Sepultura

Walerija poznałem zimą 2015 roku pod Debalcewem. Spędziłem z nim i jego kolegami kilka godzin na posterunku ukraińskiej armii. Pierwotny plan był innym, myślałem, żeby zostać dłużej, ale… Ale postanowiłem udowodnić żołnierzom, że „Polacy nie gęsi” i spirytus pić potrafią. Pięć lat nauki w technikum przemysłu spożywczego dało mi paru świetnych kumpli (co doceniłem dopiero po latach), dało też sposobność do obywania praktyk w zakładach wódczanych. A że młodość to pęd ku wiedzy, chętnie nauczyłem się od starych wyjadaczy, jak wlać w siebie ów żrący płyn, bez zbędnych szkód dla zdrowia. No więc znałem się na rzeczy, a sugestię ukraińskich gospodarzy, że jednak mogę się nie znać, odebrałem jako wyzwanie natury patriotycznej. Dziabnąłem wypełniony po brzegi kubek od termosu, potem jeszcze poprawiłem, wprawiając towarzyszy w niemałe zdziwienie. „No brat…”, Walerij poklepał mnie po plecach. „Jak to wszystko się skończy, musisz mnie odwiedzić w Kijowie. Nie będziemy pili żadnego świństwa, tylko porządną wódkę. Zjemy dobrze, pokażę ci miasto, posłuchamy sobie muzyki. 'Sepulturę’ lubisz?”. Wzniosłem ramiona ku górze; o „Sepulturze” wiedziałem, że istnieje, że gra jakąś odmianę metalu – i tyle. „Spodoba ci się”, Walerij uśmiechnął się serdecznie. Pół godziny później ściskałem mu dłoń. Nie chciałem na „miękkich nogach” przebywać w rejonie walk, postanowiłem się ewakuować. „Widzimy się w Kijowie”, zapowiedziałem, wsiadając do samochodu, który jechał na tyły.

Walerij przeżył boje pod Debalcewem. Przeżył bez uszczerbku, nie dostał się do niewoli, wiosną 2015 roku został zdemobilizowany. Wiele miesięcy później przysłał mi maila, w którym opisywał, co się z nim działo po moim wyjeździe. I na końcu ponowił zaproszenie. Od tego momentu byłem w Kijowie kilka razy, ale jakoś tak się złożyło, że nie skorzystałem z możliwości wizyty. Pisywaliśmy do siebie od czasu do czasu, raczej grzecznościowo. Dla mnie, muszę to przyznać, była to rutynowa sprawa – w ten sposób, bez wielkiego zaangażowania, podtrzymuję wiele kontaktów z ludźmi spotkanymi na reporterskiej drodze. 24 lutego wysłałem wiele wiadomości do moich ukraińskich znajomych – także do kijowskiego fana „Sepultury”. Nie były to żadne rozbudowane narracje, a zwyczajne sygnały, że jest mi przykro, że trzymam kciuki, że w razie potrzeby gotów jestem pomóc tu, w Polsce. Plus, rzecz jasna, mało wyrafinowane życzenie śmierci dla tego łotra z Kremla. Walerij odezwał się na początku marca – znów był w wojsku, znów we wschodniej Ukrainie. Przyznał, że wolałby bronić stolicy, ale z drugiej strony cieszył się, że może być w miejscu, gdzie służy także jego syn. „Mam oko na drania”, żartował, choć pewnie wcale nie było mu do żartów. Później zamilkł na wiele tygodni, raz przysłał krótką wiadomość – że żyje i że cieszy go to, co stało się wokół Kijowa, gdzie moskali upokorzono i posłano w diabły. „Moje miasto niepokonane”, pękał z dumy.

Przedwczoraj odezwał się znowu. „Dwoimy się tu i troimy, a tamci wciąż naciskają. Nieważne, ilu ich zabiliśmy i raniliśmy. (…) Mówią (dowódcy – dop. MO), że Rosjanom kończą się rezerwy, że nie będą w stanie długo tak napierać. Nie mogę doczekać się, kiedy w końcu przestaną. (…)”, pisze. Nie wiem, skąd dokładnie, domyślam się jedynie, że korzystając z krótkiego pobytu na tyłach (wbrew częstym opiniom, Ukraińcy nawet na najgorętszych odcinakach frontu starają się rotować odziały, by zapewnić żołnierzom chociaż chwilę oddechu). „(…) Mam prawie pięćdziesiąt lat, niedawno urodziła mi się pierwsza wnuczka. Chciałbym ją jeszcze zobaczyć, widzieć, jak dorasta. Chciałbym, żeby jej ojciec, mój syn, wrócił do domu”. „Jeszcze posłuchacie razem Sepultury”, odpisałem, bo nic lepszego nie przyszło mi do głowy. Ku mojemu zdziwieniu, przed chwilą przyszła wiadomość zwrotna. Walerij naprawdę jest wielkim fanem brazylijskich deathmetalowców, a ja…. A ja coś tam kiedyś odpaliłem i uznałem za hałas. „Posłuchamy, posłuchamy. Z tobą też posłuchamy. Nauczyłeś się pić spirytus, nauczysz się słuchać 'Sepultury’”, czytam i dochodzę do wniosku, że dawno nie złożono mi tak wspaniałej obietnicy.

