Patronite

– Powiem prosto z mostu – przełożony zajął krzesło naprzeciwko, starając się nie patrzeć Wojtkowi w oczy. – Mam złą wiadomość.

– Chcecie mnie spuścić? – Wojtek powiedział to bez większych emocji. Rynek mediów kurczył się nieubłaganie od kilkunastu lat, czyniąc ze zwolnienia raczej nieuchronną perspektywę. Laudański już dawno pogodził się z taką możliwością – nieprzyjemną, ale nie na tyle, by uznawać wyrzucenie z pracy za wielką tragedię. (…).

– Nie, skąd! Za dobry jesteś, by cię oddawać konkurencji – mężczyzna zdjął okulary i zaczął przecierać szkła. – Chodzi o to, że na koniec afgańskiego projektu powinienem ci dać solidną premię. W podziękowaniu za te wszystkie lata dobrej roboty. Naprawdę dobrej…

– Ale nie możesz – Laudański wcale nie spodziewał się jakiejś wielkiej gratyfikacji, ale nie zamierzał tego ujawniać. Udał więc zawiedzionego.

– Mogę dać ci symboliczną premię, jeśli się nie obrazisz.

Wojtek prychnął.

– Głupio mi – zapewnił szef wydawnictwa. – W zeszłym tygodniu rozmawialiśmy o tym na zarządzie, ale dupa blada. Może na wiosnę…

Milczeli przez chwilę.

– Co chcesz teraz robić? – zapytał prezes. – Zostaniesz przy tematyce wojskowej czy myślałeś o czymś innym?

Laudański westchnął.

– Nie mam pojęcia – powiedział, wzruszając ramionami. Spuścił wzrok na blat stolika i przygryzł dolną wargę. – Naprawdę nie wiem – odezwał się po kilku sekundach, czując w głowie ogromną pustkę.

—–

To fragment „(Nie)potrzebnych”, powieści, którą wydałem w 2014 roku, gdy kończyła się dla polskiej armii wojna w Afganistanie. Tytułowi bohaterowie to weterani – przede wszystkim dotkliwie poraniony żołnierz, ale też wspomniany Laudański, dziennikarz, który spędził u podnóża Hindukuszu mnóstwo czasu. Obdarzyłem Wojtka wieloma swoimi cechami i doświadczeniami, cytowany dialog jest drobiazgowym zapisem rozmowy, którą sam odbyłem z ówczesnym szefem. Gorzka to była piguła…

Gdy zaczęła się wojna w Ukrainie, w 2014 roku, przyglądałem się jej z daleka. Pauzowałem po Afganistanie, ale i nie potrafiłem przekonać przełożonych, że TO JEST temat. Odbiwszy się kilka razy od drzwi najwyższej zwierzchności, machnąłem ręką. „Pierdolę…” – uznałem, wychodząc z założenia, że rozwód z wojną dobrze mi zrobi.

Ale ciągnęło. Do tego stopnia, że w którymś momencie rzuciłem urlopowym kwitem i z grupą kolegów pojechałem na wschód Ukrainy „za swoje”. Był przełom stycznia i lutego 2015 roku, pod Debelcewem kotłowało się jak diabli. Reporterskie szczęście (które z „podręcznikowym” szczęściem zwykle niewiele ma wspólnego) znów mnie nie zawiodło. Znów byłem w samym środku wojennej zawieruchy, skąd przywiozłem naprawdę dobre materiały. Gdy je opublikowałem – i spotkały się z szerokim odzewem Czytelników – prezes firmy zwrócił mi koszty podróży i coś tam jeszcze dorzucił.

Później jednak było już tylko pod górkę – zainteresowanie tematem ukraińskim spadało, a wszechobecna w mediach „słupkoza” („musi się klikać!”) sprawiała, że gdy tylko szedłem z pomysłem na delegację, słyszałem: „Marcin, wiem, że napiszesz dobre teksty. Ale one nam oglądalności nie zrobią. Sam wiesz, czego chcą ludzie…”. Wiedziałem. Dzień przed jednym z takich spotkań niemal serwery nam rozwalił ruch sprowokowanym „artykułem” o Dodzie, co to świeciła półgołym tyłkiem przed prezydentem Dudą. Wzdychałem i kombinowałem. Cuda na kiju robiłem, by zdobyć pieniądze na wyjazdy. Nie zawsze się udawało i wtedy znów dokładałem albo jechałem „za swoje”.

