Ewakuacja

Na froncie bez zmian – trwa bezkompromisowa obróbka „mobików”. Najświeższe doniesienia rosyjskiej opozycyjnej prasy mówią na przykład o zagładzie całego batalionu świeżo powołanych rekrutów, posłanego na ługańszczyznę. Do „rzeźni” (dosłowny cytat) doszło w pobliżu miejscowości Makijiwka, o czym opowiadał dziennikarzom redakcji „Wiorstka” Aleksiej Agafonow, jeden z ocalałych.

Poborowych z Woroneża i okolic wysłano na front w nocy z 1 na 2 listopada. Żołnierzom rozkazano się okopać.

– Na cały batalion dostaliśmy trzy łopaty i żadnego zaopatrzenia. Do świtu jak mogliśmy, tak zaryliśmy się w ziemię – relacjonuje Agafonow.

Nad ranem zagrzmiała ukraińska artyleria, której ostrzał sprowokował oficerów do… ucieczki (porzucanie oddziału w obliczu nawały to powtarzający się w wielu relacjach „mobików” motyw, fatalnie świadczący o jakości rosyjskiej kadry dowódczej). W ciągu kilku godzin z 570 ludzi przy życiu pozostało 41. Resztki batalionu rozpierzchły się, Agafonow uciekł do pobliskiego Swatowa. Z jego opowieści wynika, że po drodze natknął się na wiele grup maruderów z kolejnych zdziesiątkowanych oddziałów. Z innych doniesień wiadomo, że w okolicy, w podobnych okolicznościach, rosjanie stracili wcześniej co najmniej dwa bataliony.

Część uciekinierów się ukrywa, lokalne dowództwo bowiem skleca naprędce nowe oddziały, składające się z żołnierzy z rozbitych jednostek – i posyła je na front, do łatania dziur.

Zdesperowani wojskowi alarmują rodziny – ci z Woroneża skłonili bliskich do protestu przed miejscową prokuraturą. Matki i żony domagały się informacji o losie swoich mężczyzn.

– Przez telefon wojenkomitet opowiada, że chłopcy są cali i zdrowi. Jacy u licha zdrowi, jak ich tam wszystkich pozabijało! – „Wiorstka” cytuje Oksanę Chołodową, matkę jednego z żołnierzy.

Tymczasem z danych ukraińskiej armii wynika, że tylko podczas minionej doby zginęło kolejnych 490 rosjan…

—–

Ale i z Kijowa płyną hiobowe wieści – władze 3-milionowej metropolii mówią o coraz bardziej prawdopodobnej ewakuacji mieszkańców. Kreml wetuje sobie porażki na froncie atakowaniem ukraińskiej infrastruktury energetycznej. Nie licząc broni jądrowej, obecnie to w zasadzie jedyna rosyjska przewaga – możliwość uderzenia rakietowego z głębokiego zaplecza, nośnikami (samolotami, okrętami) będącymi poza zasięgiem Ukraińców. To również – o czym nie raz już pisałem – wojenna zbrodnia, skutkiem takich ataków jest bowiem pozbawienie ludności cywilnej dostępu do elektryczności, ogrzewania i wody. Przysłowiowe „branie głodem i chłodem” ma rzecz jasna złamać Ukraińców, kalkulują na Kremlu.

W kijowskim merostwie nie zasypiają gruszek w popiele. „W związku ze zniszczeniem w wyniku rosyjskich nalotów 40 proc. infrastruktury energetycznej kraju, zaczęto planować ewakuację”, donosi „New York Times”. Wedle ustaleń renomowanej gazety, urzędnicy w Kijowie dowiedzą się z 12-godzinnym wyprzedzeniem, że sieć energetyczna jest na skraju awarii.

– Jeśli dojdzie do tego punktu, zaczniemy ewakuację – mówi NYT Roman Tkaczuk, dyrektor do spraw bezpieczeństwa kijowskiego urzędu miasta. Tkaczuk zaznaczył, że obecnie sytuacja jest opanowana, może się to jednak szybko zmienić, jeśli podstawowe usługi przestaną być dostępne. Dodał, że jeśli nie będzie prądu, nie będzie też wody.

—–

Wizja exodusu mieszkańców Kijowa paraliżuje wyobraźnię. Warto podkreślić, że mówimy o stolicy, gdzie funkcjonują państwowe urzędy, niezbędne do zarządzania krajem w stanie wojny – ich pracownicy z pewnością nigdzie się nie ruszą (a system kierowania państwem dysponuje odpowiednim techniczno-infrastrukturalnym zapleczem). To samo tyczy się dowództw. W mieście funkcjonują strategiczne przedsiębiorstwa – póki będą mogły pracować, póty ich personel zostanie na miejscu. Z przyczyn oczywistych nigdzie nie ruszy się kijowski garnizon, zostaną też policjanci (ktoś musi pilnować pozostawionego dobytku). Wykluczeń zapewne byłoby znacznie więcej, zatem apokaliptyczne wizje całkiem wyludnionego miasta nie mają szansy się spełnić.

W przeszłości mieliśmy do czynienia z podobnymi sytuacjami. 1 września 1939 roku (a więc na dwa dni przed wypowiedzeniem przez Wielką Brytanię wojny Niemcom), na Wyspach rozpoczęła się masowa ewakuacja ludności cywilnej, przede wszystkim dzieci. W ciągu zaledwie czterech dni (!) z największym miast – głównie z Londynu – wywieziono na wieś prawie dwa milionów osób. Metropolie – zakładano – znajdą się w zasięgu niemieckiego lotnictwa, co zresztą potwierdziło się wiosną kolejnego roku. Gdy zaczęła się bitwa o Anglię, ruszyła następna fala ewakuacji, ostatnia miała miejsce w końcowym okresie wojny, gdy brytyjska stolica stała się celem ostrzałów przy użyciu hitlerowskich „cudownych broni”.

