Kraby

„No ale Krabów to Ukrainie nie powinniśmy przekazywać. Co innego posowiecki sprzęt – to dobra okazja, żeby się go pozbyć – ale najnowsze systemy artyleryjskie w Wojsku Polskim? To już przesada” – czytam. No Szanowni nie. Nie można być trochę w ciąży – albo się w niej jest, albo nie jest. Na luksus ograniczonej pomocy dla Ukrainy mogą sobie pozwolić Niemcy, Francja czy Włochy, ale nie Polska. Jeśli orki zwyciężą na wschodzie, za kilkanaście lat pojawią się u naszych drzwi. O to, patrząc z polskiej perspektywy, toczy się w tej chwili gra. Jest więc w naszym najlepiej rozumianym interesie wspieranie Ukrainy gdzie i czym się da.

Darowizny posowieckiego sprzętu pozwalają ukraińskiej armii na zachowanie/odbudowanie zdolności bojowej nadszarpniętej w trakcie walk. To sposób o naturalnie wysokiej efektywności, mowa bowiem o systemach, które Ukraińcy znają i używają, co powoduje, że proces wdrożenia jest bardzo szybki. Ale na tym sprzęcie nie da się zbudować jakościowej przewagi, bo Rosjanie mają to samo. A jakościowa przewaga jest absolutnie niezbędna, by tę wojnę wygrać, wyrzucić napastnika z kraju, a wcześniej maksymalnie go poturbować. Ilością nie stworzy się orkom konkurencji; w całej Europie Środkowo-Wschodniej nie ma takiej masy posowieckiego sprzętu.

Cieszą mnie zatem te Kraby, choć świadom jestem, że ich przekazanie odbywa się kosztem obniżenia bieżących możliwości bojowych WP. Że zakłóca to proces szkoleniowy. Ale u licha, nam nic w tej chwili nie grozi, a jak zagrozi – stoi za nami potężne NATO, zdolne przetrącić kark putinowskiej zbieraninie morderców, gwałcicieli i złodziei. Nie wiem, czy luksus posiadania takiej tarczy to standard na dekady. Bezpieczniej założyć, że nie. I się zabezpieczyć, inwestując także w ukraińskie możliwości obronne. Kraby – wiele na to wskazuje – to świetna broń. Jeśli wszystko pójdzie po dobrej myśli, wkrótce uzupełnią ją inne systemy. Liczę bardzo, że Amerykanie zdobędą się na decyzję o posłaniu do Ukrainy dalekonośnej artylerii rakietowej (formalna zgoda ma zapaść na początku tygodnia). I wtedy naprawdę może być pozamiatane.

I na koniec jeszcze jedna uwaga – prezydent Zełenski odwiedził dziś Charków i pozycje wojsk ukraińskich w pobliżu miasta. Co nam to mówi o sytuacji na wschodzie? Może najpierw rzecz symboliczna, choć niezwykle istotna. Wyobrażacie sobie Putina w takiej podróży? No ja nie. Tchórz siedzi niczym szczur w rządowych kompleksach już od początku inwazji. Ale pal go licho. Zełenski musiał do Charkowa jakoś dotrzeć, a to oznacza, że armia ukraińska jest w stanie zapewnić mu w miarę bezpieczną podróż (najpewniej lotniczą). No i pobyt. Pod nosem orków – ich potężnego lotnictwa i artylerii – grając na nosie wywiadowi. Ktoś tu kogoś właśnie upokorzył. Znowu…

Nz. Wołodymyr Zełenski w Charkowie/fot. Urząd Prezydenta Ukrainy

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Paradoksy

„Próba utrzymania pozycji w Donbasie za wszelką cenę oznacza duże prawdopodobieństwo unicestwienia zasadniczej części ukraińskiej armii. Armia rosyjska ma obecnie przewagę 1:7 i nie jest możliwe jej powstrzymanie, niezależnie od pomocy militarnej ze strony Zachodu” – pisze uczestnik popularnej grupy dyskusyjnej na Facebooku. Te słowa to fragment wypowiedzi Andrei Margellettiego, doradcy szefa włoskiego MON, dla dziennika „La Stampa”. Po tym cytacie wspomniany internauta przedstawia własny wniosek: „jednym słowem ODWRÓT”, pisze o działaniach, jakie winni teraz podjąć obrońcy. Domorośli stratedzy zwykle są zabawni, ale tu nie chodzi o pojedynczy incydent – opinię wywiedzioną z wypowiedzi średnio zorientowanego polityka. Sporo ostatnio w medialnym i społecznościowym obiegu podobnych konkluzji, formułowanych zarówno przez zwykłych zjadaczy chleba, jak i osoby mające realny wpływ na procesy polityczne czy wojskowe. Nie sposób tego ignorować, bo defetyzm jest jak wirus – z małych ognisk infekcji zrobią się większe, aż skończy się na ogólnoustrojowym zakażeniu. Ostatnia rzecz, jakiej potrzebują Ukraińcy, to zachodnie opinie publiczne przekonane o bezsensowności stawiania oporu Rosji.

