Dostaję od Was sporo pytań dotyczących Patriotów dla Ukrainy. Śpieszę więc z odpowiedziami.
W ramach najnowszego pakietu pomocy wojskowej, Ukraińcy otrzymają jedną baterię tego systemu. W „wypasionej” konfiguracji to osiem wyrzutni z 16 prowadnicami każda, co oznacza pełną salwę w postaci 128 antyrakiet. Z jednej strony słychać narzekania, że to mało, z drugiej dobiegają głosy, wedle których pojawienie się Patriotów zasadniczo zmieni zasady gry na ukraińskim niebie.
No więc tak – jedna bateria to rzeczywiście mało. Polska kupiła dwie, zamierza dokupić sześć kolejnych, a i tak te osiem będzie stanowiło absolutne minimum. Ukraina „na wczoraj” potrzebuje kilkunastu baterii – Patriotów bądź porównywalnego systemu. I nie chodzi tylko o rozbudowę możliwości OPL, ale w pierwszej kolejności o zastępowanie poradzieckiego sprzętu – gorszej jakości i zużywającego się na skutek intensywnej eksploatacji. Ale już „zadekretowana” bateria wcale nie będzie jedyna. Odpowiednia kondycja ukraińskiej obrony przeciwlotniczej została zdefiniowana jako priorytetowe wyzwanie dla państw wspierających Kijów, mam więc niemal absolutną pewność, że po nowym roku usłyszymy o kolejnych bateriach, w następnych pakietach.
Biorąc pod uwagę wysokość ostatniego – 1,8 mld dol. – oraz fakt, że zawiera on mnóstwo innych pozycji, bez wątpienia chodzi o Patrioty-używki (ze stanu/zapasów US Army). Nowa bateria kosztuje 2,5 mld, na jej wyprodukowanie i dostawę czeka się kilka lat. Ukraińcy tyle czas nie mają – ich Patrioty za 6 do 8 tygodni mają być na miejscu. Tym samym mamy jasność, że:
– Kijów nie otrzyma systemu najnowszej wersji (ale to, co dostanie, i tak „na rosjan” wystarczy);
– szkolenia ukraińskich załóg zaczęły się na długo przed oficjalnym ogłoszeniem transferu Patriotów (tych kilka tygodni to za mało, by przygotować obsługę na odpowiednio wysokim poziomie).
Nie wiadomo, gdzie zostanie rozlokowana pierwsza bateria – z dużym prawdopodobieństwem posłuży do obrony stolicy. Większych możliwości pojedynczej baterii przypisywać nie można. Patrioty – nawet w dużej liczbie – nie zapewnią Ukraińcom szczelnego nieba, a i nikt takich ambicji nie ma (ich realizacja wymagałby setek wyrzutni, co jest niewykonalne technicznie i finansowo). Amerykańskie antyrakiety (i systemy z innych krajów) mają pozwolić Ukrainie na obronę kluczowych miast i obiektów o znaczeniu strategicznym. Na mniej ważne cele rosyjskie rakiety nadal będą spadać.
Patrioty bez wątpienia staną się priorytetowym celem dla rosjan. Nie dlatego, że są wyjątkowo skuteczne, ale z uwagi na ich „format” propagandowy. Ta broń to jedna z „wizytówek” zachodniej technologii wojskowej – rosjanie poświęcą wiele zasobów, by wykazać, że są w stanie wyeliminować ów system z akcji. Co w prostackim przekazie pozwoli im mówić o wyższości własnej „techniki”. Niestety, z Patriotami będzie im łatwiej niż z Himarsami, te ostatnie bowiem są bardziej mobilne, a w ruchu, przy odrobinie maskowania, wyglądają jak zwykłe ciężarówki. Ta wyjątkowa mobilność wynika nie tylko z cech technicznych, ale i z filozofii użycia Himarsów – wykonują one „zlecenia” na konkretnym odcinku frontu, po czym przemieszczają się gdzie indziej. Patrioty też poruszają się na kołach, ale to system mniej nomadyczny – przypisany do obrony obiekt ogranicza pole manewru konkretnej baterii. Krótko mówiąc, by bronić miasta, należy być w jego pobliżu (owo pobliże jest rzecz jasna mierzone w kilometrach). Nie będzie więc łatwo mylić ruskich, ale z drugiej strony Ukraińcy mają duże doświadczenie w maskowaniu stanowisk OPL.