Znamy też przypadki zaniechań, jak choćby postępowanie sowieckich władz z czasów niemieckiej blokady Leningradu z lat 1941-44. Na skutek działań wojennych w potrzasku znalazło się około 2,8 mln cywilów (2,5 mln w samym mieście). Według prof. Nikity Łomagina z Petersburskiego Uniwersytetu Państwowego, znawcy tematu blokady, leningradczyków pozostawiono samych sobie, a władze „nie przewidziały, nie przekonały, nie zorganizowały, w końcu nie zmusiły najsłabszych mieszkańców – kobiety, dzieci, osoby w podeszłym wieku – do opuszczenia miasta” (cytat za miesięcznikiem Focus). Powodów zaniechania było mnóstwo, wiodące zaś – typowo sowieckie bałaganiarstwo i zła wola Stalina, który nie chciał poddawać Leningradu – miejsca narodzin rewolucji – ewakuację postrzegając jako wstęp do kapitulacji. Powszechny głód i paskudny chłód z zimy 1941-42 roku sprawiły, że wiosną, po niewczasie, sowieci rozpoczęli wywózkę cywilów. Tym niemniej setki tysięcy ludzi jej nie doczekało (w trakcie całej blokady zginęło milion mieszkańców, wedle oficjalnych danych 650 tys. Tylko 16,5 tys. zmarło na skutek bombardowań i ostrzału artyleryjskiego; resztę „strawił” głód i choroby).

Oczywiście, Kijowowi nie grozi los Leningradu, lecz widmo katastrofy humanitarnej sprawia, że trzeba myśleć o „planie B”.

—–

Jak uniknąć ewakuacji? Uszczelnienie ukraińskiej obrony przeciwlotniczej – co sukcesywnie następuje – to zaledwie półśrodek. Wyeliminować należy przyczyny – w tym przypadku zmusić rosjan do zaniechania ostrzałów i niszczenia infrastruktury krytycznej. Możliwości Ukraińców są tu mocno ograniczone, piłeczka de facto jest po stronie Zachodu. Chyba nadszedł czas skorzystania z innej niż sankcje, ekonomicznej formy nacisku. Każdy atak winien się spotkać ze znaczącym przepadkiem – oczywiście na rzecz Ukrainy – części rosyjskich aktywów zamrożonych w zachodnich instytucjach finansowych. Jest ich tam co najmniej 300 mld dol., byłoby więc z czego kroić.

Ale trzeba też Ukraińcom dać odpowiednie narzędzia militarne. Pora skończyć z „polityką krótkiego zasięgu” i dostarczyć armii ukraińskiej systemy rakietowe zdolne do rażenia celów w głębi rosji. Nie namawiam do odwetowych ostrzałów miast; Ukraińcy cywilów nie zabijają i niech tak pozostanie. Ale przekopanie infrastruktury militarnej na głębokim zapleczu mogłoby mieć daleko idące skutki psychologiczne. Jak pokazują historie żon i matek „mobików”, oddech wojny mobilizuje rosjan do działania. Nie wiem, czy ten protest nabierze odpowiedniej masy krytycznej. Wiem za to, że rosja to państwo z kartonu i że obnażenie kolejnej słabości tego niby-mocarstwa może uruchomić efekt domina. W rosyjskim pasie przygranicznym – póki co symbolicznie atakowanym przez ukraińskie rakiety i drony – nastroje już dziś są fatalne. Pociski na bloki nie spadają, a na obiekty wojskowe, lecz i tak ludzie zwyczajnie się boją. I są źli, że muszą się bać. A niechby ta fala poszła wyżej, w głąb rosji…

—–

Nz. Zniszczona w rosyjskim ataku rakietowym kamienica w Kijowie/fot. Witalij Kliczko

Szanowni, jeśli chcecie mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książek – będę szczerze zobowiązany. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

– wystarczy kliknąć TUTAJ –

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dlaczego…

Mamy piątek wieczór, więc będzie nieco lżej (ale nie do końca…). Poniżej otwierający powieść fragment „Międzyrzecza. Ceny przetrwania”. Wydałem tę książkę w 2019 roku i do głowy mi wówczas nie przyszło, jak bardzo antycypuję przyszłość. Z tą różnicą, że u mnie wojna toczy się między rosją a Polską, nie Ukrainą. Ale ów wymyślony konflikt z dużym podobieństwem przebiega tak, jak rzeczywiste rosyjsko-ukraińskie zmagania. Polecam lekturę wpisu, z nadzieją, że skłoni Was do sięgnięcia po całą powieść.

—–

Przesmyk suwalski, 25 lipca, niedziela

– Było super, jest doskonale… – wycedził pełnym sarkazmu tonem Piotr Kucharski, przyglądając się swojej twarzy na ekranie wyłączonego smartfonu. Prowizoryczne lusterko nie dawało wyraźnego obrazu, ale to, co dostrzegł, wystarczyło, by uznać, że jego wizerunek – przystojnego mężczyzny – właśnie znacząco ucierpiał. Górna szczęka bolała go jak diabli, w ustach czuł metaliczny smak krwi. Stracił obie jedynki, prawa dwójka, dotknięta językiem, ruszała się niczym rachityczne drzewo na wietrze. Pchnął ją mocniej i syknął z bólu – ząb, w towarzystwie „sąsiada”, opadł na dolną wargę. Kucharski splunął, zostawiając na piasku krwawy ślad. Wzdrygnął się na widok resztek własnego uzębienia. W porównaniu z ranami, jakie widział kilkadziesiąt minut wcześniej, zdekompletowanie szczęki było symbolicznym uszczerbkiem. A mimo to dał się ponieść poczuciu wielkiej straty… Przez moment walczył z pokusą, by zebrać zęby i schować je do kieszeni. Gdy był dzieckiem, matka kolekcjonowała jego mleczaki. „Na pamiątkę” – mówiła. Pewnie przetrwały gdzieś na strychu w rodzinnym domu, w tej graciarni bez ładu i składu. Piotr mimowolnie się uśmiechnął. Zaraz jednak spoważniał. „Nie chcę ich” – uznał. Pomysł zabrania zębów wydał mu się ostatecznie makabryczny. No i gdzieś z tyłu głowy świtało mu, że zęby przynoszą pecha. W swoim poprzednim życiu nie był szczególnie przesądny, ale odkąd trafił na Przesmyk, a świat stał się niebezpiecznym miejscem, racjonalizm zaczął u niego przegrywać z myśleniem magicznym.

