Godzina

Mam dwóch kolegów-żołnierzy Wojska Polskiego, którzy szybkiej ewakuacji medycznej zawdzięczają życie. Jednego ranił odłamek granatu, podczas starcia z talibami w afgańskiej wiosce. Drugi „zaliczył” minę-pułapkę, która eksplodowała pod Rosomakiem. Obydwaj są dziś w pełni sprawni, nadal służą w armii.

Znam co najmniej kilkunastu okaleczonych mężczyzn – weteranów misji w Iraku i Afganistanie – którzy nie mieli tyle szczęścia. Potracili ręce, nogi, ponieśli inne urazy. Różnie radzą sobie z niepełnosprawnością, ale żyją – bo w porę dowieziono ich do „czołówek chirurgicznych”. Niechciane kalectwo stało się powodem samobójczej śmierci dwóch moich znajomych w mundurach, lecz ci, którzy wybrali życie, cieszą się każdym jego dniem. A wraz z nimi cieszą się ich rodziny.

Wiosną 2017 roku poznałem „Niezniszczalnego”. Dostaliśmy wspólny pokój w szpitalu weteranów, gdzie Wojtek był częstym gościem. Rehabilitował się po urazie sprzed lat, z czasów misji w byłej Jugosławii. Granat-pułapka wybuchł mu w twarz, lekarze dawali „Niezniszczalnemu” jeden procent szans na przeżycie. Byłoby tego jeszcze mniej, gdyby nie śmigłowiec ewakuacji medycznej amerykańskiej armii.

Tych „śmigieł” bardzo brakowało w ugandyjskim Midigo, gdzie docierały ofiary wojen z pobliskiego Sudanu Południowego i Demokratycznej Republiki Kongo. Miejscowy szpital miał na wyposażeniu kilka motocykli; nie dało się nimi wozić pacjentów w ciężki stanie. Ale tam – po prawdziwe – w ogóle niewiele dało się zrobić, bo większość wymagających opieki medycznej uchodźców po prostu umierała z głodu.

Umierało wielu, zbyt wielu, ukraińskich żołnierzy, wysłanych na Donbas w 2014 roku. Z czasów walk na przyczółku debalcewskim pamiętam szpital w Selidowie, który miał obsłużyć rannych. A w którym nie było bieżącej wody i do którego zwoził ofiary zdezelowany ambulans. Pokonanie 60 km w obie strony zajmowało mu dwie godziny.

Tymczasem w ratownictwie medycznym liczy się tak zwana złota godzina, w trakcie której ranny winien trafić na stół. Wtedy ma ogromne szanse nie tylko przeżyć, ale i uratować poddane obrażeniom części ciała. Amerykanie jeszcze podczas wojny w Korei zorientowali się, że nie ma lepszego sposobu, jak budowanie „medevacu” w oparciu o śmigłowce. Stacjonujące na teatrze działań na tyle gęsto, by niezależnie od miejsca ranienia żołnierza/żołnierzy, dotrzymać rygoru złotej godziny. Wojna w Wietnamie była wielkim sprawdzianem tej koncepcji, a afgańska jej najdoskonalszą organizacyjną postacią. Pod Hindukuszem na jednego poległego żołnierza zachodniej koalicji przypadało siedmiu rannych, a spośród rannych przeżywało 8 na 10 wojskowych. Tak dobrze (jakkolwiek to brzmi…) jeszcze w historii wojen nie było. Środki ochrony osobistej i szybka ewakuacja – oto najważniejsze tajemnice sukcesu.

Armia ukraińska jest dziś dobrze wyekwipowana – znacznie lepiej niż rosyjska. Jej żołnierze przechodzą szkolenia medyczne, zbudowano od podstaw system taktycznego ratownictwa. Zaplecze szpitalne – zwłaszcza na głębokich tyłach – trzyma bardzo przyzwoite standardy. Przyżywalność rannych pozostaje na poziomie 70 proc. (u rosjan nie przekracza 50), lecz wielu poszkodowanych zostaje kalekami. Nie znam dokładnych danych, lecz wiem, że wskaźnik amputacji jest bardzo wysoki.

