„Leningrad”

Wysocy rangą przedstawiciele rosyjskich władz uważają, że zajęcie Charkowa byłoby „realistycznym celem wojskowym”, w przeciwieństwie do dalszej ofensywy w głąb Ukrainy – napisał wczoraj niezależny rosyjski portal Meduza.

Anonimowi rozmówcy serwisu to urzędnicy administracji putina, a także inni członkowie rosyjskich „elit politycznych”. Meduza podkreśla przy tym, że konkretne decyzje prawdopodobnie jeszcze nie zapadły. Co ciekawe, po zdobyciu Charkowa inwazja na Ukrainę mogłaby się zakończyć, lecz ten proces byłby realizowany stopniowo – ocenił jeden z rozmówców portalu. Inny zaś stwierdził, że opanowanie Charkowa oznaczałoby zwycięstwo „w sensie symbolicznym”, bo chodzi o miasto z „milionem mieszkańców i liczną społecznością mówiącą po rosyjsku”.

Z kolei Wiorstka – inne opozycyjne medium – zacytowała przedstawiciela kremlowskiej administracji, który stwierdził, że zajęcie Charkowa możliwe jest tylko poprzez jego okrążenie. Bo „z Charkowa nikt nie chce robić drugiego Mariupola”. Kreml chciałby na przykładzie operacji charkowskiej pokazać, że rosjanie „potrafią walczyć w sposób cywilizowany”.

Taaaak…

Nie wiem, jak ocenić tę informację. Czy to klasyczna wrzutka, która ma zmylić przeciwników rosji co do jej intencji, czy rzeczywista niedyskrecja (bo zakładam, że obie redakcje nie wyssały tych doniesień z palca). Wiem za to, że próba realizacji takiego planu byłaby najgłupszym rosyjskim manewrem w historii tego konfliktu.

Charków liczył przed wojną 1,4 mln mieszkańców, dziś żyje tam mniej niż milion osób – reszta wyjechała w bezpieczniejsze rejony Ukrainy bądź uciekła za granicę. Miasto bowiem jest regularnie ostrzeliwane przez rosyjskie rakiety, a przez kilka pierwszych miesięcy „pełnoskalówki” było też celem raszystowskiej artylerii. Wyrzucenie moskali z charkowszczyzny pozwoliło zniwelować to ostatnie zagrożenie, tym niemniej bliskość rosji i tak działa odstraszająco.

Już raz – na początku inwazji – rosjanie próbowali miasto zdobyć. Z marszu, rajdem lekkozbrojnej zmechanizowanej piechoty, która wdarła się do centrum z zadaniem zajęcia budynków regionalnej administracji. Planiści putina liczyli na bierność mieszkańców i miejscowych struktur siłowych – no i srogo się przeliczyli. „Rajdowców” wystrzelano, ich wozy spalono. Spalono też mnóstwo czołgów rosyjskiej 1. Gwardyjskiej Armii Pancernej, która usiłowała przełamać rubieże obronne ustanowione przez Ukraińców pod Charkowem.

Mimo prób, nie udało się metropolii okrążyć.

Okrążyć próbowali rosjanie także znacznie większy od Charkowa Kijów – i ten zamysł im nie wypalił. Ostatecznie uciekli spod stolicy po kilku tygodniach, wcześniej tracąc kilkanaście tysięcy zabitych i co najmniej drugie tyle rannych.

W najnowszej historii wojen toczonych przez regularne armie brakuje przykładu zakończonego powodzeniem szturmu na wielomilionowe czy choćby „tylko” milionowe miasto. W 2003 roku Amerykanie zajęli Bagdad po nielicznych starciach z najbardziej sfanatyzowanymi bojówkarzami. Reżim Husajna właściwie już nie istniał, armia poszła w rozsypkę, obywatele Iraku nie przejawiali woli oporu. W kolejnym roku wojska USA stanęły przed koniecznością pacyfikacji Faludży, Nadżafu i Karbali, ale to znacznie mniejsze miejscowości, no i po drugiej stronie były bojówki, nie regularne wojsko.

W latach 90. Serbowie nie zdołali zająć ćwierćmilionowego Sarajewa. Stolicę Bośni i Hercegowiny otoczyli i przez kilka lat (!) ostrzeliwali – bez wymiernych sukcesów.

