Zmienne

Jak podaje Reuters, siedem na dziesięć amerykańskich gospodarstw posiada co najmniej jedno zwierzę domowe, najczęściej psa lub kota. Czworonogów przybyło w okresie pandemii i jak na razie nie ubywa. Z ankiet przeprowadzonych przez American Pet Products Association wynika, że zwierzęta traktowane są jako „długoterminowa inwestycja” – w dobrostan członków rodzin, wynikły z procesu budowania i utrzymywania więzi z pupilami. Analitycy agencji Morgan Stanley przewidują, że do 2030 roku mieszkańcy USA wydadzą ponad 275 mld dol. na produkty i usługi związane z posiadaniem zwierzęcego towarzystwa. Średnio to ponad 39 mld dol. rocznie.

W głośnym wywiadzie dla „The Economist”, którego w połowie grudnia udzielił gen. Walery Załużny, pada kilka niezbyt optymistycznych prognoz na najbliższe miesiące. Dowódca ukraińskiej armii przewiduje kolejną rosyjską ofensywę, z użyciem 200 tys. zmobilizowanych jesienią rezerwistów. „Oni nie odpuszczą…” – zapowiada – spodziewając się m.in. ponownego uderzenia na Kijów. „Ale ukraińskie siły są w stanie odnieść zwycięstwo nad silniejszym przeciwnikiem” – konkluduje Załużny, podkreślając, że w tym celu niezbędne jest wsparcie Zachodu.

– Konkretnie potrzebuję 300 czołgów, 600-700 bojowych wozów piechoty i 500 haubic. Myślę, że wówczas całkowicie realne byłoby osiągnięcie na polu walki granic z 23 lutego – mówi generał.

Licząc na szybko, po średnich cenach – uwzględniając przyzwoite bazowe pakiety amunicji, wsparcie logistyczne i szkoleniowe – wartość wskazanego przez Załużnego sprzętu waha się między 9 a 12 mld dol. Nie mam na myśli uzbrojenia wprost z hal fabrycznych, a zmagazynowane zapasy, w większości dostępne „na już”, przede wszystkim amerykańskie. Wystarczająco nowoczesne, by zapewnić Ukraińcom technologiczną przewagę na froncie.

Suma ta wzrasta do 20 mld dol., jeśli przyjmiemy straty sprzętu na poziomie 30 proc. w pół roku (tyle mniej więcej zachodniej artylerii udało się rosjanom zniszczyć między czerwcem a grudniem ub.r.) i związaną z tym konieczność uzupełnień. Owo podwojenie byłoby też skutkiem kolejnych dostaw amunicji (cały czas operujemy w obrębie wspomnianych czołgów, bwp-ów i haubic), szkoleń dla kolejnych załóg oraz obsługi logistycznej uszkodzonego i częściowo zużytego sprzętu (wymiana luf, remonty silników itp.).

To zestawienie nie obejmuje kosztów stałych jak żołd czy aprowizacja; czy ukraiński żołnierz będzie walczył na sowieckim BWP-ie (BMP-ie) czy na amerykańskim Bradleyu, pieniędzy dostanie tyle samo. Za tyle samo też zje. Inna sprawa, że poprawią się wówczas wskaźniki przeżywalności – co zmniejszy nakłady w obszarze pomocy medycznej i ubezpieczeń – no ale nie wchodźmy w szczegóły, bo nie o to chodzi.

A o co? Nie mam za złe Amerykanom, że dbają o zwierzęta, gdy pomocy potrzebują ludzie z drugiego końca świata. Ostatecznie mówimy o prywatnym majątku, którym każdy ma prawo rozporządzać wedle własnego uznania. Nie miejsce to i czas na traktaty etyczne, wskazywanie czy definiowanie powinności. Chciałbym tylko zwrócić uwagę na wielkość „amerykańskiego portfela”. Kluczową zmienną, gdy rozważamy losy tej wojny, wiedząc, że Stany Zjednoczone zamierzają stać za Ukrainą. Potęga ekonomii USA to oczywista-oczywistość, ale i abstrakcja, której nie potrafimy odnieść do realiów (spójrzmy na wartość PKB – niemal 23 biliony dol. – „to pewnie dużo”, pomyśli Kowalski, gdyby mu rozpisać te dwanaście zer po dwudziestce trójce). No więc proszę bardzo – za połowę sumy, którą zwykli Amerykanie wydają rocznie na pupile, we wschodniej Europie można przechylić szalę wojny. Wojny z rosją, największym obszarowo krajem na Ziemi, posiadającym rzekomo drugą armię świata i nieprzebrane zasoby, niezbędne do prowadzenia działań zbrojnych.

Takiego wała…

O tych zasobach mówi się ostatnio nieco więcej, także u nas (dostrzegam to również pośród swoich dyskutantów). To skutek działań kremlowskiej propagandy, która znów odpaliła protokół „no teraz to my wam pokażemy” (teraz, po mobilizacji), ale i zupełnie naturalnego pesymizmu, będącego efektem przedłużającej się wojny („kurde, końca nie widać…”). Diagnoza, wedle której konflikt na wschodzie stał się „wojną materiałową”, na wyniszczenie, jest oczywiście poprawna. Takie reguły gry narzucili rosjanie, gdy przekonali się, że nie potrafią odnieść szybkich i błyskotliwych zwycięstw. „(…) państwo rosyjskie, wbrew wcześniejszym prognozom, nie załamało się po ciężarem strat wojennych i sankcji gospodarczych, a jego ustrój przechodzi coraz szybszą ewolucję w stronę wojennego totalitaryzmu na wzór faszystowski”, trafnie zauważa Piotr Osęka, historyk z PAN. „Z Moskwy dobiega crescendo polityków i propagandystów (w istocie zapoczątkowane przez ultimatum z grudnia 2021): Rosja zmobilizuje wszystkie zasoby i rzuci na szalę życie wszystkich obywateli, aby odbudować strefę wpływów z czasów konferencji poczdamskiej. (…)”, pisze. Ale i zaraz dodaje: „Oczywiście, te wojownicze deklaracje za kilka lat mogą okazać się fanfaronadą. Nie brakuje przesłanek do optymizmu – nadziei, że wspierana przez Zachód Ukraina pokona Rosję i na długo pogrzebie jej imperialne ambicje”.