Rozmyślania o źródłach tego defetyzmu zostawiam na inną okoliczność. Dla czystości intencji dodam tylko, że za takimi postawami niekoniecznie musi stać rosyjska akcja dezinformacyjna. Że gros osób, werbalizując „dobre rady”, zwyczajnie lęka się o losy Ukrainy. Łatwo sobie wyobrazić skutki dramatycznej dysproporcji sił i trudno wówczas powstrzymać się przed myślą, że „trzeba ratować, co się da i przenieść obronę w bardziej dogodne miejsce”. Albo „w ogóle się poddać, skoro wynik i tak jest przesądzony”. Ostatecznie, „szkoda ludzi, których ofiara i tak zostanie zmarnowana”.

Wracając do sedna. Z tym 1:7 „samobója” strzelili sobie sami Ukraińcy (a konkretnie jeden z prezydenckich doradców). Nie wiem, z jakiego powodu dane dotyczące małego odcinka frontu, „rozciągnął” na obszar całego Donbasu. Z danych amerykańskiego wywiadu wynika, że w Ukrainie znajduje się w tej chwili 110 batalionowych grup bojowych (BGB) armii rosyjskiej. Licząc „po pełnych stanach”, to jakieś 100 tys. żołnierzy. Realnie jest ich więcej (około 150 tys.), jeśli uwzględnimy formacje niezaangażowane w walkę. 80 proc. tych sił skupionych jest na donbaskim teatrze działań, co daje nam 80 tys. (lub jak kto woli 120 tys.) wojskowych. Zakładając prawdziwość relacji 1:7, wyszłoby nam, że naprzeciw tej masy wojska stoi nieco ponad 11 tys. obrońców (17 tys. z tyłami). To absurd i parafrazując „klasyka” – niemożliwa-niemożliwość. Gdyby front na wschodzie Ukrainy trzymały tak skromne siły, Rosjanie już dawno paradowaliby w Kijowie. I Lwowie.

Ale to wcale nie znaczy, że proporcja jeden do siedmiu jest wymysłem.

Nim wyjaśnię o co chodzi, pozwolę sobie zauważyć, że pozornych paradoksów dotyczących wojskowych statystyk jest w tej wojnie więcej. Bo spójrzmy na dane wyjściowe, sprzed 24 lutego, z których wynikało, że Rosja dysponuje niemal 900-tysięczną armią, Ukraina zaś miała pod bronią ćwierć miliona wojskowych. W teorii to przewaga wystarczająca do pokonania przeciwnika, ale… Ale do „operacji specjalnej” Kreml delegował 200 tys. ludzi, co z kolei oznacza dominację obrońców. Tym większą, że już w pierwszym tygodniu wojny powołali pod broń kolejne 100 tys. osób. A mimo to na głównych kierunkach natarcia to Rosjanie mieli przewagę. Dziś też tak jest, choć Ukraina powiększyła liczebność sił zbrojnych do… 700 tys. (a niebawem może to być nawet milion ludzi). Zatem niemal zrównała się z Rosją, a niewykluczone, że ją prześcignie.