Podobnej wielkości Grozny – symbol czeczeńskiego oporu z lat 90. – padło dopiero po tym, jak zostało przez rosjan całkowicie zrujnowane (w 2003 roku ONZ uznała stolicę Czeczenii za najbardziej zniszczone miasto świata).

Co się stało w 2022 roku z 300-tysięcznym Mariupolem wiemy.

Wiemy, że zajęcie 70-tysięcznego przed wojną Bachmutu kosztowało rosjan 50-80 tys. zabitych i rannych oraz że zajęło im osiem miesięcy.

Więc teraz proszę wyobrazić sobie, co mogłoby się stać przy próbie zdobycia dwadzieścia razy większego Charkowa. Nawet jeśli rosjanie chcieliby udowodnić, że „potrafią walczyć w sposób cywilizowany”, najpewniej nic by z tego nie wyszło. Znacząco lepiej od nich wyszkoleni i wyposażeni Amerykanie – stosujący bardziej restrykcyjne zasady walki (w założeniu również bardziej humanitarne) – podczas pacyfikacji irackiej rebelii musieli sięgać po wsparcie ogniowe artylerii i lotnictwa, niektóre kwartały Faludży zmieniając w gruzowiska. A Ukraińcy to nie kiepsko uzbrojeni sadryści. Bo że Ukraina Charkowa bez walki by nie oddała, można uznać za pewnik. Miasto zapewne stałoby się miejscem uporczywej obrony – Bachmutem czy Siewierodonieckiem do potęgi.

Wówczas Charków mógłby okazać się dla rosjan tym, czym dla Niemców był Leningrad (oblegany przez hitlerowców od 1941 do 1944 roku). „Czarną dziurą”, która nie daje zwycięstwa, a wsysa ogromne zasoby. Bitwa o miasto wielkości Charkowa zaabsorbowałaby istotną większość rosyjskich sił inwazyjnych i byłaby głównym wyzwaniem rosyjskiej logistyki. Założenie, że szczelny kordon z czasem zdusiłby wolę oporu wydaje się prawidłowe. Tyle że Charków od dawna przygotowuje się na najgorsze scenariusze, w tym na długotrwałe oblężenie.

Tak naprawdę rosyjski plan mógłby się udać wyłącznie w sytuacji, w której Charków szybko by się poddał. Czy w ogóle nie walczył, przyjmując status miasta otwartego. Na to jednak się nie zanosi.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Charkowska Saltówka i zniszczenia wywołane rosyjskim ostrzałem/fot. własne

Zaskoczenie

Rano z Kijowa zaczęły napływać hiobowe wieści. Wydawało się, że doszło do gigantycznej katastrofy, wywołanej kolejnym rosyjskim ostrzałem rakietowym. Przejrzyjcie sobie przedpołudniowe nagłówki portali i internetowych wydań gazet – wybrzmiewa z nich GROZA.

Szczęśliwie nie było tak źle – owszem, doszło do kolejnego bandyckiego napadu, ale zakres zniszczeń i strat w ludziach (kilka osób rannych) okazał się niewielki. Skąd więc panika, którą napędzili sami kijowianie i przebywający w ukraińskiej stolicy przedstawiciele mediów?

Z zaskoczenia. System alarmowy włączył się w ostatniej chwili – tuż przed uderzeniem rakiet. Obrona przeciwlotnicza zaspała?

Nie, rosjanie użyli pocisków hipersonicznych Cyrkon. Nie mam jasności, ile rakiet znalazło się w powietrzu, Ukraińcy raportują zestrzelenie dwóch, ale jedno z udokumentowanych zniszczeń jest na tyle rozległe, że musiało powstać na skutek bezpośredniego uderzenia; nie od spadających odłamków. Wedle rosyjskich źródeł, wystrzelono sześć rakiet, oczywiście wszystkie „dosięgły celu”.

Dosięgły czy nie, nadleciały nad Kijów z kilkukrotną prędkością dźwięku. Dlatego czas na reakcję był tak krótki.