Otóż to. W dyskusji poświęconej „wojnie materiałowej/totalnej” nieustannie przewija się wątek demograficzny. Konkluzje płynące z prostego zestawienia potencjałów ludnościowych (rosja 140 mln ludzi, Ukraina 40) są zwykle ponure. Tyle że klucz demograficzny wcale nie jest odpowiedzią na pytanie, kto przedłużającą się wojnie zwycięży. 10-krotnie mniejszy Wietnam ostatecznie pokonał USA w połowie lat 70., siły zachodniej koalicji – nominalnie mniejsze o połowę – rozniosły w pył wojska Saddama Husajna podczas drugiej Pustynnej Burzy w 2003 roku. Maleńki Afganistan upokorzył olbrzymie sowieckie imperium w latach 80., a 70-milionowe Niemcy hitlerowskie w trzy lata zawojowały kawał Europy, zamieszkały przez 150 mln ludzi (wiem, jaki był finał, ale załóżmy, że ta historia kończy się wiosną 1941 roku…). Już po tych przykładach widzimy, że istotnych zmiennych jest więcej. Występują one razem, osobno, w rozmaitych konfiguracjach i miarach, na różnych etapach historii dowolne z nich mają do odegrania kluczową rolę. Poza „masą demograficzną” mówimy o przewadze technologicznej, organizacyjnej, o determinacji (rozumianej jako wola walki i nieustępliwość), o bazie przemysłowej czy wreszcie o potężnym sojuszniku, który wcale nie musi angażować się wprost w działania wojenne, by mieć na nie istotny czy wręcz decydujący wpływ.

Co z tego, że rosyjskie rezerwy ludzkie są większe niż ukraińskie? Wiem, że skrajny cynizm i bezduszność to endemiczne cechy rosyjskiej władzy i generalicji. I że na froncie widać to w postaci ludzkiej fali, pchanej na ukraińskie pozycje bez sensownego taktycznego zamysłu, bez należytego przygotowania i wyposażenia. Ale „luksus” szafowania ludzkim życiem nie jest dany raz na zawsze. W ostatecznych rozrachunku z kijami bambusowymi „mobików” do walki nie rzucą – nawet kremliny. A zapasy rosji okazują się równie mityczne jak sprawność armii. Pytanie, ile zapewni im zbrojeniówka postawiona w na wojenne tryby. Na razie nie zaskakuje i nie ma przesłanek, by sądzić, że zaskoczy.

Nie sposób wyobrazić sobie ukraińskiej wojny bez czołgów, poświęćmy im więc odrobinę uwagi. Ruskie mają obecnie około 1,5-2 tys. sprawnych wozów (w całej armii, nie w samej Ukrainie). Między końcem lutego, a końcem roku stracili co najmniej półtora tysiąca maszyn – a mam na myśli wyłącznie straty udokumentowane w oparciu o ogólnodostępne materiały. Realny ubytek jest zapewne na poziomie 2 tys. tanków (Ukraińcy twierdzą, w mojej ocenie nazbyt optymistycznie, że zniszczyli ich 3 tys.). Przy zachowaniu intensywności działań na poziomie z ostatnich 10 miesięcy, cały ekwiwalent obecnie sprawnych rosyjskich czołgów do jesieni ulegnie zniszczeniu.

Co na to przemysł? Ano jeszcze jesienią ub. r. otrzymał zadanie przywrócenia do użytku 800 starych (50-letnich…) T-62 – w ciągu trzech najbliższych lat. Pesymista uzna to za dowód, że rosjanie planują wojować jeszcze długo – co najmniej te trzy lata. Optymista sięgnie pod dane dotyczące możliwości produkcji nowych czołgów, których w warunkach reżimu sankcyjnego może powstać około dwustu rocznie.

Dla mnie to obraz marności bazy przemysłowej i dowód mocno ograniczonych możliwości armii. Która stratę na poziomie 2 tys. maszyn zniweluje dwustu pięćdziesięcioma starymi T-62 i dwoma setkami nowych T-90, z powodu sankcji pozbawionych nowoczesnej optoelektroniki.

I tu wjeżdżają – cali na czerwono – zwolennicy narracji „rosja jest wielka i ma wielkie zasoby”. Bo! – wykrzykną – „są jeszcze tysiące składowanych czołgów T-72/80, które można przywrócić do służby!”. Są. Wedle różnych szacunków, od czterech do sześciu tysięcy skorup. Celowo piszę „skorup”, bo miażdżąca większość „nawisu mobilizacyjnego” do niczego się nie nadaje. To skutek m.in. złych warunków składowania, wcześniejszych kanibalizacji (gdy nowych podzespołów nie produkowano, a maszyny w linii usprawniano tym, co było pod ręką) oraz złodziejstwa – zarówno tego drobnego (gdy znikały elementy wykonane z metali szlachetnych), jak i hurtowego (gdy opychano za granicę po kilkadziesiąt kompletnych maszyn). Jak z tej puli uda się wyłuskać kilkaset sztuk, to będzie sukces.

Tyle że taki sukces wygranej nie gwarantuje.

Goni zatem rosjan czas, by „póki w kupie siła”, zadać Ukraińcom na tyle bolesny cios, że odechce im się walczyć. Nie sądzę, by w kremlowskich kalkulacjach chodziło o coś więcej niż zmuszenie Kijowa do rozmów na dogodnych dla Moskwy warunkach. Ta wojna nie toczy się już o ukraińską niepodległość, a o kształt ukraińskich granic. Zarazem dla putina jest walką o przetrwanie, co przekłada się na rosyjską determinację. Szczęśliwie dla cara, naród nie oczekuje już zajęcia Ukrainy – wystarczy mu utrzymanie zdobyczy i chociaż jeden dodatkowy spektakularny sukces (który jednym pozwoli podtrzymać iluzję wielkiej rosji, dla innych będzie dowodem na rzeczywistą wielkość).

Tak dochodzimy do finalnej rozprawki, wieńczącej cykl moich przewidywań na 2023 rok. Czego zatem możemy spodziewać się po rosjanach? Gdzie będą chcieli osiągnąć ów wymarzony sukces?

Nie sądzę, by przeprowadzili generalny szturm na Kijów – i nie wynika to ze zmiany politycznych celów wojny, a z kalkulacji czysto wojskowej. Armia rosyjska już raz wybiła sobie zęby, usiłując zająć miasto. Zwycięzcy nie spoczęli na laurach, przeciwnie, przygotowali stołeczny region na ewentualność ponownego uderzenia. Najprościej rzecz ujmując, obecnie rosjanie napotkaliby więcej, lepiej przygotowanych punktów oporu. Dodajmy do tego trudne warunki terenowe i gorszy niż przed rokiem stan infrastruktury drogowej (dziś prawdopodobieństwo utopienia czołgu – w wodzie lub błocie – jest znacząco wyższe niż w lutym/marcu 2022 roku). Co więcej, ilość i jakość ukraińskich wojsk zgromadzonych w pobliżu stolicy nie pozwala rosjanom na stworzenie odpowiednio dużej przewagi, koniecznej przy operacjach ofensywnych. Musiałoby się to odbyć kosztem innych odcinków frontu, co niesie zbyt wiele ryzyk. Moim zdaniem, najeźdźcy poprzestaną na ograniczonych działaniach, co najwyżej markując uderzenie na stolicę – by odciągać uwagę i rezerwy gen. Załużnego.

