Dniepr potrafi być szeroki. Rozlewisko na południe od Zaporoża wygląda jak morze. Zobaczyłem je po raz pierwszy wiosną 2015 roku. Jechałem wówczas z kolegami-reporterami pociągiem do Mariupola. Tory od Zaporoża „w dół” poprowadzone są wzdłuż brzegu rzeki (ba, czasami wręcz groblami), jest więc sposobność, by popodziwiać widoki. Pamiętam, że przysnąłem – obudziło mnie szturchnięcie któregoś z chłopaków i jego głośne „o kurwa, patrz!”. Spojrzałem – za oknem, po horyzont, widać było tylko wodę. Wzburzona wiatrem, sprawiała wrażenie, że zaraz wleje się do przedziału; wyglądało to tyleż groźnie, co pięknie.
Dniepr w okolicach Chersonia jest dużo, dużo węższy. Po prawdzie to rozczarowująco wąski, bo co to jest te 200-300 metrów wstęgi? Ok, mam zaburzenia percepcji w tym zakresie – przez niemal ćwierć wieku mieszkałem tuż przy Wiśle, na odcinku, gdzie ma ona co najmniej pół kilometra szerokości. Winne są też lekcje geografii, gdzie uczyli, że Dniepr to jedna z najdłuższych rzek w Europie, co jakoś z automatu przywodziło skojarzenia z nie byle jakim korytem.
Ale do rzeczy – pod koniec marca, po wizycie w Tomaryne, wioseczce oddalonej od Dniepru o kilka kilometrów, moja wolontariacka ekipa stanęła przed dylematem, jak wracać? Czy bezpieczniejszą, ale upiornie niewygodną drogą, którą rano przyjechaliśmy z Mikołajewa (nazwanie jej off-roadem to nobilitacja, uwierzcie mi)? Czy asfaltem, w stronę Chersonia, omijając miasto od północy? Wybór niby oczywisty, ale opcja numer dwa oznaczała jazdę do rzeki (do wsi Berysław), a potem kilkanaście kilometrów wzdłuż jej brzegu. Ze świadomością, że po drugiej stronie stoją ruskie.
– Jeźdźcie szybko, pod żadnym pozorem się nie zatrzymujcie – poradzili żołnierze na blok-poście w Berysławiu.
No to dzida – prowadząca auto Julia chyba została do takich akcji stworzona. Fakt, droga była puściutka, widoczność wspaniała, ale nawierzchnia pełna wybojów. Zrobiłem komórką kilka zdjęć dokumentujących ową „need for speed”, po czym skupiłem się na podziwianiu okolicy. Szosa raz opadała, raz wynosiła się ponad okolicę – wtedy widziałem rzekę. „Dnieprzyk”, jak nazwałem ją w myślach z uwagi na tę lichą szerokość.
I wtedy przypomniałem sobie, jak spoglądałem – przez jakiś czas dzień w dzień, z okna redakcji – na drugi brzeg Wisły w Warszawie. Park praski i zoo wydawały się być na wyciągnięcie ręki. Pracowałem w stolicy przez cztery lata, także po prawej stronie; naprzekraczałem się Wisły chyba setki razy. Cyk – i człowiek był za rzeką. Do samego końca pobytu w Warszawie nie mogłem wyzbyć się poczucia lekkiego surrealizmu w trakcie tych rutynowych przecież doświadczeń. Winna temu była świadomość, że kilkadziesiąt lat wcześniej rzeka okazała się linią życia i śmierci. Granicą, za którą rozegrał się powstańczy dramat, której przekroczenie – w zależności od kierunku – oznaczało podróż z lub do piekła.
No więc patrzyłem pełen tych refleksji na ów Dniepr, który jawił mi się jako granica dobra i zła. Ale na tym drugim brzegu było tak swojsko, tak nie-inaczej niż po „mojej” stronie…
I jeszcze jedna myśl przyszła mi do głowy – Wisła zatrzymała potężny sowiecki front, w tej wojnie Dniepr pełni rolę zapory przed raszystami, a dużo mniejsze i węższe rzeki okazywały się trudne czy wręcz nie do pokonania dla rosjan. Jako ludzie latamy w kosmos, schodzimy na dno oceanów, a kilkadziesiąt czy kilkaset metrów wody potrafi pokrzyżować nam szyki. Mówimy o wojowaniu, więc w sumie to nie wiem, czy mnie to cieszy, czy martwi. Chyba jak w życiu, wszystko zależy od tego, po jakiej jest się stronie…
—–
Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.
Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:
Wieś Zahorianiwka, 10 km na północ od Chersonia. Właśnie zakończyło się wydawanie pomocy humanitarnej, którą do wyzwolonej jesienią 2022 roku osady przywieźli wolontariusze z Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej i ukraińskiej Fundacji Wieża.
– Może pomogę? – zaproponowałem kobiecie, której chwilę wcześniej zrobiłem zdjęcie.
Ukrainka zatrzymała się, puściła uchwyty jednokołowego wózka.
– Chcesz mnie obrazić, chłopczyku? – wyprostowana niczym struna, zrobiła groźną minę. Zaraz jednak uśmiechnęła się serdecznie. – Chałupa kilometr stąd, na taczce te ciężary nie takie straszne.
– Kilometr to sporo… – nie odpuszczałem.
– Eee – starsza pani machnęła ręką.
– Mąż nie mógł przyjść? – spytałem.
– Męża pochowałam zanim przyszli moskale – usłyszałem w odpowiedzi. Staruszka nie powiedziała, kiedy dokładnie odszedł jej mężczyzna. Nie sądzę, by zapomniała czy nie miało to dla niej znaczenia. Inwazja – na co właśnie zyskałem kolejny dowód – stała się najważniejszym punktem odniesienia dla Ukraińców. Przedzieliła ich życia wyraźną, szeroką kreską.
– Dzieci?
– Młodych we wsi prawie nie ma, zabrała ich wojna. Albo na nią poszli, albo przed nią uciekli – tym razem na twarzy starszej pani zagościł smutek. – Nam, starym, trochę bez nich ciężko, ale przecież nie będę narzekać. Nie wolno nam być ciężarem – stwierdziła, chwytając na powrót ogumione rączki. I popchała dalej tę swoją taczkę.
Stałem przez chwilę, odprowadzając kobietę wzrokiem.
– Chłopczyku! – krzyknęła, nie odwracając głowy. – Ja naprawdę dam sobie radę – brzmiało to jakoś tak zawadiacko.
Skrzywiłem usta w uśmiechu. Ukraińskie babcie rzucające słoikami w rosyjskie drony nigdy nie istniały; to wytwór propagandy, powstały „ku pokrzepieniu”. Rzeczywistość jest mniej widowiskowa, ale niezłomność wcale nie musi nosić oczywistych cech bohaterstwa.
—–
Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.
Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:
Wyciek danych z Pentagonu wygląda na wpadkę, ale czy rzeczywiście nią jest?W mojej ocenie, to zręczna akcja dezinformacyjna w wykonaniu Amerykanów i, być może, Ukraińców.
O dokumentach Departamentu Obrony USA, które wyciekły do Internetu, od wielu dni piszą największe światowe agencje prasowe. Te zachodnie czynią to zwykle w tonie mocno sensacyjnym, czasem wręcz histerycznym, zostawiając uważnego czytelnika z poczuciem dysonansu. Dramatyczne wnioski wywodzi się bowiem z danych, które z jednej strony z daleka „pachną” dezinformacją, z drugiej, są znanymi faktami, których potencjalne skutki od dawna pozostają przedmiotem publicznych debat. Napięciu sprzyja postawa waszyngtońskiej administracji, której przedstawiciele przyznają, że doszło do niekontrolowanej dystrybucji materiałów opatrzonych gryfem „ściśle tajne”. Co jest osobliwą formą reakcji, nieprzystającą do znanych schematów – najoględniej mówiąc, Amerykanie nie mają w zwyczaju zbyt szybko przyznawać się do tego, że „spuszczono im spodnie”. O co więc w tym wszystkim chodzi?