Ktoś może spytać – po co? Kto inny stwierdzić, że pasje kosztują. Można się ze mnie śmiać, że dokładałem do działalności, która wiązała się z ryzykowaniem zdrowia i życia. A ja po prostu chciałem robić coś wartościowego. Korespondencja wojenna była dla mnie – funkcyjnego redaktora w wielkim internetowym portalu – „wentylem bezpieczeństwa”. Nadawała pracy sens, leczyła też poczucie winy wynikające z tego, że na co dzień moja firma – jak miażdżąca większość innych redakcji – serwowała Czytelnikom informacyjny ściek. I przez lata takiego funkcjonowania, od ścieku „użytkowników” uzależniła.

—–

Gdy zaczęła się pełnoskalowa inwazja rosji na Ukrainę, od roku już byłem freelancerem. Właściwie to realizowałem plan, zgodnie z którym, docelowo, chciałbym żyć z pisania książek. Kilka miesięcy wcześniej wydałem „Stan wyjątkowy”, pracowałem nad kolejną powieścią, osadzoną w historii alternatywnej (w której III Rzesza wygrywa II wojnę światową). Z nawyku, ale i finansowej konieczności, współpracowałem z jednym z tygodników. Jakoś to wszystko się kręciło – bez fajerwerków, ale przynajmniej z dala od ogłupiającej redakcyjnej codzienności.

24 lutego dostałem cios w splot słoneczny. Znacie mój stosunek do Ukrainy – to on przede wszystkim odpowiadał za mój stan. Lecz było coś jeszcze – nigdy wcześniej nie czułem się tak nieużyteczny. W 2018 roku obiecałem sobie i bliskim, że już nigdy na wojnę nie pojadę. „To co ja mam robić…?” – zastanawiałem się, przeglądając apokaliptyczne newsy zza wschodniej granicy. Napisałem jeden post – korzystając ze znajomości tematu, kontaktów, historii konfliktu – potem drugi, trzeci. Następnego dnia zrobiłem to samo. Zanurzyłem się w ukraińską i rosyjską info-sferę, wypisywałem, wydzwaniałem do znajomych, do ludzi, którzy coś wiedzieli, w czymś mogli pomóc – i przelewałem to wszystko „na papier” (wiecie, że do pisania używam szablonu wiadomości w programie pocztowym? To już wiecie). Posty na Facebooku, wpisy na blogu – tak powstało coś, co jeden z Czytelników określił mianem „Ogdowski daily”. Ależ mi się ta fraza spodobała…

Chwyciło. Grono Czytelników wzrosło, liczba i jakość interakcji – tych wszystkich merytorycznych komentarzy i opinii – złożyły się na istotną wartość dodaną. A ja znów miałem – i mam! – poczucie, że robię coś wartościowego.

I zamierzam robić to dalej. Bez presji innej niż czas (z którą jestem zaprzyjaźniony), bez dręczącej myśli, że zaniedbuję inne obowiązki, bez „dobrych rad” typu: „ale znajdź jakiś inny temat, bo Ukraina już ludzi nie interesuje. Od wojska też pozwól im odpocząć”. Poznałem „DNA wojny”, specjalizuję się w polityce obronnej, rzucam na to wszystko refleksję socjologiczną; wiem, że na dłuższą metę nie jest to oferta dla masowego Czytelnika, ale dla osób z mojej społeczności już owszem. Będą więc kolejne artykuły, będzie książka, potem zapewne następna (chciałbym dokończyć wspomnianą powieść), na poważnie rozważam pracę głosem i obrazem. Ale potrzebuję w tym Waszej pomocy, Was jako Patronów. Tych, którzy chcą mnie wspierać sporadycznie, zachęcam do dalszego wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite. Pięknie dziękuję za wszystkie donacje i obiecuję (słowami jednego z moich dobrych kolegów): będzie furczeć!

Kraków, listopad 2022

Aby wesprzeć moją działalność za pośrednictwem subskrypcji na Patronite kliknij w widżet poniżej:

Wspieraj Autora na Patronite

Ubytki

Dziś będzie o żałobie i ubytkach w społecznej tkance.

Mój dobry znajomy z Ukrainy stracił w Donbasie córkę. Poległa latem, była ochotniczką, która przed lutym tego roku ani myślała zakładać mundur. Iść śladem ojca, zawodowego żołnierza. „Nie zabijam ich bezpośrednio, ale przykładam do tego ręce. I tylko to, zemsta na okupantach, nadaje teraz mojemu życiu sens”, przyznał niedawno ów oficer. „Nie wiem, co będzie, gdy skończy się wojna…”, dodał.

—–

Znam wiele osób, które straciły na wojnie kogoś bliskiego. Rozmawiałem kiedyś z ojcem Sylwestra, spadochroniarza poległego w Iraku w 2004 roku, zapalonego rowerzysty.

