Pi-ar

Zrobiłem dziś mały przegląd materiałów filmowych poświęconych wojnie w Ukrainie, prezentowanych w rosyjskich mediach. Reportaży z pierwszej linii czy szerzej, z rejonu „wojskowej operacji specjalnej”; nie interesowały mnie studyjne, publicystyczne debaty. Od tych z lutego, po relacje z ostatnich kilku dni. Pierwsza refleksja to uderzające podobieństwo do nazistowskiej propagandy z lat 1939-45, konkretnie zaś do specyficznej dynamiki i logiki przekazu.

Niemieckie kroniki z pierwszych lat wojny przesiąknięte były triumfalizmem, skupiały się na podkreślaniu skali i szybkości kolejnych zwycięstw. Antycypowały następne, zwykle z pogardą opisując możliwości i cechy przeciwników. Gdy wojna weszła w niekorzystną fazę, coraz więcej było fałszu, którego nie dało się zweryfikować – patrząc z perspektywy odbiorcy – rzeczy bowiem działy się gdzieś daleko na wschodzie. Stopniowej redefinicji uległo pojęcie sukcesu – od jesieni 1943 roku zaczęły zań uchodzić nie zwycięskie bitwy, a udane odwroty, owe słynne „skracanie linii frontu” i zajmowanie „dogodniejszych pozycji”. Przy jednoczesnym – a jakże – zadawaniu nieprzyjacielowi poważnych strat. W 1945 roku – mimo natrętnej promocji cudownych broni i stojącej za nim „nieuchronnej” odmianie losu – dominował przekaz pesymistyczny, choć podkreślający determinację i bezkompromisowość „obrońców Rzeszy”. Reportaż z kwietnia 1945 roku, dotyczący „ostatniej naturalnej przeszkody na drodze do Berlina” – linii obronnych na wzgórzach Seelow – do rangi niebotycznej cnoty podnosi wolę walki żołnierzy Volkssturmu, budując przy tym przekonanie o ich niezłomności. Dobrze zbudowany, jasnowłosy i uśmiechnięty heros z kronik z początków wojny zastąpiony został wizerunkiem chłopca – wątłego, za to o hardym spojrzeniu. „On zrobi wszystko, by nie przepuścić sowieckich hord”, mówi narrator, zaznaczając, że pomocne będą tu fortyfikacje i przeszkody terenowe.

W neosowieckiej propagandzie widzimy niemal dokładnie to samo. Od hurraoptymistycznych materiałów z początków inwazji, na przykład spod Kijowa (który zaraz będzie wzięty przez „naszych chłopców z pancernych czołówek”), przez nieco mniej radosne doniesienia z wiosny i lata z Donbasu („idziemy niczym walec, nie tak szybko, ale konsekwentnie”), po ponure relacje z ewakuacji Chersonia czy śmieszno-żałosne raporty z budowy tak zwanej linii Wagnera. Ta linia to umocnienia stawiane w obwodzie ługańskim, wzdłuż dawnej „granicy” między Ukrainą a Ługańską Republiką Ludową. „Ukraińcy tędy nie przejdą”, słyszymy. Przejdą czy nie, to się okaże; sposób wykonania zapór przeciwczołgowych, stawianych „na odpierdol” (betonowe wilcze zęby rozkłada się na ziemi bez zakotwiczenia), daje niemal pewność, że ukraińscy saperzy nie napracują się za bardzo. Mniejsza jednak o technikalia – przyjrzyjmy się samej naturze przekazu. W ciągu ośmiu miesięcy ewoluuje on od „za trzy dni Kijów nasz” do „ale ługańskiej republiki to Ukraińcom zająć nie pozwolimy!”.

