Marcin(y)

Dziś ważna dla mnie rocznica…

—–

Latem 2009 roku w bazie Giro w Afganistanie stacjonowała nieco ponad setka żołnierzy Wojska Polskiego, w większości spadochroniarzy. Na terenach wokół posterunku roiło się od talibów, de facto więc Polacy żyli w oblężonej twierdzy. Zaopatrzenie dostarczały helikoptery, rzadziej samoloty, które dokonywały zrzutów. Ale w Giro nie chodziło o trwanie, a o „projekcję siły” – patrole regularnie wypuszczały się do okolicznych wiosek. Za dnia paradowali w nich Polacy, nocą wracali talibowie. Tam, gdzie pierwsi bywali częściej, drudzy z czasem pojawiali się rzadziej, nie była to zatem zabawa w kotką i myszkę, a rozłożona w czasie strategia budowania stref wpływów. Kręgów bezpieczeństwa, jak mówiono w Giro, numerując poszczególne pierścienie, gdzie jeden oznaczało najbliższe okolice bazy. Ta strategia wymagała ciągłej mobilności niewielkiego garnizonu, z czym wiązała się intensywna eksploatacja używanego sprzętu. Tymczasem zaplecze logistyczne, w tym serwis rosomaków, znajdowały się w głównej polskiej bazie, „Gazowni”, ulokowanej na obrzeżach miasta Ghazni. Popularne „rośki” – przez Afgańczyków zwane „zielonymi diabłami” – docierały tam na własnych kołach, w ramach powtarzanych co jakiś czas konwojów logistycznych. I właśnie taki konwój, składający się z czterech wozów, rankiem 4 września 2009 r. wyruszył do „Gazowni”.

Oddział dotarł na miejsce po pięciu godzinach, by po kolejnych trzech udać się w drogę powrotną. Tuż przed osiemnastą, trzy kilometry od celu, w drugim kręgu (sic!) doszło do eksplozji miny-pułapki.

– Chłopaki drzemały, ja nie mogłem zasnąć. Czytałem „Apokalipsę według pana Jana” Roberta Szmidta – opowiadał mi kilka dni później jeden z rannych wówczas żołnierzy. – I wtedy walnęło. Nie wiem, co działo się przez następne sekundy. Gdy wróciła świadomość, zobaczyłem kłębowisko ciał. I zacząłem zastanawiać się, dlaczego kolega, Waldi, leży na mnie. Ale to ja leżałem na nim.

Mariusz Mazur, dowódca trafionego wozu, tak wspominał ów moment:

– Dojechaliśmy do wioski, po obu stronach były jakieś zabudowania. Dłużej opłotkami jechać się nie dało, musieliśmy więc wrócić na drogę, co zawsze wiązało się z większym ryzykiem. Maszyna już się prostowała i wtedy pod przedostatnim kołem pierdyknęło. „Mój Boże, oby urwało tylko koło!”, modliłem się w duchu. Ale siadło mi całe auto, wszystkie systemy się wyłączyły. W środku było pełno kurzu i dymu, z tyłu słyszałem czyjeś jęki. „Marcin nie żyje!”, krzyknął któryś z chłopaków. „Który?!”, spytałem, bo na desancie było dwóch Marcinów.

Mazur nie otrzymał odpowiedzi. Wydostał się z wieży rosomaka zaraz po działonowym.

– Uniosłem właz kierowcy i pytam, czy wszystko z nim w porządku. Potwierdził, więc pobiegłem na tył wozu. Jeden z kolegów już wysiadał, za nim zobaczyłem kłębowisko ciał i sprzętu. Zaczęliśmy wyciągać chłopaków.

Pod transporterem eksplodował ładunek formowany kinetycznie. Prosta, chałupnicza konstrukcja, składająca się z pojemnika na materiał wybuchowy, nakryty plastrem miedzi. Eksplozja używanej zwykle przez talibów saletry wyrzucała w górę ów kawałek stopu, a oddziaływujące nań siły formowały go w stożek. Prędkość i gęstość takiego pocisku sprawiały, że przechodził on przez podwozie niczym przez masło. Ktoś, kto znalazł się na jego drodze, nie miał szans na przeżycie. Tym kimś był Marcin Poręba, saper. Siedzących obok kolegów poraziła fala uderzeniowa.