Mógłby być niższy, gdyby żołnierze szybciej trafiali do szpitali. Ukraiński „medevac” nie jest tak efektywny jak zachodni, przede wszystkim z powodu braku odpowiedniej liczby maszyn. O czym wspominam, bo możemy pomóc. Fundacja Widowisk Masowych organizuje zbiórkę na zakup śmigłowców ewakuacji medycznej dla ukraińskiej armii. Oto link z prośbą o wsparcie i udostępnianie informacji.

—–

Nz. Ewakuacja medyczna rannego polskiego żołnierza, Afganistan, 2012 rok/fot. z archiwum blogu zAfganistanu.pl

Szczekanie

Spieszmy się poznawać rosyjskie straszaki, tak szybko się zmieniają. Jeszcze w piątek mowa była o rozlaniu Dniepru i skumulowanej katastrofie powodziowo-energetycznej. W niedzielę na tapet trafiła „brudna bomba” – ładunek, którego celem jest rozsianie substancji radioaktywnych, zainicjowane eksplozją klasycznego materiału wybuchowego. Tak jak w przypadku zapory, tak i tu miałby to być skutek działań samych Ukraińców, którzy następnie zwaliliby winę na rosjan. Oczywiście byłoby na odwrót, niemniej Moskwa – w swojej ocenie – zyskałaby pretekst do oskarżeń Ukrainy o działalność terrorystyczną. A kto zechciałby pomagać terrorystom? Podobnie jak z tamą w Kachowce, skutki wybuchu „brudnej bomby” dałoby się też wykorzystać w czysto militarny sposób. Tak jak wielka woda na jakiś czas powstrzymałaby presję ukraińskich wojsk na południu, tak eksplozja „wyłączyłaby z użycia” wybrany na jej miejsce teren. A raczej nie byłoby to oddalone od strefy walk miasto (rosjanie nie są aż tak nierozsądni, by prowokować adekwatną ukraińską zemstę), a odcinek frontu, na którym wybitnie nie wiedzie się armii Surowikina.

Tyle że owa „brudna bomba” została rozbrojona zanim jeszcze jej użyto. Niedzielne telefony ministra szojgu, „zaniepokojonego ukraińskimi planami”, do swych odpowiedników na Zachodzie, spotkały się z właściwą rekcją. „Ty nam tu siergiej kitu nie wciskaj, bo my dobrze wiemy, że Ukraińcom takie rzeczy nie w głowie. A jeśli wy coś wykombinujecie, to naprawdę pożałujecie…” – tak mniej więcej brzmiały słowa, jakie usłyszał szef rosyjskiego MON (ubrane toto w język dyplomacji można przeczytać we wspólnym komunikacie szefów resortów obrony USA, Wielkiej Brytanii i Francji). Idę o zakład, że „brudna bomba” zejdzie za chwilę na odległy plan. Tak jak zeszła Kachowka, a wcześniej taktyczna broń jądrowa. Zauważyliście, że kremliny zarzuciły już narrację dotyczącą gróźb użycia atomówek? Jeszcze kilkanaście dni temu – wprost czy naokoło – bombardowano zachodnie opinie publiczne dzikimi scenariuszami jądrowej eskalacji. „rosja ma głowice…”, przypominali mniej lub bardziej „zatroskani”, co widać było także w naszym medialnym dyskursie. I co? I jak ręką uciął. Temat przepadł, choć w tym samym czasie NATO przeprowadziło spektakularne ćwiczenia z zakresu reagowania na jądrowe zagrożenia. B-52 hulały nad Europą, a Moskwa siedziała jak mysz pod miotłą. A mogłaby – wzorem dawnych zachowań – poprężyć muskuły. Tylko z czym do ludu? „Użyjecie w Ukrainie taktycznej broni jądrowej, zniszczymy wam armię ekspedycyjną i zatopimy flotę czarnomorską. Chętni?” – zapytano rosjan bez żadnego owijania w bawełnę.

I właśnie tak to działa. Język siły jest jedynym, jaki rozumieją w Moskwie. Gdy stoją za nim realne atuty – jak miażdżąca technologiczna przewaga NATO – ruskim pozostaje „szczekać dla kurażu”. By samych siebie, i domowników przekonać, jacy to jesteśmy groźni. A karawana i tak idzie dalej.