Rosyjskie dowództwo – po utracie 30 tys. ludzi (zabitych, rannych, wziętych do niewoli i zaginionych) – ma obecnie mniej żołnierzy niż przed trzema miesiącami. Składy osobowe wykrwawionych jednostek zostały częściowo uzupełnione, ale zwykle do poziomu 70-kilku-80-kilku proc. A przecież wojska u nich mnogo… Otóż nie. Pisałem już o tym, więc jedynie krótko przypomnę: Rosja to gigantyczny kraj, a jej przywództwo przekonane jest o konieczności ochrony rozległych granic. Przede wszystkim na zachodzie (przed NATO) i na Dalekim Wschodzie (przed Chinami) oraz na Kaukazie, skąd w każdej chwili może wyjść kolejna rebelia. Powierzchnia Rosji i jej położenie wymuszają posiadanie licznych jednostek obrony przeciwlotniczej, sił powietrznych i marynarki. A budżet nie jest z gumy, zaś społeczeństwo w koszmarnym demograficznym kryzysie. W efekcie wojska lądowe to ćwierć miliona ludzi, a z ekspedycyjną „nóżką” armii – oddziałami powietrznodesantowymi – nieco ponad 300 tys. I w obrębie tego rezerwuaru mogą się poruszać generałowie dowodzący „operacją specjalną” (300-tysięczna Rosgwardia to wojsko II i III kategorii, siły strategiczne/jądrowe nie mają w Ukrainie zastosowania, flota i lotnictwo nie działają na lądzie), mając z tyłu głowy wspomnianą wcześniej konieczność ochrony granic (dlatego na przykład 30-tysięczny korpus stacjonujący w obwodzie kaliningradzkim wydaje się być nie do ruszenia).

Pozorne „bogactwo” tyczy się także sprzętu – najeźdźcy wytracili dotąd 30 proc. najnowszych czołgów, ale traktowane na poważnie zagrożenie ze strony NATO każe im trzymać w rezerwie istotną część maszyn najmłodszych roczników. Mówi się o połowie wszystkich najnowszych tanków, jakie znajdowały się na stanie armii rosyjskiej w lutym 2022 roku. Utrata większości możliwych do użycia „nówek” skutkuje przywracaniem do służby 50-letnich czołgów T-62. Można się w tym miejscu zastanowić, czy rosyjskie kalkulacje mają sens (bo przecież NATO nie uderzy…), ale „kozła nie przekonasz, Kreml swoje wie”. A generałowie są zdania, że choć załogi T-62 w starciu z regularnymi oddziałami armii ukraińskiej nie będą miały wielkich szans, to po oddziałach obrony terytorialnej, szczególnie w masowym ataku, przejadą jak po polu kapusty.

Wróćmy jednak do zestawień osobowych. W podobnej sytuacji, jak siły zbrojne Federacji Rosyjskiej, znajduje się ukraińska armia. Północna, wschodnia i południowa granica kraju to „strefa czerwona” – teren obecnego, przeszłego i potencjalnie przyszłego frontu. Mimo wygranej w bitwie o Kijów, stolica wciąż musi być chroniona na wypadek kolejnego rosyjskiego ataku; to samo tyczy się Charkowa i okolic. Mimo wymyków Aleksandra Łukaszenki, nadal istnieje możliwość rosyjskiego, a nawet rosyjsko-białoruskiego natarcia w kierunku zachodnich obwodów kraju. Nie da się wykluczyć ryzyka ataku na Odessę – z morza, czy w ramach operacji powietrzno-desantowej. Podejmowanie transportów broni i amunicji z Zachodu to skomplikowana, angażująca duże siły i środki operacja wojskowa. Zagrożenie dywersją dotyczy całości kraju, obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa także nie może się koncentrować w jednym miejscu (choć uczciwie trzeba zauważyć, że jej priorytetem pozostaje bezpieczeństwo stolicy). No i są jeszcze jednostki rezerwy, w trakcie formowania, szkolenia, w odpoczynku; to w tej chwili większość ukraińskich sił zbrojnych. Front to tylko jeden z kilku teatrów działań – nie znam dokładnych danych, ale w oparciu o szczątkowe informacje sądzę, że angażujący około 100 tys. ukraińskich żołnierzy jednocześnie. Innymi słowy, mniej więcej tyle samo, ilu Rosjan.