– Na swój ostatni rower wydał sześć tysięcy złotych, wtedy to była masa pieniędzy – mówił ojciec poległego. – A i tak godzinami siedział w piwnicy, dorabiał, przerabiał, coś tam ulepszał. Skończył techniku mechaniczne, więc miał smykałkę do takiej roboty. Przed wyjazdem do Iraku zamówił nawet specjalną ramę, kolejne dwa tysiące na to wydał. Przyszła już po jego śmierci…

– Niechciana pamiątka po hobby syna.

– Wie pan – mężczyzna uśmiechnął się lekko. – Sylwek, zanim pojechał, położył ten swój rower na szafie. Zdjąłem go tylko raz, wziąłem na cmentarz i zrobiłem zdjęcie przy grobie. A potem odłożyłem na miejsce. Leżał tam, w jego pokoju, przez dwanaście lat. Nie miałem odwagi, by cokolwiek z nimi zrobić.

Mama Grzegorza – który zginął razem z Sylwestrem – przyznała z kolei:

– W domu mamy taki ołtarzyk, gdzie palimy świeczki, kładziemy kwiaty. I żyjemy dalej, uznając, że tak widocznie musiało być – mówiła dwanaście lat po utracie syna. Sprawiała wrażenie pogodzonej z rzeczywistością, lecz gdy poprosiłem o zdjęcia (które zamierzałem wykorzystać we wspominkowym artykule), rozpadła się na kawałki. Dowody dorastania, w połączeniu ze świadomością, że nie będzie już ciągu dalszego, zwróciły ból i wywołały łzy.

Rodzice Marcina – sapera poległego w Afganistanie – podporządkowali życie pielęgnowaniu pamięci o synu. Stał się on miejscowym bohaterem, jego grób regularnie odwiedzają uczniowie i harcerze. Przyjeżdżają wojskowe delegacje i weterani, a raz do roku – w rocznicę śmierci – koledzy z feralnego patrolu.

– Trwamy od jednej takiej wizyty do drugiej – usłyszałem kiedyś.

Żona zabitego przez irackich rebeliantów żołnierza nie chciała być wdową. Wyszła ponownie za mąż, została matką.

– Wspomnienia z tamtego życia są coraz mniej wyraźne, odchodzą – opowiadała mi przed laty. – Żegnam się z nimi stopniowo, tak jak kiedyś, powoli, żegnałam się z nienawiścią do ludzi, którzy zabili mi ukochanego mężczyznę.

—–

Są różne miary wojennych spustoszeń – jedna z nich dotyczy traumy. Da się ją nawet chwycić w statystyki. Z dotychczasowej praktyki medycznej wynika, że stres pourazowy dotyka średnio jedną czwartą posłanych na wojnę mundurowych. Mierzą się z nim również rodziny poległych i ciężej rannych. Wiemy, że jest chorobą rozszerzoną – że jej skutki (w postaci przemocy, alkoholizmu, rozpadu więzi rodzinnych) doskwierają też najbliższym żołnierza. Z danych ministerstwa obrony wynika, że przez misje w Iraku i Afganistanie przewinęło się 50 tys. naszych wojskowych – poległo 66, poważne rany odniosło około 300. Na tej podstawie możemy oszacować (przy całej świadomości ułomności metody), że trauma będąca efektem udziału Polski w obu tych wojnach dotyczy kilkudziesięciu tysięcy osób. Małego miasteczka. Problem społeczny? W szerszej skali nie.

Tymczasem między 2014 a początkiem 2022 roku przez front w Donbasie przewinęło się ponad 400 tys. Ukraińców. Od lutego ta liczba została co najmniej podwojona, niewykluczone, że doszła już do miliona. Każda kolejna rotacja na linii frontu – następująca w rytmie co dwa-trzy tygodnie – to kolejne tysiące przyszłych weteranów. I ofiar PTSD.

A przecież trauma nie ograniczy się tylko do wojskowych i ich rodzin. Nie jest tak, że jedynym naturalnym żerowiskiem pozostaną bliscy kilkudziesięciu tysięcy poległych i zabitych (na dziś jest to ok. 80 tys. Ukraińców – 30 tys. mundurowych, 50 tys. osób cywilnych). Trauma rozpleni się pośród setek tysięcy cywilów, którzy znaleźli się w potrzasku w rejonach walk. Upomni się o swoje w wielomilionowej masie mieszkańców miast narażonych na ataki rakietowe. Dopadnie część spośród przymusowych uchodźców.

To już nie będzie „małe miasteczko”, a „kawał kraju”. Problem społeczny w skali makro.