Spojrzał przed siebie. Tamten nadal był nieprzytomny. Gdy Piotr dostrzegł go po raz pierwszy – po tym, jak sam odzyskał świadomość – zaczął panicznie szukać swojego Beryla. Broń najwyraźniej przepadła, choć Kucharski dobrze pamiętał, że trzymał ją w rękach, gdy nastąpił ostatni zarejestrowany przez niego wybuch. Na szczęście wciąż miał VIS-a – dotknięcie rękojeści pistoletu przywróciło mu spokój.

Tamten zaczął się budzić. Piotr przyjrzał się jego twarzy. „Chłopiec, nie więcej niż dwadzieścia dwa lata” – ocenił. Tak jak Kucharski, i on zgubił gdzieś swój hełm, odsłaniając ogoloną na zero głowę. „Nic się u was w tej kwestii nie zmieniło” – w refleksji Piotra mnóstwo było poczucia wyższości. „Jak cięli, tak tną – do gołej skóry, jak barany”.

Młodzik sięgnął dłonią do pasa. Nic tam nie znalazł; Kucharski już wcześniej upewnił się, że tak właśnie będzie. Gwałtowny ruch sprawił za to, że skrzywił twarz w bólu. Piotr dobrze wiedział, skąd ów grymas. Przeniósł wzrok na nogi chłopaka – obie miały poważne, otwarte złamania. Pokaźne fragmenty kości przebiły się nie tylko przez mięśnie i skórę – rozdarły też solidny materiał, z którego wykonano mundurowe spodnie. Okrwawione kikuty wyglądały paskudnie i złowieszczo.

– Cierpisz, skurwysynu. – W słowach Piotra nie było ani krzty współczucia.

Tamten obdarzył go spojrzeniem, w którym nienawiść mieszała się z ciekawością. „Wcale się mnie nie boi…” – to stwierdzenie rozzłościło Kucharskiego. Miał ochotę się podnieść i obdarzyć chłopaka solidnym kopniakiem w głowę. Lecz wtedy dał o sobie znać ból twarzy. Piotr jęknął i oparł głowę o ścianę dołu.

Przez chwilę pozostał w tej pozycji, zaciskając załzawione oczy.

– Gdzie jesteśmy? – tamten pytał w swoim języku, lecz Kucharski doskonale go rozumiał. Spojrzał na niego, a potem rozejrzał się. Siedzieli w jakimś dole, głębokim na półtora metra. Najpewniej był to lej, o czym świadczył stożkowy kształt wgłębienia. Pokaźnej wielkości, pewnie po lotniczej bombie, ale równie spory wyłom w ziemi mógł spowodować wielkokalibrowy pocisk artyleryjski. A przecież jedne i drugie rozorały pozycje, które jeszcze jakiś czas temu obsadzali koledzy Piotra. „Jakim cudem znalazłem się tu, z tym gościem?” – Kucharski nie miał pojęcia. „Gdzie dokładnie jest ten pierdolony dół?” – na to pytanie także nie był w stanie odpowiedzieć.

Wzniósł ramiona ku górze.

– Gdzieś – odparł, siląc się na nonszalancję.

– Nieważne gdzie, za chwilę będą tu moi towarzysze. – Łysy, jak nazwał go w myślach Piotr, położył dłonie na dnie leju. Następnie odepchnął się tak, by wygodniej oprzeć plecy o ścianę dołu. Ten ruch sprawił mu sporo bólu, co Kucharski odnotował z satysfakcją. – Daj zapalić. – Chłopak nie patrzył już na Piotra prowokująco. Skinął za to brodą na plecak, który leżał u stóp Kucharskiego. Piotr zdołał go już wcześniej przeszukać, wiedział, że jest w nim kilka paczek lucky strike’ów. Wyjął jedną, przez chwilę zastanawiając się, czy ma do czynienia z oryginalnym wyrobem. Dobrze by to świadczyło o możliwościach aprowizacyjnych armii, w której służył Łysy. Szybko uznał, że to mało prawdopodobne. Kraj, z którego pochodził młodzik – choć na poziomie propagandy gardził Zachodem – bardzo sobie cenił amerykańskie i europejskie dobra konsumpcyjne. Na oryginały jednak pozwolić sobie mogli tylko nieliczni krajanie Łysego, większości musiały wystarczyć podróbki. Czy tak było i w tym przypadku, Kucharski nie zamierzał się przekonywać. Nie palił.

Rzucił paczkę prosto w ręce mężczyzny naprzeciwko. Ten wyjął papierosa, zapalił i zaciągnął się z wyraźną przyjemnością.

– Napijemy się? – zaproponował, znów wskazując na plecak.