Długo nie przykładałem należytej uwagi kwestiom promocji, marketingu, PR-u; jak zwał, tak zwał. Zwłaszcza na poziomie instytucji państwowych wydawało mi się to marnowaniem środków finansowych. Z czasem przyszło zrozumienie, że dobre kampanie propagandowe mogą przynieść wymierne skutki. Spójrzmy bowiem na armię rosyjską. Od kilkunastu lat Kreml nie ustawał w wysiłkach, by przekonać świat, że wojsko ma coraz lepsze, coraz silniejsze, coraz bardziej niebezpieczne. To te rzekome militarne możliwości pozwalały rosji – ekonomicznemu karłowi – zachować status mocarstwa. Dziś wiemy, że było to wielopiętrowe kłamstwo, co nie zmienia faktu, że przez lata skuteczne. I ta skuteczność każe widzieć w „silnej rosji” marketingowy majstersztyk.

Lecz widzimy też porażkę tej kampanii. Chciał putin – szybką, zwycięską operacją w Ukrainie – ugruntować wizerunek „niepokonanej armii” (a więc i mocarstwa). Dziś nawet u siebie, w swojej propagandzie, nie jest w stanie tego „przepchnąć”. A w społecznej wyobraźni ludzi Zachodu (i nie tylko) wyrysował obraz rosyjskiego żołnierza źle dowodzonego, źle wyposażonego, fatalnie zmotywowanego, pijanego i brutalnego wobec cywilów. Chciał „Saszy Zdobywcy”, ma „Wowę Złodzieja Pralek”.

—–

Nz. Rosyjski wóz bojowy, dobrze ilustrujący kondycję Z-amii/fot. Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Tama

Ppłk Borys Epow, wykładowca w akademii kształcącej saperów, mało nie przypłacił życiem realizacji rozkazu Józefa Stalina. Sowiecki wódz zlecił mu misję wysadzenia w powietrze tamy na Dnieprze, będącej częścią Hydroelektrowni Dnieproges w Zaporożu. Oficer zadanie wykonał wieczorem 18 sierpnia 1941 roku, po czym trafił w łapy kontrwywiadu, tak zwanego SMERSZ-u. Stalinowski rozkaz był tak tajny, że nawet najwyżsi rangą miejscowi przedstawiciele NKWD nie mieli o nim pojęcia. Wiedzieli, że Epow ma tamę przygotować do wysadzenia, czego zresztą ukryć się nie dało, bo do tego celu użyto 20 ton amonalu, kruszącego materiału wybuchowego stosowanego do wypełniania amunicji morskiej. Ale co innego „zabezpieczenie” obiektu, a co innego kompletna destrukcja jednej ze sztandarowych budowli pierwszej sowieckiej pięciolatki.

No więc przeszedł Epow mało subtelne przesłuchanie, podczas którego traktowano go jak zdrajcę, usiłując wyciągnąć informacje na temat zleceniodawców sabotażu. „Obróbka” trwała kilka godzin, a zakończył ją telefon z samego Kremla. Pułkownika przeproszono i odesłano samolotem do Moskwy. Na front już nie trafił, do końca „wielkiej wojny ojczyźnianej” pracował w biurze konstrukcyjnym, gdzie projektował nowe rodzaje min. Zaraz po wojnie uhonorowany Nagrodą Stalinowską, zmarł w godnym wieku 91 lat, w 1991 roku.

Czy żałował skutków wysadzenia tamy? Nie wiemy. Jakkolwiek wydarzenie było spektakularne, aż do rozpadu ZSRR nie wspominano o nim zbyt często. „W rezultacie wybuchu z korpusu zapory wyrwane zostało około 100 metrów z jej 600-metrowej długości”, czytamy w „Autobiografii” Epowa. Wybuch miał rozlać rzekę i utrudnić wojskom niemieckim przeprawę na lewy brzeg. I choć wywołał apokaliptyczną powódź w regionie, hitlerowcom specjalnie nie zaszkodził. Zginęło tysiąc pięciuset żołnierzy Wehrmachtu i ponad 100 tys. sowieckich cywilów. Front, w zależności od odcinka, zatrzymał się na kilka godzin do kilku dni. Marny zysk, potworne straty.