—–
Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.
Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:
Hermaszewski był „ponad”. I jako kosmonauta, i jako człowiek, który łączył odmienne światy.
Latem 2019 r. – sześć miesięcy przed jego śmiercią – rozmawiałem z Alfredem Alem Wordenem, uczestnikiem misji Apollo 15. Amerykanin przebywał w kosmosie dwanaście dni, na przełomie lipca i sierpnia 1971 r. Samotnie krążył wokół Księżyca, gdy dowódca David Scott i pilot modułu księżycowego James Irwin, eksplorowali powierzchnię ziemskiego satelity. „Piętnastka” była dziewiątą misją załogową programu Apollo i czwartą, podczas której doszło do lądowania. W drodze powrotnej Worden opuścił moduł dowodzenia, aby wyjąć film z kamer niedostępnych z wnętrza. Tym samym wykonał spacer kosmiczny na orbicie Srebrnego Globu, 315 tys. km od Ziemi.
– Spędziłem w próżni trzydzieści osiem minut, mając doskonały widok i na Ziemię, i na Księżyc. Niesamowite, mistyczne doświadczenie… – wspominał pułkownik, a mnie przypomniały się słowa gen. Mirosława Hermaszewskiego, który w wielu wywiadach podkreślał metafizyczny charakter doznań, będących udziałem ludzi posłanych w kosmos. „Lecimy, koledzy śpią, patrzę przez iluminator i czuję, jakby ktoś tu był, ktoś, kto to wszystko wymyślił, stworzył. Zresztą, gdyby go nie było, to i mnie by tu nie było. Niektórzy moi koledzy przed wylotem w kosmos nie tylko byli ateistami, ale i zatwardziałymi poganami. Jednak wracali stamtąd wyraźnie odmienieni”, mówił Hermaszewski w rozmowie z reporterką Dziennika.pl Magdaleną Rigamonti.
Podzieliłem się z Wordenem refleksją na temat religijnych racjonalizacji autorstwa „ludzi gwiazd”. Al uśmiechnął się jedynie, zaś nazwisko Hermaszewski skłoniło go do ciekawego wywodu. Jak zauważył, idea podboju kosmosu była dzieckiem politycznej i militarnej rywalizacji USA i ZSRR. Obie strony, w ramach zimnowojennych rozgrywek, usiłowały udowodnić sobie technologiczną i organizacyjną wyższość, przy okazji testując rozwiązania techniczne niezbędne do zwycięstwa w wyścigu zbrojeń.
– Lecz dziś nie myślę o dawnych konkurentach, ludziach, którzy wsiadali do rakiet, inaczej jak o przyjaciołach – zadeklarował wieloletni pracownik NASA. Dwa dni po naszej rozmowie usiadł z Hermaszewskim przy konferencyjnym stole (obydwaj jako goście honorowi Targów Kielce). Wiekowi panowie, niczym starzy kumple, ze swadą i wzajemnym szacunkiem opowiadali o kosmicznych przygodach. W tym też było coś mistycznego.
Autor z Alfredem Wordenem/fot. z archiwum blogu
A zarazem symbolicznego, charakterystycznego dla osoby zmarłego przed kilkoma dniami jedynego polskiego kosmonauty. Hermaszewski był „ponadto”. Nie tylko jako pilot, ale i jako człowiek, który łączył odmienne światy. Z Wordenem spiął dawny Wschód z Zachodem, w życiu prywatnym stał się pomostem między skłóconymi polskimi plemionami. On, oficer ludowej armii, Bohater Związku Radzieckiego, został teściem Ryszarda Czarneckiego, wpływowego polityka PiS. To na Hermaszewskiego – i potencjalnie wyrządzoną mu niesprawiedliwość – powołał się Andrzej Duda, wetując pisowski projekt tzw.: ustawy degradacyjnej, która miała odebrać stopnie generalskie członkom Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (gwoli rzetelności zauważyć należy, że wcześniejsza ustawa deubekizacyjna pozbawiła generała części emerytury). Dziś, mimo pomruków niezadowolenia ze strony zapiekłych lustratorów, nie było publicznej dyskusji o tym, w jaki sposób pochować kosmonautę. Pogrzeb państwowy z ceremoniałem wojskowym nie jest żadną łaską, ale niegodna praktyka odmawiania tego przywileju emerytowanym oficerom, uskuteczniana przez MON po 2015 r., nie czyniła go oczywistym. Mówiąc wprost, pisowska zajadłość okazała się za krótka na zasługi Hermaszewskiego.