Piotr zaśmiał się cicho. Kilkanaście lat temu wojsko, w którym teraz służył jego wróg, poszło w kierunku głębokiej westernizacji. Obszarów nią objętych było sporo, podstawą zmiany zaś przekonanie, że odtąd liczy się każdy człowiek. Zaczęto więc dbać o wyposażenie indywidualne, co przyniosło poważną jakościową zmianę. Żołnierz, który siedział przed Kucharskim – gdyby nie specyficzny wzór kamuflażu – mógłby uchodzić za wojskowego z sojuszniczej armii. Do czasu, kiedy wyjąłby przydziałową butelkę wódki.

Wojenną rację alkoholową Piotr namierzył już wcześniej. Ba, nawet z niej skorzystał, płucząc wysokoprocentową cieczą poranione dziąsła. Teraz zrobił to samo, oddając Łysemu butelkę ze śladem świeżej krwi na szyjce. Celowo.

Młodszy z mężczyzn uśmiechnął się na ten widok. A potem posłał Kucharskiemu wyzywające spojrzenie. Nie wyczyścił szkła – po prostu odkręcił korek i nie zważając na zabrudzenie, wziął kilka głębszych łyków.

– Braterstwo krwi – powiedział i wytarł ręką usta.

Piotr zły, że nie udało mu się pognębić wroga, splunął na ziemię.

I wtedy w okolicy coś wybuchło. Kucharski skulił się na moment, oczekując kolejnej eksplozji – ta jednak nie nastąpiła. Wstał więc, mocno pochylony, wyjął pistolet i przeładował. Na moment wycelował broń w Łysego, palcem nakazując mu milczeć. A potem ostrożnie wysunął głowę ponad krawędź dołu.

Kolejna eksplozja była silniejsza, lecz nie wywołała w Piotrze niepokoju. Zdołał bowiem dostrzec saperów przeciwnika, zajętych wysadzaniem zdobycznego sprzętu. Syknął, widząc rozerwany wrak Rosomaka, którego dowódca był jego dobrym kumplem. Kucharski miał nadzieję, że „Banda Wiedźmina” przeżyła, że wóz z charakterystycznym napisem na burcie dostał się w ręce wroga bez załogi.

Kolejny wybuch, kolejny Rosomak rozpruty.

Piotr przełknął głośno ślinę. „Następne dwadzieścia pięć baniek poszło się jebać” – stwierdził ze smutkiem. Zsunął się na dno dołu.

– Musisz się poddać. – Łysy dalej znieczulał się alkoholem.

Kucharski pokręcił głową, choć nie był przekonany, że to właściwa reakcja. Bo czy dalszy opór miał sens? Sam zabił co najmniej trzech nieprzyjaciół i gdyby każdy z żołnierzy Wojska Polskiego postąpił tak samo, agresor miałby nie lada kłopot. Z drugiej strony, w boju, który niedawno się zakończył – gdy Polacy utracili już element zaskoczenia – wróg zrobił im jesień średniowiecza. Dosłownie przekopał ich stanowiska gradem stali, a przez las – który dawał schronienie Piotrowi i jego kolegom – przepchnął falę ognia, wskutek czego zginęły prawdopodobnie setki ludzi. Kucharski widział marne resztki pięknego drzewostanu, nim wrócił na dół leju.

„Czy walka z wami ma sens?” – obdarzył Łysego badawczym spojrzeniem.

Usłyszał dźwięk ciężkiego sprzętu i znów wystawił głowę. W oddali dostrzegł dwa potężne buldożery, toczące się drogą, przy której ustawiono zasadzkę. Maszyny spychały na pobocze rozbite transportery, jedna na lewą, druga na prawą stronę krajowej dwupasmówki. Tuż za nimi jechała wielka laweta. Piotr nie musiał się zastanawiać, w jakim celu. Nieprzyjaciel stracił sporo ciężkiego sprzętu, wiele ciężarówek wypełnionych wojskiem, lecz zapewne najdotkliwiej odczuł utratę supernowoczesnego czołgu. Ten przecież – wedle zapewnień propagandy – miał być niezniszczalny, a dopadł go liczący sobie kilkanaście lat pocisk z wyrzutni Spike. Wszedł od góry w wieżę i rozszarpał ją od wewnątrz – z łatwością, z jaką czynił to z czołgami starszych generacji. „Dobry żydowski szit” – Kucharski poczuł, jak ogarnia go entuzjazm.

Wiedział już, że nie należy się poddawać.

Tamtych przy drodze przybywało, Piotr założył, że za chwilę zaczną głębiej przeczesywać teren pobojowiska. Zresztą już to chyba robili, z drugiej strony trasy. Kucharski domniemywał, że tak jest – widok przesłaniał mu rozbity sprzęt. Słyszał jednak pojedyncze strzały i krótkie serie, które nie wywoływały gwałtownych reakcji żołnierzy pracujących na drodze. Pociemniało mu w oczach, uświadomił sobie, co one oznaczają. Obrócił się i wymierzył VIS-a w Łysego.

– Ale dlaczego? – spytał tamten. W jego oczach wreszcie pojawił się strach. Piotr dawno nie doświadczył tak potężnego zastrzyku satysfakcji. Zawahał się, sądząc, że ten widok mu wystarczy. Lecz zaraz znów spojrzał na nogi młodszego mężczyzny. „Wyjdziesz z tego, skurwysynu” – orzekł w duchu. „Wyjdziesz i wrócisz, a ja na to pozwolić nie mogę” – dodał. Pociągnął za spust i celnym strzałem rozłupał głowę chłopaka.

– Dlaczego? Boście tu przyszli, śmierdzące ruskie onuce – wycedził w stronę trupa. Przeskoczył do następnego dołu, potem kolejnego i jeszcze jednego. Wreszcie zaskoczony, że nie zwraca na siebie uwagi, ruszył pędem, szukając drogi między niezliczoną ilością dołów. Biegł tak przez wiele minut, na zachód. Do swoich.

—–

Szanowni, jeśli chcecie mnie wesprzeć w pisaniu kolejnych książek – będę szczerze zobowiązany. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

– wystarczy kliknąć TUTAJ –

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Pieniądze

Aby zostać Patronem bezkamuflazu.pl - kliknij TUTAJ

Podczas wyjazdów reporterskich do Iraku i Afganistanu wielokrotnie rozmawiałem z naszymi wojskowymi na temat pieniędzy. „Pojechałem na misję, bo taki był rozkaz, bo jechali koledzy, bo kariera, przygoda, chęć sprawdzenia się”, słyszałem. Bo wreszcie – nikt nigdy nie mydlił mi oczu, bagatelizując ów argument czy nie wspominając o nim – „niezła kasa”. Jaka? Zakładając maksymalne stawki – od 10 tys. zł w przypadku szeregowca do ponad 21 tys. zł dla generała. Do tego pensja w kraju oraz darmowy wikt, opierunek i kwaterunek. Porównując do średnich zarobków w Polsce sprzed kilkunastu lat – dużo. Czy jednak dość dużo? Na wojnie płaci się za ryzyko. W Afganistanie – w okresie największego nasilenia walk – obecne na każdym patrolu, na każdym metrze potencjalnie zaminowanego terenu, w każdej wiosce, w której czaić się mogła zasadzka. Z tej perspektywy te 10 tys. zł dla zwykłego „Indianina” (jak nazywało się pierwszoliniowych żołnierzy) szału nie robiło. A dodać trzeba, że mowa o kwotach maksymalnych – realne zwykle były o kilkaset złotych niższe.

Kiedy latem 2003 roku Polska wysłała swój pierwszy kontyngent do Iraku, żołnierzy ubezpieczono na żenująco niską kwotę 50 tys. zł. Pod koniec naszego zaangażowania w Afganistanie ubezpieczenie NNW zwiększono do sumy 250 tys. Plus świadczenia wypłacane rodzinie w takim trybie, jakby żołnierz odchodził ze służby – odprawa, ekwiwalent za niewykorzystane urlopy itp. – celowo zawyżane pośmiertnym awansem poległego. Do tego jednorazowa wypłata w wysokości 18 średnich pensji krajowych, prawo do renty rodzinnej, zapomóg, stypendiów dla dzieci oraz dodatkowego odszkodowania, przyznawanego (uznaniowo) przez szefa MON. Sporo, ale czy dość za utratę męża, ojca, syna, jedynego żywiciela rodziny? Utratę nie na miesiące czy lata, lecz na zawsze.

– I co, warto było? – tymi słowami przywitano w Polsce wracającego z Ramstein żołnierza. W Niemczech po wielotygodniowej rekonwalescencji amerykański personel medyczny w uznaniu za służbę w Afganistanie żegnał go z pełnymi honorami. Chłopak czuł się kimś ważnym aż do momentu, gdy wylądował w kraju. I trafił pod opiekę pielęgniarki, która miała mu towarzyszyć w drodze do jednego z najważniejszych szpitali wojskowych. W samej placówce było jeszcze gorzej – personel co rusz dawał do zrozumienia, że uważa rekonwalescenta za… najemnika.

Opisana historia wydarzyła się na przełomie 2009 i 2010 roku. I niestety, nie była odosobnionym przypadkiem. Wielu rannych żołnierzy – w licznych sytuacjach, które spotkały ich po powrocie do kraju – miało do czynienia z komentarzami typu: „A po coś tam pojechał?”, „Zrobiłeś to dla kasy, najemniku, to teraz masz”. Pomijam fakt obrzydliwej psychicznej tortury, jaką jest wygłaszanie tego rodzaju opinii wobec rekonwalescentów, a nierzadko ludzi będących już do końca życia inwalidami. Wątek domniemanego najemnictwa – popularny zwłaszcza w komentarzach internetowych pod artykułami poświęconymi polskim działaniom w Afganistanie (a wcześniej w Iraku) – był po prostu oderwany od rzeczywistości. Na obie misje jechało Wojsko Polskie, realizując zadnia w ramach polityki zagranicznej, prowadzonej przez legalny rząd. I czy sam fakt zaangażowania Polski w oba konflikty komuś się podoba czy nie, armia jest narzędziem państwa, zaś wojskowi nie definiują jego polityki. Taki rodzaj porządku społecznego wybraliśmy, decydując się na demokrację.

—–

 „Dajcie spokój z tym ukraińskim oddaniem! Większość walczy tam dla kasy, nie z miłości do… (i tu padła nazwa Ukrainy, zniekształcona na modłę raszystowską)”, czytam u jednego z wielbicieli ruskiego miru, z polskim (prawdopodobnie) paszportem. Jak żywo przypomina to wstawki hejterów, ładujących przed laty po żołnierzach WP. Swoją drogą, dziś już nie da się tego ustalić, ale dałbym sobie rękę uciąć, że rosja maczała palce w kreowaniu tego „antynajemniczego wzmożenia”, czy szerzej, w wewnątrzkrajowej dyskusji o „niegodnym” i „awanturniczym” zachowaniu Polski, posyłającej wojsko na Bliski Wschód i do Azji.

Wróćmy do Ukrainy. Najpierw dla porządku trochę liczb. Projekt ustawy budżetowej na 2021 rok przewidywał, że Ukraina wyda na obronność 267 mld hrywien, co wówczas odpowiadało kwocie 9,2 mld dol. Było to ponad 20% budżetu (i niemal 6% PKB). Założenie to w zasadzie w całości zrealizowano. Po rosyjskiej inwazji struktura wydatków państwa uległa diametralnej zmianie – obecnie trzy czwarte z nich idzie na wojsko. Średnio to 130 mld hrywien miesięcznie, co dziś oznacza 3,5 mld dol. Pozostając przy przeliczniku dewizowym – Kijów wydaje na utrzymanie armii niemal trzy razy tyle (265%) co w zeszłym roku. Oto księgowa cena wojny.