—–

„Boję się, że odejdą najlepsi”, martwi się Czytelniczka, Polka, żyjąca między Kijowem a Warszawą. Chodzi jej o straty pośród personelu wojskowego, „ubytki w społecznej tkance, odczuwalne przez następne dekady”, jak sama pisze. „Zdolni do kontrolowanej przemocy, a jednocześnie moralnie poukładani i troskliwi. Na razie, nawet z wojną w tle, to oni nadają wszystkiemu ton. A chamy i trutnie nie śmią im podskakiwać. Mierzą do wzorca, zamiast bezczelnie promować swoją nicość”.

Nie podzielam tego pesymizmu. Bo oczywiście, zginęło i jeszcze zginie mnóstwo wartościowych ludzi. Z perspektywy ich rodzin to straty nie do powetowania, z poziomu lokalnych społeczności czy grup zawodowych – podobnie. Ale musimy pamiętać, że sytuacje graniczne – jak wojna – tworzą też „nowych ludzi”. To zbanalizowany przez literaturę fakt, ale fakt. To, jakie cechy tej nowej jakości wezmą górę, zależy od tego, jak skończy się wojna. Pozostańmy przy żołnierzach. Czy będą skazani na pofrontową zgorzkniałość czy porwie ich optymizm odbudowy? Czy Ukraina podzieli los Niemiec po I wojnie światowej, gdzie tłumy zdemobilizowanych mężczyzn stały się bazą dla niebezpiecznej ideologii, czy dajmy na to USA po II wojnie, gdzie weterani rzucili się do życia, generując nieprawdopodobny wzrost gospodarczy i skok demograficzny?

Prawdę mówiąc, niewiele tu zależy od Ukrainy, a od Zachodu – od tego, czy ją porzuci czy pomoże stanąć na nogi.

Jak na razie pozostaję optymistą.

—–

Nz. Ściana z wizerunkami poległych ukraińskich żołnierzy/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Łagodniejemy

Jeszcze na fali „Na zachodzie bez zmian”…

Mężczyzna ze zdjęcia ma moje oczy, mój nos, moje usta, moje kości policzkowe. Można więc przyjąć, że tak wyglądałbym w mundurze, gdybym urodził się pod koniec XIX wieku.

To mój pradziad, żołnierz armii niemieckiej, zmobilizowany w czasie I wojny światowej, wysłany na front zachodni. Odznaczony Żelaznym Krzyżem, ciężko ranny, zdaje się, że nad Sommą. Mimo poważnych obrażeń nie wrócił do domu przed końcem walk. Aż do listopada 1918 roku służył w oddziałach pogrzebowych – zwoził trupy z bitewnych pól.

Wiele dekad później jego córka opowiadała mi zasłyszane od ojca historie. Jedna z nich utkwiła szczególnie w mojej pamięci. Pradziad powoził i czasem, spod sterty ciał rzuconych na wóz, dochodziły go ludzkie jęki – gdy wzięty za zabitego żołnierz nagle odzyskiwał przytomność. Zwalało się wtedy wszystkie trupy, by wyciągnąć jęczącego. Czasem w ten sposób ratowano stracone już, zdawałoby się, człowiecze istnienie.

Jeden z takich cudem ocalonych został pradziadowym przyjacielem – wiele, wiele lat później żegnał go na pogrzebie, dziękując za dar długiego życia. Spędzonego nie tak jak mój przodek, w Polsce, ale w Niemczech.

Rozpalała ta historia moją wyobraźnię. Utwierdzała w przekonaniu, że prawdziwą męską przyjaźń (taką nierozerwalną mimo granic i odległości) można znaleźć tylko na wojnie. Rosła więc wojna w moich oczach – koszmar zmieniał się w tło, na pierwszy plan wybijało się to, co dobre.

—–

Doświadczenie wojny wyprało mnie z tej chłopięcej naiwności. O czym wspominam, bo obserwuję dyskusje wywołane kolejną filmową adaptacją książki Remarque’a, których wspólnym mianownikiem są rozważanie o etycznej naturze wojennego zabijania. Jakże aktualne dziś, gdy Ukraińcy bronią się przed rosyjską agresją.

Dla mnie wojna jest zawsze zła, choć bywają sytuacje – jak wojna obronna – że jest to po prostu konieczność. Jest zła nie tylko dlatego, że wiąże się z odbieraniem życia. Jest zła także poprzez psychiczne i społeczne skutki dla tych, którzy to życie odbierają. I dla ich bliskich. Fenomen PTSD, choroby rozszerzonej, jest dobrze opisany, nie będę się więc w tym temacie doktoryzował.