Cyrkony odpalono z okupowanego Krymu. Co do zasady to broń przeciwokrętowa, wystrzeliwana z wyrzutni pokładowych jednostek morskich. Ale można jej też użyć w trybie ziemia-ziemia/ziemia-morze. Wedle rosyjskiej propagandy, Cyrkony to „anałoga w miru niet”. Niesamowicie precyzyjne i nie-ze-strze-li-wal-ne.

Jeśli rosjanie chcieli dziś zniszczyć podmiejską chałupinę, to niemal im się udało – jeden z pocisków zrobił gigantyczny lej tuż obok niepozornych podkijowskich zabudowań. Wątpię, by chciano trafić w taki obiekt, sami rosjanie twierdzą, że zamierzali zniszczyć budynki zajmowane przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy. No to przynajmniej z jedną rakietą im „nie pykło”; tyle w kwestii niesamowitej precyzyjności.

Co zaś się tyczy drugiego atutu – no jednak Cyrkony są zestrzeliwalne, na co Ukraińcy przedstawiają dowody w postaci wraków (wybuchające pociski defragmentaryzują się znacznie bardziej niż te, które „zdjęto z powietrza” przy użyciu antyrakiet; dlatego udostępnione mediom fotografie wyglądają wiarygodnie). Musimy pamiętać, że „hipersoniki” – choć większość dystansu pokonują z ogromną szybkością – w ostatniej fazie lotu muszą mocno zwalniać; wówczas mają prędkość typową dla „zwykłych” pocisków manewrujących. Dlatego dobry system OPL może sobie z nimi poradzić.

A Ukraińcy mają w Kijowie Patrioty. Znów więc rosyjska wunderwaffe okazała się nie taka „wunder” w konfrontacji z zachodnim systemem uzbrojenia. Co warto podkreślić – nienajmłodszej daty, wszak ukraińskie Patrioty prezentują poziom sprzed kilkunastu lat.

PS. Gdy dotarły pierwsze doniesienia z Kijowa, od wielu z Was dostałem wiadomość w stylu „mszczą się za zamach, skurwysyny”. Nie ulegajmy tej narracji, bo de facto działamy na korzyść neosowieckiej propagandy. Która jako akt zemsty, uzasadnionej, będzie teraz przedstawiać każdy rosyjski atak. Tymczasem to nic nowego – moskale już kilka dni temu zaczęli zmasowane ostrzały. Kontynuują je nie dlatego, że Ukraińcy dali im rzekomo pretekst do zemsty. Strzelaliby i bez „Krokusa”. Strzelają, bo są barbarzyńcami. I terrorystami.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Fragment Cyrkona.

Nieobliczalna

W GRU za wzór niespójnej i jednocześnie przekonującej narracji uznawano operację smoleńską. Śmierć polskiego prezydenta w katastrofie lotniczej w 2010 roku stworzyła rosyjskim służbom świetną okazję do siania zamętu nad Wisłą. Wrzutki, jakimi raczono mieszkańców Polski, dotyczące okoliczności wypadku, mogłyby posłużyć do opisu co najmniej kilkunastu zupełnie różnych kraks. Jedna często wykluczała drugą, niektóre wręcz urągały inteligencji. Sporo Polaków zdołało zachować dystans do kolejnych rewelacji, lecz niektóre „teorie” zgromadziły liczne gremia zwolenników. Przede wszystkim jednak powstało dość powszechne przekonanie, że pod Smoleńskiem nie wydarzył się zwyczajny komunikacyjny wypadek. Że nie sposób tak do końca wykluczyć, iż głowa polskiego państwa padła ofiarą rosyjskiego zamachu. Tym sposobem zachwiano pewnością Polaków, ich wiarą w sprawstwo własnego państwa i jakość gwarantujących bezpieczeństwo sojuszy. „Bo jeśli Rosjanie mogą nam zabić prezydenta i uchodzi im to na sucho, co jeszcze zrobią w poczuciu pełnej bezkarności?”ten fragment pochodzi z książki „Stan wyjątkowy”, którą napisałem w 2021 roku. Polecam jej lekturę, ale nie dla polecajki wrzucam ów akapit.