—–

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Terminacja

Żeby Wam nie umknęło – dziś nad ranem zaczął się dziewiąty miesiąc trzydniowej operacji specjalnej geniusza geopolityki władimira putina. Pan Arnold ze zdjęcia u dołu – szerzej znany jako Terminator – dobrze wie, jak to się skończy…

A propos terminatorów – te ruskie, ciężkie bojowe wozy wsparcia, okazały się kompletnie nieprzydatne na współczesnym polu walki. Po kilkunastu dniach używania na froncie, cichcem wycofano je do rosji. A miały być niczym T-1000 z „Dnia sądu” – niemal niezniszczalne i do bólu skuteczne. Jak wszystkie inne „anałogi w miru niet”.

I jak cała rosyjska armia, po ośmiu miesiącach orki mniejsza o 120 tys. trupów, rannych, zaginionych i wziętych do niewoli – dwie trzecie tego, co pierwotnie posłano do akcji. Miała być denazyfikacja i jest denazyfikacja. Cytując Sarah Connor: „You’re terminated, fucker”

Fot. Selfiak Arnolda Schwarzeneggera
Fot. Selfiak Arnolda Schwarzeneggera

Na zdjęciu czołowym filmowa Sarah Connor w bardzo a propos sytuacji…/fot. materiały dystrybutora

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Parasol

Kilkanaście dni temu na poligonie w Toruniu odbyła się prezentacja pierwszych bojowych elementów systemu antyrakietowego Patriot, który Polska zamówiła w Stanach Zjednoczonych w 2018 r. Obecni na miejscu Andrzej Duda i Mariusz Błaszczak przekonywali, że wdrożenie patriotów pozwoli stworzyć „unikalne w Europie warunki bezpieczeństwa”.

Gdzie nam do Niemców…

Ta ostrożna w gruncie rzeczy opinia nie stanęła na przeszkodzie rządowym mediom i części komentatorów. Jeden z nich, doradca prezydenta RP prof. Andrzej Zybertowicz, stwierdził w publicznym radio, że już w tej chwili „jesteśmy na innym, wyższym poziomie zabezpieczenia naszego kraju” niż europejskie państwa (jak Niemcy, Norwegia czy Wielka Brytania), planujące stworzenie „europejskiej tarczy przeciwlotniczej i przeciwrakietowej” (ang. European Sky Shield). Do tej pory patologiczne samochwalstwo dotyczące rzekomych – a po prawdzie w najlepszym razie przyszłych – możliwości obronnych Rzeczpospolitej, pozostawało domeną ministra Błaszczaka. To on zwykł mówić w trybie dokonanym („kupiłem”) o zamiarach modernizacyjnych, czyniąc to dla marketingowo-politycznego zysku. Przekonywanie o wyższych niż np. niemieckie zdolnościach przeciwlotniczych RP wywindowało ów absurd na kolejny poziom.

Przyjrzyjmy się bowiem patriotom, które mają zapewnić ochronę nieba na średnich odległościach (ok. 100 km). Niemcy – kraj o kilkanaście procent większy od Polski – dysponują 12 bateriami systemu Patriot. Najstarsze pochodzą z końca lat 80. XX w., ale wszystkie są na bieżąco modernizowane, by pozostać w służbie do połowy lat 30. Gdy przed kilkunastu laty ustalano założenia programu „Wisła” – dotyczącego rakiet o zasięgu patriotów – przyjęto, że Polska potrzebuje dziewięciu baterii (każda ma osiem wyrzutni), żeby zapewnić sobie odpowiednie pokrycie. W 2018 r. zakupiono dwie baterie patriotów, sześć kolejnych chcielibyśmy nabyć do 2028 r. W sprawie tej szóstki jesteśmy na etapie wstępnym – nadal czekamy na odpowiedź Amerykanów, czy i kiedy są gotowi nam je sprzedać. Z siódmej brakującej baterii zrezygnowano, zakładając, że lepsze parametry nowych radarów pozwolą na oszczędności (dotąd wydaliśmy na patrioty 4,75 mld dol.). Dwie, których elementy zademonstrowano na toruńskim poligonie, są dopiero integrowane z funkcjonującym systemem OPL. O ich gotowości będzie można mówić w przyszłym roku. Gdzie nam zatem do Niemców?