Ale nie ma tu równowagi, bo agresorzy dysponują większą ilością ciężkiego sprzętu oraz wspiera ich liczniejsze lotnictwo. To jednak za mało, by prowadzić zdecydowanie zwycięską kampanię. Obie strony są zbyt silne, by je pokonać i zbyt słabe, by zwyciężyć. Klasyczny pat, z którego istnieją dwa wyjścia. Pierwsze, czyli zbudowanie kilkukrotnej przewagi w wymiarze strategicznym. Rosyjskie luzy mobilizacyjne to w tej chwili jakieś 50-70 tys. przyzwoitego wojska – co nie starczyłoby nawet na podwojenie sił inwazyjnych. Ukraińcy mogliby swoje siły w Donbasie potroić, ale tym samym wystawiliby na ryzyko inne części kraju. No i, obawiam się, wciąż byłby kłopot z odpowiednim wyekwipowaniem tak licznych oddziałów; ta wojna brutalnie rewiduje ilościowe paradygmaty dotyczące wojska, pokazuje, że liczy się jakość, nie masa. Oba dowództwa – i rosyjskie, i ukraińskie – działają w warunkach „gospodarki niedoboru”, gdzie przedmiotem trudnej do osiągnięcia równowagi są nie tylko zasoby ludzkie, sprzętowe, ale i informacja. Wyobraźmy sobie, że Ukraińcy podejmują ryzyko i 25-tysięczny kontyngent w dużej mierze elitarnych jednostek strzegących Kijowa posyłają na wschód. W tym czasie Rosjanie, angażując 20-30-tysięczne siły zgromadzone w Białorusi (które wciąż tam są) przypuszczają atak na stolicę. Co, gdyby im się udało? Kijów to nie cała Ukraina, lecz o losach wojen często decydowały sukcesy niekoniecznie efektywne z operacyjnego punktu widzenia, ale o dramatycznej „mocy symbolicznej”.

Oczywiście, takich manewrów nie da się przeprowadzić z dnia na dzień, ale efekt zaskoczenia w działaniach o dużym rozmachu zwykle rozciąga się na wiele dni. Gdyby jedna strona wiedziała, co planuje druga, można by uniknąć tego szachowania. No ale to sytuacja mało realna – generałowie nie umawiają się na „ustawki”. Pozostaje więc wyjście numer dwa, czyli próby zbudowania lokalnych przewag – a choćby i siedem do jednego – z nadzieją, że uda się w takich miejscach rozerwać obronę przeciwnika. Rosjanie „badają” w ten sposób front od początku bitwy o Donbas – ostatnio w okolicach Siewierodoniecka. Działają w oparciu o dwa porządki – propagandowy i czysto wojskowy, operacyjny. Stąd ich determinacja, by zdobyć miasto (bo jakąś zdobyczą w końcu muszą się pochwalić), ale też przede wszystkim, by zniszczyć zgromadzone tam ukraińskie siły. Czy dopną swego? Pod Izjumem im nie wyszło, wcześniej zaprzestali presji na Charków. W worku między Siewierodonieckiem a Popasną nadal nie odpuszczają, ale…

Ale dziś pojawiło się sporo informacji o tym, że Rosjanie przerzucają większe siły na południowy odcinek frontu, w okolice Zaporoża i Chersonia. Kosztem Donbasu.

—–

Nz. Ukraińska artyleria/fot. Siły Zbrojne Ukrainy.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Najemnik

Media rozpisują się na temat śmierci kolejnego rosyjskiego generała (jedenastego…), Kanamata Botaszewa. Tym razem chodzi o emerytowanego wojskowego, pilota, który zginął nad Ukrainą w minioną niedzielę. Pilotowany przez niego samolot szturmowy Su-25 został zestrzelony przez ukraińską obronę przeciwlotniczą w okolicach miasta Popasna. Rosyjski MON o sprawie ani piśnie (a chodzi o najwyższego rangą spośród utraconych w tej wojnie lotników), niemniej informację o śmierci generała potwierdziło trzech jego dawnych podwładnych. Z miejsca pojawiły się pytania o to, co 63-latek robił za sterami bojowej maszyny, na linii frontu. „Udział w walkach oficera tak wysokiej rangi może świadczyć o braku wysoko wykwalifikowanych specjalistów” – oceniło BBC.

Czy słusznie?

Botaszew nie wrócił do regularnej armii – maszyna, w której zginął, nie nosiła państwowych oznaczeń, a jedynie literę „Z” wymalowaną na skrzydłach i kadłubie. Należała do Grupy Wagnera – firmy najemniczej, której pracownicy walczą w Ukrainie od początku inwazji. Okazuje się, że korporacja – formalnie prywatna, de facto blisko związana z rosyjskim wywiadem wojskowym GRU – dysponuje także komponentem lotniczym. Poległy generał był zatem – wszystko na to wskazuje – najemnikiem. Światło na jego motywacje rzucają okoliczności, w jakich rozstał się z siłami powietrznymi. Otóż w 2012 roku rozbił myśliwiec Su-27, za sterami którego nie miał prawa zasiadać. Zasiadł, bo namówił kolegę – dowódcę jednego z pułków – na wspólny lot, podczas którego nie poradził sobie z wykonaniem figury akrobatycznej. Wojskowy sąd wydalił Botaszewa z armii oraz nałożył karę odpowiadającą wysokości 140 tys. dolarów. Mówiąc wprost, generał był w finansowej potrzebie.