Prawdziwy atak wyprowadzą w Donbasie? Nie. Ruskie już wiedzą, że Ukraińcy okopali się „po szyję” i nic ich stamtąd nie ruszy. Bachmut to dla skarpetkosceptycznych najświeższa lekcja na ten temat.

Południe z osią natarcia wymierzoną w Odessę? Oj, zajęcie tego miasta (i de facto odcięcie Ukrainy od morza) byłoby spektakularnym sukcesem, ale ucieczka z Chersonia pozbawiła rosjan dogodnego obszaru do wyprowadzenia ofensywy. Teraz musieliby pokonać Dniepr, a przecież z mniejszymi rzekami nie byli w stanie sobie poradzić.

I tak (drogą eliminacji) dochodzimy do Charkowa, owszem, dużego miasta, które już raz się wybroniło i zostało do obrony nieźle przygotowane. Ale gdyby rosjanie skupili na nim cały ofensywny wysiłek, zaangażowali na tym odcinku większość szkolonych obecnie rezerw, Charków mógłby upaść. Zwłaszcza że bliskość granic z rosją pozwoliłaby nacierającym uniknąć logistycznego koszmaru, który przyczynił się do klęski pod Kijowem.

Czy tak się stanie – zobaczymy. Graczy na boisku jest dwóch, a trybuny pełne dopingujących.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Ukraiński moździerz w akcji/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

Zastępowalni

Nowy rok zaczął się dla armii rosyjskiej fatalnie. Dwie minuty po północy kilka rakiet himars uderzyło w zajmowany przez żołnierzy kompleks szkolny w Makiejewce pod Donieckiem. Wedle ostrożnych szacunków, zginęło i rannych zostało 400 wojskowych (rosjanie oficjalnie przyznali się do 63 zabitych, nie podają liczby poszkodowanych, Ukraińcy raportują dane 10-krotnie wyższe). Większość ofiar stanowili rezerwiści, którzy mieli trafić do jednostek artyleryjskich na froncie. Nie trafili. O wojnie w Ukrainie mówi się, że potwierdza dominację artylerii jako „boga wojny”. Ale i pokazuje, że „bogiem bogów” jest wysokoprecyzyjna artyleria dalekonośna, głównie rakietowa. Trudno się z tym nie zgodzić, gdy pojedynczy atak eliminuje z walki ekwiwalent batalionu – gasząc w zarodku dziesiątki armatnich luf – a dokładność uderzenia sprawia, że zniszczeniu ulega jedynie przejęty przez wojsko obiekt, nie zaś cały kwartał z zamieszkującymi go cywilami.

Moskwa początkowo próbowała ukryć fakt, że do ataku do Makiejewce doszło. Szybko jednak zmieniono strategię, która skupiła się na bagatelizowaniu incydentu. Przykryciu sprawy zapobiegli sami rosjanie, a ściślej – blogerzy wojenni. Co może dziwić, bo mówimy o koncesjonowanych przez Kreml propagandystach, którzy zwykle kłamią jak z nut, a po 24 lutego jednym z ich głównych zajęć było opiewanie sukcesów armii rosyjskiej, przede wszystkim tych antycypowanych i wymyślonych. Skąd więc ta chwila prawdy? W rosyjskiej militarnej blogosferze już od kilkunastu tygodni dzieją się sprawy nadzwyczajne. Fałsz dalej ma się dobrze, ale coraz obficiej towarzyszy mu rozczarowanie kolejnymi klęskami „drugiej armii świata” – których nie sposób ukryć – co okresowo przybiera wręcz postać paniki i totalnego defetyzmu. Nikt jeszcze nie odważył się wprost skrytykować putina – winni są niewymieniani zwykle z nazwiska generałowie – tym niemniej fala nieprzychylnych i zaskakująco rzetelnych opinii co jakiś czas wzbiera, przelewając się do innych, niemilitarnych banieczek rus-netu.

Tuż po nowym roku blogerzy wzięli na tapet temat Makiejewki i zrobili to na tyle skutecznie, że podczas wczorajszej konferencji prasowej ministerstwa obrony, gen. Igor Konaszenkow nie mógł powiedzieć, że nic się nie stało. Fakt, iż przyznał się do 63 zabitych to jasna wskazówka, że trupów było kilka razy więcej. W rosyjskim internecie najczęściej mówi się o 200 poległych i nieznanej liczbie rannych. Wściekłość, jaka temu towarzyszy, nie powinna dziwić – póki nie poznamy wszystkich jej powodów. Część jest oczywista – zgromadzenie w stosunkowo niedużym kompleksie (w 2015 roku byłem w tej szkole – przypominała nasze tysiąclatki) co najmniej sześciuset żołnierzy, zakwaterowanych na piwnicznym składzie amunicji, w niebezpiecznie bliskiej odległości od linii frontu, prosi się o kryminał. Tym bardziej, że wojskowym nie odebrano telefonów komórkowych i nie uświadomiono (bądź uświadomiono niedostatecznie), jak niebezpieczne jest ich używanie w obliczu nieprzyjaciela. Nie wiem, czy odpowiedzialny za taki stan rzeczy oficer stanie przed sądem – w realiach rosyjskiej armii prędzej podwładni rozjadą go ciągnikiem artyleryjskim. Oburzonych ruskich blogerów pewnie taki scenariusz by usatysfakcjonował – nie jako rodzaj zadośćuczynienia tak licznym i tak bezsensownym śmierciom, ale jako właściwy sposób na zmycie winy za narażenie na szwank wizerunku mateczki rosji. Bo z lektury ich wpisów wynika, że nie tyle liczba ofiar stanowi problem, ale fakt, że tak łatwo je zabito.

Zabitych się zastąpi – to nadrzędna refleksja, jaka towarzyszy dyskusjom na temat Makiejewki w rosyjskim internecie. Abstrahując od kwestii etycznych – po sukcesie mobilizacji i przy wciąż symbolicznym społecznym sprzeciwie wobec wojny, to zupełnie racjonalna kalkulacja. I musimy mieć świadomość, że ona pośród rosjan jest coraz powszechniejsza (a może zawsze była, tylko teraz mamy na to więcej dowodów?). Ukraiński wywiad szacuje, że Kreml bez trudu przełknie dodatkowe 70 tys. trupów do końca wiosny, w międzyczasie próbując wykonać jakieś rozstrzygające wojnę uderzenia. Zwykli rosjanie też przełkną, bo wiele wskazuje na to, że kupili narrację „świętej wojny” – nie tyle z Ukraińcami, co z czyhającym na rosję Zachodem – w której nie należy zwracać przesadnej uwagi na liczbę ofiar. Byle tylko ojczyzna nie została upokorzona.