Z morza w powietrze

– Stan polskiej obrony przeciwlotniczej jest zły – nie pozostawia złudzeń dr Michał Piekarski z Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego. – Patrioty są przykładem wzmocnienia, ale to dopiero początek drogi. Dziś o naszym potencjale – poza tym na najniższym piętrze – decydują zestawy Kub, Newa i Osa. Skuteczne ponad 40 lat temu, gdy rzeczywiście były szczytem techniki. Tymczasem potrzeby w zakresie ochrony wojska i infrastruktury krytycznej są ogromne…

Piekarski, specjalizujący się w tematyce militarno-morskiej, jako jedne z najważniejszych obiektów wskazuje porty, instalacje przesyłowo-wydobywcze oraz bałtyckie farmy wiatrowe. Jak zauważa, Bałtyk jest przy tym obszarem, z którego może wyjść atak lotniczy i rakietowy, co przywodzi go do wniosku, że za sensownością inwestycji w duże okręty bojowe stoi też konieczność zwiększenia możliwości OPL.

– Planowane do zbudowania w ciągu najbliższych kilkunastu lat fregaty „Miecznik” byłyby poważnym wzmocnieniem – przekonuje. – Jeden okręt to mobilna stacja radarowa i jednocześnie bateria rakiet o zasięgu powyżej 50 km, która dodatkowo może zająć pozycje daleko od wybrzeża i tam zwalczać samoloty, rakiety i drony. Ponadto mobilność okrętów daje nam wysunięte oczy i uszy – a więc wiadomość o zagrożeniu nadejdzie wcześniej. Zasięg radarów jest bowiem zależny od ich położenia.

Obecne możliwości przeciwlotnicze marynarki dobrze ilustruje niby-korweta „Ślązak”, którą przed zagrożeniem z powietrza chronią… naramienne wyrzutnie rakietowe. Słabość obnażają też obrazki z poligonu MW, gdzie nadal odbywają się ćwiczenia z użyciem armat przeciwlotniczych S-60 – może nie beznadziejnych, bo wyposażonych w nowy system kierowania ogniem, ale pochodzących z połowy ub.w.

Docelowo będzie dobrze

Zmagania w Ukrainie udowodniły wysoką skuteczność produkowanych w Mesko ręcznych wyrzutni przeciwlotniczych Grom/Piorun. Nie wiadomo, ile zestawów i rakiet posłano na wschód – mówi się, że połowę zapasów WP. Braki jednak mają być uzupełniono z naddatkiem poprzez zakup w najbliższych latach 3,5 tys. rakiet i 600 mechanizmów startowych. Pioruny użytkowane są w wojsku także w formie mobilnych platform, zintegrowanych z 23-milimetrowymi armatami – taki zestaw nosi nazwę Pilica, pierwsze pojawiły się w linii pod koniec 2020 r. Pioruny, w dowolnej konfiguracji, zapewniają ochronę wspomnianego przez dr Piekarskiego „najniższego pietra” – rażą cele lotnicze do zasięgu 5 km. Zdolności docelowych w tym zakresie jeszcze Polska nie uzyskała, ale dramatu nie ma.

Gorzej wygląda sytuacja z obroną krótkiego zasięgu (do 40 km) – tu wciąż bazujemy na sprzęcie poradzieckim. Warto jednak zauważyć, że jeszcze w kwietniu br. podpisano umowę z brytyjską firmą MBDA UK na dostawę baterii pocisków kierowanych CAMM i wyrzutni iLauncher (wartość kontraktu to 1,5 mld zł). Pierwsza z dwóch jednostek ogniowych trafi do nas jeszcze w tym roku, kolejna na początku następnego. Jednostka to trzy wyrzutnie zdolne do odpalenia 24 rakiet przechwytujących. Wszystkie można kontrolować jednocześnie, naprowadzając je na 24 oddzielne cele. Mówimy zatem o ogromnym skoku jakościowym, bowiem obecnie nasza OPL na krótkim dystansie używa systemów jednokanałowych, pozwalających kierować tylko jednym pociskiem na pojedynczy cel. Docelowo w ramach programu „Narew” Wojsko Polskie ma pozyskać 23 baterie krótkiego zasięgu. Plan jest ambitny, gdyż zakłada częściową polonizację – wyposażenie baterii w nasze radary i rakiety produkowane na licencji – a to wszystko do końca dekady.