Ale i on sam, własnymi czynami, wiódł życie człowieka pojednania. „W dniu, gdy włożył skafander kosmiczny i gdy zamknęli za nim właz do rakiety, przypomniał sobie banderowca, który strzelił w skroń jego matce. Kamila Hermaszewska uciekała z płonącego domu, z małym tylko zawiniątkiem w rękach. Tamten ją dogonił. Wycelował, pociągnął za spust. W tym zawiniątku był on, mały Mirek”, tak zaczyna się rozdział poświęcony Hermaszewskiemu w książce Witolda Szabłowskiego pt.: „Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia”. Urodzony w 1941 r. w Lipnikach przyszły generał stracił w wołyńskiej rzezi 19 członków rodziny, w tym ojca. Jego matka przeżyła – kula tylko ją musnęła. Nim trafiła pod bezpieczny dach, godzinami szukała syna. Półtoraroczny chłopiec przeleżał marcową noc w zaspie. Cudem przeżył. „Spotykaliśmy się wiele razy i były to bardzo treściwe, ciekawe spotkania”, napisał na facebookowym profilu Szabłowski, w dniu, w którym zmarł generał. „Pod wpływem tych rozmów jeździłem po Wołyniu tropem Ukrainek, które ratowały jego matkę (…). Bardzo kibicował moim poszukiwaniom”, czytamy. I nic w tym zaskakującego, Hermaszewski bowiem (podobnie jak i jego brat Władysław) daleki był od rewanżyzmu i promowania odpowiedzialności zbiorowej. Jego publiczne wypowiedzi na temat rzezi – choć dramatyczne – nigdy nie podsycały antyukraińskich nastrojów.
Hermaszewski i Klimuk po powrocie odbyli triumfalny objazd po Polsce/fot. NAC
Ale obok powagi i klasy miał Hermaszewski również poczucie humoru i dystans. „Wierzy Pan w istnienie obcych cywilizacji?”, zapytał go kiedyś Zbigniew Górniak, dziennikarz „Nowej Trybuny Opolskiej”. „Nie wyobrażam sobie, żeby ich nie było. Tylko niech pan nie pyta mnie, jak wyglądają. Niech pan spyta Boga. A swoją drogą, głupszych od nas chyba nie mógł stworzyć”, tej odpowiedzi towarzyszył śmiech generała.
Który nie schodził mu z ust nawet w sytuacjach trudnych. W 1998 r. jego syn, również pilot, został oskarżony o współpracę z gangsterami. Miał im wystawić do rabunku arsenał jednostki wojskowej na warszawskim Bemowie. „H”, jak przedstawiały syna media, został zdegradowany, półtora roku przesiedział za kratami. Ostatecznie uwolniono go od zarzutów i uchylono wyrok pięciu lat więzienia. Sąd Najwyższy nie dał wiary zeznaniom świadków incognito, nowych dowodów nie znaleziono. Generał wraz z żoną i córką byli na każdej rozprawie. To w takich okolicznościach poznał Hermaszewskiego Wojciech Tumidalski, w 2001 r. reporter sądowy PAP (dziś w „Rzeczpospolitej”).