Co przywodzi nas do wniosku, że czas pożegnać się z myśleniem o sprawczej i pozytywnej roli rosyjskiego społeczeństwa. Tę wojnę trzeba rozstrzygnąć na froncie, co w realiach rosyjskiej masy i determinacji do jej używania oznacza konieczność jeszcze większego wysiłku na rzecz wzmocnienia potencjału ukraińskiej armii.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Ruiny szkoły w Makiejewce

Totalitarni

Trudno zgodzić się ze stwierdzeniem, że narodowy socjalizm mógł zostać Niemcom narzucony. On się przyjął, bo społeczeństwo było na to gotowe. Rozmawiam z dr Alicją Bartnicką, historyczką z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

– W kręgu Pani zainteresowań badawczych znajduje się historia II wojny światowej i zagadnienia związane z totalitaryzmami…

– I im dłużej się tym zajmuję, tym bardziej mam wrażenie, że mniej z tego rozumiem.

– Bo?

– Bo czasami nie mieści mi się w głowie, do jakich rzeczy jesteśmy zdolni jako ludzie. I niestety prawdą jest, że historia lubi się powtarzać. Odnoszę wrażenie, że nie wyciągamy wniosków z tego, co już spotkało nas w przeszłości.

– Spotkał nas np. niemiecki nazizm. Niebawem ukaże się Pani książka o Heinrichu Himmlerze, bawarskim agronomie, który w styczniu 1929 r., mając niespełna 29 lat, objął funkcję Reichsführera SS, „głowy” tej formacji.

– W potocznym, ahistorycznym podejściu do tematu, nie uwzględnia się faktu, że mówimy o okresie sprzed powstania III Rzeszy, w którym SS nie była jeszcze tym, czym stała się później.

– Fakt, początek III Rzeszy to rok 1933. Czyli dopiero wtedy możemy uważać Himmlera za drugą po Adolfie Hitlerze najważniejszą osobę w Niemczech?

– Myślę, że nie wszyscy historycy zgodzą się ze stwierdzeniem, że Himmler był numerem dwa w III Rzeszy. Według mnie, na końcowym etapie kariery politycznej, był. A sukces zapewniła mu właśnie jego Schutzstaffel, która w istocie na początku była nie tylko organizacją nieliczną, ale też niemającą wielkiego znaczenia w strukturach NSDAP. Kiedy Himmler został Reichsführerem, w skład SS wchodziło ośmiu mężczyzn. Ich zadaniem była ochrona narodowosocjalistycznych dygnitarzy w trakcie partyjnych wieców.

– Dziesięć lat później szeregi SS liczyły już blisko 260 tys. osób.

– A trzeba pamiętać, że Himmler znacznie zmienił kryteria przyjęcia, które stały się szalenie rygorystyczne. I mimo tych wysokich wymogów, których spełnienie pociągało za sobą szereg trudności, wielu niemieckich mężczyzn bardzo chciało wstąpić do organizacji. Poza tym SS w szybkim czasie zaczęła rosnąć w siłę w sensie politycznym i stała się istotnym dla władzy organem wykonawczym. Nic więc dziwnego, że dziś nazywana jest „czarną elitą”, bo pod względem rasowym miała przecież uosabiać najbardziej pożądane przez narodowych socjalistów cechy genetyczne, czy też określana mianem „państwa w państwie” z uwagi na zakres posiadanej władzy.

– Przyjrzyjmy się kwestii nowej elity, która miała dać zaczyn nowego niemieckiego społeczeństwa – czystego rasowo narodu. Z uwzględnieniem takich aspiracji skonstruowano mechanizm rekrutacji do SS. Mało kto ma dziś świadomość, że akces kosztował.

– Żeby ubiegać się o przyjęcie w szeregi SS trzeba było w pierwszej kolejności spełnić wymogi natury fizycznej, m.in. mierzyć 170 cm wzrostu i mieć najlepiej niebieskie oczy, blond włosy oraz proporcjonalnej budowy ciało. Poza tym należało udokumentować pochodzenie, przedkładając wykaz przodków do 1750 r. Przyszli SS-mani musieli sięgnąć do wielu ksiąg parafialnych, przedstawić akty urodzenia, ślubu czy zgonu swoich przodków, co wymagało nie tylko nakładu finansowego, ale i czasu.

– Odpowiednia budowa fizyczna i pochodzenie to nie wszystko…

– Ważna była też postawa. Himmler oczekiwał bezwarunkowej wierności, lojalności i posłuszeństwa. Przełożyło się to zresztą na oficjalne hasło SS: „Moim honorem jest wierność” („Meine Ehre heißt Treue”). Dlaczego było to tak ważne? Bo tak zideologizowani i podporządkowani władzy ludzie dawali gwarancję bezdyskusyjnego wykonywania rozkazów. II wojna światowa pokazała później, z jak wielkim zaangażowaniem ci posłuszni SS-mani wypełniali swoje obowiązki, niezależnie od tego, czy wchodzili w skład załóg obozów koncentracyjnych, pełnili funkcje typowo administracyjne, czy też aktywnie mordowali ludność żydowską jako członkowie Einsatzgruppen po wybuchu wojny na Wschodzie.

Jedna z tysięcy egzekucji przeprowadzonych przez grupy specjalne na terenach okupowanych ZSRR/fot. domena publiczna

– Z perspektywy współczesnej nauki koncepcja dobrej krwi trąci naiwnością (by nie powiedzieć, że jest głupia). Reichsführer był pryncypialny czy dopuszczał odstępstwa od wzorców aryjskości? A one same – czy się zmieniały w czasie? U końca III Rzeszy mieliśmy przecież Waffen-SS, do której wcielano „poślednie rasy”.

– Waffen-SS to zupełnie inny wątek. Jeśli chodzi o rdzenną SS, problem pojawiał się, gdy w drzewie genealogicznym kandydata odnaleziono żydowskiego przodka. To zamykało drogę do formacji.

– A jak reagował Himmler na negatywne wyniki weryfikacji już będących w służbie SS-manów?

– Różnie. W odniesieniu do niższych stopniem nie było zmiłuj. Żydowskie korzenie oznaczały relegowanie. Inaczej traktowano SS-manów wyższej rangi, dowódców. Himmler pochylał się nad każdym przypadkiem i go analizował. Znamy sprawy, kiedy udowodnienie żydowskiego pochodzenia powodowało, że Reichsführer zakazywał dalszego płodzenia dzieci przez obarczonego niechcianym pochodzeniem podwładnego. Poza tym zaznaczał, że dzieci, które ów SS-man posiada, nigdy nie staną się częścią elitarnej formacji. Co istotne, objętych „aktem łaski” obowiązywała tajemnica. Himmler przecież nie wykluczył ich z organizacji, pod pewnymi warunkami, ale pozwolił im pozostać. Wiadomości o odstępstwach nie powinny jednak rozchodzić się wśród SS-manów.

– Łamanie zasad przychodziło Himmlerowi łatwo?

– Nie, on odpierał wszelkie próby złagodzenia kryteriów przyjęcia do SS, jakie podejmowali jego współpracownicy. Same kryteria zresztą obowiązywały do końca wojny, a w przypadkach, kiedy kandydaci, ze względu na zawieruchę wywołaną konfliktem nie byli w stanie przedłożyć wszystkich wymaganych w procesie rekrutacji dokumentów, wypełnienia wymogów oczekiwano, jak określał to Himmler, „w czasie, kiedy będzie to możliwe”.