Dlaczego o tym wspominam? Ano znów pojawia się pomysł wykorzystania Dniepru jako broni masowego rażenia. rosjanie wprost mówią o ryzyku zerwania tamy, twierdząc przy tym, że oni to nie, ale Ukraińcy są gotowi do takiego sabotażu. Tyle że to rosjanie założyli ładunki i kontrolują teren…

U części odbiorców w Polsce panuje mylne przekonanie, że idzie o tamę w Zaporożu, odbudowaną na przełomie lat 40. i 50. Nie, chodzi o zaporę w Nowej Kachowce, bliżej ujścia rzeki, w sąsiedztwie Chersonia.

O Nowej Kachowce mówi się, zwracając uwagę na dziwne ruchy rosyjskiego wojska. Od kilku dni bowiem trwa ewakuacja ludności cywilnej Chersonia, najbardziej narażonego na efekt wielkiej fali. Troszczenie się o cywilów to zachowanie niepasujące do modus operandi rosyjskiej armii, zwłaszcza że wywożeni są nie tylko kolaboranci i ich rodziny, ale także obywatele Ukrainy, którzy w żaden sposób nie wspierali działań okupantów. Kwestie wizerunkowe (pozwalające widzieć rosję jako stronę prowadzącą działania zbrojne w sposób humanitarny), nie mają dla Moskwy większego znaczenia – ewentualne utopienie dziesiątek tysięcy ludzi mieściłoby się w logice postępowania rosyjskich wojskowych. Może zatem chodzić o wyludnienie Chersonia z przyczyn czysto pragmatycznych – by odciąć partyzantkę miejską od naturalnego zaplecza. Wywózka „wyekstraktuje” bojowników, będą bowiem jedynymi, którzy zostaną w mieście. Tym samym w jakiejś mierze – nie podejmę się oceny, na ile istotnej – pokrzyżuje szyki Ukraińcom, dla których odbicie Chersonia to wspólna operacja sił regularnych, atakujących „od czoła”, i partyzantki działającej na tyłach rosjan.

W tym ujęciu scenariusz wielkiej wody jest jedynie straszakiem – wobec cywilów, by nie sprzeciwiali się wywózce, oraz armii ukraińskiej na zasadzie „zintensyfikujcie działania, to was potopimy”. To element gry na czas, która ma pozwolić rosjanom lepiej przygotować się do obrony resztek zdobyczy w obwodzie chersońskim i samego miasta – jedynego obwodowego, które udało się okupantom zająć – którego z przyczyn prestiżowych utracić nie mogą.

Ale władze Ukrainy wskazują na jeszcze inne motywacje raszystów. Zniszczenie tamy to cios w zaplecze energetyczne kraju. rosjanie od kilkunastu dni systematycznie atakują elektrownie i inne elementy krytycznej infrastruktury – by złamać Ukraińców brakiem prądu, gazu i ogrzewania. Jednocześnie ponoszą na froncie porażki i wiedzą, że nie będą w stanie utrzymać pozycji w obwodach zaporoskim i chersońskim. Zamierzają zatem wytrzebić elektrownię zgodnie z taktyką spalonej ziemi. Liczą przy tym na zyski czysto wojskowe – jak liczył Stalin w 1941 roku – zakładając, że rozlewiska na jakiś czas wyhamują ukraińską presję. Schowanie się za wodą, niczym fosą, pozwoli wojsku wytchnąć, przegrupować się.