– W przerwach w rozprawie pan generał snuł opowieści z kosmicznych podbojów i różnych podróży. Słuchaliśmy tego z kolegami reporterami zauroczeni – wspomina Tumidalski. I przytacza anegdotę o tym, jak któregoś razu dziennikarze zapytali oficera o techniczne aspekty działania pokładowej ubikacji. – „Masz zeszyt?”, spyta generał kolegę. „To dawaj”. I wyrysował mu cały schemat. A potem jeszcze opowiedział, jak raz się koledze Klimukowi (Piotrowi Klimukowi, załogantowi Sojuza-30 – dop. MO) nie udało trafić we właściwy otwór i żółta kula cieczy w stanie nieważkości przemierzała pomieszczenie statku kosmicznego, aż w pewnym momencie niebezpiecznie zbliżyła się do portretu Lenina… – uśmiecha się dziennikarz. I zaraz dodaje: – A kumplowi do dziś zazdroszczę tego zeszytu ze schematem kosmicznego kibla. Takiego autografu kosmonauty nie ma nikt na świecie.
A czy mieć będzie? Czy jest szansa, by był to rysunek spod polskiej ręki? Gdy w czerwcu 1978 r. Mirosław Hermaszewski wsiadał na pokład Sojuza, podkreślano, że jest pierwszym Polakiem lecącym w kosmos. Po nim mieli być następni, jak wiemy, nic z tego nie wyszło. Obecnie największe szanse na międzygwiezdną eskapadę ma Sławosz Uznański, wybrany niedawno do korpusu załóg rezerwowych Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA). Ale nawet jeśli łodzianin oderwie się od Ziemi, Hermaszewski i tak pozostanie tym jedynym. Zmiana sojuszy i orientacji geopolitycznej, jaka nastąpiła po 1989 r., przyniosła też skutki semantyczne. Ewentualni następcy generała nie będą już jak on – kosmonautami – a astronautami, zgodnie z anglosaską terminologią. Nie będą również żołnierzami (bądź byłymi żołnierzami), jak miażdżąca większość pionierów kosmicznych eksploracji. Dr Uznański to inżynier, projektant elektroniki, absolwent cywilnych uczelni, co jest dziś normą w agencjach typu ESA czy NASA. Hermaszewski to wojskowy – przed, jak i po locie Sojuzem, rasowy pilot bojowych odrzutowców (generał odszedł z armii w 2005 r., wykonując pożegnalny lot na myśliwcu MiG-29; za sterami samolotów z biało-czerwoną szachownicą spędził łącznie 2047 h i 47 min.). Gdy kwalifikowano go do programu Interkosmos, jednym z atutów ówczesnego majora była biegła znajomość języka rosyjskiego. Dziś nie miałoby to znaczenia, trudno bowiem nawet wyobrazić sobie Polaka w organizowanym przez rosjan locie. I nie chodzi tu o konsekwencje fatalnych polsko-rosyjskich relacji, a o fakt, że rosja i Zachód nie zamierzają kontynuować kosmicznej współpracy. Ale to już zupełnie inna historia.
F-16 Polskich Sił Powietrznych dokonały przelotu nad Warszawą, by oddać ostatni hołd Generałowi. Na skrinie widać lidera, ale formacja składała się z czterech maszyn/fot. globe.adsbexchange.com
Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.
Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:
W nawiązaniu do poprzedniego wpisu – Zełenski leci jutro do USA. To będzie jego pierwsza podróż zagraniczna po 24 lutego. Ale i powód jest niecodzienny – w Waszyngtonie ukraiński prezydent parafuje umowę na dostawy sprzętu wojskowego o wartości 45 mld dol.
A jeśli wizyta jutro, to znaczy, że prezydent dziś jest/był (przynajmniej przez chwilę) w Polsce.
Nz. Kadr z bachmuckiej wyprawy/fot. Administracja Prezydenta Ukrainy
—–
Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.
Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:
Biuro prezydenta Ukrainy ujawniło po południu, że Wołodymyr Zełenski znów pojawił się na froncie. Tym razem w Bachmucie, o który trwają obecnie ciężkie walki. Wizyta odbyła się dziś rano, prezydent spotkał się z żołnierzami, kilkunastu z nich wręczył odznaczenia. Do ceremonii doszło w jakimś dużym fabrycznym obiekcie (sądząc po udostępnionych fotografiach), co może być – choć nie musi – istotną wskazówką. Na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu godzin Ukraińcom udało się wyprzeć rosjan z miasta – tym samym atakujący utracili to, co z tak wielkim trudem zdobywali przez miniony miesiąc. Jedyne rosyjskie pozycje, które oparły się ukraińskim kontratakom, znajdowały się w części przemysłowej. Tak przynajmniej było jeszcze w niedzielę. Czyżby i stamtąd ruskich już wykurzono?