A przecież wojna to też materialna destrukcja, zagłada flory i fauny. Jest w pierwszych scenach „Na zachodzie…” przebitka z lisiej nory, gdzie młode tulą się do matki. W szerszym planie widzimy wspaniały las, a potem… a potem już zrujnowane pobojowisko, ze stertami trupów po horyzont. Żaden lis (wilk, dzik, sarna, jeleń, ptak) nie mógł przeżyć hekatomby, jaką na okolicę sprowadzili ludzie. Dość wspomnieć coś, co ewidencjonowano – śmierć wielu milionów używanych przez armie koni.

Jest więc wojna zła, a pacyfizm naturalnym pragnieniem eliminacji tegoż zła. Bo pomijając już elementy etyczne, a więc kulturowe i zmienne, na samym końcu (albo początku) mamy cierpienie. Ból.

—–

Choć zadawanie bólu leży w naturze człowieka, od wieków robimy wiele, by ów instynkt ograniczyć, przytępić, skanalizować go w inne formy aktywności. I idzie nam to naprawdę nieźle.

„Okrucieństwo jako rozrywka, ofiary ludzkie dla dogodzenia przesądom, niewolnictwo jako metoda zaoszczędzenia sobie pracy, podbój jako misja rządu, ludobójstwo jako sposób na zdobycie terytorium, tortury i okaleczenia jako rutynowa kara, wyroki śmierci za drobne wykroczenia i różnice zdań, zabójstwo jako mechanizm sukcesji politycznej, gwałty jako łup wojenny, pogromy jako ujście frustracji, morderstwo jako najważniejsza forma rozwiązywania konfliktów – wszystko to było normalnymi cechami życia społecznego przez większość historii ludzkości. Dzisiaj jednak są rzadkie lub nieistniejące na Zachodzie, znacznie mniej powszechne niż dawniej w innych częściach świata, ukrywane, kiedy się zdarzają, i powszechnie potępiane, kiedy wydostają się na światło dzienne” – pisze Steven Pinker w eseju pt.: „Historia przemocy”.

Psycholog powołuje się na badania archeologów, z których wynika, że szkielety naszych przodków nad wyraz często noszą ślady brutalnych razów. Rozprawiając się z mitem łagodnego dzikusa przekonuje, że odsetek śmierci na skutek rozmaitych form przemocy był w grupach plemiennych znacznie wyższy niż we współczesnych społeczeństwach. Przywołując akta sądowe, pieczołowicie prowadzone od późnego średniowiecza do dziś, Pinker udowadnia systematyczny spadek najcięższych przestępstw w krajach Europy Zachodniej. Przykładem niech będzie Anglia z 24 morderstwami na 100 tys. ludzi w XIV wieku i odsetkiem rzędu 0,6 morderstwa na 100 tys. osób na początku lat 60. XX wieku. Inny słowy, łagodniejemy.

Skąd zatem nasze przekonanie o powszechności i rosnącej skali przemocy? Rzecz w tym, że rozmiary wojen i wszelkiej maści waśni odnotowujemy w liczbach rzeczywistych. A te, wraz ze wzrostem liczebności ludzkiej populacji, były na przestrzeni tysięcy lat historii naszego gatunku coraz wyższe. Ale, jak pisze Pinker, „gdyby w wojnach XX w. zginęła taka sama część populacji, jaka ginie w wojnach typowej społeczności plemiennej, liczba zabitych wynosiłaby dwa miliardy, nie zaś 100 mln”.

Nasze mylne wyobrażenia na temat skali przemocy wynikają również z czego innego. Tak naprawdę wojną jest dzisiaj objęty zaledwie skrawek świata – do gigantycznych rozmiarów rozrasta się ona w rzeczywistości wirtualnej. A to właśnie ta rzeczywistość, za sprawą wszechobecnych mediów, decyduje o tym, jak postrzegamy świat. Wojna jest wszędzie – przede wszystkim w Internecie, ale też w radio czy w telewizji. Wystarczy ruch palcem, myszką czy pilotem i już widzimy wstrząsające obrazy z samego centrum kolejnego dramatu. Stąd iluzja coraz powszechniejszej przemocy.

—–

Stąd nasze lęki, że kolejny światowy konflikt przyniesie śmierć setek milionów ludzi. A przecież wcale tak być nie musi – i zapewne nie będzie.

Kluczowa jest tu skuteczność broni. W czasach nowożytnych, gdy starcie nie ma już charakteru walki wręcz, oznacza ona przede wszystkim celność. „Gdy celność zawodzi – pisze politolog George Friedman w książce „Następne sto lat” – jedynym rozwiązaniem jest nasycenie pola bitwy kulami, pociskami i bombami. To oznacza, że potrzebne są ogromne masy broni, co z kolei wymaga ogromnych mas żołnierzy. Masy żołnierzy potrzebują ogromnych ilości zaopatrzenia, od żywności do amunicji. To wymaga ogromnej liczby ludzi, którzy dostarczają zaopatrzenie, i mas robotników, którzy je produkują”.