Za stary na liniową służbę i zbyt kłopotliwy z uwagi na przeszłość, u „prywaciarzy” mógł się jeszcze przydać. Nie wiemy, ile lotów wykonał, nim trafiła go ukraińska rakieta. Pierwsze Suchoje z „Z” na burtach zaobserwowano na froncie na przełomie kwietnia i maja. Wtedy też doszło do pierwszych strąceń. Czy Botaszewa „zabił” wiek? 63-letni organizm nie reaguje tak szybko, jak ciała (i mózgi!) młodszych o 20-30 lat pilotów. A w powietrzu, przy typowych dla współczesnych systemów prędkościach, sprawy toczą się wyjątkowo szybko. Su-25 nie jest nowym samolotem, procesu decyzyjnego nie wspomaga w nim żadna skomplikowana technologia. „Być albo nie być” to suma refleksu pilota i jego umiejętności. Te zaś należy podtrzymywać. Jest mało prawdopodobne, by po wyrzuceniu z wojska generał miał sposobność do latania na bojowych maszynach. Zwłaszcza w zakresie umożliwiającym zachowanie odpowiednich nawyków (czyli minimum 80-100 godzin rocznie). Najpewniej próbował odbudować swój warsztat po zgłoszeniu się do wagnerowców, co miało nastąpić w kwietniu tego roku. Niewykluczone, że i tak by zginął, będąc nawet w kwiecie wieku i w szczytowej formie. Ponieważ jednak sprawa dotyczy lotnictwa, gdzie kondycja fizyczna i wyszkolenie odgrywają gigantyczną rolę, z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że do śmierci generała przyczyniły się także „kalendarz” i niedostateczny trening.

Czy jest to dowód na desperację Rosjan?

Samo sięganie po najemników o niczym nie przesądza. Amerykanie również regularnie korzystają z usług prywatnych korporacji wojskowych. W Afganistanie w 2011 roku 100-tysięczny amerykański kontyngent wspierało… kolejne 100 tysięcy kontraktorów (jak w języku NATO mówi się o najemnikach). Proces zwany „komercjalizacją wojny” zaczął się jednak dużo wcześniej – i przez kolejne dekady nabierał niesamowitej dynamiki. O ile w czasie pierwszej „Pustynnej Burzy” w 1991 roku jeden kontraktor przypadał na 100 amerykańskich żołnierzy, 15 lat później, także w Iraku, ta proporcja wynosiła już 1 do 5. A później był Afganistan, gdzie w połowie minionej dekady za jednym żołnierzem stało nawet trzech najemników. Kontraktorzy ochraniali placówki dyplomatyczne, instalacje przemysłowe, siedziby firm, konwoje z ropą, żywnością i amunicją zaopatrujące bazy sił koalicji. Realizowali też misje typu capture or kill (których celem było pojmanie/zabicie dowódców rebelii), zarówno samodzielnie, jak i we współpracy z wojskiem. Faktycznie zatem wyręczali armię, co wziąwszy pod uwagę ich zarobki – zwykle kilkukrotnie wyższe niż żołnierskie pensje – mogłoby się wydawać działaniem nieracjonalnym. Ale…

Patrząc z perspektywy zleceniodawców – rządów krajów prowadzących wojnę – i tak możemy mówić o zysku. Zaletą najemników jest ich anonimowość – gdy giną, najczęściej nie podaje się ich nazwisk, jeśli w ogóle sam fakt śmierci ujrzy światło dzienne. W mediach nie ma relacji z ich pogrzebów, nie powstają materiały poświęcone zrozpaczonej rodzinie, innymi słowy, do opinii publicznej nie docierają informacje, które mogłyby obniżyć poparcia dla działań wojennych. Co ważne, najemnik to zwykle człowiek z wojskowym doświadczeniem – nie ma więc potrzeby urządzania mu wieloletnich i kosztownych treningów. Owo doświadczenie redukuje też ryzyko, jakim jest posyłanie do walki nieostrzelanego żołnierza po kilkumiesięcznym szkoleniu.