Oczywiście, spotkanie z żołnierzami mogło zostać zaaranżowane gdzie indziej – nie bezpośrednio pod nosem rosjan, ale kilka kilometrów od ich najdalej wysuniętych pozycji. Byłoby to zresztą zgodne z wojennym BHP. Wizyta głównodowodzącego to ważny element podtrzymywania morale, ale też nie powinna być przedsięwzięciem samobójczym. Nie rozstrzygam, jak to wyglądało w Bachmucie, ale wolałbym, by prezydentowi nie pozwalano pakować się za blisko. Front to linia styku wojsk, ale i bezpośrednie zaplecze, nieco bezpieczniejsze i dające większą gwarancję zakończonej powodzeniem ewakuacji – gdyby do takiej dojść musiało.
Pytacie mnie – jak on się tam dostaje? Nie wiem – mogę tylko spekulować, opierając się o własną znajomość Ukrainy, świadomość tamtejszych dystansów (w Polsce zwykle nie zdajemy sobie sprawy, jak rozległy jest to kraj), czy analizę treści codziennych wystąpień Zełenskiego. Te ostatnie zawsze zawierają odniesienia do bieżących wydarzeń, co sugeruje, że nie nagrywa się ich z wyprzedzeniem. Jeśli zatem wieczorem prezydent jest w Kijowie, był w nim poprzedniego wieczoru, to oznacza, że miał dobę na podróż 800 km w jedną stronę. Z przyczyn oczywistych nie lata prezydenckim odrzutowcem (choćby dlatego, że ten wymaga odpowiedniej obsługi i lotniska), pociąg to opcja zbyt czasochłonna i niebezpieczna (skład narażony jest na atak z powietrza, dywersję, na nieplanowany długotrwały postój – generujący kolejne zagrożenia – będący efektem np. braku prądu czy uszkodzenia sieci trakcyjnej). Trudno też, przy zachowaniu minimum warunków bezpieczeństwa, odbyć taką podróż skrycie. Z tego samego powodu wykluczam transport samochodowy, tym bardziej, że w Ukrainie mamy do czynienia z niskiej jakości infrastrukturą drogową.
Zostają więc śmigłowce. Niskie przeloty, niewykluczone, że podzielone na odcinki, odbywające się przy stałym, bieżącym wsparciu natowskich systemów rozpoznania lotniczego, co pozwala informować załogi (maszyny prezydenckiej i co najmniej jednej towarzyszącej) o ewentualnych zagrożeniach w czasie (niemal) rzeczywistym. Kilka godzin w jedną stronę (pod osłoną nocy; większość wizyt prezydenta ma miejsce w godzinach porannych), kilka w drugą. Zresztą, niewykluczone, że Zełenski nie wraca tego samego dnia do stolicy. Tła dla nagrań można generować komputerowo, a i miejsca, w których zatrzymuje się prezydent, wcale nie muszą odbiegać wizualnie od wnętrz znanych z budynku administracji w Kijowie. By poczynić jakieś rozstrzygnięcia w tej kwestii, musielibyśmy mieć dostęp do kalendarza Wołodymyra Zełenskiego i skonfrontować jego podróże z listą spotkań ponad wszelką wątpliwość odbytych w stolicy.
Niezależnie od tych dylematów, faktem jest, że ukraiński prezydent nie cierpi na brak odwagi. W przeciwieństwie do rosyjskich przywódców (o czym zawsze donoszę z dziką satysfakcją). Dziś dla przykładu rypła się sprawa z niedawną podróżą ministra obrony rosji, który miał osobiście zapoznać się z sytuacją na froncie. Propagandową ustawkę z siergiejem szojgu w roli głównej zdemaskowano z pomocą samych rosjan – i oficjalnych zdjęć udostępnionych przez ministerstwo obrony. Ich zawartość pozwoliła na dokładną geolokalizację miejsca, nad którym przelatywał śmigłowcem szojgu. Linie okopów, wedle opisów znajdujące się w rejonie „specjalnej operacji wojskowej” – czujnie oglądane przez ministra z okna maszyny – okazały się być umiejscowione w rejonie Armiańska na Krymie, ponad 80 km od najbliższych pozycji wojsk ukraińskich.