– Mieliśmy zatem do czynienia z członkostwem warunkowym?

– Coś w tym stylu, ale tylko w niektórych przypadkach.

– To co z tym Waffen-SS?

– Po pierwsze, trzeba zaznaczyć, że początkowo członkowie tych dywizji rekrutowali się spośród SS-manów. Himmler nie miał przełożenia na wojsko, dlatego postanowił wybudować własne. SS była elitarna, więc Waffen-SS też mogła i miała taka być. Ale sytuację zmieniła wojna – III Rzesza rozpaczliwie potrzebowała rekruta, dlatego do Waffen-SS zaczęto wcielać ochotników. I znów, początkowe założenia w pewnym sensie szły po linii ideologicznej, bo wcielani mężczyźni mieli wywodzić się z ludów germańskich, określanych mianem „pobratymczej krwi”. Rekrutacja germańskich ochotników w okresie zwycięstw na Wschodzie objęła Holandię, Danię, Norwegię, Finlandię, a nawet Belgię czy Francję.

– Rzesza uznawała to za symbol zjednoczenia „całej Europy”, o czym w swoich przemówieniach zwykł mawiać Hitler.

– Zgadza się. Lecz klęski ponoszone na Wschodzie skomplikowały sytuację. Hindusi, Arabowie, Albańczycy, Chorwaci czy Bośniacy zasilali szeregi Waffen-SS, bo Niemcy po prostu potrzebowali mięsa armatniego. Nie było w tym „poszerzania granic aryjskości”, co sugerowali niektórzy badacze zachodni. Nie było odstępstwa od reguł ustanowionych przez Himmlera. Był wyłącznie czysty pragmatyzm. Sam Himmler zresztą, w czerwcu 1944 r., wydał zarządzenie, zgodnie z którym niegermańskie dywizje Waffen-SS miały być określane mianem „Waffen-Divisionen SS”. Ta nazwa sugerowała, że są to związki taktyczne podległe SS, a nie do niej przynależne. Mężczyźni w nich służący, jak podkreślał Reichsführer, nie byli SS-manami.

– Istnienie SS wpisywało się w rasistowską ideologię III Rzeszy – co do zasady. Ale czy w szczegółach również? Na ile esesmański zaczyn był autorskim projektem Himmlera, a ile w tym było Hitlera?

– W moim odczuciu SS niemal od początku do końca była projektem Himmlerowskim. Hitler rzecz jasna stworzył podstawy tej organizacji. Jego centralna rola, nie tylko w strukturach władzy, ale także w aspekcie ideologicznym narodowosocjalistycznego państwa, jest niepodważalna. On wyznaczył kurs, którym podążyli podlegli mu dygnitarze i niemieckie społeczeństwo. Niemniej w przypadku SS wpływ Hitlera na organizację ograniczał się właściwie do utrwalenia na jej gruncie wymogów czystości rasowej. Reszta to Himmler. Zwykłam mawiać, że choć Himmler nie był założycielem SS, to bez wątpienia był jej twórcą.

– SS z czasem zapewniła Reichsführerowi awans polityczny i szerokie wpływy. Z czego to wynikało?

– Poniekąd z charakteru, w jaki Hitler sprawował władzę. On nie wydawał bezpośrednich, precyzyjnych rozkazów. Weźmy przykład Endlösung der Judenfrage, ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej. Mamy odnoszący się do tego rozkaz? Otóż nie. A mimo to w trakcie wojny zamordowano sześć milionów Żydów. Hitler nie formułował myśli w jednoznaczny sposób. Wyrażał oczekiwania w postaci dość mglistych stwierdzeń i ogólników, co często dawało szerokie pole do interpretacji. SS w pewnych aspektach to zapewne interpretacja poglądów Hitlera, które, co chciałabym podkreślić, zostały „twórczo rozwinięte” przez Himmlera. Między nimi było zresztą dużo różnic, bo o ile sama SS była na rękę Hitlerowi, o tyle ekspedycje do Tybetu w celu poszukiwania początków rasy aryjskiej, czy odwoływanie się do kultu Teutonów już niekoniecznie. Hitler często krytykował czy wręcz wyśmiewał działania podejmowane przez Himmlera. Ale na słownych upomnieniach w zasadzie się kończyło.

– Nietykalny Himmler?

– Jak już wspomniałam, SS była istotnym narzędziem wykonawczym władzy. Himmler trzymał organizację w garści, więc Hitler tolerował jego dziwne fascynacje. Nie zmienia to faktu, że III Rzesza monolitem nie była.

– A czy w relacji władza-społeczeństwo mieliśmy do czynienia z monolitycznym konstruktem? Często spotykamy się z narracją, która sugeruje, że nazizm został Niemcom narzucony, był ciałem obcym.

– Trudno mi zgodzić się z takim stwierdzeniem. Narodowy socjalizm się przyjął, bo społeczeństwo było na to gotowe. Oczywiście możemy dywagować nad rozgoryczeniem po przegranej I wojnie światowej, i nad kryzysem gospodarczym, jaki później dotknął ten kraj. Ale nie da się zaprzeczyć faktom, że Hitler doszedł do władzy legalnie, i że Niemcy doskonale zdawali sobie sprawę, z czym wiąże się jego obłąkańcza ideologia. Dowód? „Mein Kampf”, wykładnia narodowosocjalistycznych idei, która do końca 1944 r. sprzedała się na terenie Rzeszy w nakładzie blisko 13 mln egzemplarzy. A przypomnę, że populacja Niemiec przed wojną to jakieś 69 mln obywateli. I nawet jeśli nie wszyscy przeczytali „biblię nazizmu” od deski do deski, to trudno uwierzyć, że ci ludzie chociażby nie otworzyli tej książki. Oni kupowali „Mein Kampf”, kiedy rosła popularność Hitlera właśnie po to, by zobaczyć, co przyszły dyktator ma do powiedzenia. Poza tym nie zapominajmy, że Hitler cieszył się ogromnym poparciem społecznym aż do końca wojny.

– Usprawiedliwianie „zwykłych Niemców” często sprowadza się do argumentu, że oni „nie mieli pojęcia, co działo się zwłaszcza na Wschodzie”. Holocaust i brutalne okupacje rozgrywały się poza ich horyzontem poznawczym.