Tak to wyglądało w przypadku USA i sojuszników, tak miało wyglądać w przypadku Grupy Wagnera. Celowo napisałem „miało”, z czasem bowiem okazało się, że elitarny charakter GW to podpompowany mit (coś jak narracja o wyjątkowej nowoczesności i skuteczności armii rosyjskiej). Bo owszem, służyło tam, i nadal służy, sporo byłych żołnierzy Specnazu, WDW i „gwardyjskich” formacji, ale jest też dużo wojskowego „pospólstwa” i masa zupełnie przypadkowych ludzi. I nie jest to informacja z ostatnich tygodni. Pierwszy poważny test zrobili wagnerowcom Amerykanie w Syrii przed czterema laty – posyłając w diabły trzy setki rzekomo elitarnych żołnierzy (masakra pod Dajr az-Zaur). Kolejny sprawdzian przyszedł wraz z Ukrainą i poskutkował stratami rzędu 6-8 tysięcy wyeliminowanych z walki kontraktorów. W efekcie firma stanęła przed koniecznością poważnych, interwencyjnych rekrutacji, jeszcze bardziej obniżając kryteria. Dziś można zostać jej pracownikiem bez przeszkolenia wojskowego, podpisując krótkoterminowy (3-, 6-miesieczny) kontrakt. Takich najemników, przeszkolonych „na szybkości”, trudno nie nazwać „mięsem armatnim”.

„Mięsem” mniej kłopotliwym (chciałoby się napisać – mniej śmierdzącym). Rodziny marynarzy z krążownika „Moskwa” nie znają losów swoich bliskich. Gdy pytają przedstawicieli floty, słyszą, że syn zaginął („może uciekł?” – znamy to skądś, prawda?). Ale mimo okazywanej pogardy, oficjalne organa państwa nie mogą nie pochylić się nad sprawą. W przypadku kontraktora nic nie muszą – i z dostępnych informacji jasno wynika, że z tej użyteczność najemnictwa rosyjscy urzędnicy korzystają do bólu. „Syn/ojciec/brat zaginął? A co mnie to?”.

Botaszew nie był anonimowy – stąd zamieszanie wokół jego śmierci, którego echa dotarły także do Rosji. Był za to mężczyzną w wieku emerytalnym, zbyt starym, by latać w misjach bojowych. W mojej ocenie potwierdza to dramatyczną obniżkę kryteriów rekrutacyjnych i jest zarazem jednym z oblicz rosyjskich kłopotów z rezerwami.

Tyle na dziś. Jutro piszę tekst „do papieru”, a pojutrze poświęcę uwagę innemu generałowi, którego postać jest ważna w kontekście tego, co dzieje się na froncie. Płyną stamtąd rzekomo dramatyczne informacje – w takie szaty ubierają je media. I pożal się boże specjaliści, niemający pojęcia o obronie manewrowej.

Nz. bohater tekstu

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Czołgi

Jestem po arcyciekawej rozmowie z moim najważniejszym źródłem po stronie ukraińskiej. Pogadaliśmy, gdyż przygotowuję się do napisania tekstu na temat zastosowania nowych technologii w toczącym się konflikcie. To robota „na zaś”, a już dziś chciałbym się z Wami podzielić ciekawą informacją. Ufam swojemu rozmówcy, ale gwoli uczciwości zastrzegam, że nie robiłem jeszcze krzyżowej weryfikacji. O jakie dane chodzi? Otóż w pierwszym miesiącu wojny używane przez Ukraińców przenośne wyrzutnie przeciwpancerne odpowiadały za 50 proc. strat sprzętowych, zadanych rosyjskim wojskom pancernym. Dziś udział zniszczonych w taki sposób czołgów spadł do 30 proc. Kolejne 30 proc. strat to efekt pojedynków pancernych (czołg-czołg – tu bez zmian w odniesieniu do wspomnianego okresu), następne 30 przypisuje się działaniu artylerii. Pozostałe 10 proc. idzie na konto lotnictwa, także tego bezzałogowego (w pierwszym miesiącu artyleria odegrała marginalną rolę w niszczeniu sprzętu pancernego, „brakujące” 20 proc. niemal w całości dotyczyło maszyn rażonych z powietrza).

Co nam to mówi o toczonej teraz głównie w Donbasie wojnie? Kilka rzeczy.

Po pierwsze, skończyła się definitywnie „romantyczna” faza konfliktu, w której lekka piechota polowała na rosyjskie kolumny niczym myśliwi na stada ociężałych zwierząt. Dziś starcia angażują rozmaite rodzaje broni po obu stronach, na znaczeniu stracił element zaskoczenia, decydujący o taktycznej przewadze Ukraińców (piechocie najłatwiej zniszczyć czołg w zasadzce, z ukrycia);

Po drugie, Bayraktary w dużej mierze już „wyszły”. Chyba że z jakichś innych powodów dowództwo sił zbrojnych Ukrainy ogranicza użycie uzbrojonych bezzałogowców na donbaskim teatrze działań. Możliwe, że jest to skutek lepszej ochrony przeciwlotniczej rosyjskich oddziałów – ostatecznie wojskom inwazyjnym towarzyszy cała gama takiego uzbrojenia, a po bolesnych doświadczeniach spod Kijowa, Rosjanie wiedzą już, jak efektywniej się chronić. Z drugiej strony, dociera do nas coraz więcej informacji o operacjach lotniczych w wykonaniu tradycyjnego (załogowego) ukraińskiego lotnictwa. Wiadomo o stosunkowo licznych misjach bezpośredniego wsparcia walczących na ziemi oddziałów, wykonywanych przez samoloty i śmigłowce szturmowe – maszyny znacznie bardziej narażone na zestrzelenie niż drony. Tak czy inaczej, zejście na drugi plan uzbrojonych bezpilotowców wcale nie oznacza, że drony przestały się liczyć. Jest zupełnie na odwrót. To one – w wersjach obserwacyjnych/rozpoznawczych – w istotnej mierze wpływają na skuteczność ukraińskiej artylerii. Odpowiednio naprowadzane lufy „wiedzą” dokąd posłać ogień.

Po trzecie, ukraińskie siły powietrzne, których rzekomo już dawno nie ma, wciąż działają, dowodząc z jednej strony słabości rosyjskiego lotnictwa (które nie wywalczyło sobie „czystego nieba”) oraz rozpoznania (agresor nie potrafi zniszczyć samolotów przeciwnika na ziemi), z drugiej zaś, niesamowitych umiejętności organizacyjnych i taktycznych personelu ukraińskiego (działanie w rozproszeniu, ze stale zmieniających się polowych baz, w oparciu o techniki lotu utrudniające lokalizację i trafienie – to składowe tych kompetencji). Na podstawie innych danych obserwuję wręcz „przebudzenie” ukraińskiego lotnictwa – niewykluczone, że to efekt dostaw sprzętu (amunicji lotniczej i, przede wszystkim, części zamiennych pozwalających na odtwarzanie zdolności bojowych).

Po czwarte, rosnący udział artylerii w niszczeniu najważniejszego elementu rosyjskiego walca, jakim jest czołg-w-swej-masie, wyznacza kierunek zachodniej pomocy. Mocno artyleryjski charakter bitwy o Donbas oznacza, że do Ukrainy powinny trafić kolejne „lufy” – zarówno holowane, jak i samobieżne. Artyleria winna być jednym z głównych obszarów budowania przewagi jakościowej armii ukraińskiej nad rosyjską. Zatem wspomnianym „lufom” musi towarzyszyć odpowiednia liczba radarów pola walki i dronów, będących „oczyma” artylerzystów. Wbrew potocznym opiniom, zachodnie działa nie są lepsze od rosyjskich/sowieckich za sprawą większej donośności (Rosjanie mają broń o podobnych parametrach). O ich klasie decydują wspomniane „oczy”, „inteligentna” samonaprowadzająca się amunicja (na przykład pociski Excalibur, wysyłane do Ukrainy przez Kanadę) oraz wyższa mobilność/manewrowość (na przykład słynne już amerykańskie haubice M777, których ponad setka trafiła na wschód, jakkolwiek są „tradycyjne”, bo holowane, są zarazem wyjątkowo lekkie, co umożliwia ich szybkie dyslokowanie). Rzecz jasna – ale to dotyczy wszystkich rodzajów broni – istotny jest także poziom wykonania. Sowiecka/rosyjska bylejakość seryjnej produkcji wprost przekłada się na żywotność uzbrojenia. Stąd postulat docelowej maksymalnej westernizacji armii ukraińskiej.