—–

Nz. W takich okolicznościach przyrody poznałem Walerija/fot. Rafał Stańczyk,

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Azowstal

Są takie chwilę, gdy spoglądając w przeszłość, żałujemy, że czegoś nie zrobiliśmy. Nawet jeśli owo „coś” było niewykonalne bądź nazbyt ryzykowne. Nawet jeśli było tylko fantazją. „Mogłem zapobiec…”, myśli się wówczas o ewentualnych skutkach zaniechanego czynu i łaja za brak konsekwencji lub odwagi. Kto mnie zna, ten wie, że mina ze zdjęcia nie wyraża nic dobrego. Nie mogła wyrażać, bo w głowie kłębiły mi się mordercze myśli. Dziś, gdy widzę wieloletnie efekty działań człowieka, któremu ściskam dłoń, mam do siebie żal, że skończyło się tylko na wywiadzie w konwencji „i tak gnoju wiem, że mnie okłamujesz”. Denis Puszylin, „premier” tzw.: Donieckiej Republiki Ludowej, to jedno z ucieleśnień zła. A ja miałem bandytę „na widelcu”…

Jako dziennikarz spotykałem się z różnymi ludźmi – niektórych uważałem/uważam za szkodników niegodnych życia na wolności. Rozmawiałem z nimi, bo tak postrzegam swoją robotę. Tu wcale nie idzie o pozorną przecież obiektywność czy o rzekomą konieczność dawania głosu każdej ze stron (wcale nie uważam tego za wymóg; są opinie, którym nie powinno się pozwalać wybrzmieć). Ale zawsze chciałem zrozumieć. I miałem ambicje, mam!, by rozumiał także mój Czytelnik. Więc gadałbym z samym diabłem czy innym Hitlerem, choć oczywiście nie tak, jak bracia Karnowscy rozmawiali z ruskim ambasadorem. Reporter nie jest podstawką pod mikrofon, zwłaszcza w sytuacji, gdy rozmówca godzi w logikę, łże, sieje nienawiść.

Puszylin był właśnie takim rozmówcą, ale i pośród polskich polityków nie brakowało podobnych ancymonów. Więc gdy jeden z nich – wyjątkowa kreatura – pokazywał mi kiedyś szablę, nie mogłem oprzeć się niepoprawnym fantazjom. Perspektywa odsiadki raz wydawała się zbyt dotkliwa, innym razem nie; ostatecznie zwyciężył rozsądek i przekonanie, że „ja nie od tego”. Że jestem, by pisać – i czasem nawet tym słowem walczyć. Słowem, nie czynem. A wspominam o tym wszystkim, bo Puszylin znów pojawił się na moim „radarze”. Widzę go, jak zapowiada w orkowej telewizji, że teren po Azowstalu zostanie zrównany z ziemią. Nie dla uporządkowania, a dla wyrugowania z przestrzeni jakichkolwiek elementów mogących symbolizować ukraiński opór. No więc słucham drania, przypominam sobie jego miękką, oślizłą dłoń – i szlag mnie trafia bo miałem bandytę „na widelcu”.

Spotkaliśmy się w jednym z donieckich hoteli, gdzie zainstalował się „rząd DRL”. Droga do „premiera” wiodła przez tłum ochroniarzy, rozmowie przysłuchiwał się gość z GRU. Realnie patrząc, szanse na realizację mrocznych fantazji byłyby niewielkie. Także dlatego, że Puszylin miał być punktem pośrednim w drodze do Aleksandra Zacharczenki, „prezydenta republiki”. „Najpierw porozmawiajcie z premierem, potem się zobaczy”, obiecał „minister informacji DRL”. Zacharczenko był wtedy w Moskwie, gdy wrócił, ja byłem już po ukraińskiej stronie. Okazja, by się z nim spotkać, już nigdy się nie nadarzyła. Jakiś czas później „głowa donieckiego państwa” wyleciała w powietrze, w zamachu zorganizowanym albo przez wewnętrznych konkurentów, albo Rosjan. Puszylin okazał się skuteczniejszy, żyje, choć i na niego polowano. Potrafił dogadać się i z Moskwą, i z miejscową mafijną konkurencją, która dzierży władzę w DRL.

I teraz buja się z Kadyrowem; razem dają głos w mediach, radując się z losu Mariupola. A mnie ściska w środku z bezsilnej złości. I jeszcze ten triumfalizm sowieciarskich mediów. To żałosne, że musi je cieszyć pokonanie załogi Azowstalu, że innych bezspornych sukcesów brak. Lecz właśnie – to, niestety, jest bezsporny sukces Putinów, Puszylinów, Kadyrowów i reszty gamoni. Obrona Mariupola i Azowstalu urósła do rangi symbolu. Ilustrowała wolę ukraińskiego oporu jak żadne inne wydarzenie w tej wojnie. Miała gigantyczny wpływ na budowanie morale, tak armii, jak i społeczeństwa. Kapitulacja nie musi tego potencjału unieważniać, ale z pewnością go osłabi. Skoro ulegli „najtwardsi z twardych”, innych mogą dopaść wątpliwości. Puszylin o tym wie i stąd jego „szpile” na temat przyszłości zakładu.