„W XX stuleciu prowadzenie wojny wymagało takiego wysiłku, że nic oprócz całkowitej mobilizacji społeczeństwa nie mogło zapewnić zwycięstwa. Wojna polegała na tym, że jedno społeczeństwo zmagało się z drugim. Zwycięstwo zależało od zdruzgotania społeczeństwa przeciwnika, zniszczenia jego ludności i infrastruktury do tego stopnia, aby nie mógł już produkować mas uzbrojenia ani wystawiać ogromnych armii” – przekonuje autor „Następnych stu lat…”.

Wobec takiej perspektywy każda ze stron konfliktu kalkulowała, jak zminimalizować koszty i ryzyko strat własnych. Odpowiedzią na to pytanie była bomba atomowa – jak zauważa Friedman, zupełnie nowa jakość w sensie technicznym, jednak pod względem militarnym będąca kontynuacją rozwijanego przez stulecia sposobu prowadzenia wojny na wyniszczenie przeciwnika.

Tyle że bomba przyniosła ryzyko całkowitego zniszczenia Ziemi, wojny bez zwycięzcy. Dlatego jej przydatność nie sprowadza się do korzyści z użycia, ale do korzyści z posiadania. Co z kolei wymusiło, wciąż wymusza, udoskonalanie broni konwencjonalnej. Jej celności. Tym istotniejszej w dobie poważnych przemian demograficznych. Jak zauważa Friedman: „wraz ze starzeniem się społeczeństw i spadkiem liczby ludności utrzymywanie masowych sił zbrojnych stanie się trudne albo wręcz niemożliwe”. Pośrednim skutkiem będzie – już jest – zjawisko „kurczenia się” wojny. Precyzja pozwala na to, by nie obracać w perzynę całych miast, żeby zniszczyć jeden budynek. Zobaczcie, co się stało po wystrzeleniu przez Ukraińców zaledwie kilku tysięcy precyzyjnych rakiet z wyrzutni HIMARS – był to cios, który rzucił na kolana rosyjską armię. Z drugiej strony mamy coś, co nie współgra z odmalowaną wizją – masowe ostrzały artyleryjskie ukraińskich miast. Spójrzmy jednak szerzej – rosjanie broni atomowej nie używają. Problemy demograficzne sprawiają, że walczą ograniczonym kontyngentem. Niedorozwój technologiczny zmusza ich do zastępowania precyzji masą, ale i tu mamy do czynienia z ograniczonym charakterem działań. To nie jest wojna totalna i zapewne nie będzie, bo taka – mówiąc kolokwialnie – nie mieści się już ludziom w głowach. I nie-mieścić się będzie coraz bardziej.

—–

Nie wiem, czy na końcu tego procesu zobaczymy świat bez wojen – pewnie nie – ale wektor jest od wieków niezmienny. By go podtrzymać, musimy nieustannie dbać o równowagę między dwoma przeciwstawnymi prądami w kulturze – pacyfizmem vs. gloryfikacją, heroizacją wojny. Ten drugi należy sekować – nie wychowywać młodzieży w duchu „jak to na wojence fajnie”. Ale też nie można z tym przesadzić, bo tak długo, jak gdzieś tam będą ci źli, tak długo musimy mieć ludzi gotowych się bić.

Sto lat temu szokowały nas miliony zabitych, dziś są to dziesiątki tysięcy, za pięćdziesiąt lat najpewniej tysiące, a potem może wystarczy nam, że będą się za nas „zabijać” maszyny. Biorąc pod uwagę kierunek, w jakim zmierza nasza wrażliwość, kierunek, w jakim idzie technologia (to nieustające pragnienie stworzenia sztucznej inteligencji), zapewne dokona się antropomorfizacja maszyn, a ich śmierć będzie równie zła, jak zła jest dziś śmierć człowieka. Ale to już zupełnie inna historia…

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Wytrwają?

– Lód u nas twardy jak chuj – umorusany ukraiński żołnierz zaśmiał się rubasznie. – Nie tak łatwo go skruszyć.

Odwzajemniłem uśmiech. Staliśmy na brzegu jeziora, przy którym zbudowano umocnienia. Tuż obok nas – w miejscu, gdzie zbiornik zwężał się do kilkunastu metrów – znajdował się most, będący częścią tak zwanej „drogi życia”. Prowadzącej na północ szosy, łączącej nieodległe Debalcewe z zasadniczym terytorium Ukrainy. Na zachodzie, południu i wschodzie rozciągały się pozycje rebeliantów i rosjan, których artyleria grzmiała teraz złowrogo.