Znaczna część tych wydatków przeznaczana jest na wynagrodzenia dla żołnierzy. Jak duża konkretnie? – nie wiem. Jakiś obraz może nam dać następujący trop: przez ostatnie 20 lat koszty osobowe pochłaniały od 40 do 50% budżetu naszego MON, co odpowiadało strukturom wydatków w wielu innych państwach na dorobku.

Ile dostaje pojedynczy ukraiński żołnierz? To zależy, gdzie służy. Po wprowadzeniu stanu wojennego wszyscy ukraińscy wojskowi otrzymują dodatkowe wynagrodzenie w wysokości od 10 do 30 tys. hrywien (ok. 1,3-3,9 tys. zł) – co w maksymalnym scenariuszu przekłada się na więcej niż podwojenie „bazowej” pensji. Wielkość dodatku zależy od miejsca stacjonowania i jest najwyższa na terytoriach objętych działaniami zbrojnymi. W uproszczeniu (przelicznik jest dość skomplikowany, uwzględniający stopnie, specjalizacje, wysługę itp.) w obwodach wojennych personel sił zbrojnych dostaje po tysiąc hrywien za każdy dzień. Dodatek wzrasta do trzech tysięcy za dobę dla wojskowych bezpośrednio zaangażowanych na pierwszej linii walk. Innymi słowy, za miesiąc przebywania na froncie można otrzymać niemal 100 tys. dodatkowego uposażenia. Teoretycznie, bo dowództwo zwykle rotuje oddziały w rytmie 2-3 tygodniowym. Realnie, w przypadku zwykłego strzelca – czasowo angażowanego w operacje bojowe – mówimy o jakichś 80 tys. hrywien (nieco ponad 10 tys. zł) plus pensja bazowa, co w sumie daje mniej więcej 12,5 tys. zł.

Dużo? Biorąc pod uwagę ukraińskie realia – tak. Lecz skoro o realiach mowa – mówimy o wojnie, której intensywność znacząca przerasta to, co działo się w Iraku czy Afganistanie. Generalnie miażdżącą większość wojen, które wydarzyły się po ustaniu ostatniego światowego konfliktu. Gdzie ryzyko śmierci czy zranienia jest ogromne (do tej pory poległ lub odniósł rany co dziewiąty członek personelu sił zbrojnych Ukrainy). Marnieją te pieniądze w obliczu takich faktów, zwłaszcza gdy zwrócimy uwagę na to, kim są ukraińscy żołnierze.

Nim o tym napiszę, jeszcze jedna istotna informacja. Rodzina poległego dostaje 15 mln hrywien – to niemal dwa miliony zł, kwota, która robi wrażenie nawet w znacznie zasobniejszej Polsce. Co więcej, te pieniądze są wypłacane, co podkreślam, bo w rosji, teoretycznie, sprawy mają się podobnie, odszkodowania są równie hojne. Tyle że wciąż dochodzą z kraju putina głosy o kolejnych oszukanych rodzinach, którym urzędnicy kazali spadać na drzewo. Regułą są dużo niższe wypłaty oraz upadlające „dowody wdzięczności za służbę syna/ojca” w postaci np. reklamówki produktów spożywczych.

Tym niemniej – aż do czasu ogłoszenia mobilizacji – istotą rosyjskiej kampanii rekrutacyjnej były obietnice finansowe. Ponadprzeciętnych zarobków i bonusów, którymi zresztą mami się i teraz, obiecując zmobilizowanym odroczenia spłat czy anulowanie kredytów. Do tego dochodziła – wciąż dochodzi – obietnica bezkarności, pozwolenie na rabowanie ukraińskich cywilów. Zauważmy zatem hipokryzję zwolenników ruskiego miru – zarzucających Ukraińcom „walkę za kasę” – którym jednocześnie nie przeszkadza materialna motywacja u rosjan.

Ale pal licho gamoni – wróćmy do kwestii profilu poległych. W Ukrainie popularne jest dziś stwierdzenie: „my tracimy najlepszych, oni najgorszych”. To rzecz jasna uproszczenie, celowo dehumanizujące wroga, ale niepozbawione racji. W lutym i marcu po stronie rosyjskiej ginęli przede wszystkim poborowi – młodzi chłopcy, przed którymi było jeszcze całe życie. Choć wielu z nich pochodziło z nizin społecznych, mogli w przyszłości okazać się wartościowymi z perspektywy społeczeństwa jednostkami. Okres kwiecień-czerwiec to „mielenie” elity putinowskiej armii – zawodowych i kontraktowych żołnierzy, wielokrotnie niezłych rzemieślników, a w wymiarze społecznym, funkcjonalnym – „wydolnych” ojców, synów, głowy rodzin. Lato to „obróbka ochotnika”, o którym Paweł Łuzin (rodak…), ekspert ds. rosyjskiej polityki zagranicznej i obronnej, mówił tak: nikt go nie potrzebuje, łącznie z żoną, dziećmi i starszymi rodzicami. Po drugie, nie osiągnął w życiu nic, więc chce udowodnić wszystkim, że wciąż jest do czegoś zdolny. Po trzecie, jest człowiekiem, który cierpi z powodu problemów materialnych i myśli, że rozwiąże je na wojnie” (cytat za: „Nowaja Gazieta”). Do tego grona zaliczyć należy również „zeków” – więźniów, w tym tych z najcięższymi wyrokami, wcielanych do wspierającej armię Grupy Wagnera. Obecnie zaś giną przede wszystkim „mobiki” (polecam mój wczorajszy tekst) – przekrój społeczny tego towarzystwa jest dość szeroki, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że mobilizacja była polowanie na tych, którym zabrakło kompetencji (inteligencji, sprytu, kontaktów, pieniędzy), by się z niej wywinąć.