A propos, Rinat Achmetow, najbogatszy ukraiński oligarcha, właściciel Azowstalu, szacuje, że na skutek walk o kombinat jest do tyłu o miliard dolarów. I że zamierza – w oparciu o międzynarodowy arbitraż – domagać się rekompensaty od władz Rosji. Jak generalnie źle życzę ukraińskim oligarchom – przez lata żerującym na państwie i społeczeństwie – tak w tym przypadku trzymam kciuki za powodzenie. (Niemal) wszystko, co drenuje pieniądz z Rosji jest dobre. I choć dużych szans na sukces nie widzę, wiem też, że Achmetow jest graczem, z którym liczą się kreatury pokroju Puszylina. Może się więc okazać, że z zapowiedzi zrównania huty z ziemią nic nie wyjdzie. Z drugiej strony, o wznowieniu produkcji nie ma mowy. Zakład jest tak zdewastowany, że należałoby go nie tyle odbudować, co postawić od nowa. Achmetow już jakiś czas temu deklarował, że nie przywróci produkcji w realiach rosyjskiej okupacji – nie będzie też pewnie inwestował w odbudowę. Obawiam się, że huta podzieli los reszty miasta – pozostanie gruzowiskiem czekającym na lepsze czasy. Oby nadeszły wraz z wyzwoleniem.

Oby z niewoli wydostali się żołnierze z mariupolskiego garnizonu. Nie znam szczegółów umowy między Kijowem a Moskwą, dotyczących warunków kapitulacji załogi Mariupola. Wbrew potocznym opiniom, Rosja nie ma wielkiej swobody w decydowaniu o losach jeńców. Gdy potraktuje ich wbrew umowie (przewidującej wymianę), i wbrew konwencjom, mocno sobie zaszkodzi. Kreml nie troszczy się przesadnie o swoich żołnierzy, to fakt. Ale musi brać pod uwagę skutki ewentualnego uśmiercenia obrońców Azowstalu. Ukraińcy przestaną wówczas brać rosyjskich jeńców, a perspektywa niechybnej śmierci będzie działać demotywująco na Rosjan. Przekonanie, że ostatecznie można się poddać, ma istotny wpływ na walczących żołnierzy. To nieco wstydliwy aspekt, dlatego zwykle się go pomija w rozważaniach na temat morale. Ale dowództwo każdej armii musi go brać pod uwagę – w przeciwnym razie stanie przed falą odmów służby, dezercji i wszelkich innych objawów obstrukcji już na polu bitwy. Z rosyjską armią jest w tym kontekście „mały” problem. Otóż jej dowództwo nie potrafi przeforsować nadrzędności celów militarnych nad politycznymi. I wikła wojsko w sytuacje bez wyjścia. Presja polityczna, by ukarać „nazistów z Mariupola”, jest tak wielka, że może zwyciężyć nad racjonalną kalkulacją, z której wynika, że jeńców lepiej ocalić i wymienić.

Stąd mój niepokój. Stąd niepokój ukraińskich przywódców, którzy zadecydowali o poddaniu kombinatu. Patrząc z perspektywy czysto wojskowej, była to jedynie słuszna opcja. Opór miał sens, gdy Mariupol wiązał kilkanaście procent rosyjskich sił inwazyjnych. Tych wojsk zabrakło gdzie indziej, co przesądziło o rosyjskiej klęsce w bitwie o Kijów, niemrawej ofensywie w Donbasie i nieudanym marszu na Odessę. Tak, Mariupol ocalił Ukrainę. Ale od połowy kwietnia „wartość operacyjna” tej rubieży dramatycznie spadła. Zawężenie oporu do huty pozwoliło agresorom na dyslokowanie sił; ostatecznie kombinat blokował kontyngent niewiele liczniejszy od obrońców. W takich okolicznościach cena ludzkiego życia i cierpienia okazywała się zbyt wysoka.

A nie była to jedyna cena, płacona przez Ukraińców. Armia pokpiła obronę południa, źle się do niej przygotowała. Uderzenie z Krymu było jednym z oczywistych kierunków natarcia, trudno zatem znaleźć jakieś usprawiedliwianie dla tak dramatycznego zaniechania. Rosjnie wykorzystali je koncertowo, idąc na wschód w stronę Mariupola i na zachód, na Chersoń (docelowo na Odessę). Gdy Ukraińcy się połapali, orki miały już Chersoń i stanęły pod Mariupolem. Wymiana dowództwa pozwoliła na zatrzymanie dalszych rosyjskich postępów, niemniej to, co stracono, jest obecnie nie do odzyskania. W wymiarze politycznym obciąża to prezydenta Wołodymyra Załenskiego. Na Zachodzie tego nie słyszymy – dla nas prezydent Ukrainy to ikona. Ale sami Ukraińcy widzą na tym wizerunku mnóstwo pęknięć. Nie brakuje głosów krytyki, wypomina się Załenskiemu zbytnią ugodowość sprzed wojny. W skrajnych przypadkach oblężenie Mariupola postrzegane jest jako jego wina. Formalna rola głównodowodzącego dokładała do tego odpowiedzialność za los żołnierzy. W takich okolicznościach Azowstal zaczął ukraińskiej głowie państwa ciążyć, zwłaszcza że presja, by uratować oblężony garnizon rosła z dnia na dzień. Uratować za wszelką cenę – co ostatecznie miało miejsce. I ze skutkami czego mierzy się teraz cała Ukraina. I mierzę się ja, oglądając zadowoloną gębę Denisa Puszylina, opowiadającego o wyburzeniu huty jako o sprawiedliwym rozrachunku z „symbolem nazizmu”.