Lód rzeczywiście był twardy. Dopiero seria kilku rakiet, które upadły obok siebie, skruszyła zamarzniętą skorupę. A i tak krater sprawiał niepozorne wrażenie – aż trudno było uwierzyć, że stworzyły go siejące spustoszenie Grady.

– Lód twardy jak chuj – powtórzył żołnierz. – Jak my – dodał.

Skrzywiłem usta i nic nie powiedziałem. A kilkadziesiąt minut później – gdy na posterunku zjawiła się kolejna zmiana – zapytałem jednego z wojskowych:

– Wytrzymacie?

– Widzisz brat, zmobilizowali nas na wiosnę, mają zwolnić w marcu, może kwietniu – żołnierz imieniem Walery westchnął głośno. – To jeszcze parę tygodni, a my jesteśmy tak bardzo zmęczeni…

Działo się to zimą 2015 roku. Czym innym była wówczas ukraińska armia, inne też było ukraińskie państwo. Słabsze, dużo słabsze.

Lecz obawy związane z tym, ile Ukraina i jej siły zbrojne jeszcze wytrwają, obecne są i dziś, a w ostatnim czasie – sądząc także po Waszych komentarzach – jest ich coraz więcej. „Bo ileż można…?”, konstatujecie ze smutkiem.

Nie znam konkretnej odpowiedzi na to pytanie. Odwołując się do swojej wiedzy i doświadczenia mogę tylko stwierdzić, że straty na poziomie 30 tys. zabitych, 60 tys. rannych – jakkolwiek są znaczące – nie powinny zagrozić dalszemu funkcjonowaniu ukraińskiej armii. We wszystkich formacjach mundurowych służy tam niemal milion ludzi, mówimy zatem o utracie 10 proc. personelu. To nie jest poziom, przy którym winny się odpalić „czerwone lampki”, o początkach zapaści moglibyśmy mówić, gdyby straty były trzykrotnie wyższe. Gwoli ciekawostki, gdy Polacy ruszali do Iraku w 2003 roku, przygotowujący założenia operacji gen. Mieczysław Cieniuch, założył straty na poziomie 2,5 proc. – w misji formalnie stabilizacyjnej, którą zresztą przez większość czasu była. W Ukrainie tymczasem mamy do czynienia z pełnoskalową wojną.

Co istotne, ukraińskie dowództwo wyciągnęło wnioski z doświadczeń na Donbasie. Nie ma mowy o trzymaniu miesiącami żołnierzy na pierwszej linii. Co do zasady obowiązuje mechanizm rotacji – oddziały wymieniają się co kilka tygodni. To jedna z zasadniczych przewag armii ukraińskiej nad rosyjską – ta druga walczy tak źle także dlatego, że zbyt wielu żołnierzy tkwi na froncie po trzy-cztery miesiące. A przy takim natężeniu walk to niszczące dla psychiki.

Więc jeśli pytacie mnie o perspektywy ukraińskiego oporu… – sądzę, że podwładni gen. Załużnego jeszcze długo będą w stanie nie tylko podejmować zbrojny opór, ale też kontynuować działania zaczepne. Nie czynnik ludzki mnie martwi, a materiałowy. I, umownie rzecz ujmując, polityczny.

Lecz rzeczywistość daje nadzieję. Spójrzmy bowiem na kwestię irańskich bieda-dronów. Szahidy miały zasypać Ukrainę, najpierw kluczowe elementy systemu obronnego, później infrastrukturę. I co? I podziały się ciekawe historie, w efekcie których dronów wcale już tak dużo nie przylatuje, a w ostatnim czasie trzy czwarte z nich zostaje strąconych. Ukraińcy nauczyli się z Szahidami walczyć, to raz. Pomogły w tym informacje wywiadowcze z Izraela, który był pierwotnym celem irańskich maszyn, i który – z typową dla siebie zapobiegliwością – rozpracował możliwości tej broni; to dwa. Trzy, Zachód zintensyfikował dostawy nowoczesnych systemów przeciwlotniczych, ba, nawet Izrael – choć milczy jak grób – posłał do Ukrainy dedykowane do strącania dronów zestawy. Cztery, rosjanie mają kłopot z kolejnymi dostawami Szahidów – i tu znów kłania się Izrael, który przeflancował montownię tego badziewia w Syrii. Dlaczego w Syrii?, spytacie. Ano Szahidy szły do rosji przez Syrię właśnie. Moskwa obsesyjnie zaprzecza, że bierze drony od Iranu – Szahidy mają być rosyjskiej produkcji. Powody są dwa – prestiżowy (no jak to, wielka rosja kupuje broń w Iranie…?) oraz prawny, tego typu zakupy są bowiem złamaniem embarga narzuconego Teheranowi. No więc nic z Iranu bezpośrednio do rosyjskiej armii nie trafiało, ale przez Syrię – do której rosja utrzymuje most powietrzny, a gdzie Irańczycy panoszą się jak u siebie – to i owszem. Do czasu, aż do gry weszło (w zeszłym tygodniu) izraelskie lotnictwo. I zniszczyło 80 proc. irańskiej infrastruktury wojskowej w Syrii.