– Zwykli Niemcy wiedzieli. Oczywiście, pewnie nie wszyscy i nie wszystko, ale jednak świadomość społeczna o tym, co dzieje się na froncie czy w obozach koncentracyjnych była. Powiem więcej – wielu z tych, którzy stacjonowali na Wschodzie, chwaliło się dokonywanymi tam zbrodniami. Członkowie Einsatzgruppen robili sobie zdjęcia w trakcie akcji masowego rozstrzeliwania Żydów, które później wysyłali do rodzin w Rzeszy. Byli dumni z tego, w czym uczestniczą. Fotografowania i wysyłania zdjęć zabronił dopiero Himmler, wydając oficjalny rozkaz w tej sprawie. On doskonale wiedział, jaki ciężar gatunkowy może mieć tego rodzaju materiał dowodowy. Miał rację, bo dzięki tej dokumentacji, a mam na myśli nie tylko zdjęcia, ale i statystyki przygotowywane przez Einsatzgruppen, wiemy dziś dokładnie, jaka była skala tych zbrodni, i z jakim zaangażowaniem ich dokonywano.

Jedno z najsłynniejszych zdjęć dokumentujących niemieckie zbrodnie na terenie dzisiejszej Ukrainy. Przedstawia egzekucję Żydów, pochodzi z 1942 r./fot. domena publiczna

– Współcześni Niemcy wydają się aż nadto pacyfistyczni, kraj jawi się jako tolerancyjny. Gospodarczo RFN to potęga, ale militarnie chuchro. Z drugiej strony brunatna Alternatywa stała się częścią politycznego mainstreamu, a wojsko co jakiś czas demaskuje w szeregach kolejne grupy neonazistów. Ostatnio głośno było o radykałach, którzy w drodze zamachu stanu pragnęli przejąć władzę i zbudować IV Rzeszę. Czy Niemców należy się bać? Dziś pewnie nie, ale w dalszej perspektywie?

– Pewne złowrogie idee niestety nie umarły. Niemieckiego państwa bać się nie trzeba, ale nie zmienia to faktu, że grupy neonazistowskie w dalszym ciągu funkcjonują. I to nie tylko za naszą zachodnią granicą. Kiedy byłam na stypendium w Waszyngtonie, poznałam osobę, która badała środowiska neonazistów w Stanach i ich powiązania z grupami z Niemiec. Przyznam szczerze, zaskoczyła mnie skala tego problemu i sposoby wykorzystania np. amerykańskiego prawa do wolności słowa i rosnącą łatwość globalnej komunikacji, aby obejść niemieckie przepisy cenzury, przesłać propagandę przez Ocean i zmobilizować młodsze pokolenie niemieckich neonazistów. To, co dawniej było nienawiścią rasową, skierowaną przeciwko Żydom, dziś stało się nienawiścią wymierzoną w imigrantów, osoby ubiegające się o azyl i już zasiedlonych „obcokrajowców”. Tego należy się obawiać.

– Zostawmy Niemcy czy Stany. Totalitarne narracje – mówiące o wyjątkowości „nas” i gorszej „naturze” innych – odnajdujemy także w Polsce. Język naszej polityki przesiąknięty jest nienawiścią, promuje wykluczenia. Przypomina niemieckie „zaprowadzanie porządków” w początkowej fazie, gdy dotyczyło to „posprzątania u siebie”. Z drugiej strony mamy rozlazłe państwo, o którym większość obywateli myśli z kpiną, którego potencjał opresji może i nie jest symboliczny, ale też nie rodzi egzystencjalnych lęków. Czy są powody, by bić na alarm?

– Ucząc studentów, staram się im pokazywać, do czego kiedyś doprowadziły podziały na lepszych i gorszych, jakie mogą być konsekwencje wykluczenia, jak wielki wpływ na społeczeństwa mają ideologie, i jak niewiele czasami potrzeba, żeby wywołać falę nienawiści przeciwko pewnym grupom. Cieszę się, bo mam przyjemność pracować z fantastycznymi ludźmi, którzy potrafią wyciągać wnioski. I pokładam w nich nadzieję na lepsze jutro. Bo oni doskonale wiedzą, co jest dziś nie tak, mają swoje zdania i potrafią trzeźwo oceniać aktualną sytuację.

– Oby takich więcej.

– Oby!

– Dziękuję za rozmowę.

Dr Alicja Bartnicka/fot. Andrzej Romański

Dr Alicja Bartnicka, adiunktka na Wydziale Nauk Historycznych UMK. Specjalistka w zakresie historii Niemiec, zwłaszcza dziejów III Rzeszy, systemów totalitarnych, ze szczególnym uwzględnieniem narodowego socjalizmu i włoskiego faszyzmu. Jej zainteresowania badawcze obejmują także niemiecką okupację w Polsce i Holocaust. Odbyła stypendia naukowe w Stanach Zjednoczonych, Izraelu, Niemczech czy Wielkiej Brytanii. Na początku 2023 r. ukaże się jej książka pt.: „Światopogląd w działaniu. Heinrich Himmler i jego wizja rasowego imperium Trzeciej Rzeszy”, nakładem Wydawnictwa Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Pawłowi Ostojskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Piotrowi Maćkowiakowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Tomkowi Lewandowskiemu, Przemkowi Klimajowi i Tomaszowi Frontczakowi. A także: Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Monice Kołakowskiej, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Aleksandrowi Stępieniowi, Szymonowi Jończykowi, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Miko Kopczakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi i Justynie Miodowskiej.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich siedmiu dni: Michałowi Nowakowi, Łukaszowi Lisowi i Tomaszowi Jakubowskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały. Raz jeszcze dziękuję!

Nz. Heinrich Himmler i Reinhard Heydrich, Wiedeń, 1938 rok/fot. domena publiczna

Konieczności

Dziś nad ranem miał miejsce kolejny rosyjski atak rakietowy na ukraińskie miasta. Prawdopodobnie ostatni w tym roku, będący jednak zapowiedzią kontynuacji terrorystycznej kampanii w 2023 roku. Co jak już wczoraj zauważyłem, wpłynie istotnie na działania sił zbrojnych Ukrainy. Ochrona ludności i kluczowej infrastruktury przed uderzeniami z powietrza jest i pozostanie priorytetowym zadaniem, które armia będzie realizować na dwa sposoby – pasywnie i aktywnie. Przy czym owa pasywność jest umowna, chodzi bowiem o dalszą rozbudowę obrony przeciwlotniczej/przeciwrakietowej, by w docelowej konfiguracji ograniczyć do minimum liczbę osiągających cele rosyjskich pocisków. W tej kwestii piłeczka leży przede wszystkim po stronie Zachodu jako dostawcy odpowiednich systemów.

Wymiar aktywny to ukraińskie działania nakierowane na paraliż rosyjskich zdolności do przeprowadzania ataków rakietowych.