Prezydent Kaczyński i towarzyszące mu osoby zginęły w wypadku; wszelkie twierdzenia o zamachu to aberracje. Moskwa publicznie dystansowała się od oskarżeń formułowanych przez część polskich polityków, ale dyskretnie wspierała tę narrację. Poza nakręcaniem wewnętrznych podziałów pośród Polaków, chodziło właśnie o podtrzymanie u nich lęku przed „nieobliczalną rosją”.

Wspominam o tym, bo znów pojawiły się obawy związane z tą „nieobliczalnością”. Wielu z nas zakłada od wczoraj, że zamach w Moskwie może posłużyć Kremlowi do eskalacji konfliktu w Ukrainie, i szerzej, do przemienienia zimnej wojny z NATO w wojnę gorącą.

Nie wiem, kto stał za zamachowcami w Moskwie. Czy była to robota rosyjskiej FSB pod fałszywą flagą, czy operacja muzułmańskich ekstremistów, czy wreszcie jakaś ukraińska inicjatywa (w którą szczerze wątpię, ale uczciwość intelektualna każe dopuścić i taką hipotezę). Wiem za to, że rosjanie zyskali (a w scenariuszu własnego sprawstwa wykreowali) sytuację, w której znów są powody, by inni bali się ich „nieobliczalności”. Widma pełnej mobilizacji, ryzyka użycia broni jądrowej, totalnej konsolidacji państwa w obliczu terrorystycznego zagrożenia. I rosja będzie te obawy wzmacniać – być może nawet ogłosi mobilizację, „zszyje” zamach z Ukrainą i zemści się serią potężnych uderzeń, dla których jeszcze wczoraj nie znalazłaby poparcia u sojuszników i sympatyków.

Ale u licha, nie ulegajmy panice – rosja nie jest aż tak nieobliczalna, by ładować się w wojnę z NATO. Wojnę, której nie może wygrać.

Szanowni, choć współpracuję z kilkoma redakcjami, piszę głównie dzięki wsparciu Czytelników. Tradycyjnie więc polecam Waszej uwadze moje konto na buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

…lub profil na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

O zamachu w rosji, ale i szerzej o wewnętrznych problemach federacji w kontekście wojny z Ukrainą, rozmawiałem z Mateuszem Grzeszczukiem z „Podróży bez paszportu” – grafika otwierająca to zapowiedź tej rozmowy, która możecie obejrzeć/odsłuchać pod tym linkiem. Zapraszam!

Przypominam o możliwości nabycia mojej ostatniej książki pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” w specjalnej edycji z autografem – wystarczy kliknąć w ten link.

Rak

Ta noc w Ukrainie nie należała do spokojnych – rosjanie przeprowadzili potężny atak rakietowo-dronowy. Celem nie był znakomicie broniony Kijów, ale – po raz pierwszy od wielu miesięcy – obiekty infrastruktury energetycznej.

Łącznie za cel obrano co najmniej 15 takich instalacji, w tym Dnieprzańską Elektrownię Wodną (DEW) w Zaporożu (pokrywającą 10 proc. zapotrzebowania Ukrainy na energię elektryczną) i drugą największą w kraju elektrociepłownię TEC-5 w Charkowie. Rakiety uderzyły też w obiekty w Krzywym Rogu, Chmielnickim, w obwodach winnickim i iwano-frankiwskim.

Gdy piszę te słowa, w wielu miejscach w Ukrainie brakuje prądu.

Na szczęście nie doszło do przerwania tamy DEW, co oznaczałoby kolejną gigantyczną katastrofę. Obiekt nie jest w najlepszym stanie technicznym – co stwierdzono na długo przed pełnoskalową inwazją – ale z drugiej strony należy pamiętać, że projektowano go tak, by przetrwał uderzenie małej głowicy jądrowej.

Wedle źródeł ukraińskich, rosjanie użyli do ataku ponad 150 pocisków manewrujących, rakiet balistycznych i dronów kamikadze. Obrońcy raportują zestrzelenie 92 z nich, w tym niemal wszystkich szahidów i pocisków manewrujących. Niestety, przebiły się hipersoniczne kindżały – siedem sztuk – oraz balistyczne iskandery (12) i S-300/400 (22). Na kindżały Ukraińcy mają odpowiedni bat – wyrzutnie Patriot – ale te zaangażowane są do obrony stolicy. O zestrzeliwaniu rakiet balistycznych, które atakowały przede wszystkim przygraniczny Charków, nie było mowy – dystans, jaki mają do pokonania pociski, jest na tyle krótki, że uniemożliwia efektywną reakcję ukraińskiej OPL.