I wreszcie mamy średni zasięg, do czasu wdrożenia patriotów nie obsługiwany przez rodzimą OPL (rodzimą, bowiem po 24 lutego na terenie RP rozmieszczono co najmniej dwie baterie systemu Patriot należące do armii USA). Tu, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, docelowe zdolności osiągniemy na początku lat 30. O zbudowaniu całego wielowarstwowego systemu będzie można mówić jeszcze później – gdy wszystkie jego elementy zostaną zintegrowane, także z samolotami F-35, których dostawy zaczną się na przełomie 2025/26 r. i potrwają pięć lat.

Delegowanie kompetencji

A i wówczas – najszybciej w połowie lat 30., kiedy piloci trzydziestek piątek osiągną gotowość operacyjną – nasz parasol będzie miał dziurę. European Sky Shield – inicjatywa niemieckiego kanclerza, która spotkała się z chłodnym przyjęciem polskich władz – zakłada budowę zdolności także na wypadek ataku pociskami balistycznymi zdolnymi do przenoszenia głowic jądrowych. Dlaczego ignorujemy takie ryzyko? Odpowiedzią wcale nie musi być „niemieckosceptyczność” PiS-u czy zgoda na wspomnianą dziurę. Rakiety, o których mowa, należy strącać ponad atmosferą ziemską, a takie możliwości będzie miała amerykańska baza w Redzikowie. Być może zatem chodzi o pomysł oddelegowania części kompetencji na barki sojuszników.

Refleksje na temat (nie)słuszności takiego rozwiązania wiodą nas do rozważań nad naturą zagrożeń. Dotąd było jasne, że boimy się rosji, ale wojna w Ukrainie ujawniła potiomkinowski charakter rosyjskiej armii. Dziś wiemy, że weszła ona do walki z niewielką liczbą precyzyjnych środków rażenia. Że braki w pociskach manewrujących i rakietach są nie do usunięcia bez dostępu do zachodnich technologii (systemów celowniczych, awionicznych, optoelektroniki; tego, czego rosyjski przemysł nie potrafi wyprodukować). Że rosyjskie lotnictwo zostało sparaliżowane przez operatorów ręcznych wyrzutni przeciwlotniczych. I że obecnie zmuszone jest sięgać po bieda-drony irańskiej produkcji, by terroryzować nimi ukraińskie miasta. Z niską skutecznością, bo Szahidy-136 okazały się łatwe do strącania. Tyle że planowanie wojskowe musi uwzględniać także przyszłe zagrożenia. A w WP i MON panuje przekonanie, że rosja nam nie podaruje upokorzenia doznanego w Ukrainie także za naszą sprawą. Że niezależnie od wyniku wojny odbuduje swój potencjał i będzie czekać na okazję. Political fiction? A kto 10 lat temu przewidywał krwawy konflikt między dwoma bratnimi jak się wydawało narodami?

—–

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 44/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Pi-ar

Zrobiłem dziś mały przegląd materiałów filmowych poświęconych wojnie w Ukrainie, prezentowanych w rosyjskich mediach. Reportaży z pierwszej linii czy szerzej, z rejonu „wojskowej operacji specjalnej”; nie interesowały mnie studyjne, publicystyczne debaty. Od tych z lutego, po relacje z ostatnich kilku dni. Pierwsza refleksja to uderzające podobieństwo do nazistowskiej propagandy z lat 1939-45, konkretnie zaś do specyficznej dynamiki i logiki przekazu.