Na wyciek składa się ponad setka sfotografowanych slajdów i dokumentów wyglądających jak wewnętrzne informacje wywiadowcze. Z ustaleń grupy śledczej Bellingcat wynika, że pierwsze zdjęcia pojawiły się w obiegu na początku marca br. Umieszczono je na Discordzie, popularnej platformie komunikacyjnej, w sekcji zdominowanej przez miłośników gry Minecraft. Nierodzące większych emocji (!) pliki znajdowały się tam przez kilka tygodni, do 7 kwietnia br. – usunięto je, gdy redakcje z całego świata zaczęły pisać o szpiegowskiej aferze. Powodem zainteresowania mediów były wpisy na innej platformie – Telegramie – gdzie na początku kwietnia rosyjskie konta opublikowały jeden z rzekomo zastrzeżonych materiałów. Fakt, iż za upublicznieniem informacji o istnieniu łatwodostępnego zbioru wrażliwych danych stoją rosjanie, sprzyja opinii, że to agenci lub współpracownicy Moskwy odpowiadają za przeciek. Ale to wniosek post factum, którego moc osłabia niepodważone dotąd ustalenie, że pierwotnym źródłem wycieku był Discord, nie zaś rosyjskie konta na Telegramie (też skądinąd rosyjskim).
Czy można mocniej bić się w pierś?
Co więcej, rosjanie reagują na ujawnione rewelacje wyjątkowo wstrzemięźliwie. Wspomniane wpisy na Telegramie dotyczyły slajdu z amerykańskimi szacunkami strat wojennych rosji i Ukrainy (na dzień 1 marca br.). Upublicznił go jeden z rosyjskich blogerów wojennych. Na pierwszy rzut oka to ślad prowadzący do kremlowskich spec-służb, bo mil-blogerzy (czy Z-blogerzy; oba określenia funkcjonują w rosyjskiej infosferze zamiennie), nie ukrywają swoich powiązań z armią i agencjami wywiadowczymi. Tyle że ów slajd został przerobiony – w wersji na Discordzie straty ukraińskie oszacowano na 16-17 tys. zabitych żołnierzy, rosyjskie na 30-45 tys. poległych. Na Telegramie straty ukraińskie przypisano rosjanom, liczba poległych Ukraińców zwiększyła się do 61-71 tys. „Dowód”, że „tamtych zginęło znacznie więcej niż naszych”, to użyteczne narzędzie propagandowe, a fabrykowanie danych leży w kompetencjach wywiadu i kontrwywiadu. Ale graficznej przeróbki dokonano tak nieumiejętnie, że trudno o nią podejrzewać profesjonalne służby. No i to w zasadzie tyle, jeśli idzie o warte odnotowania rosyjskie reakcje na wysyp „ściśle tajnych danych”.
Gdyby patrzeć na sprawę z perspektywy prasowych tytułów i zawartości tekstów ukazujących się w zachodnich mediach, rosyjska propaganda winna tańczyć z radości, eksportując w świat przetworzone na własny użytek sensacje. Oto bowiem Kreml dostaje na tacy dane, z których wynika, jak wielkie jest zaangażowanie USA w wojnę w Ukrainie. Ze slajdów można wyczytać, że Amerykanie nie tylko szkolą i zaopatrują ukraińskie wojska, ale de facto zajmują się niemal wszystkim poza bezpośrednim prowadzeniem działań wojennych, na przykład namierzają dla Ukraińców wartościowe cele. I jakkolwiek pomoc jest imponująca, wiele ukraińskich brygad istnieje jedynie na papierze, bo brakuje im wyszkolonych ludzi i wyposażenia. Kończy się amunicja przeciwlotnicza i pociski do Himarsów, elitarne rezerwy gen. Walery Załużny musiał rzuć do obrony Bachmutu (więc zabraknie ich gdzie indziej…). Co więcej, Amerykanie dwoją się i troją, szukając amunicji i broni dla Kijowa – w Korei czy Izraelu – ale idzie im tak sobie. „Jeżeli jesteś Ukraińcem, albo naszym sojusznikiem, jesteś wkurwiony na maksa. Zwłaszcza dlatego, że to Amerykanie zwykle pouczają innych w sprawach bezpieczeństwa” – komentuje zawartość ujawnionych dokumentów były ambasador USA w Polsce Daniel Fried (cytat za Oko.Press). Czy można mocniej uderzyć się w pierś? Chyba nie…
„Rozwadnianie” możliwości bojowych
Ale czy to naprawdę szczery gest, a nie element dezinformacyjnej gry, która wcale nie jest zaadresowana do rosjan (a przynajmniej nie czyni ich głównymi adresatami)? Dokumenty, które na pierwszy rzut oka demaskują zakres amerykańskiej pomocy, nie wnoszą nic nowego. Wiemy, co Amerykanie posyłają i kiedy – to informacje ogólnodostępne. Żaden z wojskowych decydentów z USA nie zaprzeczył, że Ukraińcy otrzymują precyzyjne dane wywiadowcze. Oczywiście, posiadanie „urzędowego potwierdzenia” (jakim byłby wykradziony dokument), to nowa jakość, ale dla rosjan nieszczególnie przydatna, bo ich propaganda już dawno poszła znacznie dalej, sugerując obywatelom federacji, że w Ukrainie walczą regularne oddziały NATO. Od „zawsze” wiadomo, że zapas pocisków do poradzieckich systemów obrony przeciwlotniczej nie jest niewyczerpalny. rosjanie mają świadomość, że Ukraina ich nie produkcje, byli w stanie oszacować, ile rakiet da się ściągnąć z zagranicy, gdzie eksportowano na przykład wyrzutnie S-300. Nie ma więc dla Moskwy wielkiej wartości konkluzja jednego z dokumentów, że do końca maja br. Ukraińcy nie będą już posiadali czynnych systemów S-300. Zachodnie media przychylne Ukrainie piszą o tym od miesięcy, wspierając narrację o konieczności pełnego przezbrojenia ukraińskiej OPL w sprzęt z USA, Wielkiej Brytanii czy Niemiec.