Wróćmy do wyliczanki i punktu numer pięć – kilkanaście dni temu Ukraińcy zabili irańskich instruktorów, szkolących rosyjskich operatorów. Śniadolicych panów trafiła rakieta; w precyzji ostrzału zapewne również maczali palce Żydzi, którzy speców od ajatollaha starają się nie spuszczać z oczu. A już z pewnością to Mossad zabił przedwczoraj dwóch irańskich oficerów odpowiedzialnych za dostawy Szahidów do rosji (panowie zginęli w Iranie, zastrzeleni przez „nieznanych sprawców”).

Tak oto irańskie drony przestają być rosyjskim atutem w wojnie z Ukrainą. W czym pomagają także zewnętrzni gracze. Póki Ukraińcy mają takich sojuszników – dzielących się sprzętem, know-how i danymi wywiadowczymi, czasem też robiących coś ekstra – póty wytrzymają. I pokonają to ruskie zło, które wbrew utartym schematom, wcale nie jest twarde jak… lód.

—–

Nz. Wspomniane jezioro i krater. No i mój rozmówca od twardego lodu/fot. własne

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Pomniki

Zrobiłem kiedyś raban (bardzo skuteczny), gdy natknąłem się na zaniedbany cmentarz wojskowy, gdzie leżeli czerwonoarmiści. I dziś zrobiłbym dokładnie to samo, choć moje przekonanie o rosji jako złu tego świata zostało zwielokrotnione po 24 lutego. Zrobiłbym z dwóch powodów: po pierwsze, bo chodziło o groby. Minąłem się z religią o wiele przecznic, ale bliska jest mi idea sacrum w odniesieniu do ludzkich szczątek. Nic w tym wyjątkowego, mówimy bowiem o kulturowym powszechniku, zdefiniowanym jako powinność – jedna z tych, która „czyni nas ludźmi”. Tym bardziej więc czułbym się zobligowany. Po drugie zaś, w tym konkretnym przypadku – nekropolii w podtoruńskich Glinkach – były to groby jeńców. Bestialsko zamordowanych przez Niemców. Jako dzieciak chodziłem po fortach, w których trzymano tych więźniów. Oglądałem ich rysunki na ścianach, uczyłem się rosyjskiego na notatkach i napisach tam zostawionych. Kiedyś zerwałem fragment otynkowania; nie mam pojęcia dlaczego. Kruchy dowód czyjejś historii zmienił się w proszek i pył. A mnie poraziło – poczułem, że krzywdzę jakiegoś Saszę czy Aloszę. Pozbawiam go istnienia. I właśnie ten lęk, niechęć przed wtórną wiktymizacją, nie pozwoliły i nie pozwoliłyby mi przejść do porządku dziennego nad bezczeszczeniem sowieckich grobów.

Ale moje „nie” nie obejmuje pomników – monumentów poświęconych armii czerwonej. Pierwotna symboliczna funkcja tych obiektów – wyrazów wdzięczności za pokonanie nazistów – uległa zatarciu. Od wielu lat stanowią one jedynie dowód dawnej dominacji. Mają przypominać Polakom o ich podległości wobec rosjan. rosja ma swoich poległych w dupie; do dziś nie pogrzebała w godny sposób milionów własnych obywateli, których szczątki walają się na obszarach postsowietu, gdzie toczyły się drugowojenne boje. Dbałość o „pamięć” jest przez Moskwę okazywana wyłącznie w specyficznych okolicznościach – gdy tyczy się podbitych niegdyś terytoriów. Wtedy „naszych grobów i pomników ani rusz!”. Grobów zgoda (choć znam rosyjskie motywy, przepraszam za każdy wjazd koparą na miejsca pochówku). Ale pomniki out! Wszystkie – a zostało ich w Polsce jeszcze ponad 30. Po prawdzie to wstyd, że gdy rosja znów morduje, w naszej przestrzeni symbolicznej hołubi się jej militarne atrybuty…

Chyba że zmienimy te monumenty w taki sposób, jak Czesi; wtedy część z nich może zostać…

—–

Nz. Uporządkowany już cmentarz w podtoruńskich Glinkach/fot. UG Wielka Nieszawka

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to