Jeszcze większa szopka towarzyszyła wczorajszej wizycie putina w Mińsku. Najpierw narobiły ruskie tłoku, wysyłając w powietrze kilka rządowych maszyn – każda z nich mogła przewozić głównego lokatora Kremla. Ostatecznie zaś putin wyruszył na spotkanie z Łukaszenką z Petersburga, nie z Moskwy. A nad Białorusią jego samolot otrzymał silną eskortę – wszak wiadomo, całkiem nieopodal czaiły się natowskie myśliwce…
Nabijam się rzecz jasna, choć samą wizytę traktuję już zupełnie poważnie. Ale temu poświęcę kolejny wpis.
Ps. Jak donosi „New York Times” (a za nim polskie media), moskiewscy notable „ograniczyli swoje wizyty na froncie” po tym, jak wojska ukraińskie wiosną br. ostrzelały sztab rosyjski w Izjumie. Ukraińcy ustalili wówczas, że znajdował się tam gen. walerij gierasimow. Zamierzali zabić szefa sztabu rosyjskiej armii, ale ten opuścił ostrzelany obiekt tuż przed atakiem. Atakiem, który NYT określił mianem „zamachu”. O czym wspominam, bo strasznie mnie takie nazewnictwo zirytowało. Zamachu bowiem mogą dokonać terroryści, bojówki, mafie. Atak rakietowy na rosyjskie stanowisko dowodzenia przeprowadziła regularna armia, podczas regularnych działań zbrojnych. Generałowie też na wojnach giną. Rosyjscy jakoś częściej, ale nie ma w tym terroryzmu, a zwykły (neo)sowiecki bardak.
—–
Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.
Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:
Z dzieciństwa w toruńskiej kamienicy pamiętam dwóch sąsiadów – starszych już wówczas panów. Jeden był naszym stróżem, drugi pracował na taksówce. I choć mieszkali drzwi w drzwi, raczej od siebie stronili. Ale raz do roku, w maju, szli obywaj pod gołębnik i siadali na pieńkach, w miejscu niedostępnym z okien budynku. Wyciągali małą butelkę wódki i rozpijali z gwinta. Milczeli, każdy zajęty swoimi myślami. A jednak byli razem. Po wszystkim znów wracali do chłodnej uprzejmości, zdawkowego „dzień dobry” i bieżących spraw załatwianych przez żony.
Dzieliło ich – i łączyło zarazem – Monte Cassino. Obydwaj byli weteranami bojów o klasztor, ale jeden walczył tam jako żołnierz Wehrmachtu, drugi w korpusie Andersa.
Ten pierwszy, jak wielu torunian, został do niemieckiej armii wcielony pod przymusem. Trafił na Monte Cassino jak co najmniej kilkuset innych rodaków. Strzelał do swoich, bo musiał – i nie chodziło jedynie o los rodziny, będącej „w zastawie” (której, gdyby zdezerterował, groziło zesłanie do obozu). Kto raz znalazł się w potrzasku bitwy, ten dobrze wie, że nade wszystko działa tam zasada „ja albo on”. Wzajemne mordowanie na około-klasztornych wzgórzach miało charakter przemysłowy, a o życiu i śmierci decydowały ułamki sekund, szczęście i refleks. Na dopytywanie się, kto jest kim, zwykle nie było czasu. A skoro „tamci” strzelali, „ci” nie mieli wyjścia. W efekcie Polacy leżą zarówno na polskim, jak i na niemieckim cmentarzu w pobliżu miejsca bitwy. Są pośród nich dwaj rodzeni bracia – jeden spoczywa u Niemców, drugi u Polaków. Nie da się wykluczyć, że w tym tragicznym maju 1944 r. strzelali do siebie…
Nie da się wykluczyć, że moi sąsiedzi też do siebie strzelali.