Informacja o braku rakiet do Himarsów brzmi jak żart – Amerykanie mają w magazynach 50 tys. pocisków, na przestrzeni ostatnich dwunastu miesięcy podwoili produkcję (z 4 do 9 tys. sztuk rocznie). Rakiet fizycznie nie zabraknie, o braku woli politycznej do ich przekazywania Kijowowi „ujawnione” dokumenty milczą. Równie niewiarygodne brzmią dane o ukompletowaniu i wyposażeniu ukraińskich brygad – opisana w nich praktyka rozdzielania nowoczesnego sprzętu na zasadzie „tu trochę, tam trochę”, faktycznego „rozwadniania” możliwości bojowych konkretnych oddziałów, w rzeczywistości nie ma miejsca. Co więcej, przecieki „powołały do życia” jednostki, których nigdy nie stworzono, co łatwo zweryfikuje średnio rozgarnięty analityk wojskowości, o aparacie wywiadowczo-analitycznym profesjonalnych służb nie wspominając. Po co więc ta cała hucpa?
Realia krótkiej kołderki
Nim odpowiem na to pytanie, cofnijmy się do początków kwietnia i publikacji brytyjskiego „The Times”. Gazeta – powołując się na źródła w wywiadzie wojskowym Ukrainy – opublikowała artykuł o kulisach nieudanej operacji wojsk ukraińskich, które w październiku 2022 r. próbowały odbić z rąk rosjan Zaporoską Elektrownię Jądrową. W akcji miało wziąć udział 600 ukraińskich komandosów, których na przeciwległy brzegu Dniepru zabrało 30 łodzi motorowych. Działania specjalsów wspierały wyrzutnie Himars i drony, ale twardy opór rosjan pokrzyżował Ukraińcom szyki. Opisy z tekstu sugerują potężną trzygodzinną bitwę, w trakcie której rosjanie sięgnęli po artylerię oraz czołgi. „Napotkaliśmy na zbyt gęsty ogień. Dowódca zdecydował się na odwrót” – podsumował ukraiński rozmówca „The Times”. A więc niebagatelne zwycięstwo rosjan, sroga porażka Ukraińców. Czemu więc nie istnieją żadne materiały filmowe dokumentujące zmagania? (ukraińscy komandosi regularnie zapuszczają się na drugi brzeg Dniepru – to rutynowe, nękające akcje. Kilka takich wypadów udało się rosjanom odeprzeć, istnieją zapisy wideo, lecz w żadnym razie nie przedstawiają one zmasowanego ataku sił specjalnych i równie zmasowanej reakcji rosjan). O ile dałoby się wytłumaczyć powściągliwość atakujących – wszak skrewili i to w tajnej operacji – o tyle trudno zrozumieć milczenie Moskwy. W październiku ub.r. kremlowska propaganda na gwałt potrzebowała jakiegoś sukcesu, po kompromitującej utracie charkowszczyzny. Dziś wspomnienie wielkiego zwycięstwa w bitwie o elektrownię mogłoby osłodzić gorzką pigułę nieudanej „ofensywy zimowej”. Tymczasem ani w październiku 2022 r. – bezpośrednio po akcji – ani też w kwietniu br. – po publikacji „Times’a” – rosjanie nie opiewali sukcesu. Bo nie było czego i czym, trudno przecież zainscenizować bitwę z udziałem setek żołnierzy, toczoną w bardzo specyficznym otoczeniu.