A miałem go „na widelcu”…

—–

Nz. Ucisk dłoni z Puszylinem/fot. Michał Zieliński

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Potrzask

Niemal trzy miesiące po rozpoczęciu „operacji specjalnej” w Ukrainie, rosyjski prezydent może świętować… zdobycie Mariupola, średniej wielkości miasta nad Morzem Azowskim. Nosz k…, pogratulować…

Tak, wyzłośliwiam się. Zachwyt rosyjskiej propagandy mnie nie dziwi – raczej śmieszy i sprawia, że kręcę głową z politowaniem. Ale do szewskiej pasji doprowadzają mnie zachwyty rodzimych użytecznych idiotów i sowieciarzy, piszących o „wielkim sukcesie armii rosyjskiej”, uwaga! – „celowo przemilczanym przez polskie media”. Mój boże, co trzeba mieć we łbie, żeby opowiadać takie bzdury?

Wrócę do sprawy Mariupola – na razie mam za mało danych, by napisać o okolicznościach upadku Azowstalu. Prawdę mówiąc, wcale nie jestem pewien, czy już możemy mówić o „całkowitym wygaszeniu oporu”…

Dziś chciałbym wrócić do kwestii rozszerzenia NATO – zwłaszcza że Szwecja i Finlandia oficjalnie złożyły akces do Sojuszu. Czy Moskwa może coś z tym zrobić (wczoraj pisałem, że na obstrukcję Turcji Putin nie ma co liczyć)? Rosjanie mogliby wrócić do twardej retoryki, idąc ścieżką atomowego szantażu. Zarówno Helsinki, jak i Sztokholm biorą na poważnie ryzyko takich gróźb. W obu stolicach jest oczywiste, że na okres przejściowy – od oficjalnego złożenia akcesu, po formalne członkostwo – Szwecja i Finlandia potrzebują nuklearnych gwarancji bezpieczeństwa. Waszyngton gotów jest je złożyć (oficjalnie; nieoficjalnie już zostały złożone), otwartą pozostaje kwestia, czy przyłączą się do nich Londyn i Paryż. Zapowiedź rychłej riposty unieważni ewentualne rosyjskie pohukiwania, wiadomo bowiem, że Moskwa nie zaryzykuje wymiany atomowych ciosów z Zachodem.

A czy byłaby w stanie dokonać konwencjonalnego ataku prewencyjnego? Wspominam o tym, gdyż część specjalistów od wojskowości uznaje, że jest to prawdopodobne – w nikłym zakresie, ale jest. W mojej ocenie, to dywagacje z poziomu political/war-fiction, bo Rosja nie ma siły na takie działania. Atak na Finlandię wymagałby zgromadzenia wojsk inwazyjnych co najmniej tak dużych, jak w przypadku Ukrainy – co właściwie kończy dyskusję (no bo co z Ukrainą i jak w przyśpieszonym tempie odtworzyć zdolność bojową poturbowanych tam oddziałów?). A przecież taka koncentracja nie uszłaby uwadze NATO. Co więcej, armia fińska od dekad sposobi się do odparcia inwazji ze wschodu – i jest do tego naprawdę nieźle przygotowana. Pokonać ją byłoby Rosjanom trudno, za cenę straszliwych strat. Już dziś ubytek 30 tys. wojskowych, poległych i rannych dotąd w Ukrainie, stanowi dla dowództwa rosyjskiej armii ogromne wyzwanie. Pokazuje, jak krótką „kołderką kadrową” – mimo nominalnie wysokich stanów osobowych – dysponuje wojsko Putina.