Niemieckie kroniki z pierwszych lat wojny przesiąknięte były triumfalizmem, skupiały się na podkreślaniu skali i szybkości kolejnych zwycięstw. Antycypowały następne, zwykle z pogardą opisując możliwości i cechy przeciwników. Gdy wojna weszła w niekorzystną fazę, coraz więcej było fałszu, którego nie dało się zweryfikować – patrząc z perspektywy odbiorcy – rzeczy bowiem działy się gdzieś daleko na wschodzie. Stopniowej redefinicji uległo pojęcie sukcesu – od jesieni 1943 roku zaczęły zań uchodzić nie zwycięskie bitwy, a udane odwroty, owe słynne „skracanie linii frontu” i zajmowanie „dogodniejszych pozycji”. Przy jednoczesnym – a jakże – zadawaniu nieprzyjacielowi poważnych strat. W 1945 roku – mimo natrętnej promocji cudownych broni i stojącej za nim „nieuchronnej” odmianie losu – dominował przekaz pesymistyczny, choć podkreślający determinację i bezkompromisowość „obrońców Rzeszy”. Reportaż z kwietnia 1945 roku, dotyczący „ostatniej naturalnej przeszkody na drodze do Berlina” – linii obronnych na wzgórzach Seelow – do rangi niebotycznej cnoty podnosi wolę walki żołnierzy Volkssturmu, budując przy tym przekonanie o ich niezłomności. Dobrze zbudowany, jasnowłosy i uśmiechnięty heros z kronik z początków wojny zastąpiony został wizerunkiem chłopca – wątłego, za to o hardym spojrzeniu. „On zrobi wszystko, by nie przepuścić sowieckich hord”, mówi narrator, zaznaczając, że pomocne będą tu fortyfikacje i przeszkody terenowe.

W neosowieckiej propagandzie widzimy niemal dokładnie to samo. Od hurraoptymistycznych materiałów z początków inwazji, na przykład spod Kijowa (który zaraz będzie wzięty przez „naszych chłopców z pancernych czołówek”), przez nieco mniej radosne doniesienia z wiosny i lata z Donbasu („idziemy niczym walec, nie tak szybko, ale konsekwentnie”), po ponure relacje z ewakuacji Chersonia czy śmieszno-żałosne raporty z budowy tak zwanej linii Wagnera. Ta linia to umocnienia stawiane w obwodzie ługańskim, wzdłuż dawnej „granicy” między Ukrainą a Ługańską Republiką Ludową. „Ukraińcy tędy nie przejdą”, słyszymy. Przejdą czy nie, to się okaże; sposób wykonania zapór przeciwczołgowych, stawianych „na odpierdol” (betonowe wilcze zęby rozkłada się na ziemi bez zakotwiczenia), daje niemal pewność, że ukraińscy saperzy nie napracują się za bardzo. Mniejsza jednak o technikalia – przyjrzyjmy się samej naturze przekazu. W ciągu ośmiu miesięcy ewoluuje on od „za trzy dni Kijów nasz” do „ale ługańskiej republiki to Ukraińcom zająć nie pozwolimy!”.

Długo nie przykładałem należytej uwagi kwestiom promocji, marketingu, PR-u; jak zwał, tak zwał. Zwłaszcza na poziomie instytucji państwowych wydawało mi się to marnowaniem środków finansowych. Z czasem przyszło zrozumienie, że dobre kampanie propagandowe mogą przynieść wymierne skutki. Spójrzmy bowiem na armię rosyjską. Od kilkunastu lat Kreml nie ustawał w wysiłkach, by przekonać świat, że wojsko ma coraz lepsze, coraz silniejsze, coraz bardziej niebezpieczne. To te rzekome militarne możliwości pozwalały rosji – ekonomicznemu karłowi – zachować status mocarstwa. Dziś wiemy, że było to wielopiętrowe kłamstwo, co nie zmienia faktu, że przez lata skuteczne. I ta skuteczność każe widzieć w „silnej rosji” marketingowy majstersztyk.

Lecz widzimy też porażkę tej kampanii. Chciał putin – szybką, zwycięską operacją w Ukrainie – ugruntować wizerunek „niepokonanej armii” (a więc i mocarstwa). Dziś nawet u siebie, w swojej propagandzie, nie jest w stanie tego „przepchnąć”. A w społecznej wyobraźni ludzi Zachodu (i nie tylko) wyrysował obraz rosyjskiego żołnierza źle dowodzonego, źle wyposażonego, fatalnie zmotywowanego, pijanego i brutalnego wobec cywilów. Chciał „Saszy Zdobywcy”, ma „Wowę Złodzieja Pralek”.

—–

Nz. Rosyjski wóz bojowy, dobrze ilustrujący kondycję Z-amii/fot. Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to