Kilka dni temu doszło do drugiego uderzenia dronów na bazę bombowców strategicznych w Engels. Ukraińskie maszyny znów przedarły się 700 km w głąb rosji, co dowodzi, jak dziurawa jest rosyjska OPL i jej system wczesnego ostrzegania. Wedle oficjalnych zapewnień rosjan, w nalocie zginęły trzy osoby (major i dwóch starszych poruczników), rażone odłamkami dronów kamikadze. Bo tak jak poprzednio, rosyjskie MON twierdzi, że maszyny nie trafiły w żaden z samolotów, a zostały zestrzelone nad lotniskiem (co samo w sobie i tak jest kompromitujące, bo jakim cudem dotarły tak daleko, nad TAKĄ bazę, KOLEJNY raz?). Pech chciał, że odłamki spadły akurat na budynek zajmowany przez personel bazy. „Taaaaa…”, mawia zwykle w takich momentach mój dobry kolega. Nie wierzę rosjanom za grosz i jestem pewien, że skoro przyznali się do trzech zabitych (wczoraj opublikowano nawet zdjęcia z ich pogrzebu), to trupów musi być znacznie więcej. Sądzę też, że ukraiński dron nie znalazł się przypadkiem nad domkiem dla obsługi i pilotów. Uważam, że był to – obok stojących na płycie bombowców – jeden z celów. Ukraińcy – poza niszczeniem techniki (w tym nalocie uszkodzonych miało zostać aż pięć Tu-95) – zabrali się za niszczenie „siły żywej”. To racjonalny krok, biorąc pod uwagę, jak kosztowny i długotrwały jest proces wyszkolenia załóg i personelu pomocniczego. W sumie całe rosyjskie lotnictwo strategiczne to około 80 maszyn (Tu-95 i Tu-160), liczbę tę należy podwoić, jeśli za samoloty tej kategorii uznamy Tu-22M. W stanie lotnym jest pewnie połowa tego, kondycja lotnictwa federacji raczej nie pozwala na pełne zdublowanie załóg. Zatem każda zniszczona i uszkodzona maszyna, każdy trwale lub na dłużej wyeliminowany ze służby pilot czy nawigator, to poważne ciosy w potencjał rosji. I Ukraińcy będą je zadawać. Niewykluczone, że w 2023 roku będziemy świadkami działań dywersyjnych zmierzających do eliminacji elity rosyjskiego personelu lotniczego – że panowie ci będą wybuchać w swoich samochodach, przyjmować szkodliwe dawki ołowiu pod domem, bądź umierać w tajemniczych okolicznościach.

Umierać będą też marynarze floty czarnomorskiej i ich okręty. Część ataków na ukraińskie miasta jest bowiem realizowana z morza. Ukraińcy dysponują zarówno rakietami przeciwokrętowymi, jak i dronami morskimi – oba rodzaje broni wykazały się już wysoką skutecznością. Po utracie „Moskwy” rosjanie trzymają się z dala od ukraińskiego wybrzeża, ale okręty będzie można dopaść w miejscach bazowania (na Krymie i w Kraju Krasnodarskim). Co stanie się łatwiejsze po kolejnych ukraińskich zwycięstwach na lądzie – o czym szerzej za chwilę. Kalibry wycelowane w ukraińskie miasta startują również z pokładów okrętów rozlokowanych na Morzu Kaspijskim – tam żadna ukraińska broń ich nie dosięgnie. Ale wszystkie rosyjskie bazy, także morskie, od miesięcy trapione są dziwnymi pożarami – jeśli miałbym stawiać pieniądze, to postawiłbym je na wysokie prawdopodobieństwo podobnych wypadków, które ograniczą zdolność kaspijskiej filii floty czarnomorskiej.

Za pewne uznaję również akty dywersyjne w rosyjskich fabrykach produkujących rakiety i pociski balistyczne. Że to niemożliwe, bo mowa o obiektach najwyższej rangi? Wolne żarty. Ukraińcy wsadzili ruskim piłkę do kosza, „wizytując” bazę bombowców strategicznych stanowiących element nuklearnej triady. Jeśli rosjanie nie potrafią upilnować takiego miejsca, ogień może im wybuchnąć a choćby i na Kremlu.

Tyle (wybaczcie skrótowość), jeśli idzie o priorytety wynikłe z rosyjskiej kampanii rakietowej.

Wojna jednak toczyć się będzie nade wszystko na lądzie. Już dziś obiecujące wieści dochodzą z obwodu ługańskiego, z okolic miejscowości Swatowo i Kreminna. Przełamanie rosyjskiej obrony w tym miejscu pozwoli na odbicie Siewierodoniecka, co przyniesie ogromne korzyści symboliczne/propagandowe. Lecz w wymiarze operacyjnym nie o Siewierodonieck chodzi, a o oskrzydlenie Doniecka – temu ma służyć wyzwolenie ługańszczyzny. Donieck jest nie do wzięcia frontalnym szturmem; przez ostatnie siedem lat zachodnie, północne i południowe rubieże miasta zostały dobrze przygotowane do obrony. Do „stolicy” dawnej DRL trzeba więc pchać się od tyłu, czyli wschodu, co będzie możliwe po uprzednim zajęciu obwodu ługańskiego. Wejście głębiej w obszar ługańszczyzny oznacza również, że w zasięgu ukraińskich Himarsów znajdzie się lotnisko w Millerowie na terenie rosji, skąd operują samoloty wykorzystywane do bezpośredniego wsparcia rosyjskich oddziałów na froncie. A całkowite wyzwolenie obwodu przyprawi o drżenie rosyjskich generałów, dowodzących „specjalną operacją wojskową” z Rostowa nad Donem, ich „centr” bowiem także załapie się na zasięg wysokoprecyzyjnych pocisków rakietowych.

Nim rozstrzygnie się sytuacja z Donieckiem, będziemy świadkami ukraińskiego kontruderzenia z okolic Zaporoża w kierunku Morza Azowskiego. Mówi się o nim już o dawna i na tyle często, że łatwo uznać je za publicystyczny artefakt czy element ukraińskiej maskirówki. „Przecież rosjanie też patrzą na mapy”, czytam opinie sceptyków. No patrzą. I im również wychodzi, że rozcięcie lądowego pasa łączącego Krym z rosją najłatwiej przeprowadzić na wysokości Melitopola. Przemawiają za tym: szerokość korytarza, dogodne warunki terenowe oraz fakt, że w Melitopolu istnieje ukraińskie podziemie. rosjanie zatem umacniają miasto, usiłują wyłapać partyzantów, ściągają posiłki i trzymają rezerwy w Berdiańsku i Mariupolu. Inni słowy, łatwo skóry nie sprzedadzą, co winno dać Ukraińcom do myślenia. Tyle że Ukraińcy… innego wyjścia nie mają. Nie są w stanie stworzyć odpowiedniej presji na całej długości korytarza ciągnącego się od Donbasu po wschodni brzeg Dniepru, spychać ruskich ku morzu na froncie o długości ponad 300 km. Szczupłość sił wymaga koncentracji na wybranym fragmencie. Przymus wynika też z korzyści – rozcięcie korytarza mocno utrudni dalsze funkcjonowanie rosyjskich oddziałów zgromadzonych u ujścia Dniepru – zostaną one odcięte od sił głównych, mających za plecami rosję, i skazane na zaopatrzenie z Krymu. A szlaki logistyczne z półwyspu znajdują się pod kontrolą ukraińskiej artylerii. Co więcej, Krym nie ma naturalnego połączenia lądowego z rosją – stanowi je Most Krymski, którego przepustowość po październikowym ataku pozostaje ograniczona. I którego przyszłość jest już przesądzona – w mojej ocenie, most zostanie w ciągu najbliższych kilku-kilkunastu tygodni wyłączony z użycia. Próba generalna już się odbyła (a przykład bazy Engels pokazuje, jak kiepsko rosjanie uczą się na błędach i jak bardzo nie potrafią zabezpieczyć kluczowych obiektów).