—–

Dzisiejszy atak jest drugim – po wczorajszym, wymierzonym w Kijów – w którym użyto bombowców strategicznych Tu-95; to one wystrzeliły pociski manewrujące. Trzy dni temu pisałem, że Tupolewy od dłuższego czasu nie pojawiają się na teatrze działań, zatem teraz należy stwierdzić, że po 44 dniach nieobecności wróciły do akcji. Czy na dłużej? To zależy od tego, z czym mieliśmy dziś do czynienia.

Mogła to być zemsta za ukraińskie ataki na rosyjskie rafinerie. Operacja jednorazowa (choć nie da się wykluczyć, że nawet w takim scenariuszu będzie miała kilka odsłon), nastawiona na wywołanie efektu mrożącego czy (ujmując rzecz z perspektywy rosyjskiej) „otrzeźwienia” – coś w stylu „jeśli nie przestaniecie atakować naszych rafinerii, zniszczymy wam elektrownie”.

Ale nie da się wykluczyć, że rosjanie zaczęli właśnie kolejną kampanię wymierzoną w ukraińską energetykę, na wzór tej z zimy 2022 i 2023 roku. Dlaczego dopiero teraz? Moim zdaniem dwie możliwe odpowiedzi zasługują na uwagę.

Po pierwsze, moskale świadomie przeczekali Ukraińców, ich obronę powietrzną. Dziś może ona mniej niż jeszcze kilka miesięcy temu – i nie chodzi tylko o utracone „po drodze” wyrzutnie i radary. W debacie publicznej poświęconej Ukrainie nagminnie podnosi się kwestię pocisków artyleryjskich, ich braku; o identycznej sytuacji dotyczącej antyrakiet mówi się już znacznie mniej. Tymczasem o ile amunicja artyleryjska ma kluczowe znaczenie dla zapewniania trwałości linii obronnych, o tyle jej odpowiednik przeciwlotniczy jest absolutnie niezbędny dla zachowania dobrej kondycji zaplecza. Tak w wymiarze technicznym – gdy idzie o rozmaite instalacje – jak i czysto ludzkim, dotyczącym morale społeczeństwa. Zapasy najcenniejszych zachodnich antyrakiet szybko się kurczą, tych posowieckich zresztą również. A widoków na znaczące uzupełnienia nie ma. Agresorzy doskonale zdają sobie z tego sprawę. Ograniczonymi atakami z ostatnich tygodni zmusili Ukraińców do dalszego „wystrzeliwania się” i pogłębiania deficytów. Przy tej okazji odnowili gotowość bojową (części) bombowców i mimo trudności wynikłych z sankcji, powiększyli zapas rakiet i pocisków manewrujących. Dziś są gotowi uderzyć mocniej w słabszego przeciwnika.

Drugie z wyjaśnień zakłada, że odnawianie możliwości flotylli bombowców i ciułanie rakiet nie odbywało się przy okazji, a było bezpośrednim powodem odroczenia kampanii.

W obu przypadkach fakt, iż po drodze „stracono” zimę – a więc korzyść w postaci większej dotkliwości dla ukraińskich cywilów pozbawionych prądu i ogrzewania – może być skalkulowanym kosztem odroczenia. Ale może też być stanem pożądanym przez rosjan. „Wyrazem dobrej woli”, jak w opowiastce o Stalinie, który mógł złorzeczące na niego dziecko zabić, a tylko dał mu klapsa. Od dłuższego czasu z terytoriów okupowanych nie napływają masowo informacje o rosyjskim bestialstwie, ba, jest coraz więcej doniesień o malejącej opresyjności reżimu. Przypadek? Dowód na większą „szczelność” informacyjną? Być może, ale nie da się też wykluczyć, że mamy do czynienia ze zmianą filozofii postępowania. Niekoniecznie humanitaryzmem, raczej kuglarsko-bandycką ofertą typu „będę bił mniej, jeśli przestaniesz stawiać opór”.