Po piąte, wbrew dziwacznym teoriom kryjącym się pod hasłem „armii nowego wzoru”, wojna w Ukrainie po raz kolejny udowadnia, że czołg to nie tylko broń ofensywna, ale i defensywna. Tanki można razić z powietrza, można niszczyć z ręcznych wyrzutni, ale niemniej efektywnym środkiem pozostaje inny czołg. Z zacytowanych danych jasno wynika, że rosyjska pancerna kosa szczerbi się także (ufam, że w końcu złamie…) o ukraiński pancerny kamień. I teraz wyobraźmy sobie, że Ukraińcy swoich czołgów nie mają. Z tej perspektywy patrząc, Polska – posyłając do Ukrainy ponad 200 maszyn – w istotny sposób wzmocniła potencjał ukraińskiej armii.

I to na razie tyle – wrócę jeszcze do tematu w kolejnych dniach.

Nz. Rosjanie przywracają do służby 40-paroletnie czołgi T-62, co oznacza, że coraz bardziej krucho u nich z zapasami sprawnego i (w miarę) nowoczesnego sprzętu…/fot. ilustracyjne za: Mikolaj Susujew

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Bałtyk

Dziś będzie krótko, bom w podróży. A chciałbym zamknąć kwestię akcesu Szwecji i Finlandii do NATO. Co obecność tych krajów w Sojuszu oznacza dla Polski?

Rzeczpospolita przez dekady zaniedbywała kwestię bezpieczeństwa morskiego. W efekcie doszliśmy do punktu, w którym flota podwodna składa się z jednego remontowanego okrętu. A możliwości bojowe jednostek nawodnych są raczej symboliczne. Tymczasem Bałtyk stał się ostatnio niezwykle ważnym elementem w naszym energetycznym „być albo nie być”. Na skutek wojennych sankcji kopaliny w jeszcze większym stopniu docierają do nas morzem, nie lądem (ze wschodu). I ów trend będzie się tylko powiększał. Patrząc z tej perspektywy, wzmocnienie natowskich sił morskich przez niezwykle nowoczesną szwedzką flotę, wpływa pozytywnie na bezpieczeństwo RP. I daje nam czas na realizację planu rozbudowy marynarki wojennej.

Lecz niesie także pewne zagrożenie. Skala wyzwań związanych z modernizacją całych sił zbrojnych, przed jaką stoi Rzeczpospolita, jest ogromna. Przykład Ukrainy nie pozostawia złudzeń, że powinniśmy rozbudować nasze możliwości w zakresie obrony przeciwlotniczej oraz wzmocnić najcięższe komponenty wojsk lądowych. A to kosztuje. Przy tej okazji ktoś może machnąć ręką na nowe okręty – „bo są ważniejsze wydatki, a na Bałtyku i tak inni chronią nam tyłki”. W historii NATO był już taki precedens w postaci Niemiec pod rządami Angeli Merkel. RFN, mimo posiadania jednej z największych gospodarek świata, łożyła na armię relatywnie niskie kwoty. Niemcy „jechały na gapę”, korzystając z amerykańskiego parasola ochronnego. Dziś, wybudzone przez Władimira Putina z letargu, potrzebują 100 mld euro na modernizację sił zbrojnych. Potrzebują „na wczoraj”.

A to Niemcy – bogatsze i bezpieczniejsze od nas, bo oddalone od Rosji i jej strefy wpływów. Ukraińcy wywalczyli nam czas; niezależnie od tego, jak skończy się ta wojna, Federacja Rosyjska przez co najmniej kilka lat nie będzie w stanie poprowadzić wojskowej operacji zaczepnej. W swoich ostrożnych szacunkach jestem zdania, że okres zawieszenia potrwa nawet kilkanaście lat. Ale później może być już różnie. Bardziej niż odbudowy rosyjskiej potęgi wojskowej, obawiam się kryzysu zachodniego systemu bezpieczeństwa. Niech idiota Trump wróci na stołek prezydenta USA – i później się potoczy. A to tylko jedno z wielu zagrożeń. Rosja w każdym razie – niezależnie od kondycji gospodarczej – nie ustanie w wysiłkach z zakresu wojny informacyjnej i będzie dalej dążyć do rozbicia zachodniej wspólnoty, infekując nasz medialny ekosystem swoimi „zarazkami”. Gdzieś tam na końcu będzie Polska, która na skutek błędnych decyzji może nie być przygotowana do odparcia agresji.

Trzymam zatem kciuki za „Mieczniki”, trzymam kciuki za „Orki”, za wszystko, co poprawi nasze bezpieczeństwo na morzu.

—–

Nz. Przyszły ORP Ślązak, jeszcze w budowie (zdjęcie z 2015 roku)/fot. Michał Piekarski

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to