Owa kołderka staje na przeszkodzie do realizacji innego pomysłu na atak prewencyjny – zajęcia Gotlandii. Ta należąca do Szwecji wyspa, z uwagi na położenie, ma niebagatelne strategiczne znaczenie. Jej zdobycie pozwoliłoby Rosji zniwelować znaczną część skutków wstąpienia Szwecji i Finlandii do NATO. Byłby to taki rosyjski lotniskowiec w samym środku Bałtyku i jeśliby go wyposażyć w odpowiednie systemy ofensywne i defensywne, ciążyłby sojusznikom niczym kula u nogi. Tyle teorii, czas na realia. Desant w wykonaniu wojsk powietrznodesantowych Federacji jest w tej chwili właściwie niemożliwy. WDW zostały boleśnie wykrwawione w Ukrainie, proces odbudowy ich zdolności bojowych zajmie 2-3 lata. Desant morski jest jeszcze mniej prawdopodobny, bo gros okrętów desantowych Rosjanie wysłali na Morze Czarne (wszystkie najważniejsze jednostki zdolne do przeprowadzenia takiej operacji). „Bosforski korek” – przez który wiedzie droga powrotna na Bałtyk – dzierży w dłoni Turcja, a i desantowców w międzyczasie ubyło, po spektakularnym ukraińskim ataku rakietowym na port w Berdiańsku.

Może się więc Moskwa zżymać, ale nie zostaje jej nic innego, jak pogodzić się ze skutkami natowskiego akcesu Szwecji i Finlandii. A te będą katastrofalne. Dziś rosyjsko-fińskiej granicy strzeże jedna brygada regularnego wojska, wkrótce te siły trzeba będzie zwiększyć kilkukrotnie (Rosja naprawdę traktuje NATO jako zagrożenie…). I wyposażyć je we wszystko, co w armii rosyjskiej najlepsze – mimo „krótkiej kołderki”. W pożałowania godnej sytuacji znajdzie się flota bałtycka. Zatoka Fińska – „okno na świat” największego zgrupowania floty – stanie się szlakiem żeglugowym z obu stron kontrolowanym przez państwa NATO. W razie konfrontacji Rosjanie nie wyjdą stamtąd na otwarty akwen, bo ich okręty zostaną zniszczone przez nadbrzeżne wyrzutnie rakiet, ba, zagrożenie stworzy nawet zwykła artyleria, rozlokowana na fińskim i estońskim brzegu. Gdyby jakimś cudem któraś jednostka się przedarła, u ujścia zatoki natknie się na miny. Ten archaiczny zdawałoby się rodzaj broni, wciąż znajduje szerokie zastosowanie w wojnie morskiej. W ostatniej jej odsłonie, na Morzu Czarnym, przyczynił się do blokady ukraińskich portów z jednej strony, i do uniemożliwienia Rosjanom desantu z drugiej. Obaj przeciwnicy postawili własne miny, w efekcie Ukraina cierpi gospodarczo, bo nie wysyła morzem zboża, Rosja zaś dotąd nie zdobyła Odessy, co w istotnym stopniu odpowiada za niepomyślny przebieg „operacji specjalnej”. Na Bałtyku miny zamknęłyby rosyjską flotę w potrzasku, a rozstawienie ich nie nastręczałoby natowskim marynarkom większych kłopotów.

Oczywiście, Rosja ma jeszcze porty w okręgu kaliningradzkim – a z nich wyjście na otwarty akwen. Tyle że i na północy, i na południu znajdują się kraje NATO. Silna obrona antyrakietowa i przeciwlotnicza częściowo zniwelowałaby problem. Specjaliści mówią w takim kontekście o „bąblu antydostępowym”, parasolu chroniącym okręty i naziemną infrastrukturę. Systemy przeciwlotnicze to perła w koronie armii i zbrojeniówki FR, ale także w tym przypadku wojna w Ukrainie obnażyła rzeczywiste możliwości rosyjskiego sprzętu. O jego jakości najlepiej świadczy fakt, że po trzech miesiącach od rozpoczęcia inwazji, ukraińskie lotnictwo wciąż ma się nieźle i dziesiątkuje rosyjskie oddziały, którym na froncie towarzyszy cała gama przeciwlotniczych środków odstraszania. Wracając zaś do Bałtyku – gdy stanie się „natowskim jeziorem”, możliwości operacyjne zachodnich lotnictw tylko się zwiększą.

Więc znów mam ochotę zacytować klasyka, Putinowi, w twarz. „Miałeś chamie złoty róg, (…) ostał ci się jeno sznur”.

—–

Nz. Żołnierz armii fińskiej podczas ćwiczeń/fot. Ministrostwo Obrony Finlandii

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Przymus

Zimą Władimir Putin grał o wielką stawkę – chodziło mu nie tylko o zwasalizowanie Ukrainy, ale również o zmarginalizowanie roli NATO w Europie Środkowo-Wschodniej. Polska i kraje nadbałtyckie – wedle zamierzeń Kremla – miały stać się członkami Sojuszu drugiej kategorii, de facto wejść w szarą strefę bezpieczeństwa. Bez natowskich instalacji, bez obecności obcych wojsk, z mocno ograniczoną możliwością przeprowadzania sojuszniczych ćwiczeń. Taki pakiet „propozycji” – obok uznania Ukrainy za jej strefę wpływów – rzuciła na stół Moskwa. W zamian miało nie dojść do wojny – tej już wówczas przygotowanej, w Ukrainie – oraz tej w przyszłości, gdzie ewentualnym celem byłyby kraje dawnego bloku wschodniego. „Nowa architektura bezpieczeństwa Europy” – jak nazwano ów pomysł na Kremlu – spotkała się z przyjęciem, z jakim później zderzył się dowódca krążownika „Moskwa”, namawiający załogę Wężowej Wyspy do poddania się. To przede wszystkim Joe Biden – ostoja zachodniej jedności – posłał Putina do diabła. Waszyngton wrzucił NATO na wyższy bieg, do Europy przyjechali kolejni amerykańscy żołnierze, to wówczas też wąski dotąd strumień dostaw sprzętu wojskowego dla Ukrainy znacząco się poszerzył. Jestem pewien, że z perspektywy czasu będziemy postrzegali te wydarzenia jako początek końca Putina.