Jeśli to prawda, wkrótce powinniśmy być świadkami exodusu rosyjskich sił na południu, bo symulacje powodzi jasno pokazują, że zagrozi ona także najbardziej wysuniętym na zachód zdobyczom najeźdźców. Z pewnością wielka fala utopiłaby przyczółek na prawym brzegu Dniepru oraz pozycje obronne na obrzeżach Chersonia na lewym brzegu rzeki. Woda zakryłaby także około 80 innych miejscowości. A idzie zima…

I na koniec gwoli przypomnienia: stosowanie taktyki spalonej ziemi jest zabronione, ponieważ w znacznej mierze jej ofiarami zostaje ludność cywilna. Mówi o tym artykuł 54. protokołów dodatkowych do Konwencji genewskich z 1977 roku, poświęcony ochronie „dóbr niezbędnych dla przetrwania ludności cywilnej”. Czytamy tam m.in.:

„1. Zabronione jest stosowanie przeciwko osobom cywilnym głodu jako metody prowadzenia wojny. 2. Zabronione jest atakowanie, niszczenie, zabieranie lub czynienie nieużytecznymi dóbr niezbędnych dla przetrwania ludności cywilnej, takich jak środki żywnościowe i strefy rolnicze, które je wytwarzają, jak zbiory, bydło, urządzenia i zbiorniki z wodą do picia, urządzenia nawadniające (…)”. Gdy wszystko to na skutek celowo wywołanej powodzi znajdzie się pod wodą i zostanie skażone zanieczyszczeniami, mamy do czynienia ze zbrodnią wojenną.

—–

Nz. Zapora w Zaporożu. W najbardziej apokaliptycznych scenariuszach zakłada się, że i ona miałby stać się celem rosyjskiego ataku (z powietrza). Wówczas zalano by jeszcze większy obszar, włącznie ze znajdującą się kilkanaście kilometrów dalej elektrownią jądrową…/fot. własne; zrobiłem je w grudniu 2016 roku.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Fotoradary

Zacznę dziś nieco lżej, choć i tak nie będzie jajcarsko.

Sporo ostatnio mówi się o wyczynach drogowo-alkoholowych pewnego znanego aktora. Przy tej okazji w wielu miejscach natknąłem się na ciekawe dyskusje dotyczące „polskiej szkoły jazdy”. I mniejsza o alkohol (który jest problemem i wcale go nie umniejszam; po prostu, w tym wątku mnie nie interesuje) – otóż wyłania się z tego wszystkiego obraz fotoradaru jako największego wroga rodzimego kierowcy.

Jeżdżę od niemal 30 lat, więc i mnie nie raz ustrzelono. Skutkiem tego jest nawykowe unoszenie środkowego palca podczas mijania żółtego ustrojstwa. Którego istnienie przyjmuję jako zło konieczne. Od dziś jednak obiecuję sobie, że będę traktował fotoradary niczym katolik relikwie – z nabożną czcią. A wszystko za sprawą… ruskich.

Szwedzka Säkerhetspolisen (SAPO, cywilny kontrwywiad) z niepokojem obserwuje, że urządzenia marki Canon – dokładnie takie jak odnajdywane w rosyjskich dronach zestrzelonych w Ukrainie – stały się częstym celem złodziei. O sprawie pisze dziennik „Aftonbladet”, precyzując, że pożądana opto-elektronika znajduje się na wyposażeniu fotoradarów. Z danych Szwedzkiej Administracji Transportu wynika, że w ostatnich miesiącach dokonano co najmniej 100 kradzieży tych urządzeń. 27 sierpnia na drodze między Tierp i Hargshamn zniknęło 11 fotoradarów. Trzy dni później w rejonie Sztokholmu łupem przestępców padło 50 sztuk elektronicznych nadzorców. „SAPO jest świadome krążących informacji o związkach między kradzieżami fotoradarów a wykorzystywaniem tej samej technologii w rosyjskich dronach”, czytamy w „Aftonbladet”.

– Nie chcemy wchodzić w szczegóły ani przedstawiać informacji na temat naszej pracy wywiadowczej – mówi gazecie rzecznik prasowy SAPO Fredrik Hultgren-Friberg.

Szwedzkie służby słyną z powściągliwości, zatem brak jednoznacznego zaprzeczenia oznacza, że SAPO obwinia o nielegalny transfer technologii rosję.

