić uwagę, że PGZ i wojsko nie używa określenia „modernizacja”), trafią do jednostek w 2025 r. W tym przypadku harmonogram dostaw raczej nie zostanie zakłócony – zakres prac nie jest tak rozległy, jak w przypadku Leopardów, no i Bumar pracuje na „swoich” czołgach, wyprodukowanych w tej fabryce.

Inna kwestia to sensowność projektu. Gen. Waldemar Skrzypczak, pancerniak i były dowódca Wojsk Lądowych, przytoczył w tym kontekście słowa swojego nieżyjącego następcy, gen. Tadeusza Buka, nazywając modyfikację T-72 „pudrowaniem g…a”. Bartłomiej Kucharski, ekspert w zakresie broni pancernej, dziennikarz magazynu „Wojsko i Technika” twierdzi, że dużo lepszym rozwiązaniem byłaby głęboka modernizacja wozów. – Rosjanie robią to z powodzeniem, czyniąc z „nowych” T-72 bardzo niebezpieczną broń – przekonuje. – Niestety, mówimy tu o kosztownych zabiegach, takich jak wymiana armaty, silnika, zastosowanie nowoczesnego systemu kierowania ogniem i zupełnie nowej amunicji. A to tylko „najgrubsze” kwestie – zastrzega. Przy tak rozumianej modernizacji 1,75 mld zł wystarczyłaby na przebudowę kilkudziesięciu egzemplarzy, no i wymagałaby współpracy zagranicznej. Polski przemysł nie dorobił się własnej armaty czołgowej – te zastosowane w rodzimychT-72 pochodzą ze Słowacji – tymczasem kontrakt na modyfikację „teciaków” spełnia też rolę kroplówki dla podupadłego giganta, jakim jest PGZ.

Logistyczny horror

Co dalej? Polska potrzebuje od 600 do 800 nowoczesnych czołgów, by móc liczyć na skuteczność potencjału odstraszania. Optymiści są zdania, że z tym, co mamy, dociągniemy jakoś do połowy następnej dekady, kiedy na scenę wkroczą wozy kolejnej generacji. Pesymiści zwracają uwagę na lata zaniedbań i niepewność geopolityczną, za sprawą której znacznie łatwiej dziś o konflikt z Rosją. Jedni i drudzy nie mają wątpliwości, że polski przemysł zbrojeniowy nie jest w stanie samodzielnie zapewnić armii odpowiedniej konstrukcji. Dlatego należy niezwłocznie podjąć współpracę z zagranicą. Pomysłów jest kilka, w odniesieniu do niektórych wiadomo już, że się nie ziszczą. Przy pracach nad wspólnym czołgiem przyszłości nie chcą nas Niemcy i Francuzi. Z drugiej strony, zachęty płyną z Włoch i Hiszpanii – Polska w końcu, jakkolwiek przespała ostatnie dwie dekady, ma spore tradycje w produkcji broni pancernej. Własny produkt – czołg K2 – oferują nam Koreańczycy, deklarując zarazem chęć współpracy nad platformą kolejnej generacji. W MON rozważa się też zakup nowych Leopardów – taką drogę wybrali niedawno Węgrzy. Jednak, jak wynika z nieoficjalnych informacji, coraz większą popularnością cieszy się opcja amerykańska.

Chodzi o czołgi M1 Abrams, od 40 lat podstawowe maszyny US Army. „Używki”, nowych bowiem Amerykanie już nie produkują. Wbrew pozorom, żaden złom, a wyciągnięte z magazynu skorupy, poddane rozległej renowacji i zmodernizowane do poziomu, który czyni Abramsy jedną z najgroźniejszych broni świata. Gdzie więc tkwi haczyk? Amerykańskich kolosów nie da się w nieskończoność ulepszać, więc za kilkanaście lat mogą nie sprostać nowym rodzajom wozów. Polacy mogą zapomnieć o produkcji licencyjnej, nawet wybranych elementów – Amerykanie nie zwykli dzielić się tajemnicami. Korzyści dla przemysłu będą więc zerowe (ewentualnie niewielkie), nakłady zaś – dla budżetu MON – gigantyczne, zwłaszcza że najbliższe centrum serwisowe znajduje się… za oceanem. Dodajmy do tego koszt jednostkowy (ok. 12,5 mln dol.) i potężne zużycie paliwa (150 l/10 km). A to nie wszystko. – Abramsy mają krótką armatę, która dobrze współpracuje z amunicją uranową. Ale Amerykanie nikomu jej nie sprzedają – zauważa Kucharski. – Zagraniczni kupcy mogą liczyć na pociski wolframowe. Ich skuteczność jest o kilkanaście procent niższa, bo wolfram lubi prędkość, a więc i długą lufę. No i jest jeszcze kwestia wagi M1, która w nowych wersjach przekracza 72 tony. Taką nośność ma tylko kilkanaście procent mostów w Polsce, a w północno-wschodniej części kraju, na najbardziej prawdopodobnym obszarze działań, ich występowanie jest szczególnie rzadkie.

Abramsy w WP to logistyczny horror także z innego powodu – budżet jest w fatalnym stanie, między bajki więc można włożyć pomysły o kupnie dużej liczby czołgów. W efekcie mielibyśmy do czynienia z jednoczesną eksploatacją wozów kilku standardów – poradzieckich T-72, ich ulepszonej w latach 90. wersji PT-91, niemieckich Leopardów 2 A5, spolonizowanych 2PL i amerykańskich M1. Jak to wszystko scalić w jeden sprawnie funkcjonujący system? Nad tym polityczni patroni wojska pewnie się nie zastanawiają. Dla nich liczy się efektowna fotka na tle potężnej maszyny.

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 17/2021

Nz. T-72 podczas ćwiczeń Anakonda 2010. Kilka lat później te maszyny trafiły do 10 BKP/fot. Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to