—–

A propos bicia – prawdopodobnie Ukraińcy dostali też w plecy od swoich. „Financial Times” donosi, że Stany Zjednoczone naciskają na Ukrainę, by wstrzymała ataki z użyciem dronów na rafinerie w rosji. Wedle Waszyngtonu, ataki powodują wzrost cen ropy, co bardzo źle odbierane jest przez zwykłych Amerykanów. A mamy w USA rok wyborczy…

Nie wiem, na ile wiarygodne są doniesienia FT, ale co do zasady to solidna redakcja. Faktem jest, że w 2024 roku ceny ropy wzrosły o 15 proc., do 85 dol. za baryłkę. Wiem też, że wbrew potocznym wyobrażeniom popularnym w Polsce, Amerykanie nie różnią się od wyborców z innych krajów – i głosują portfelem. Pogorszenie własnych finansów kojarząc z polityką rządu, co istotnie, może stanowić zagrożenie dla reelekcji Joe Bidena.

Z dostępnych danych wynika, że dotąd zaatakowano 11 rosyjskich rafinerii, odpowiedzialnych za produkcję 126 mln ton paliw i smarów. Teoretycznie rosjanie mogą wyprodukować rocznie 300 mln ton tych produktów, ale realnie jest tego o kilkadziesiąt mln ton mniej, bo nie da się utrzymać w ciągłym ruchu wszystkich przedsiębiorstw. Porażone przez Ukraińców rafinerie pracują dalej, choć w mocno ograniczonym zakresie. Problem jest na tyle poważny, że rosja na pół roku zawiesiła sprzedaż paliwa za granicę. Moskwa ma ogromne rezerwy – w tej chwili to ponad 350 mln ton – więc sama federacja szybko „nie wyschnie”. Lecz jeśli Ukraińcy nie odpuszczą, przedłużający się brak rosyjskich paliw może doprowadzić do poważniejszych zawirowań w światowej gospodarce.

Co przywodzi mnie do refleksji, że rosja jest niczym rak, który zajął takie obszary, że usunięcie trefnych komórek wiąże się z ogromnym ryzykiem śmierci dla całego organizmu. Radykalne terapie istnieją, ale lekarze, niestety, wolą nie ryzykować.

Ps. W maju zeszłego roku sporo mówiło się o odkryciu naukowców z Uniwersytetu Stanforda. Mniejsza już o diabelnie skompilowane szczegóły, rzecz sprowadza się do ustalenia, że komórki rakowe można zmienić w komórki zwalczające raka. W kontekście analogii brzmi to obiecująco…

—–

Szanowni, choć współpracuję z kilkoma redakcjami, piszę głównie dzięki wsparciu Czytelników. Tradycyjnie więc polecam Waszej uwadze moje konto na buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

…lub profil na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. Dnieprzańska Elektrownia Wodna tuż po ataku/fot. DEW

PS. Przypominam o możliwości nabycia mojej ostatniej książki pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” w specjalnej edycji z autografem – wystarczy kliknąć w ten link.

Kilka dni temu rozmawiałem o wojnie w Ukrainie, „Alfabecie…”, prorosyjskiej narracji w Polsce z Bożydarem Pająkiem – zapraszam Was do odsłuchania tej rozmowy.

Niemcy

Gdy latem 2008 roku w Gruzji wybuchła wojna, wieści na ten temat dotarły też do USA. A tak się składa, że po angielsku owo kaukaskie państwo nazwa się tak samo, jak stan Georgia. Wielu amerykańskich internautów było w szoku – lokalna sieć zaroiła się od komentarzy typu „trzymajcie się w tej Georgii, odsiecz jest blisko; skoro ruskie zaatakował Stany, poniosą srogą karę”.

Tylko skąd u licha w południowo-wschodniej części USA mieliby wziąć się rosjanie? Jakim cudem przetransferowali tam czołgi i armaty? Ano właśnie…

—–

Amerykańska nieznajomość geografii to pocieszny temat, zwłaszcza dla znacznie lepiej wyedukowanych w tym zakresie Europejczyków. Jakkolwiek już nas nie dziwi, od elit politycznych jedynego na świecie supermocarstwa mamy prawo oczekiwać nieco więcej.