Już dziś widać, że ten przerżnął niemal wszystko, co tylko mógł przerżnąć. Sporo o tym pisałem, więc nie będę się powtarzał. Na potrzeby tego tekstu wspomnę tylko, że putinowska próba ograniczenia wpływów NATO w Europie skończyła się tym, że Rosji przybędzie 1300 kilometrów granicy z Sojuszem. A że wraz z Finlandią do Sojuszu wejdzie także Szwecja, Bałtyk stanie się „natowskim jeziorem”. Oczywiście, jak tylko pojawiły się pierwsze doniesienia o planach Helsinek i Sztokholmu, Ławrow i jego banda usiłowali zastraszać oba kraje. Tyle że dziś rosyjskie groźby są bardziej żałosne niż straszne, więc ani Szwedzi, ani tym bardziej Finowie się nie ulękli (ci drudzy za to chętnie przypomnieli Rosjanom, jak skończyła się dla nich „wycieczka” na fińskie ziemie w 1939 roku). Występujący po tym wszystkim Putin, mówiący, że samo członkostwo Szwecji i Finlandii nie stanowi dla Rosji zagrożenia, był już tylko dopełnieniem obrazu niemocy Moskwy. Główny lokator Kremla pewnie inaczej by się zachował, gdyby jego armia – to, co w niej najlepsze i najcenniejsze – nie krwawiła teraz w Ukrainie. Poniżone, przetrzebione i obdarte z mitu wysokiej skuteczności i nowoczesności wojsko nie jest argumentem, z którym można wchodzić do przedstawicieli zachodniej wspólnoty – nawet jeśli ci dopiero aspirują, a nie są już w NATO. To musiała być dla „Wowy” naprawdę gorzka piguła.

Dziś jedyną jego deską ratunku „na odcinku fińsko-szwedzkim” pozostaje turecki prezydent Recep Erdogan – wieszczą niektórzy komentatorzy (chorwacka głowa państwa, o której także wspomina się w tym kontekście, nie ma nic do powiedzenia; w Chorwacji realną władzę sprawują rząd i parlament). Bo aby wstąpić do NATO, potrzebna jest zgoda wszystkich członków Sojuszu – a Turcja ma za złe Szwecji i Finlandii, że stały się azylem dla kurdyjskich partyzantów i opozycjonistów. „Nie!” Ankary jest przez nią otwarcie artykułowane, stając się nie tylko nadzieją dla Putina, ale i pożywką dla wspomnianych pesymistów. Czy słusznie? No chyba nie…

W Polsce mamy z Turkami w NATO złe doświadczenia.

– Rok temu Turcja odmówiła ratyfikowania planów operacyjnych dla Polski – mówił mi latem minionego roku gen. Mieczysław Gocuł, były szef sztabu generalnego Wojska Polskiego. Rozmawialiśmy o polskich zakupach tureckiego uzbrojenia; generałowi nie podobał się ten pomysł. Zwróciłem uwagę, że z planami zawsze był kłopot, bo ich podpisanie to zarazem deklaracja pomocy, z której potem trzeba by się wycofywać przed kamerami, czego żaden rząd nie lubi.

– Ale nikt nigdy nie odmówił ich podpisania. Nawet jeżeli któryś kraj był niechętny, wyrażano to w ramach wewnętrznej debaty. Turcja tymczasem ogłosiła wszem wobec: „Polacy, bujajcie się”. A my idziemy do nich kupować uzbrojenie – oceniał z przyganą generał.

Sprawę planów operacyjnych ostatecznie przepchnięto (kiedyś napiszę o tym więcej), choć skandaliczne wielomiesięczne targi z Ankarą oznaczały dla Polski ryzykowny stan zawieszenia (nawet najlepsze wojsko nie może działać bez planu…).

Było-minęło. Turcja znów staje okoniem i znów ulegnie. Pomijam zapowiadane już zabiegi sekretarza generalnego NATO, pomijam przyszłe misje innych natowskich polityków, którzy będą podróżować do tureckiej stolicy – najważniejszą robotę znów wykona administracja Joe Bidena. Bo to USA ma w tej grze „najlepsze karty”. Aby to wyjaśnić, cofnijmy się do nieodległej przeszłości.