Nie wiem, czy kiedykolwiek się pojednali, ale 40 lat po wojnie wrogości między nimi nie było. Dystans to nie nienawiść.
Co daje nadzieję, bo…
…bo są Ukraińcy, którzy dziś do siebie strzelają. Przyglądamy się raportom na temat rosyjskich strat – wielu z nas (także i ja…) czyni to z dziką satysfakcją. Obecnie zastanawiamy się, czy licznik „wyeliminowanych z walki” dobije do setki (stu tysięcy…) jeszcze przed świętami, w ich trakcie, czy już po. Z pewnością jednak – zakładamy – stanie się to przed nowym rokiem. I jakkolwiek nasze reakcje są zrozumiałe, nie powinniśmy zapominać, że wśród zabitych w rosyjskich mundurach są także obywatele Ukrainy. Branka mężczyzn zamieszkujących okupowane przez rosjan tereny zaczęła się jeszcze wiosną, ale na dobre rozkręciła się po wrześniowej aneksji, której towarzyszyła tzw. częściowa mobilizacja. Brakuje na ten temat rzetelnych danych – ukraiński wywiad szacuje, że tylko na przestrzeni ostatnich trzech miesięcy siłą wcielono do rosyjskiej armii około 30 tys. „nowych obywateli rosji”. Spośród wszystkich zmobilizowanych na jesieni 320 tys. mężczyzn, jedna trzecia trafiła już na front. Jeśli ta sama zależność dotyczy rekrutów z zagarniętych obwodów, na pierwszej linii znalazło się już co najmniej 10 tys. z nich. A pewnie jest gorzej, bo przecież „lokalsi” mają bliżej…
No a są jeszcze ci, których wcielano wcześniej. Są wreszcie członkowie milicji DRL i ŁRL – część z nich to zrusyfikowane towarzystwo, które z przekonaniem strzelało do „banderowców”, ale wielu to chłopcy z łapanek, których życiowe nieszczęście polegało na tym, że urodzili się i mieszkali w Doniecku czy Ługańsku (a później, z różnych powodów, niekoniecznie zasługujących na napiętnowanie, stamtąd się nie wynieśli).
Siły zbrojne obu pseudorepublik straciły od lutego 5,5 tys. zabitych. Dodajmy do tego co najmniej kilkuset „mobików” wyeliminowanych z walki między październikiem a grudniem, zapewne nie mniejszą liczbę poległych z wcześniejszych branek. Zatem już tylko w tej, najnowszej odsłonie rosyjsko-ukraińskiej wojny, mamy tysiące bratobójczych śmierci. I choć obciążają one rosję i putina, bezpośrednie skutki tych dramatów są i będą doświadczeniem samych Ukraińców.
Jak to wszystko „pozszywać”, gdy już skończy się wojna i Ukraina odzyska utracone terytoria? Rekoncyliacja będzie nie lada wyzwaniem – przykład z naszego podwórka (ów słynny „dziadek z Wehrmachtu”) pokazuje, że niektórym nawet dziesięciolecia nie wystarczą, by patrzeć na sprawę „zdrajców” i zdrajców z odpowiednim dystansem.
—–
Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.
Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:
Przy tej okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Pawłowi Ostojskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Piotrowi Maćkowiakowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Tomkowi Lewandowskiemu, Przemkowi Klimajowi i Tomaszowi Frontczakowi. A także: Monice Rani, Monice Kołakowskiej, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Aleksandrowi Stępieniowi, Szymonowi Jończykowi, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Miko Kopczakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej i Łukaszowi Kotale. Ponadto: Agnieszce Juszczyk, Adriannie Bogackiej, Aleksandrowi Żelawskiemu, Marii Ryll, Dariuszowi Pietrzakowi, Juliuszowi Zającowi i Katarzynie Byłów.
Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich siedmiu dni: Walterowi Chełstowskiemu,Tomaszowi Sosnowskiemu i Bryanowi Europinskiemu.
Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały. Raz jeszcze dziękuję!