Tymczasem po stronie ukraińskiej ginie kwiat młodzieży i pokoleń średniego wieku. W armii służy wielu ochotników, lecz opiera się ona o obowiązkowy pobór (co też warto podkreślić w odniesieniu do zarzutów „walki za kasę”). Istnieją kryteria wyłączenia/zwolnienia (np. posiadanie trójki dzieci), tym niemniej do wojska idą wszyscy, od przysłowiowego profesora po niewykwalifikowanego robotnika. Śmierć żołnierza – poza kontekstem rodzinnego dramatu – należy też rozpatrywać w kontekście strat społecznych. Niewypracowanego dochodu, niestworzonych dzieł (naukowych, literackich, jakichkolwiek), niespłodzonych dzieci itp., czegoś, co stanowi wartość dodaną do ludzkiej egzystencji. Polityczna poprawność sekuje nas za tego rodzaju gradację, ale fakt jest faktem: życie wziętego pedagoga jest więcej warte niż żywot wielokrotnego mordercy z dożywotnim wyrokiem. Śmierć zdolnego programisty, świeżo upieczonego męża i ojca, to coś gorszego niż zgon pogardzanego przez bliskich życiowego wykolejeńca.

Żadne pieniądze tego nie zmienią…

—–

Nz. Zawieszanie ukraińskiej flagi w jednej z wyzwolonych miejscowości obwodu chersońskiego, wrzesień br./fot. MON Ukrainy

A jeśli nie interesuje Cię subskrypcja, a jednorazowe wsparcie:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Łaskawca”

Aby zostać Patronem bezkamuflazu.pl - kliknij TUTAJ

Co by się stało, gdyby na Morze Czarne wpłynęła US Navy czy międzynarodowy natowski zespół okrętów? Niekoniecznie grupa lotniskowcowa, ale kilka niszczycieli i fregat, niosących w arsenałach parę setek pocisków samosterujących i drugie tyle rakiet przeciwokrętowych? władimir władimirowicz putin postanowił nie szukać odpowiedzi na to pytanie. Nie odważył się powiedzieć: „sprawdzam”. Mnie to nie dziwi, dobrze wiem bowiem, że przy zachodniej przewadze technologicznej, jakikolwiek rosyjski fałszywy ruch zakończyłby się zagładą floty czarnomorskiej.

A dlaczego o tym piszę?

Bo jestem rozbawiony. Chichram, czytając w rosyjskich mediach, jakim to kolejnym wielkim sukcesem może się pochwalić główny lokator Kremla.

Najpierw niezbędne kalendarium. W weekend Ukraińcy zaatakowali – przy użyciu dronów powietrznych i morskich – rosyjskie okręty stacjonujące w Sewastopolu na okupowanym Krymie. Nie ma jasności, jakie były skutki tego uderzenia – przede wszystkim, jak mocno uszkodzono flagowy okręt floty czarnomorskiej, fregatę „Admirał Makarow”. Jakkolwiek oberwała noesowiecka wizytówka – poważnie czy nie – odebrano to na Kremlu jako siarczysty policzek. W efekcie rosja ogłosiła, że wycofuje się z umowy zbożowej, zawartej latem pomiędzy Moskwą i Kijowem, pod patronatem Turcji i ONZ. Porozumienie to umożliwiało swobodny ruch statków wywożących ukraińskie zboże na Bliski Wschód i do Afryki. Oznaczało zniesienie rosyjskiej blokady ukraińskich portów – rzecz niezwykle istotną w wymiarze gospodarczym (dla Ukrainy, dla której wpływy z eksportu stanowią teraz istotny zastrzyk gotówki) oraz w wymiarze humanitarnym (pojedynczy zbożowiec zapewnia pożywienie dla półtora miliona mieszkańców Afryki na miesiąc).

No więc Moskwa zakrzyknęła „no pasarán!”. Nie zostało to publicznie sprecyzowane, ale było oczywiste, że ukraińskie statki straciły status nietykalnych. W takich okolicznościach wyjście w morze wiązało się z poważnym ryzykiem ataku ze strony okrętów floty czarnomorskiej.

Mimo to Ukraińcy podjęli ryzyko – kolejne zbożowce opuściły porty. Oficjalnie zrobiono to po konsultacjach z Turcją i ONZ – sygnatariuszami porozumienia. Zagrano va banque?

Otóż nie. Mimo rosyjskich deklaracji, ryzyko ataku na morskie konwoje ze zbożem zostało szybko zażegnane. I tu dochodzimy do powodów mojego rozbawienia. rosja ogłosiła wczoraj, że jednak będzie respektować porozumienie zbożowe. Prokremlowskie media trąbią, że ów dobry gest Moskwy wiąże się z obietnicą, jaką putinowi mieli złożyć Ukraińcy. „Prezydent ustalił, że statki zbożowe nie będą wykorzystywane do przerzutu broni do Ukrainy”, tak niby ma wyglądać ta obietnica. Innymi słowy, jest sukces – władimir władimirowicz „zamknął” szlak przerzutowy.

Rzecz w tym, że ów szlak nigdy nie istniał. A Ukraińcy w ogóle nie negocjowali warunków powrotu do porozumień. putin zaś zwyczajnie wymiękł.