Kiedy wiosną 2019 roku Amerykanie ogłosili, że nie sprzedadzą Turcji najnowszych samolotów wielozadaniowych F-35, Recep Erdogan nie krył złości. Jego kraj dysponuje drugą co do wielkości armią NATO i stanowi najbardziej wysuniętą na wschód rubież Sojuszu. Ów status przez dekady gwarantował Ankarze transfer zachodnich technologii wojskowych, za sprawą których Turcja urosła do rangi regionalnej potęgi. Co więcej, Turcy nie byli zwyczajnym kupcem – jeszcze w 2002 roku włączyli się w program budowy myśliwców, wydając na ten cel kilka miliardów dolarów. W pierwszej turze złożyli zamówienie na 30 maszyn, ale docelowo planowali pozyskać ponad setkę F-35. Dlaczego ostatecznie zostali z niczym? Turecki rząd postanowił wyposażyć armię w rosyjskie zestawy obrony powietrznej S-400 Triumf, wcześniej odrzucając ofertę droższych, amerykańskich Patriotów. Tymczasem w ocenie Amerykanów, wdrożenie do służby rosyjskich systemów przy jednoczesnej eksploatacji „efów”, oznaczałoby ryzyko ujawnienia wielu technicznych sekretów samolotów (np. ich sygnatur radarowych). „Przekazanie Turkom gotowych F-35 stworzy zagrożenie dla bezpieczeństwa całego NATO”, zgodnie wnioskowali republikanie i demokraci. Donald Trump podpisał stosowny dekret.

Turcy nie byli gotowi na utratę F-35, nie docenili determinacji Amerykanów i przeszarżowali. Tymczasem w regionie rozkręcił się lotniczy wyścig zbrojeń. Najsilniejszy rywal, Izrael, planuje pozyskać 75 F-35 – no i już dziś ma bojowe doświadczenie w ich użytkowaniu. Jednocześnie nabywa za oceanem kolejne F-15 w najnowszej wersji. Egipt postawił na francuskie Rafale, podobnie jak Grecja, która jednocześnie modernizuje część posiadanej floty F-16, oraz – co Ankarę niepokoi szczególnie – zapowiedziała pozyskanie F-35. „Zimny” turecko-grecki konflikt ciągnie się już od dawna i nie wygasiło go nawet wspólne członkostwo w NATO. Świadom animozji Waszyngton przez dekady starał się wpływać na oba kraje poprzez równoważenie ich potencjałów. Jeśli jakiś nowoczesny system uzbrojenia trafiał do Grecji, zaraz potem otrzymywała go Turcja – i na odwrót. Ponieważ Amerykanie przychylnie patrzą na greckie plany dotyczące F-35, mogłoby się okazać, że już za kilka lat, po raz pierwszy w historii NATO, będziemy mieli do czynienia z sytuacją, kiedy w polu turecko-greckich zmagań pojawi się prawdziwy game changer, dający Grekom niewątpliwą przewagę.

Byłaby ona tym większa, że arsenał lotniczy Turcji wymaga pilnych modernizacji. Na papierze nie jest źle – podstawę Türk Hava Kuvvetleri (Tureckich Sił Powietrznych) stanowi aż 245 samolotów F-16. Jednak większość z nich ma już swoje lata (najmłodsze, to odpowiedniki naszych Jastrzębi). I właśnie z tego powodu jeszcze w październiku u.br. władze w Ankarze wysłały do Waszyngtonu zapytanie ofertowe RFP (ang. Request For Proposals) w sprawie możliwości zakupu 40 fabrycznie nowych F-16 i pakietów modernizacyjnych dla 80 posiadanych przez Turcję samolotów. Zapłatę miałyby stanowić środki zainwestowane przez Ankarę w program F-35. Tym sposobem Turcy chcieliby utrzymać względnie wysoki poziom własnych sił powietrznych do czasu wejścia do służby maszyny oznaczonej jako TF-X. Za tą nazwą kryje się wielozadaniowy myśliwiec V generacji, będący wytworem tureckiego przemysłu. W tej chwili jednak trudno ocenić, kiedy prace konstrukcyjne zmienią się w fazę seryjnej produkcji. I czy w ogóle coś sensownego z tego wyjdzie.

Alternatywą dla kupna i modernizacji „szesnastek” jeszcze do niedawna mogła się wydawać dalsza „rusyfikacja” tureckiego arsenału. Władimir Putin jeszcze w 2019 roku zaproponował Erdoganowi nabycie rosyjskich Su-35 i Su-57. Te ostatnie, przynajmniej teoretycznie, stanowią odpowiednik amerykańskich F-35. Ale właśnie, słowo-klucz: teoretycznie. Wojna w Ukrainie obnażyła masę słabości rosyjskiego uzbrojenia, nawet tego z „wyższej półki”. Wiadomo już, że ustępuje ono zachodnim odpowiednikom, a co gorsza, owa przepaść będzie się pogłębiać na skutek sankcji. Rosjanie – o czym pisałem tu wielokrotnie – w swoim najlepszym uzbrojeniu implementowali na potęgę zachodnią elektronikę. Własnej, odpowiedniej klasy, nie są w stanie wyprodukować. Brak dostępu do importowanych podzespołów właściwie zamyka sprawę możliwości eksportowych Rosji. A same „skorupy” nie będą Turkom potrzebne.