Tymczasem Donald Trump – niemal pewny kandydat na prezydenta USA, nade wszystko jednak była głowa tego państwa – z typową dla siebie nonszalancją rzuca na wiecach wyborczych hasła urągające elementarnej wiedzy geograficznej. Twierdzi oto, że jako głównodowodzący „nie będzie bronił” Niemiec. Że wyśle wojska tylko do tych państw, „które płacą” (przeznaczają na obronność dwa i więcej procent PKB oraz dokonują zakupów amerykańskiej technologii wojskowej). W obecnym kontekście polityczno-militarnym znaczy to tyle, że „niepłacący Niemcy” będą musieli zmierzyć się z rosjanami sami, zaś „płacący Polacy” już ze wsparciem Amerykanów.

Tylko jak u licha mieliby rosjanie pomaszerować na Berlin, bez uprzedniego zaatakowania Rzeczpospolitej? W branży militarno-analitycznej dowcipkuje się, że polecieliby transferem przez Centralny Port Komunikacyjny…

A już bez żartów? Trudno mi wyobrazić sobie operację desantową – powietrzno-morską – i późniejsze utrzymanie korytarzy logistycznych, gdy celem byłoby zajęcie 80-milionowego kraju o powierzchni większej niż Polska. Kraju – niezależnie od tego, co mówi się o Bundeswehrze – posiadającego nie byle jakie wojsko. To byłby wysiłek wielokrotnie przewyższający realne możliwości rosyjskich sił zbrojnych, a przecież pod uwagę należałoby wziąć także reakcje innych sojuszników RFN. A choćby i Polski, nad którą miałyby latać samoloty rosjan. Robiłyby to bezkarnie? Ano właśnie…

—–

Przy odpowiednim poziomie zaangażowania polityków i publiczności, wiece wyborcze cechuje wysoka emocjonalność. Trump zaś potrafi „rozgrzać” publikę – ma dość charyzmy i oratorskich umiejętności. I nawet jeśli bredzi, często spotyka się z entuzjastycznymi reakcjami, które napędzają kolejne brednie. Kompetencje poznawcze i intelektualne elektoratu również mają tu znacznie. Nie czas jednak na socjo-psychologiczne analizy – dość stwierdzić, że hasła i deklaracje padające podczas wystąpień kampanijnych mogą oznaczać tyle, co nic; w żaden sposób nie przełożyć się na realne działania w przyszłości (bądź ich brak).

Ale republikański polityk nie jest dla nas „czystą kartą” – po poprzedniej prezydenturze wiemy mniej więcej, czego się po nim spodziewać. Znamy też poglądy wspierających go wpływowych osób. Na tej podstawie możemy domniemywać, że Ameryka nowego-starego prezydenta skierowałaby większą uwagę na Daleki Wschód, czyniąc to kosztem Europy.

A w takim kontekście pogróżki i połajanki Trumpa nabierają innego charakteru.

Ryzykownym byłoby sprowadzenie ich do wiecowego bełkotu, zasadnym przynajmniej dopuszczenie myśli, że mamy do czynienia z agendą. Zapowiedzią nowej amerykańskiej polityki, w której Waszyngton rzeczywiście nie będzie bronił Berlina. A więc nie tylko nie wyśle wojsk w razie potrzeby, ale też wycofa te, które w RFN stacjonują. Pomysł radykalnego ograniczenia amerykańskiego kontyngentu w Niemczech był już przez Trumpa podnoszony. Ba, pod koniec jego pierwszej kadencji został wprowadzony w życie, ale obstrukcja Pentagonu znacząco spowolniła proces redukcji personelu, cofnięty następnie przez Joe Bidena.

A już wtedy – gdy chodziło „tylko” o ograniczenie amerykańskiej obecności za Odrą – mieliśmy do czynienia z niebezpiecznym dla Polski precedensem.

Jakim? O tym w dalszej części tekstu, do lektury którego zapraszam Was na portal Interia.pl – wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Fragment bazy Ramstein, największej instalacji NATO w Europie/fot. US Army, domena publiczna

A jeśli jesteście zainteresowani kupnem „Alfabetu…” w specjalnej edycji z autografem – wystarczy kliknąć w ten link.