Nie ma jasności, kto przekazał mu informację o tym, że jakikolwiek rosyjski atak na cywilny statek skończy się wprowadzeniem natowskich okrętów na Morze Czarne. Czy był to turecki prezydent Erdogan – ojciec porozumienia zbożowego – czy może sygnały poszły bezpośrednio z Waszyngtonu. Tak czy inaczej, widmo upokarzającej rosję natowskiej demonstracji siły zostało putlerowi wyraźnie zarysowane. Wybrał więc opcję „łaskawego” powrotu do porozumienia, dobrze wiedząc, że w żaden sposób nie wytłumaczyłby „swoim” (tzw. zwykłym rosjanom), dlaczego to NATO/Zachód/USA dyktują warunki na Morzu Czarnym. Dla słabo-silnych – jak putin – taka słabość oznaczałaby katastrofę, zwłaszcza gdyby doszło do wymiany ognia z zachodnimi okrętami. Istotą legitymizacji jest bowiem w rosyjskiej polityce przypisywana rządzącym siła. Jeśli są „luzerami” – tracą twarz, okręty, akwen – tłum prędzej czy później ich rozniesie.

Co przywodzi nas do wniosku, że z kremlinami nie ma sensu rozmawiać inaczej, jak tylko z pozycji siły.

—–

Nz. Okręty amerykańskiej floty/fot. US Navy

A jeśli nie interesuje Cię subskrypcja, a jednorazowe wsparcie:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Kości

Aby zostać Patronem bezkamuflazu.pl - kliknij TUTAJ

Cynizm i brutalność rosyjskiej władzy są mocno historycznie ugruntowane. Pisałem kilka dni temu o tym, że jako gatunek łagodniejemy, powołując się na amerykańskiego psychologa Stevena Pinkera. Dowodzi on, że odsetek ofiar gwałtownej przemocy z wieku na wiek maleje. Wniosek ów wyciąga m.in. z archeologicznych badań kości naszych przodków, które noszą ślady licznych – z biegiem czasu coraz rzadziej – brutalnych razów. Liczby rzeczywiste tego nie oddają, bo ludzka populacja wciąż rośnie, niemniej wojny stają się mniej krwawe. „Szczytowe osiągnięcie” w tej dziedzinie – oba konflikty światowe – pochłonęły 100 mln istnień ludzkich. Gdyby cechowała je brutalność i intensywność wojen plemiennych z pradawnych czasów, zabitych byłoby dużo więcej.

Pinker ma wielu krytyków, jednym z nich jest brytyjski filozof John N. Gray, który ogranicza zasadność tez Amerykanina do wąsko pojętego Zachodu (wspólnoty kulturowej rozłożonej po obu stronach Atlantyku). „Jeśli przemoc zmalała w rozwiniętych społeczeństwach, jednym z powodów może być to, że została przez Zachód wyeksportowana”, pisze w artykule dla „Guardiana”. Esej Graya pt. „Steven Pinker się myli co do przemocy i wojen” skupia się na kwestii kolonializmu i prowokowanych przez niego wojen „z dala od spokojnej, zasobnej Europy”. Nie czas i miejsce, by się nad tym pochylać – dla mojego wywodu istotna jest inna z generalnych konkluzji: owszem, rozszerzamy granice empatii, zwłaszcza na Zachodzie, ale agresja pozostaje, przybierając tylko inne postaci.

Weźmy Hołodomor – wielki głód w Ukrainie z lat 30., wywołany celową, ludobójczą polityką Stalina. Nie mieliśmy tam do czynienia z gwałtowną przemocą, wojennymi zmaganiami, ale i tak kilka milionów ludzi straciło życie (między 3 a 10; rozpiętość wynika z ukrywania dramatu przez Moskwę i z sowieckiego bałaganiarstwa). Szczątki ofiar tej okrutnej kampanii nie noszą śladów walki. Archeologowie, którzy będą je badać za 200 czy 300 lat, nie znajdą na kościach złamań, pęknięć, zrostów lub przestrzelin. Na tej podstawie nie da się stwierdzić, że mamy do czynienia ze skutkami zorganizowanej państwowej przemocy. A przecież tak właśnie było…

O czym wspominam, by wykazać, że „na wschodzie bez zmian”. Od Hołodomoru minął niemal wiek, a stosunek rosyjskiej władzy wobec Ukraińców wciąż cechuje agresja. Mój „ulubiony” prorosyjski aktywista medialny pisze o „boju o ukraińską energetykę”, mając na myśli uderzenia w elektrownie i sieci przesyłowe. Relacjonuje to w sposób sugerujący oczywistą-oczywistość tak prowadzonej wojny, jakby chodziło o zmagania dwóch armii w terenie przemysłowym. To zabieg mający na celu odklejenie od rosyjskich działań etykiety zbrodni wojennej. Dla mnie kulawy i nieskuteczny, ale niektórzy mogą się na to nabrać.

Skazywanie milionów cywilów na głód i chłód JEST zbrodnią wojenną – cywilizowany świat tak to zdefiniował po II wojnie światowej. Sparaliżowanie ukraińskiej energetyki – by nie mogła dostarczać prądu, gazu, ciepłej wody – nie przyniesie od razu spektakularnych efektów. Za frazą „pogorszenie warunków życia” kryje się postępujący w czasie dramat. Pozbawieni dostępu do szpitalnej aparatury pacjenci umrą szybko, osoby schorowane, psychicznie podatne na załamania pewnie również. Ale większość narażonych będzie się mierzyć z odroczonymi skutkami zdrowotnymi. Ich kości również nie będą nosić śladów fizycznej wojennej przemocy. Ale będą to szczątki ofiar wojny.

Ofiar rosyjskiej „niereformowalnej” brutalności.

—–

Nz. Ukraińska artyleria na froncie/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli nie interesuje Cię subskrypcja, a jednorazowe wsparcie:

Postaw mi kawę na buycoffee.to