To zresztą stawia w ciekawym świetle przyszłość kupionych przez Turcję S-400. Ankara nabyła w sumie cztery baterie Triumfów. To symboliczny potencjał, a bez możliwości jego powiększenia, na dłuższą metę nieprzydatny. Przydałby się za to w Ukrainie, gdzie zestawy obrony powietrznej z rodziny S, od dawna są w użytku. Turcję i Ukrainę wiążą dziś bliskie wojskowe relacje, których symbolem (i istotą) są słynne drony Bayraktar. Nie da się zatem wykluczyć, że stanowiące niegdyś kość niezgodny między Waszyngtonem a Ankarą S-400 trafią na ukraiński front.

Niezależnie od tego, modernizacyjny przymus, przed jakim stoi Turcja, daje Amerykanom wspomniane „dobre karty”. Nie podejmę się oceny, czy wystarczy, żeby Waszyngton „dał” Turkom „efy szesnaste” wraz z pakietami modernizacyjnymi, czy też niezbędne okaże się przywrócenie Turcji do programu F-35 (ta druga opcja stanie się bardziej prawdopodobna, jeśli armia turecka pozbędzie się S-400). Tak czy inaczej, Erdogan Szwecji i Finlandii nie zatrzyma – za bardzo potrzebuje nowoczesnych samolotów.

PS. Amerykańskie obawy dotyczące utraty tajemnic „efów” były formułowane na wyrost bądź pod polityczne zamówienie, służąc jako pretekst do strofowania Ankary. – S-400 nie wymyślono dla skrytego pozyskiwania informacji – mówił mi kilka miesięcy temu Dawid Kamizela, ekspert od spraw wojskowych. – Traktowanie tych zestawów jako swoistego konia trojańskiego jest nieporozumieniem. Zagrożenie mogliby stanowić rosyjscy instruktorzy, obecni przy próbach przechwycenia samolotu czy jakiejś konfiguracji na linii F-35-Triumf. Ale neutralizacją takich zagrożeń z powodzeniem mógłby się zająć turecki kontrwywiad.

—–

Nz. Resztki rosyjskiego sprzętu wojskowego, oglądane przez ukraińskich żołnierzy. Krwawiąca w Ukrainie armia Putina, czyni pogróżki rosyjskiego prezydenta żałosnymi/fot. Генеральний штаб ЗСУ

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Groźby

Piąteczkowo…

Ja wiem, że Rosja jest niebezpieczna. Że nawet bez broni jądrowej, samą masą swego byle jakiego wojska, może zrobić krzywdę. I robi – dziś w Ukrainie. Ale mimo wszystko nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to państwo jest tak do spodu żałosne. Miota się, warczy, grozi, szantażuje, a potem patrzy człowiek na zniszczony ruski sprzęt i widzi, jakie to barachło. Dostrzega skradzioną lodówkę na pokładzie rozbitego śmigłowca, czyta, że w masowej kradzieży ukraińskiego sprzętu AGD chodzi nie tylko o osobiste korzyści żołnierzy-złodziei, ale i o narodowy interes. Bo w pralkach, lodówkach i innych takich, są czipy, całe elektroniczne podzespoły, których ruskie sami wyprodukować nie potrafią, a na skutek sankcji dostępu do nich nie mają. I nie idzie tu o zapewnienie ciągłości produkcji zmywarek (tych zresztą Rosja nie wytwarza), a czołgów, samolotów itp., które bez półprzewodników pozostaną anachronicznym złomem. Złomem, który każdy potencjalny przeciwnik Federacji rozpieprzy, jak Ukraińcy rozpieprzyli słynny już ruski przyczółek nad Północnym Dońcem.

Nie wiem, czy do kremilinów dotarło już, jak bardzo są słabi. Czy są ślepi, czy świadomi słabości jedynie strugają wariata. Wczoraj znów pogrozili Finlandii. „Miło was przywitamy – dołączycie do 200 tysięcy Rosjan, którzy już tu są, zakopani kilka metrów pod ziemią po waszej ostatniej wizycie z 1939 roku”, odparł niewymieniony z nazwiska fiński generał, cytowany przez amerykańskiego admirała Jamesa Stavridisa, byłego Naczelnego Dowódcę Sił Sojuszniczych NATO. Srogi język, ale Andrzej Duda – w reakcji na orkowe groźby – poszedł swego czasu tym samym tropem, mówiąc, że w Polsce jest dość miejsca, by pochować potencjalnych agresorów. Wracam do tych słów za sprawą Olega Morozowa, szefa Komisji Kontroli Dumy Państwowej. „Polska zachęca nas, abyśmy po Ukrainie postawili ją na pierwszym miejscu w kolejce do denazyfikacji”, napisał rzeczony na Telegramie. Kręcę głową z politowaniem i przypominam drugą część Dudowej wypowiedzi: „Nie strasz, nie strasz, bo się…” – prezydent nie dokończył, ale przecież nie musiał.

Dobrego weekendu!

Ilustracje za: MaxMannen – MemesDoniesienia z putinowskiej Polski – takie bardzo a propos.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to