Zaopatrywanie garnizonu krymskiego i oddziałów rozlokowanych na północ od półwyspu (przy założeniu, że te drugie w międzyczasie się nie podadzą, bądź nie wycofają, jak to miało miejsce na przyczółku chersońskim) spocznie wówczas na barkach lotnictwa i floty. Czy rosyjska logistyka poradzi sobie z takim wyzwaniem? Z pewnością będzie pod silną presją. Prawdę powiedziawszy, nie spodziewam się rychłego ukraińskiego uderzenia na Krym – gen. Załużny dysponuje zbyt szczupłymi siłami, by decydować się na lądową operację na półwyspie. Moim zdaniem, w najbliższych miesiącach Ukraińcy poprzestaną na izolacji tamtejszego garnizonu, czemu będą towarzyszyć próby paraliżowania dostaw przy użyciu dronów morskich i lotniczych (atakujących okręty i lotniska). Jeśli wachlarz możliwości ukraińskiej armii powiększą zachodnie samoloty i precyzyjne pociski rakietowe dalekiego zasięgu, Krym będzie „pozamiatany” bez konieczności krwawych walk.

A co na to wszystko rosjanie? Oni również nie będą mieli wyjścia i wiosną rozpoczną kolejną wielką ofensywę – na północy. Ale o tym w kolejnej części tekstu.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Życzenie

Ten film jest jak viral – od kilku lat masowo pojawia się na profilach w mediach społecznościowych. Dzieje się tak w okolicach świąt bożonarodzeniowych, jest to bowiem opowieść odwołującą się do wydarzeń, jakie miały miejsce między 24 a 26 grudnia 1914 roku. Wówczas to na froncie zachodnim Wielkiej Wojny doszło do spontanicznych incydentów pojednania i zawieszenia broni między Niemcami a Brytyjczykami. Świąteczny nastrój udzielił się przede wszystkim zwykłym żołnierzom i podoficerom, choć znane są przypadki, gdy w brataniu się brali udział także oficerowie. Generalnie jednak dowództwa obu stron przyjęły z dezaprobatą aktywność podwładnych, ba, niekiedy zarzucając im wręcz zdradę. Żołnierze w końcu mają się zabijać, a nie grać w piłkę czy śpiewać razem kolędy…

Na łamach historii zdarzenia te funkcjonują jako Rozejm bożonarodzeniowy (ewentualnie Rozejmy).

Film, w oczywistym uproszczeniu, oddaje istotę tych wydarzeń. Jest epicki, świetny od strony scenograficznej, do bólu wzruszający. I nieco irytujący dla osób twardo stąpających po ziemi, świadomych ulotności i obłudności idei jakichkolwiek świątecznych pojednań. Po których Zło i tak wraca na utarte ścieżki.

No ale potrzebujemy takich wzruszeń, potrzebujemy refleksji że my, ludzie, nie jesteśmy tacy źli. I ten film, wraz z towarzyszącą mu nadzieją (na lepszych nas), owe zapotrzebowania realizuje.

W grudniu 2022 roku nawet bardziej niż rok czy dwa lata wcześniej. Bo rosjanie napadli na Ukrainę i rozpętali tam straszliwą wojnę. „Może więc jakiś rozejm? Jakieś pojednanie z okazji świąt?” – takie komentarze towarzyszą najnowszej odsłonie zjawiska masowego udostępniania tego filmu.

No więc nie, nic z tych rzeczy się nie wydarzy. Ani dziś czy jutro, bo prawosławni, którzy strzelają do siebie w Ukrainie, swoje boże narodzenie mają 13 dni po zachodniochrześcijańskim. Lecz nie o kalendarz tu chodzi. Spontanicznego rozejmu nie będzie, bo po drodze była Bucza, Irpień, Izjum, była hekatomba Mariupola i inne rosyjskie zbrodnie. Armia niemiecka w 1914 roku miała krew niewinnych na rękach – tysiące zabitych cywilów w Belgii, we francuskiej Mozie i Ardenach. Ale inna była skala tej wojny (a więc zbrodnie relatywnie małe), inna ich świadomość wśród żołnierzy (niska lub żadna). Wreszcie, Brytyjczycy „nic” do Niemców nie mieli – w końcu wcześniej po prostu się wzajemnie zabijali, w ramach rutynowej wojennej napierdalanki. No i żadna ze stron nie dążyła do eksterminacji drugiej, dla Ukraińców tymczasem wojna z rosją jest wojną o wszystko; dla dużej części ukraińskiego narodu wojną o fizyczne przetrwanie. Z takim wrogiem sfraternizować się nie sposób.

Ale, tak czuję, idzie o coś jeszcze. 31 grudnia rosja na niemal dwa tygodnie wchodzi w stan totalnego upojenia alkoholowego. Nagromadzenie świąt, ustawowe 10 dni wolnego, tradycja biesiadowania niezależnie od trudów rzeczywistości; to wszystko sprawia, że państwo rosyjskie – i tak przecież kulawe – przestaję działać. Nie pracują urzędy, miażdżąca większość przedsiębiorstw, usługi publiczne ograniczone są do minimum. A rosjanie oddają się swojej ulubionej rozrywce.

Dotyczy to także armii, której gotowość bojowa w pierwszych tygodniach stycznia jest minimalna bądź żadna. Pijane wojsko niespecjalnie nadaje się do działań. Okoliczności frontowe mogą wymusić zmianę nawyków, ale czy wymuszą? Szczerze wątpię. I na tej podstawie snuję w głowie analogię z wojną Jom Kipur. W październiku 1973 roku Arabowie wykorzystali fakt, że Izrael oddał się świętu, które dało nazwę temu konfliktowi. Zaskoczeni Żydzi potrzebowali kilku dni, by otrząsnąć się z szoku. Ostatecznie pokonali głównie syryjsko-egipską koalicję, lecz losy Izraela przez jakiś czas naprawdę wisiały na włosku.

Oczywiście, nie pragnę pełnej analogii. Nie chcę, by złapani ze spuszczonymi portkami rosjanie, zdołali je założyć. Oni muszą przegrać. Jeśli nie w styczniu, to w lutym, marcu, kwietniu – choć im szybciej, tym lepiej.

Niech to będzie moje dla Was świąteczne życzenie.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Kadr z filmu