Nie wiem, jakiej technologii używa się w polskich fotoradarach, ale szwedzkie, zdaje się, ginąć już nie będą…

Żarty żartami, ale zobaczcie, do jakich to wniosków nas prowadzi. Dobrze ujął sprawę kolega, któremu przesłałem link do tekstu o kradzieżach fotoradarów. „Pomyśl, że przez tyle lat nie byli w stanie dorobić się własnego know-how. A przecież wiedzieli, że im wjebią sankcje. To zamiast kształcić inżynierów, wysyłać ich do szkół na Zachód, budować bazę naukową, oni woleli kupować podzespoły i pierdolić, że ‘anałoga w miru niet’, tak zajebiste jest ich uzbrojenie”. Wybaczcie nieco knajacką formę, ale mój rozmówca to człowiek temperamentny (w czym zresztą mieści się jego urok). Tym niemniej ma chłop 100-procentową rację.

„Myślę, że nikt nie miał świadomości, takiego ogólnego spojrzenia, jak bardzo to wszystko jest przeżarte korupcją. Ile maniany odchodzi, choć na papierze była solidna praca”, odpisałem kumplowi, po czym zdałem sobie sprawę, że to lapidarne stwierdzanie jest moim najlepszym podsumowaniem rosji.

—–

Nz. Miał być fotoradar, ale skoro o złodziejstwie mowa, lepsza będzie ukraińska przeróbka pomnika rosyjskiego żołnierza/fot. NEXTA

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Napięcia

Historia armii rosyjskiej to pasmo przemocy stosowanej także przez jednych żołnierzy wobec innych. Problem dobrze ilustruje historia Andrieja Syczewa, w grudniu 2005 roku 18-letniego szeregowca. Syczew trafił do jednostki przy szkole wojsk pancernych w Czelabińsku, gdzie jako „młody” szybko zetknął się z prześladowaniem ze strony starszych stażem kolegów. W sylwestrową noc kilku z nich postanowiło się zabawić, w wyniku czego ośmiu poborowych zostało dotkliwie pobitych. Najbardziej oberwało się Syczewowi, któremu poza „standardowym” laniem zafundowano również gwałt, a następnie wielogodzinne siedzenie w kucki na mrozie. Efekt? Żołnierz dostał gangreny, ale do szpitala trafił dopiero po kilku dniach, już w stanie krytycznym. Amputowano mu obie nogi oraz genitalia. W doniesieniach prasowych z tamtego okresu pojawia się relacja matki skatowanego wojskowego, Galiny. „Syn nie jest w stanie mówić, napisał nazwisko najokrutniejszego ze swych katów na kartce”, zrelacjonowała pierwszą wizytę w szpitalu kobieta.

rosja przed kilkunastu laty była nieco inna niż obecnie. Sprawę Syczewa nagłośniono, główny oprawca został skazany. Wyrok był co prawda symboliczny (4 lata), lecz i tak oznaczał wyłom w dotychczasowych praktykach. Dość powiedzieć, że ówczesny szef MON, Siergiej Iwanow, początkowo przekonywał dziennikarzy, że przecież nic poważnego się nie stało. Ot, jeden poturbowany żołnierz. Oficjalnie w podobnych incydentach w 2005 roku zmarło 16 poborowych, co przy ponad milionowym wojsku miało nie być jakimś strasznym wynikiem. Iwanow zapomniał przy tym dodać, że ministerstwo obrony doliczyło się w tym samym roku 276 samobójstw w armii, z których większość poprzedzały praktyki dręczenia młodszych żołnierzy.

Human Rights Watch szacowała wówczas, że problem prowadzi co roku do śmierci kilkudziesięciu poborowych, a w tysiącach innych przypadków przynosi poważne i trwałe uszkodzenia zdrowia psychicznego oraz fizycznego. Corocznie setki żołnierzy popełniają lub próbują popełnić samobójstwo, a tysiące uciekają z jednostek. Komitet Matek Żołnierzy szacował wtedy, że rocznie ginie około dwóch tysięcy poborowych. Z dostępnych danych wynikało, że tylko w pierwszej połowie 2004 roku oficjalna liczba „strat niewojennych” wyniosła 420 żołnierzy.

Po 2006 roku dane na ten temat objęto klauzulą „ściśle tajne”.

Andriej Syczew został oczywiście zwolniony z wojska, prezydent putin zadekretował przekazanie mu 3-pokojowego mieszkania w ramach rekompensaty. Kaleki mężczyzna otrzymał również rentę. O historii pisały media na całym świecie, stąd hojne jak na rosyjskie warunki zadośćuczynienie.

Diedowszczina – odpowiednik naszej „fali” z czasów zasadniczej służby wojskowej – na dobre rozkręciła się w czasach sowieckich. Koszarowa przemoc – jakkolwiek często brutalna – miała także funkcjonalny wymiar: wojsko pilnowało się samo. Nie zwalczano go zatem jakoś nadmiernie entuzjastycznie, choć po rozpadzie ZSRR stało się jasne, że przynosi więcej szkód niż korzyści. Oficerowie danych jednostek mogli mieć spokój, ale armii jako całości zaczęło brakować przyzwoitego rekruta. Kto mógł, wykupywał się od poboru – skala korupcji w wojenkomitetach była tak wysoka, że w połowie lat 90. w niektórych regionach od służby migało się 80-90 proc. młodych mężczyzn. Dotyczyło to przede wszystkim bardziej zasobnych miast, z europejskiej części rosji, zamieszkałej przez Słowian – generalnie lepiej wykształconych, o lepszych parametrach zdrowotnych niż mieszkańcy zabiedzonej Azji. Deficyt „białych” potęgowały zmiany polityczne – wybicie się na niepodległość Białorusi i Ukrainy (zwłaszcza ta druga dostarczała armii sowieckiej najwartościowszego rekruta) oraz ruchawki secesjonistyczne na Kaukazie. O ile Moskwa nie bardzo mogła zmusić Mińsk i Kijów do powrotu „do macierzy”, o tyle Czeczenii czy Dagestanowi nie odpuściła. Karne operacje wojskowe – niezwykle brutalne wobec ludności cywilnej – obnażyły też masę słabości posowieckiej armii rosyjskiej. Ich skutkiem były wysokie straty, o których wówczas media informowały jeszcze opinię publiczną. Ba, nie bano się pokazywać zwyrodniałych praktyk zakorzenionych w armii, jak choćby stosunku do ciał poległych żołnierzy. Obrazy gnijących trupów zebranych w wagonach-kostnicach, porzuconych następnie gdzieś na odległych stacjach, działały na wyobraźnie nie tylko potencjalnych poborowych, ale i ich rodzin. Deklaratywna duma z armii nie zmieniała faktu, że miażdżąca większość młodych rosjan ani myślała w niej służyć.

I stan ten trwa do dziś.

Po drodze jednak doszło do poważnej jakościowej zmiany. Związek Sowiecki był państwem rasistowskim, rosja odziedziczyła ten kulturowy rys. Narody Kaukazu, środkowej i dalekiej Azji nawet wcześniej, w czasach carskich, postrzegano jako gorsze. W rosyjskiej myśli politycznej pisano o nich jako o pozbawionych mocy państwowotwórczych. Skazanych zatem na rosyjską misję cywilizacyjną, co w praktyce oznaczało kolejne inkorporacje terenów, rusyfikację elit i brutalne rugowanie lokalnych elementów tradycji i kultury. W relacjach międzyludzkich zaś skutkowało poczuciem wyższości, okazywanym przez „białych” śniadolicej czy żółtoskórej mniejszości. W armii przekładało się to na utrudniony dostęp mniejszości etnicznych do wyższych stanowisk dowódczych (średnich zresztą też) oraz nagminną praktyką wykorzystywania Kaukaskich i Azjatów do najcięższych prac – poprzez kierowanie ich do wszelkiej maści jednostek pomocniczych. W latach 60. ów instytucjonalny rasizm ugruntował też praktykę nieprzyjmowania do służby w siłach strategicznych (jądrowych) żołnierzy o „niewłaściwym” pochodzeniu, przede wszystkim muzułmanów z Kaukazu.

Diedowszczina w czasach ZSRR miała – można by rzec nawiązując do sowieckiej retoryki – internacjonalistyczny charakter. Bito młodych bez względu na pochodzenie czy religię, ze statystycznej konieczności, gdy „białych” była miażdżąca większość, przede wszystkim Słowian. Motyw rasistowski w tych prześladowaniach nie był dominujący. Ale przyszły lata 90., w których obok wspomnianych powodów niedostatku „białego” rekruta, pojawiły się też inne ważne zjawiska. Europejskie rosjanki przestały rodzić, wskaźniki reprodukcji spadły do poziomu niegwarantującego już prostej zastępowalności. Kaukaz i część azjatyckich republik – mimo postępującej pauperyzacji – nie przeszły załamania demograficznego, a z czasem dzietność zaczęła tam nawet rosnąć. Górę wzięły czynniki kulturowe (w islamie posiadanie licznego potomstwa to etyczny imperatyw), nie bez znaczenia były również transfery socjalne kierowane do biednej prowincji wraz z nastaniem ery putinowskiej stabilizacji, finansowanej ze sprzedaży ropy i gazu (dalej było biednie, ale jakoś stabilniej…). W następstwie tych procesów w armii doszło do etnicznego przemodelowania. Tuż przed inwazją na Ukrainę jedną trzecią armii putina stanowili muzułmanie oraz wyznawcy innej religii niż prawosławie. Nie znajduje to odzwierciedlenia w strukturze etnicznej rosji, gdzie „biali” stanowią 75 proc. populacji. Co więcej, z konieczności „czarni” zajęli dużą część stanowisk podoficerskich (nawet 40 proc.) oraz specjalistycznych. Pogardzani obywatele drugiej kategorii otrzymali instytucjonalną władzę, ale też w wielu jednostkach przestali być mniejszością. No i się zaczęło – odgrywanie za bycie tymi gorszymi, w cywilu, w armii. Diedowszczina zmieniła się w ziemlaczestwo, dyskryminację na tle rasowym. Rosyjskie media o tym nie piszą, bo nie mogą, armia zachowuje urzędowy optymizm, ale informacje z koszar i tak wyciekały, wzmagając determinację etnicznych rosjan, którzy jeszcze bardziej zaczęli unikać wcielania w kamasze. A że jednocześnie wojsko, mniej więcej dekadę temu, zaczęło przyzwoicie płacić, biedna nierosyjska prowincja zyskała kolejny pretekst, by się zaciągnąć.

O czym wspominam, byście mieli lepszą świadomość tego, co wydarzyło się w minioną sobotę w jednostce wojskowej pod Biełgorodem. Zginęło wówczas 11 osób, a kilkanaście zostało rannych (według ukraińskiej agencji Unian, ofiar śmiertelnych było więcej – aż 22 rekrutów). Podczas zajęć na poligonie doszło do strzelaniny, sprowokowanej niepochlebnymi komentarzami jednego z rosyjskich oficerów. Miał się on naśmiewać z tadżyckich ochotników, drwić z allaha i islamu. Obrażona dwójka (trójka?) otworzyła ogień…

W mojej ocenie nie był to przypadkowy incydent/wypadek, czy akt terroru, jak chcą tego rosyjscy śledczy – a standardowe zachowanie wpisujące się w powszechne zjawisko etnicznych napięć w armii rosyjskiej, które w tym przypadku zakończyło się spektakularną tragedią.

—–

Nz. Zabici rosjanie i tak trafiliby na front, gdzie spotkałby ich taki sam los…/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

PS. A pod tym linkiem znajdziecie wywiad, który przeprowadził ze mną dziennikarz serwisu Milmag. Jest trochę o wojnie, o dziennikarstwie, ale przede wszystkim o moich książkach. Zapraszam do lektury!

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Karma

Jak tu nie wierzyć w karmę? Rano rosyjscy bandyci wysłali na Kijów samobójcze drony. Większość strącono, część trafiła w budynki mieszkalne. Zginęły cztery osoby, 19 odniosło rany. Mija kilkanaście godzin i w inny budynek mieszkalny, tym razem w rosji, trafia samolot wojskowy, nad którym załoga utraciła kontrolę. Pożar, potężne zniszczenia – słowem, jakby kontynuacja tragedii z poranka. Tyle że tym razem nie cierpią Ukraińcy, choć sprawcy to znów rosyjscy wojskowi.

Pożar wieżowca w Jejsku wygląda spektakularnie. A samo zdarzenie jest właśnie szeroko komentowane w Ukrainie (w Polsce zresztą też). Dominuje kpiąco-drwiący motyw – naśmiewanie się z pilotów Su-34, którzy ratując własne tyłki, pozbawili życia co najmniej dziesięciu współrodaków. Obok „podziękowań” pojawia się miażdżące zestawienie. „Nasi robią wszystko, by nie narażać życia cywilów, ruscy mają je gdzieś” – brzmi jedno z najpopularniejszych stwierdzeń. Dla jego potwierdzenia przywołuje się przykład sprzed kilku dni, gdy pilot ukraińskiego MiG-a-29 katapultował się z uszkodzonej maszyny dopiero wtedy, gdy nie było ryzyka, że wrak spadnie na obiekty cywilne (w Winnicy).

Rosyjskie wojsko to organizacja przestępcza – nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Lecz byłbym daleki od uogólnień, bo przestępczy charakter armii wcale nie znaczy, że każdy członek jej personelu to zdeklarowany zbir. Tak jak w Wehrmachcie w czasie II wojny, taki i we współczesnej armii rosyjskiej służą też po prostu przyzwoici ludzie. Drażni mnie zatem domyślne założenie, że wszyscy są „be”, co w tym konkretnym przypadku przekłada się na stwierdzenie, że piloci mieli w dupie los cywilów. Może mieli, może nie – załączone zdjęcie pokazuje, że załoga katapultowała się w ostatniej chwili, tuż przed uderzeniem niesprawnej maszyny w budynek. Bałbym się autorytarnie stwierdzić, że nie próbowali wyprowadzić suchoja znad terenów mieszkalnych.

Oczywiście, Ukraińcy kierują się inną logiką – oni są na wojnie z rosją, rosjanami, rosyjskością. My poniekąd też (ja osobiście nawet bardzo). Ale naprawdę nie ma potrzeby definiować ruskich jako bardziej złych, niż są.

Warto za to zauważyć, że nawet wedle oficjalnej wersji, dzisiejszy wypadek w Jejsku spowodowany był niesprawnością silnika. Na ujawnionym w sieci filmie widać, że maszyna płonie zanim jeszcze uderzyła w budynek. Wiadomo, że rosjanie mają koszmarny problem z utrzymanie sprawności samolotów. Nie są w stanie remontować zużytych silników, bo niezbędne w tym celu obrabiarki pochodzą z Zachodu i obecnie, z powodu sankcji, nie sposób ich używać (niedziałający soft, brak części zamiennych i serwisu; pisałem o tym w jednym z wcześniejszych postów). W efekcie rosyjskie lotnictwo działa w Ukrainie tak, jak działa – to załogowe niemal nie istnieje. Stąd tak obsesyjny nacisk na misje bezzałogowców-samobójców. One jednak losów tej wojny nie zmienią – jest ich za mało, są niecelne i w miarę nabywanych przez Ukraińców doświadczeń coraz łatwiejsze do strącenia. Analogia z hitlerowskimi V-1 jest tu jak najbardziej na miejscu.

—–

Nz. Moment tuż po uderzeniu suchoja/fot. za: Юрій Бутусов

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to