„The Times” jako źródło dezinformacji? Raczej narzędzie pomocne w przekonaniu, że nawet elita ukraińskich sił zbrojnych nie jest jeszcze gotowa do dużych, samodzielnych operacji. Że wiążą się one z ogromnym ryzykiem porażki. Od kilkunastu tygodni zachodnie media i opinie publiczne maglują wątek rychłej ukraińskiej kontrofensywy. De facto mamy już do czynienia z presją na Ukraińców – ich władze i armię – by dokonały uderzenia. Po którym będzie można zakończyć wojnę – sukcesem albo przynajmniej przekonaniem, że próbowaliśmy („my Zachód, i wy – Ukraińcy”). Problem w tym, że armia ukraińska nie jest do takiej kontrofensywy gotowa. Do Ukrainy trafiło sporo obiecanego zimą ciężkiego sprzętu, ale wciąż jest go za mało. A portfele donatorów nie są z gumy i jeśli rzeczywiście trzeba łatać ukraińską OPL – a trzeba – to dzieje się to kosztem innych systemów uzbrojenia. Realia krótkiej kołderki kompletnie nie współgrają z oczekiwaniami coraz bardziej zmęczonych wojną obywateli Zachodu. Z których zdaniem – także ewentualnym „nie!” dla dalszej pomocy Ukrainie – rządy krajów NATO muszą się liczyć. Z drugiej strony, przedwczesny atak i porażka armii ukraińskiej może tylko przyśpieszyć erozję tego poparcia („po co ich wspierać, skoro i tak przegrywają?”). Co gorsza, może też doprowadzić do załamania woli oporu u samych Ukraińców. Jak pogodzić tak sprzeczne interesy? Na przykład – za sprawą „przecieków” i „chętnych do rozmowy” informatorów – upubliczniając zręczną kombinację faktów, półprawd i bzdur, z których wynika, że niecierpliwi rozstrzygnięć na froncie muszą jeszcze poczekać. I – co chyba równie istotne – poprzeć intensyfikację pomocy.
—–
PS. „Amerykańskie służby ujęły osobę odpowiedzialną za przeciek” – donoszą media. Pozostając na gruncie podstawowej tezy tego teksu – albo mamy tu do czynienia z ciągiem dalszym dezinformacji i zatrzymany mężczyzna odgrywa rolę podejrzanego, albo to przypadek „użytecznego idioty”, któremu wydawało się, że z własnej inicjatywy ujawnia wrażliwe dane, a w istocie „wypuszczał w świat” spreparowane materiały.
I jeszcze jedna uwaga – intelektualna uczciwość nie pozwala mi wykluczyć bardziej „przyziemnego” celu tej „maskirówki”. W tym scenariuszu ukraiński atak nastąpi lada moment, a doniesienia z „przecieków” mają jedynie zamydlić Rosjanom oczy. Tak zresztą sądzi spora część rosyjskich komentatorów (co w jakiejś mierze wyjaśniałoby rosyjską wstrzemięźliwość). „Pożyjemy, zobaczymy”, jak mawia klasyk. Osobiście nie sądzę, by jakiekolwiek większe akcje zaczepne wydarzyły się na froncie przed latem. Abstrahując od niegotowości, trudno zignorować warunki pogodowe. Maj i czerwiec to okres, w którym na Ukrainie może naprawdę solidnie popadać. To także z tego powodu Niemcy wstrzymywali się z operacjami ofensywnymi do czerwca (w 1941 r.) i do lipca – w 1942 r. Wiem, że anegdotyczne dowody to żadne dowody, ale na Donbasie (gdzieś pod Piskami) spoczął swego czasu jeden z moich butów. Był czerwiec 2015 r., szedłem czymś, co wyglądało na drogę – w paskudnym, rudym błocku. No i za którymś razem noga zapadła się tak głęboko, tak ją zassało, że wyciągnąłem ją bez buta. Duży jestem, ciężkawy, ale gdzie mi do czołgu…?
—–
Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.
Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:
Nz. Transport ciężkiego uzbrojenia, południowa Ukraina, marzec 2023 r. I mnie widok wyprzedzanego konwoju (było tych lawet wiele) przywiódł do głowy myśl: „to pewnie ruchy związane z przygotowaniami do kontrofensywy”…/fot. Marcin Ogdowski
Piszę dziś tekst do papieru (o rzekomym wycieku danych z Pentagonu, który w mojej ocenie jest zręczną akcją dezinformacyjną w wykonaniu Amerykanów i, być może, Ukraińców); nie planowałem zatem komentarza. Ale od rana pracuje mi we łbie historia ujawniona przed kilkunastoma godzinami – do tego stopnia, że muszę się do sprawy odnieść.
Chodzi o nagranie, które pojawiło się wczoraj wieczorem w Internecie, będące zapisem egzekucji pojmanego przez rosjan ukraińskiego żołnierza. To potworny materiał, nie podejmę się opisywać szczegółów. Dość powiedzieć, że widzimy tam zamaskowanego rosyjskiego żołnierza, który odcina nożem głowę żyjącego Ukraińca. Nagranie nie jest nowe, powstało latem zeszłego roku. W sieci pojawiło się na kontach rosyjskich, teraz szeruje je cały świat.
„Pomijam oczywiste zwyrodnienie, ale kurwa, przecież to strzał w kolano jest. Wizerunek kraju, kwestia własnych jeńców w ukraińskiej niewoli…” – odpisałem koledze, który w nocy podrzucił mi link do nagrania.
„Oni chyba mają to w dupie” – przeczytałem w odpowiedzi.
Oni, rosjanie.
Są takie sytuacje, kiedy do oczywistych wniosków dochodzi się bardzo długo, „naokoło”. Wyjaśnienia są zbyt proste, aż za adekwatne, by uznać je za właściwe. Jako ludzie mamy naturalną zdolność do komplikowania sobie procesów poznawczych i często obrażają nas „prostackie” konkluzje.
Ale czasem pukamy się w czoło, z niedowierzaniem przyjmując odpowiedzi, które były „na wyciągnięcie ręki”.
Tak właśnie mam dziś.
Kilka lat temu bardzo chciałem wierzyć, że bestialstwo to dla armii rosyjskiej zamknięty rozdział. W „Międzyrzeczu” – opowiadającym o hipotetycznej, toczonej współcześnie polsko-rosyjskiej wojnie – zawarłem taki fragment:
„Wojskowe sądy procedowały w trybie wojennym, czyniąc to z iście rosyjską brutalnością. Nie dalej jak w niedzielę – po krótkiej rozprawie – rozstrzelano dwóch żołnierzy z bliźniaczego batalionu. Jednego za dezercję, drugiego za gwałt na polskiej nastolatce. Ostatni z czynów był surowo zabroniony, o czym przypominano ludziom na każdej porannej odprawie. Podła reputacja Armii Czerwonej, której zarzucano gwałty na milionach Polek i Niemek podczas marszu na Berlin w 1945 roku, najwyraźniej ciążyła Moskwie. Polacy zręcznie tym pogrywali, zanim jeszcze wybuchła wojna. „Będą nie tylko niszczyć, ale i gwałcić!” – ostrzegały polskie gazety, a za nimi tytuły z innych krajów. Kreml za wszelką cenę postanowił udowodnić, że tak nie będzie. I zasadniczo nie było”.
To strumień myśli jednego z bohaterów powieści, rosjanina.
Dziś bym już czegoś takiego nie napisał.
Dziś wiem, że dla żołdaków putina zbrodnia pozostaje jedną z metod wojny. O ile na początku wydawało mi się, że to „wypadki przy pracy”, z różnych powodów nieumiejętnie ukrywane, o tyle teraz widzę premedytację. „Zobaczcie, co z wami zrobimy, jeśli nie zaprzestaniecie walki” – komunikują rosjanie.
A że świat to oburza, że gruntuje wizerunek barbarzyńskiej rosji, że zniechęca Ukraińców do brania jeńców? Oni, rosjanie, mają to w dupie – dziś ostatecznie to zrozumiałem. I owszem, jest w tej rosyjskiej nonszalancji poczucie bezkarności. Ale i mnóstwo beznadziei, typowej dla ludzi, którzy nie mają już nic do stracenia.
—–
Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.
Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:
– Ludzie u nas biedni, ale o swoje walczyć potrafią – przekonuje Oleh Pilipienko, wójt gminy Szewczenkowe w regionie mikołajowskim. Gdy zaczęła się rosyjska inwazja, Oleh – oficer rezerwy armii ukraińskiej – skrzyknął wokół siebie setkę sąsiadów. Chcieli jakoś włączyć się w wojenny wysiłek, zwłaszcza że rosjanie bardzo szybko pojawili się w ich okolicy. Bić się jednak nie było czym, ochotnicy postanowili zatem zbierać informacje o ruchach wojsk najeźdźcy. – Większość zgłoszeń trafiała do mnie, ja przekazywałem je armii – Pilipienko opowiada takim tonem, jakby chodziło o przetwarzanie danych do albumu krajoznawczego. Bez patosu, bez podkreślania bohaterstwa. Ot, normalna czynność wójta czasu wojny. – Ale szybko pojawiła się pokusa, by zaszkodzić moskalom na inne sposoby. Tak powstał pomysł użycia jeżyków – mężczyzna pokazuje zespawaną z trzech zaostrzonych prętów pułapkę na opony. – Sporo tego zrobiliśmy i rozrzuciliśmy – uśmiecha się szeroko.
„Druga armia świata” – za jaką chciała uchodzić ta rosyjska – jeździ na kiepskich chińskich oponach, zbyt słabych w konfrontacji z najeżonym żelastwem. Pilipienko skromnie mówi o „kilkudziesięciu” zatrzymanych rosyjskich wozach. Musiało być ich naprawdę sporo, bo najeźdźcy szybko zorientowali się, iż mają do czynienia ze zorganizowaną operacją i zaczęli polować na sabotażystów. Pilipienko wpadł w połowie marca minionego roku, po niespełna trzech tygodniach tej, jak mówi, małej partyzantki. Kolejne trzy miesiące spędził w rosyjskiej niewoli, którą opuścił po wymianie jeńców. W międzyczasie najeźdźcy zostali pokonani przez armię ukraińską i nie zapuszczali się już na tereny gminy. Oleh, wycieńczony po obozie, nie miał szansy na służbę w wojsku, wrócił więc do przedwojennej działalności.
– Żałujesz? – mam na myśli akcję z jeżykami.
– A skąd! – Oleh kręci głową. – Grunt, że napsuliśmy im krwi.
Przygotowania do zawieszenia przewodów. Wieś Szewczenkowe/fot. Marcin Ogdowski
Dziś Oleh ma zupełnie inne zmartwienia. Gmina Szewczenkowe jest jedną z trzech najbardziej zniszczonych gromad w obwodzie mikołajowskim. Sześć z dwudziestu jeden osad zamieniono w zgliszcza, w reszcie straty nie są tak dotkliwe, ale na tyle poważne, że dezorganizują normalne życie. We wsi Szewczenkowe przed wojną mieszkało 3,2 tys. osób, dziś jest ich 2 tys.
– Do końca kwietnia spodziewamy się wzrostu populacji do czterech tysięcy osób – wylicza Pilipienko. – Wracają starzy mieszkańcy, pojawiają się ludzie z innych terenów, także spoza gminy, którzy uciekają z miejscowości przyfrontowych. Tymczasem nadal mamy poważny problem z prądem i wodą – wójt wzdycha głośno.
W zasadzie to jeden i ten sam problem. Linie wysokiego i średniego napięcia doprowadzają prąd na obszar gminy, rzecz w tym, że dostępu do sieci pozbawione są lokalne wieże ciśnień. Niedziałające pompy sprawiają, że nie ma wody w gospodarstwach domowych, nie ma jej też w obiektach i urządzeniach niezbędnych do produkcji rolnej.
– Na szczęście mamy naszych elektryków – Pilipienko prowadzi na pole, gdzie grupa mężczyzn przygotowuje do ponownego zawieszenia zniszczone przez rosjan kable.
Sasza, elektryk, wskazuje jedną z „baszt”, do których należy podpiąć prąd/fot. Marcin Ogdowski
Elektrycy pracują w Szewczenkowe oraz w pobliskim Kotlarewie. Uszkodzone elementy infrastruktury naprawią do końca kwietnia. Do tego czasu ich pensje finansowane są z grantu Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM).
Brali cokolwiek wpadło im w łapy
Niszczenie, i to na dużo większą skalę, miało również miejsce w sąsiednim obwodzie chersońskim, który na wiele miesięcy znalazł się pod okupacją. Wycofujący się rosjanie – wzorem armii czerwonej i Wehrmachtu z czasów II wojny światowej – zastosowali strategię spalonej ziemi, dewastując na opuszczanych terenach mnóstwo elementów krytycznej infrastruktury, także sieci przesyłowe (i kolejowe – jak na zdjęciu).