—–Ewakuacja—–

Gdy jedni ewakuowali poszkodowanych ze zniszczonego pojazdu, reszta przygotowywała grunt pod lądowanie śmigłowca medycznego. W ruch poszły karabiny, granatniki RPG, działka rosomaków. Żołnierze przez kilka minut prowadzili ogień zaporowy, strzelając do miejsc, w których mogliby chronić się bojownicy. Helikopter tymczasem zawisł im nad głowami, po czym poleciał dalej i usiadł na lądowisku przy bazie Giro. W Afganistanie każdy patrol utrzymywał łączność z własnym „tokiem” (od ang. TOC, Tactical Operation Center – Centrum Operacji Taktycznych). W tym przypadku sytuację komplikował fakt, że konwój prowadził „tok” w Giro. Wezwanie o pomoc dotarło najpierw tam, a dopiero potem do TOC w Ghazni, gdzie stacjonowały amerykańskie śmigłowce medyczne. Centrum w Giro dostało prawidłowe namiary od dowódcy konwoju – i takie dane przekazało „tokowi” w Ghazni. Stamtąd współrzędne, w niezmienionej formie, trafiły do Amerykanów. Ci prawdopodobnie założyli, że skoro do ataku doszło tak blisko bazy, ranni zostali do niej dowiezieni. Szczęściem w nieszczęściu, szybko naprawili swój błąd, a siedem minut zwłoki nie kosztowały czyjegoś życia. Ale stan pięciu poszkodowanych i tak był poważny. Jeden z żołnierzy, ze zmiażdżoną u dołu prawą nogą, wiele tygodni później niemal ją stracił. Zawziął się, nie pozwolił na amputację. Po kilkudziesięciu operacjach kończyna wróciła do dawnej sprawności.

Gdy śmigłowiec ewakuacji medycznej zabrał rannych do szpitala w Ghazni, na niebie pojawiły się następne maszyny. Dowództwo polskiego kontyngentu wycofało z innej operacji dwa szturmowe Mi-24, które przez dwie godziny strzegły bezpieczeństwa unieruchomionego konwoju. To były bardzo niebezpieczne chwile, gdyż Polacy stali w pełni księżyca. Gdyby talibowie zorganizowali regularną zasadzkę, użyto by przeciw nim moździerzy. Kilka strzałów wystarczyłoby do zadania wojskowym kolejnych strat. Trudno powiedzieć, czy Afgańczycy mieli takie plany, czy przestraszyły ich huczące nad głowami „diabelskie rydwany”, znane im jeszcze z czasów radzieckiej interwencji. Faktem jest, że do kolejnego ataku nie doszło. A na miejscu wylądował kolejny helikopter, który przywiózł amerykańskich saperów. To oni sprawdzili grunt pod trafionym pojazdem, bez czego nie było mowy o wzięciu rosomaka na hol. Miny-pułapki często podkładano w parach, tak, by uniemożliwić kolejne ruchy uszkodzonej maszyny. „Dobić” ją w razie potrzeby. W tym przypadku pomoc saperów była niezbędna także z innego powodu – Polacy utknęli w terenie, z którego wyjazd prowadził nad przepustem. Tam również mogła kryć się mina.

Przepust okazał się czysty, wozy wróciły do bazy. Następnego dnia na lądowisku dla helikopterów w Ghazni kilkuset żołnierzy pożegnało ciało Marcina Poręby. Nastrojowi powagi towarzyszyło wyraźne poruszenie. „Zielone diabły” już wcześniej wjeżdżały na miny, co kończyło się na urwanych kołach i urazach „wytrzęsionej” załogi – czasem poważnych, nigdy śmiertelnych. Poprzedniego wieczoru nieprzyjaciel przełamał psychologiczną barierę. „Próbowali, próbowali, aż wreszcie im się udało” – podsumował wysiłki talibów jeden z moich mundurowych kolegów.

—–Saper—–

Marcin Poręba służbę w armii rozpoczął w 1997 r., w chwili śmierci miał 31 lat. Postanowieniem prezydenta Lecha Kaczyńskiego został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Krzyża Wojskowego i Gwiazdą Afganistanu. Minister Klich awansował go do stopnia sierżanta. I właśnie taki stopień widnieje na grobie Marcina w rodzinnym Szczecynie, wiosce w województwie lubelskim. Pochowano go tam 9 września 2009 r., przy zachowaniu wojskowego ceremoniału. W pogrzebie udział wzięli przedstawiciele władz państwowych i dowództwa armii – minister obrony, stojący na czele BBN Aleksander Szczygło oraz szef Sztabu Generalnego WP, gen. Franciszek Gągor.

– Tylu ważnych gości nasza wioseczka nigdy jeszcze nie gościła – zauważyła po latach Zofia Poręba, mama poległego sapera.

Marcin miał trzy siostry i dwóch braci. Ze wspomnień matki wyłania się obraz wesołego i wiecznie zajętego dziecka. Gdy wyrósł z podwórka, dołączył do harcerstwa, a później do ochotniczej straży pożarnej. Wiecznie na zbiórkach i wyjazdach, z których przynosił do domu kolejne dyplomy i wyróżnienia. Udzielał się też artystycznie – był członkiem zespołu ludowego w pobliskim Gościeradowie. Przygodę z wojskiem zaczął od służby zasadniczej. Najpierw trafił do Koszalina, a potem do Szczecina, do tamtejszej jednostki przeciwlotniczej. Mimo początkowych wahań, zdecydował się na służbę nadterminową, a w 2001 r. przeniósł się do szczecińskiego pułku saperów. Latem 2003 r. wyjechał do Iraku, jako żołnierz pierwszej zmiany polskiego kontyngentu. Wcześniej ożenił się z dziewczyną, którą poznał będąc już w wojsku. Para doczekała się syna, Szymona, ale związek nie przetrwał próby czasu.

– Dla Marcina syn był pierwszą miłością, zaraz potem było wojsko – wspominał poległego przyjaciela chor. Jarosław Kościelak. – Niektórzy traktują armię jako miejsce pracy, lecz nie Poręba. Pamiętam, jak jeździł na urlop w rodzinne strony. Co drugi dzień dzwonił i pytał, czy w jednostce wszystko okej. Ze Szczecyna do Szczecina jest siedemset kilometrów, a on w każdej chwili gotów był wracać.

– Chciał jechać do Afganistanu? – spytałem chorążego.

– Oczywiście. Marcin lubił wyzwania. Przed wylotem doszkalał się w saperce, jeździł na różne kursy. Naprawdę tym żył.

Poręba wyleciał pod Hindukusz wiosną 2009 r. Najpierw trafił na posterunek Karabach, a później do bazy Giro. Dowodzona przez Marcina sekcja saperska odnalazła wiele zaimprowizowanych ładunków wybuchowych, nazywanych przez żołnierzy „ajdikami”.

– Gdy wychodził sprawdzić przepust, na przód kolumny, odsłonięty, mógł liczyć na wsparcie reszty patrolu – mówił o Porębie Mariusz Mazur. – Ale to on ryzykował najwięcej. Wiele mu zawdzięczamy, był naszym aniołem stróżem.

—–Dom—–

– Dla mnie to był trudny czas – w słowach matki Marcina groza mieszała się ze smutkiem. – Któregoś razu rozmawiam z synem przez telefon i słyszę: „mamo, pamiętajcie ogrodzić moją działkę”. Mówię mu: „synku, przyjedziesz, sam ogrodzisz”. A on: „nie, zróbcie to teraz, proszę”. Jakby jakieś przeczucia miał. Parę dni później, trochę pod wpływem tej rozmowy, zaczęliśmy z młodszym synem i synową budować huśtawkę. Dla Marcina i Szymona, bo przecież jak już będzie huśtawka, to Marcin musi wrócić. Tak zaklinaliśmy rzeczywistość.

Huśtawka nie pomogła. Wieczorem 4 września 2009 r. Zofia Poręba wyszła właśnie z obrządku.

– Zobaczyłam w dole wojskowy samochód. Zaraz za naszym gospodarstwem kończy się droga, ale ja miałam nadzieję, że to nie do nas, że auto pojedzie dalej. Zatrzymało się koło domu…

Domu, z którego jeszcze kilka lat temu można było dojrzeć pobliski cmentarz. I upewnić się, że znicze na grobie Marcina nadal się palą. Później widok przesłoniły drzewa – wąziutki zagajnik nasadzony wzdłuż cmentarnego płotu dla lepszego wydzielenia sacrum od profanum. Wzrastające drzewa to dobra ilustracja mijającego czasu – tego, że życie toczy się dalej. Zresztą, gdzieżby indziej szukać lepszego przykładu, jak nie w Szczecynie. Miejscu-symbolu, które 2 lutego 1944 r. zostało spacyfikowane przez kilkutysięczną ekspedycję niemiecką. Okupanci zamordowali 368 osób – w tym wiele kobiet i dzieci. Spalili też szkołę i 142 gospodarstwa wraz z żywym inwentarzem. I choć nie został kamień na kamieniu, wioska się odrodziła.

Żałoba nie złamała rodziców Marcina, ale wpłynęła na ich dalsze życie. Odtąd istotna jego część wiąże się z pielęgnowaniem pamięci o synu. Poręba stał się miejscowym bohaterem, jego grób regularnie odwiedzają uczniowie i harcerze. Przyjeżdżają wojskowe delegacje i weterani, na przykład w ramach motocyklowych rajdów dedykowanych poległym. Rokrocznie to co najmniej kilka różnych okazji, każda staje się pretekstem do odwiedzin w domu Porębów. A ci chętnie przyjmują gości, szczególnie kolegów, z którymi Marcin służył w Giro. Po latach można już mówić o tradycji zapoczątkowanej w pierwszą rocznicę śmierci. Wtedy na cmentarzu w Szczecynie zjawiła się większość uczestników feralnego konwoju. Tak było rok później i podczas kolejnych uroczystości.

– Wszyscy ciągle powtarzają, że przyjeżdżają „do Marcina” – relacjonowała mi swego czasu pani Zofia.

—–Reporter—–

Ja również chciałem pojechać do Marcina, brałem bowiem udział w opisanym konwoju. Nie wszystko widziałem na własne oczy – jechałem w czwartym wozie, Marcin w pierwszym. Wybuch, który wyrwał mnie z półsnu, usłyszałem jako przytłumiony odgłos.

– Moździerz!? – krzyknął wówczas Wojtek, dowódca sekcji desantowej, a jego podwładni zaczęli poprawiać hełmy i przeładowywać broń. Pamiętam te sekundy napięcia, nim wreszcie podano przez radio, że to „jedynka” wjechała na „ajdika”. Działonowy zaklął paskudnie, a eter wypełnił się kakofonią dźwięków. Z potoku meldunków i pytań trudno było wyłapać informację o tym, co stało się z ludźmi z trafionego pojazdu. Ale niebawem wiedzieliśmy już, że jeden żołnierz zginął, a co najmniej dwóch zostało rannych. – Spokojnie. Może panikują… – uspokajał kolegów Wojtek. Miał osobisty odbiornik i słuchawkę w uchu, słyszał i rozumiał więcej niż my. – Ajdik poszedł w desant – relacjonował. – Wzywają medevac.

Bałem się okrutnie. Na kilka minut mnie sparaliżowało – jakby mi ktoś przyspawał nogi do podłogi. Później ta chwila słabości długo we mnie pracowała, wstydziłem się jej. Chcąc ją unieważnić, pakowałem się w kolejne wyjazdy, w następne wojny, a w nich w sytuacje, w których trudno już mówić o odwadze, bo trzeba powiedzieć o głupocie. Lecz nie z tego powodu unikałem uroczystości w Szczecynie. 4 września 2009 r., na odprawie przed wyjazdem konwoju, przydzielono mnie do ekipy Wojtka. Ktoś jednak uznał, że dziennikarz nie powinien znajdować się w czołowym wozie – i „mojego” rosomaka przesunięto na koniec kolumny. Jako pierwszy miał jechać „rosiek” z Marcinem Porębą na pokładzie. Moim imiennikiem, co po wszystkim nabrało dodatkowego symbolicznego wymiaru. Obwinianie się o śmierć Marcina było procesem, początkowo subtelnym, uruchomionym jeszcze 4 września. Późnym wieczorem przypadkiem natknąłem się na inwentaryzację sprzętu ze zniszczonego rosomaka i na stole, pośród innych gratów, zobaczyłem zakrwawioną kamizelkę sapera. Potem było już tylko gorzej.

W 2016 r. przyjąłem propozycję Centrum Weterana i dołączyłem do grona autorów książki poświęconej Polakom poległym w Iraku i Afganistanie. Postanowiłem, że napiszę m.in. o Marcinie. Zadzwoniłem do pani Zofii.

– Ponad sześć lat czekałam na ten telefon – usłyszałem w słuchawce.

Mimo przyjaznego przyjęcia, nie byłem gotowy na rozmowę o moim poczuciu winy. Nadal też odrzucałem zaproszenia na uroczystości w Szczecynie. Pojawiłem się tam w 10. rocznicę śmierci Marcina. Godzinę rozmawiałem z panią Zofią i panem Genkiem, w pokoju pełnym pamiątek po ich synu.

– Tak widocznie musiało być – orzekli zgodnie. Bałem się tej rozmowy, a podczas niej poznałem ludzi, którzy potraktowali mnie jak bliską osobę. Niemal jak syna. – Jesteś Marcin, to nie przypadek – stwierdziła pani Zofia. Twarz miała pogodną, mnie zaszkliły się oczy. Potrzebowałem 10 lat, by zakończyć tamten konwój, ale wreszcie się udało. Rana pokryła się blizną.

– Usiądź z nami – usłyszałem tuż przed wyjazdem do domu. Usiadłem więc między Zosią i Genkiem, ściskając mocno ich spracowane dłonie. Na ławeczce przygotowanej przed laty dla mojego imiennika.

—–

Wspomniana w tekście książka nosi tytuł „W naszej pamięci. Irak, Afganistan 2003-2014” (Warszawa 2016, wyd. Centrum Weterana Działań Poza Granicami Państwa). Część zawartych we wpisie wypowiedzi pochodzi z rozdziału pt.: „Marcin Poręba”, bądź jest efektem rozmów prowadzonych przeze mnie podczas zbierania materiału.

Nz. Grób Marcina Poręby w rodzinnej wiosce/fot. własne

Akrobacje

Oto druga część mojego wywiadu z kpt. rez. pil. Witoldem Sokołem. Rozmawiamy o miłości do MiG-29, „męskiej przyjaźni” z Su-22 oraz o różnicach w lataniu bojowym i akrobacyjnym.

Latał Pan na wielu typach samolotów – który jest tym ulubionym?

Zakochałem się w MiG-29. Zacząłem nim latać w 2000 roku, kiedy trafiłem do Mińska Mazowieckiego. Na tej maszynie zrobiłem największy nalot – ponad tysiąc godzin.

 To już poziom instruktorski…

Tak, byłem instruktorem. Ale nie lubiłem tego, wolałem latać sam, doskonalić swój warsztat. Przełożeni mieli oczywiście inne zdanie [śmiech]. Prosiłem ich tylko, bym mógł szkolić uczniów w akrobacji albo w lotach bojowych, czyli na wyższym poziomie, gdzie mogłem wykazać się trochę mniejszą cierpliwością.

Przy szkoleniu podstawowym trzeba jej na kopy…

Otóż to. A mój poziom wymagań był wysoki. Nie chciałem, by uczeń męczył się ze mną, a ja z nim.

Dziś jest Pan wykładowcą w Lotniczej Akademii Wojskowej i ma kontakt przede wszystkim z początkującymi pilotami.

Taki psikus losu. Ale sala wykładowa to nie kabina, tu potrafię wzbić się na wyżyny cierpliwości.

Wróćmy do MiG-a – za co pokochał Pan tę maszynę?

Przede wszystkim za manewrowość.

A uroda? Mówi się, że to najpiękniejszy samolot bojowy świata…

Urody odmówić mu nie można, to fakt. rosjanie przyłożyli się, dopracowali aerodynamikę, choć mogłaby być lepsza. Zresztą w kolejnych wersjach ją poprawiono. Ale nawet te nasze MiG-i mają świetne proporcje. I doskonale nadają się do podniebnych „fikołków”.

A Su-22? Nimi też Pan latał.

Około 300 godzin. Lubiłem ten samolot, chociaż był bardzo, bardzo trudny.

Dlaczego?

rosjanie nie znali pojęcia „ergonomia”. Wie Pan, jak konstruowali kabinę Su-20? Jeden z kolegów ładnie to ujął. Otóż postawili na fotel skrzynkę z przełącznikami i przyrządami, a następnie wrzucili do niej granat. Gdzie co poleciało, tam zostało; ergonomia układana wybuchem. Tak wyglądał Su-20, poprzednik dwudziestki dwójki. Ta miała już kabinę lepiej zaprojektowaną, ale i tak trudną do ogarnięcia.

 Nadmiernie absorbowała czas i uwagę pilota?

Nie było komputera, który by człowieka w czymkolwiek wyręczył. Su-22 wyposażono w działka SPPU z regulowanym wychyłem luf. Strzelanie z nich wymagało ustawienia kilku przełączników w odpowiedniej sekwencji. Jeśli się tego nie zrobiło, działko nie strzelało. A to jeden z wielu przykładów. Ogólnie rzecz biorąc, obsługa armatury kabiny wymagała dużych zdolności manualnych. A loty Suchojami odbywały się na niskiej wysokości i z dużą prędkością.

To wykluczało akrobacje?

Loty koszące, 50 m nad ziemią, z bombardowaniem i strzelaniem – w tej kategorii Su-22 był doskonały. Ale akrobacje? Cóż, kręciliśmy je na „sukach”. Średni pilotaż, pętle, przewroty, beczki. Można to porównać do driftów Starem z lekko uszkodzonym układem kierowania. Da się? Da się, tylko naprawdę trzeba zachować ostrożność. Na Suchoju należało pilnować wszystkich parametrów, bo niewielkie odchylenie pociągało za sobą duże utraty wysokości, przyrosty prędkości czy też jej niedobór. Nie można było sobie pozwolić na fantazję, jak na MiG-u-29, który „fikołki” mógł wykonywać w zasadzie przy każdej prędkości i niemal na każdej wysokości.

Czym różni się takie latanie od bojowego?

Akrobacja wywodzi się z latania bojowego. Podczas I wojny światowej piloci testowali różne figury, żeby łatwiej mogli się bronić lub skuteczniej zaatakować. A potem wojna się skończyła, a ludzie wraz z maszynami zostali. Trudno nagle nic nie robić, zrezygnować z czegoś, co dostarcza tylu emocji. I tak powstały latające cyrki; świetnie ten proces ilustruje film „Wielki Waldo Papper” z 1975 roku.

Ale przecież chodzi nie tylko o rozrywkę.

Tak. Akrobacja pozwala pilotowi na naukę panowania nad samolotem w trudnych sytuacjach, przy ostrych kątach natarcia, przeciążeniach, gdy maszyna traci siłę nośną, energię. Żeby to lepiej zilustrować, weźmy przykład kierowców samochodów. Gdy jest ślisko, większość zwalnia, ostrożnie podąża z punktu A do punktu B, a niektórzy wręcz nie wychodzą z domu i czekają aż pogoda się poprawi. Ale są tacy, którzy muszą jeździć, ba, robić to szybko; dla takich są lekcje panowania nad samochodem. I tak samo jest w powietrzu.

Kierowców, pilotów zresztą też, coraz częściej wyręczają wymyślne systemy…

Jeszcze w trzeciej generacji samolotów, takich jak MiG-21, obsługa systemów uzbrojenia zajmowała 20% czasu. Reszta to było pilotowanie. Dziś jest na odwrót, więc nie da się inaczej, samolot musi pilotowi pomóc.

To czyni z lotników kogoś na wzór kierowców tirów, którzy mają dowieźć towar, w tym przypadku uzbrojenie, w konkretne miejsce.

Nazwałbym ich operatorami skomplikowanej platformy, która przemieszcza się w przestrzeni. Ich zadaniem jest skupienie się na tym, by wyeliminować przeciwnika – czy to na lądzie, czy w powietrzu. I samolot im w tym pomaga, nie jest dodatkowym przeciwnikiem, jak to było w starszych typach maszyn.

Gdzie tu miejsce na akrobacje?

Te 20% to wciąż sporo. Nadal samolot trzeba opanować, czuć go na własnych czterech literach. Wiedzieć, jak się zachowuje w korkociągu czy przeciągnięciu. Po prostu pilot musi wiedzieć, jak sam wtedy zareaguje.

Przekonuje mnie ten funkcjonalny wymiar wojskowej akrobacji, ale zastanawiam się, czy dobry akrobata będzie też dobrym pilotem bojowym?

Sukces na polu bitwy zależy od właściwego użycia uzbrojenia, szybciej niż zrobi to przeciwnik. Sama umiejętność ekstremalnego latania to za mało. Chyba że miernikiem naszej skuteczności ma być efektowna śmierć w trakcie jakiejś kozackiej ewolucji…

Całość rozmowy znajdziecie w miesięczniku „Polska Zbrojna” – zapraszam do lektury (tu znajdziecie link do elektronicznej wersji tekstu). A Witka Sokoła będziecie mogli posłuchać w najbliższy weekend, w Radomiu, gdzie poprowadzi kolejne Air Show. Warto tam być, bo naprawdę będzie się działo.

Kpt. rez. pil. Witold Sokół, absolwent Wyższej Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Dęblinie (1993 rok). Służył m.in. w 1. Eskadrze Lotnictwa Taktycznego w Mińsku Mazowieckim, przez cztery lata był pilotem pokazowym samolotu MiG-29. Z latania akrobacyjnego zrezygnował w 2006 roku. Po odejściu ze służby czynnej zajął się działalnością społeczną i komentatorską. Fani awiacji znają go z prowadzenia największych w Polsce pokazów lotniczych, w tym Air Show w Radomiu. Obecnie wykładowca w Lotniczej Akademii Wojskowej.

—–

Szanowni, do tematyki ukraińskiej wrócę jutro. A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełna oferta pod tym linkiem.

Nz. Witold Sokół/fot. Inga „Ines” Piasecka

„Troska”

Kilka dni temu pisałem o najsensowniejszej moim zdaniem, i najbardziej realnej, opcji gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy. Byłaby nią rozbudowa, za zachodnie pieniądze i przy użyciu zachodniego sprzętu, potencjału armii ukraińskiej.

Rozwinąłem ten wątek w felietonie dla „Polski Zbrojnej” – zapraszam Was do jego lektury, link znajdziecie poniżej. Tu podrzucę Wam tylko jedną z konkluzji, wszak moim zdaniem to bardzo istotna kwestia.

(…) Na koniec warto wspomnieć o pewnym zagrożeniu. Widać je szczególnie w Polsce, gdzie coraz częściej w debacie publicznej pojawia się argument o ryzyku dozbrajania Ukrainy. „Bo jak się tamci dogadają z rosją, to miecz, który im daliśmy, wymierzą w nas”, oto sedno tego sposobu myślenia. Być może w części przypadków stoi za nim prawdziwa troska, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że takie lęki są wzmacniane przez rosyjski aparat dezinformacyjny. Za pewnik zaś można uznać, że rosjanie nie odpuszczą i będą wpływać na nasze postrzeganie spraw w tym zakresie. Licząc, że jeśli uda im się zniechęcić Polaków do wspierania Ukrainy, z czasem przełoży się to także na decyzje polityczne podejmowane przez polskie władze. A rosjanie działają szeroko, nie tylko u nas…”.

Nie dajmy się zwieść tej neosowieckiej hydrze!

Dobrego weekendu Wam życzę!

A oto link do zapowiadanego materiału.

Fot. SzG ZSU

Intruz

Znów coś przyleciało ze wschodu i spadło na Lubelszczyźnie. Mamy medialny kociokwik, spekulacje i serię nierealistycznych oczekiwań formułowanych przez pożal się boże komentatorów. Na szybciutko uporządkujmy sprawy.

Czy drony typu Szahed mogą dolecieć do Polski? Mogą, to dziadostwo ma zasięg do 2,5 tys. kilometrów. Strzelane z rosji, dolecą do nas, a pamiętajmy, że rosjanie – choć ostatnio dzieje się to rzadko – wysyłają drony nad Ukrainę także z terytorium Białorusi. Czyli zza miedzy.

Czy Szaheda nie da się zawczasu wykryć i zestrzelić? Dlaczego nasze dowództwo informuje, że nie zarejestrowano wejścia w polską przestrzeń powietrzną? Szahedy są stosunkowo łatwym celem, Ukraińcy zdejmują z nieba większość z nich. Ale armia Ukrainy działa w trybie wojennym, co oznacza pełne rozwinięcie obrony przeciwlotniczej. My zaś funkcjonujemy w trybie pokojowym, czyli nasza OPL ma ograniczone możliwości. Drony Szahed latają zwykle na niskich wysokościach (choć ostatnio zaczęły latać wyżej, gdzie trudniej je zestrzelić). Zasadniczo jednak operują na wysokości około 200 metrów. Stałe stacje radarowe rozmieszczone przy naszej wschodniej granicy mają ograniczone możliwości namierzania celów na tak niskiej wysokości; to kwestia techniczna i fizyczna (płaskoziemcy w tę ostatnią nie wierzą…). Dlatego w razie W stałe stacje (jeśli przetrwają uderzenie…) zostaną wsparte mobilnymi zestawami, które uzupełnią braki w polu widzenia. W czasie P trzymamy je w koszarach, bo rozwinięcie OPL to koszty, których chcielibyśmy uniknąć, a których incydentalne zagrożenia nie uzasadnią. I nie, nie jest tak, że nic w tym zakresie nie robimy. Gdy ruSSkie nalatują na Ukrainę, podrywamy nasze samoloty, które mają własne radary i mogą latać na względnie niskich wysokościach. Dysponujemy również maszynami typu AWACS, które widzą „od góry do dołu” (niech fachowcy wybaczą uproszczenie). Ale samolotów dyżurnych nie da się trzymać w powietrzu w nieskończoność, podobnie jak AWACS-ów, naszych (mamy dwa) czy sojuszniczych (regularnie latają u nas maszyny amerykańskie, brytyjskie czy szwedzkie). Nie jest więc niczym nadzwyczajnym, że coś się może przebić. Zwłaszcza w sytuacji, gdy za płotem mamy pełnoskalową wojnę, w której regularnie dochodzi do zmasowanych napadów powietrznych. Po prawdzie, to zadziwiające, że tak niewiele tych incydentów miało do tej pory miejsce. Moim zdaniem to efekt skuteczności ukraińskiej OPL, ale i ostrożności rosjan, którzy – mimo nadymanej retoryki – wolą redukować ryzyko przypadkowej penetracji przestrzeni powietrznej kraju NATO.

Czy to rzeczywiście był Szahed, jak spekulują media? Nie wiem. Świadkowie mówią o silnej eksplozji, policja o braku wyraźnego leju. Szahed wyposażony jest w głowicę o wadze około 50 kg, ponoć w najnowszych wersjach jest to nawet 90 kg; wybuch czegoś takiego to już nie są przelewki (w Kijowie widziałem efekt uderzenia pojedynczego drona w hotel; cała jedna ściana wielopiętrowego budynku „zjechała” na jezdnię). Zapewne dowiemy się więcej o skutkach eksplozji, ale jeśli faktycznie są znikome, do Polski mógł przylecieć dron-wabik. Od jakiegoś czasu i one są wyposażone w niewielkie głowice. Te nie powinny wybuchać przy uderzeniu w ziemię, ale mogą – w końcu nie mówimy o jakiejś wysublimowanej broni z milionem zabezpieczeń. No to po co są te głowice? Ano po to, by utrudnić robotę saperom, którzy takie wabiki, gdy te już spadną, muszą odnaleźć i uprzątnąć. Ot typowe rosyjskie skurwysyństwo (coś jak miny-pułapki), bo przecież takie drony mogą spaść gdziekolwiek; w Ukrainie najczęściej najpierw odnajdują je cywile.

Konkludując: czy możemy się przed takimi incydentami bronić? Technicznie owszem, tylko że wiązałoby się to z mobilizacją zasobów i kosztami.

Czy to casus belli? Przy całej mojej niechęci do tego, czym jest dziś państwo rosyjskie – zdecydowanie nie. W dotychczasowych incydentach nie dopatruję się celowości, jest ich niewiele i nie mają dotkliwych skutków. Nie ma o co kruszyć kopii, choć oczywiście działania dyplomatyczne winny zostać podjęte. A jeśli chcemy się odgryźć „na twardo” – lepszego sposobu niż dalsze wspieranie Ukrainy nie ma. Amen.

—–

Szanowni, gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełna oferta pod tym linkiem.

Nz. dron wabik typu Gerbera/fot. z archiwum blogu bezkamuflazu

Gwarancja

Po dyplomatycznym maratonie z ostatnich dni na plan pierwszy wysuwa się kwestia gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy. Bez tego, przy takim sąsiedzie jak rosja, nie da się zapewnić trwałego pokoju. Nie tylko zresztą Ukrainie, ale też reszcie Europy, o czym otwarcie mówił w poniedziałek w Waszyngtonie prezydent Francji Emmanuel Macron.

Koalicjanci głowią się teraz nad szczegółami takich gwarancji i mam wrażenie, że są to rzeczywiste rozkminy, a nie pozorowane działania. Stany Zjednoczone – i nie tylko one – wykluczają możliwość przyjęcia Ukrainy do NATO, co z perspektywy Kijowa byłoby najwłaściwszym rozwiązaniem. O wysłaniu potężnych sił pokojowych też nie mam mowy – Amerykanie umywają ręce, a Europejczycy nie są organizacyjnie zdolni do takiego wysiłku. Wszelkie zaś mniej lub bardziej symboliczne działania w tym zakresie już dziś można uznać za niedostateczne; kilka-kilkanaście tysięcy żołnierzy NATO rosjan nie odstraszy.

Sytuacja bez wyjścia? Są tacy, którzy twierdzą, że jedynym ratunkiem dla Ukrainy byłoby posiadanie własnej broni jądrowej. Nie będę podważał logiczności takiej argumentacji, gdyż się z nią zgadzam, ale realna ocena sytuacji każe mi uznać taki scenariusz za niemożliwy. Ukraina nie jest w stanie pozyskać takiej broni – nie ma ku temu odpowiednich środków i zasobów techniczno-intelektualnych, Kijów nie uzyska też wsparcia z zewnątrz.

Co zatem począć? Ano można wybrać półśrodek: uzbroić ukraińskie wojsko po zęby. Po kilkudziesięciu miesiącach pełnoskalowej wojny rosjanie dobrze wiedzą, że ich broń w większości kategorii ustępuje zachodnim systemom. Mają świadomość, że dziś ratuje ich stosunkowo niewielka ilość tej broni na wyposażeniu Ukraińców. Kilkanaście F-16 różnicy nie czyni, ale 200 maszyn wymiotłoby z ukraińskiego nieba rosyjskie lotnictwo. Tak samo jest i byłoby z czołgami, artylerią, bronią rakietową, zwłaszcza średniego i dalekiego zasięgu. Potęga technologiczno-finansowa Zachodu mogłaby również pomóc Ukraińcom w zbudowaniu przewag w broni WRE (walki radio-elektronicznej), w dalszej rozbudowie komponentu dronowego. Czy mając takiego przeciwnika rosja poszłaby na kolejną wojnę? Nie sposób tego wykluczyć, ale ryzyko z pewnością byłoby mniejsze.

No ale rosjanie wykazują w tej wojnie niezwykłą determinację – rozumianą jako nonszalancja wobec ponoszonych strat – dlaczego miałoby im zabraknąć jej w przyszłości? – mógłby zapytać ktoś, powątpiewając w odstraszającą moc zwesternizowanej armii ukraińskiej. „Próg bólu” moskali rzeczywiście znajduje się wysoko, jednak nie jest nieosiągalny. Przekonuje mnie interpretacja zaangażowania rosjan w oparciu o mechanizm znany w psychologii społecznej jako „pułapka utopionych kosztów”. To stan, gdy wpakowaliśmy w jakieś przedsięwzięcie czas, pieniądze, energię (jakiekolwiek inne zasoby) i trwamy przy inwestycji chociaż ona nam się już nie opłaca. „Spec-operacja” jest taką właśnie inwestycją – za dużo już „zżarła”, by teraz się z niej wycofać. Co innego, gdyby można było cofnąć czas…

Dozbrojenie ZSU oczywiście będzie kosztować – niewiele mniej niż teraz, kiedy Zachód wykłada rokrocznie około 40 mld dolarów. Ale biorąc pod uwagę skumulowane budżety „koalicji chętnych” to nie byłoby jakieś wielkie obciążenie.

No i jest jeszcze kwestia czasu. O ile właściwą siłę komponentu lądowego armii ukraińskiej udałoby się uzyskać stosunkowo szybko, o tyle zbudowanie odpowiedniego potencjału odstraszania w powietrzu zajęłoby co najmniej kilka lat. Dwustu-trzystu wielozadaniowych maszyn nie da się skołować ot tak, a i szkolenie pilotów i personelu to nie jest wyzwanie na szybko. Potrzebny zatem byłby „pomost” – nawet kilkuletnia misja sił powietrznych NATO, z wydatnym udziałem Amerykanów. Coś jak operacja nad byłą Jugosławią w latach 90. Biorąc pod uwagę techniczną, taktyczną i organizacyjną miażdżącą przewagę zachodniego lotnictwa nad rosyjskim, wysoki wskaźnik gotowości bojowej takiego kontyngentu oraz jego możliwości dotkliwego uderzenia, byłby to mocny czynnik odstraszania. Solidna gwarancja.

—–

Szanowni, gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełna oferta pod tym linkiem.

Nz. Amerykańskie F-35 nad polskim niebem/fot. Bartek Bera