– Babuszki opowiadały, że Niemcy byli bardziej humanitarni – Kola, elektryk, na własnej skórze doświadczył okupacji.
– Tak źle było? – dopytuję.
Mężczyzna przytakuje.
– Ale na początku nie – zastrzega. – Na swój sposób to było nawet zabawne, jak szukali banderowców – uśmiecha się. – „Chłopcy, w pętlę czasu wpadliście?”, pytam jednego z nich. „Banderowcy? Osiemdziesiąt lat po wojnie?”. Patrzył na mnie jak na wariata.
– Mógł zastrzelić…
– Wtedy jeszcze nie strzelali. To znaczy strzelali, jak popili, na wiwat. Bezpieczne to nie było, ale dało się znieść.
– Kiedy stali się najbardziej agresywni?
– Dwa tygodnie przed wyjściem zaczęli powalać słupy – Kola, członek ekipy zajmującej się odbudową sieci energetycznych w obwodzie chersońskim, wraca do sedna rozmowy. – 9 listopada ruszyła masowa kradzież samochodów. „Nie oddasz? Kula w łeb”, grozili. Brali auta cywilne, wzięli nasze służbowe wozy. Cokolwiek wpadło im w łapy, a czym dałoby się uciekać.
Z Kolą i jego kolegami spotykam się w Tomaryne, wioseczce, którą od Nowej Kachowki dzieli zaledwie osiem kilometrów, licząc razem ze wstęgą Dniepru. Jest więc osada poza zasięgiem snajperów i moździerzy, ale wciąż w promieniu rażenia rosyjskich dział. Praca z prądem ze swej natury do bezpiecznych nie należy, a ekipa Koli ma dodatkowo pod górkę, bo elektryków przywracających prąd w wyzwolonych wioskach rosjanie traktują jako pełnoprawne cele.
– To było dla nas – Kola komentuje eksplozję pocisku artyleryjskiego kilkadziesiąt metrów od wozu z wysięgnikiem. Ów wniosek wywodzi z faktu, że ostrzał kończy się na pojedynczym wystrzale. – Chcieli nas przestraszyć.
Szczęście i okrutny los
Przestraszyli? Tego dnia ukraińscy fachowcy rozpinają kilkaset metrów kabli między świeżo postawionymi słupami. Pracują w kevlarowych hełmach i kamizelkach kuloodpornych, bacznie obserwując niebo. Tak naprawdę od artylerii bardziej boją się dronów – niewielkich aparatów, pod które rosjanie podwieszają nieduże ładunki wybuchowe.
– Wpadnie ci granat do kosza podnośnika i po tobie – mówi jeden z członków ekipy.
– Polują na nas jak na zające – Kola używa bardziej obrazowych porównań. – No ale ktoś tę robotę zrobić musi, ludzie sami sobie prądu nie dostarczą.
Odbudowa ruszyła zaraz po wyzwoleniu, biorą w niej udział liczne zastępy elektromonterów.
– My finansujemy wynagrodzenia dla trzech ekip – wyjaśnia Anna Radecka z PCPM. – Dwóch w okręgu chersońskim, jednej w mikołajowskim. Te chersońskie pracują w Tomaryne, Nowoberysławiu, w Szlachowe, Łymańcu, Inchulowce i Wielkiej Ołeksandrywce. Zajmują się głównie przywracaniem linii średniego napięcia (4/10/35 kV – dop. MO), no i bieżącymi naprawami tego, co wtórnie zniszczą rosjanie.
Brygadzie Koli jak dotąd dopisuje szczęście. Zabrakło go ekipie z Mikołajewa (finansowanej przez państwowe przedsiębiorstwo energetyczne Oblenergo), która w ostatnim dniu marca wjechała na minę. Do zdarzenia doszło w pobliżu niemal kompletnie zrujnowanej wioski Posad-Pokrowskie, gdzie przez jakiś czas przebiegała linia frontu. Dostawczy UAZ – którym poruszali się elektrycy – nie miał szans w konfrontacji z miną przeciwpancerną; zginęła cała brygada. Ile jeszcze takich „zardzewiałych śmierci” przytrafi się Ukrainie?
—–
Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.
Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite: