Gamonie

Pamiętam, że początkowo wydawało mi się to nieprawdopodobne. „Są aż tak nieostrożni? Tak bardzo nie umieją w tuszowanie?” – zachodziłem na głowę. Było późne lato 2014 roku, świat żył wojną w Donbasie. W portalu, w którym pracowałem wówczas jako wydawca strony głównej, dziennie publikowaliśmy masę materiałów poświęconych sytuacji na wschodzie. To, co działo się w komentarzach pod tekstami, na kilometr trąciło zorganizowaną akcją rosyjskich służb. Ileż tam było antyukraińskiego syfu, ile hejtu i prób wywołania negatywnego nastawienia wśród Polaków do Ukrainy i Ukraińców… Dziś świadomość takich działań jest oczywistą oczywistością, wtedy było to novum.

„Przekonajmy się, skąd jest ten ruch”, zaproponowałem koledze z działu bezpieczeństwa. Przez jakiś czas, nie korzystając z żadnych wymyślnych narzędzi, tropiliśmy IP autorów komentarzy. Miażdżąca większość najaktywniejszych użytkowników rezydowała w Moskwie i Petersburgu. Świat już wcześniej słyszał o farmach trolli, ale – przyznam szczerze – traktowałem takie informacje w kategoriach ciekawostki. Aż zyskałem twardy dowód, który – jako się rzekło – wcale nie był wynikiem skomplikowanego śledztwa. Uznałem wówczas, że Rosjanie celowo zostawiają tak oczywiste ślady w sieci. Że działają na zasadzie: „no, to my – i co nam zrobicie?”. Bezczelność, która miała za zadanie utrwalić przekonanie o wszechpotężności i bezkarności. A może jednak nie? A może to o zwykłe gapiostwo chodziło?

W tym samym roku doszło do eksplozji w składach amunicyjnych w czeskich Vrběticach. Śledztwo wykazało, że stali za tym agenci rosyjskiego wywiadu. Czesi planowali dostawę amunicji do Ukrainy, Rosjanie chcieli im te plany pokrzyżować. Źle ustawione detonatory spowodowały eksplozje jeszcze w Czechach, choć wedle założeń miało to nastąpić w Ukrainie. Wybuchł skandal, postsowieci musieli dramatycznie zredukować liczbę personelu swojej ambasady (a Praga była dla nich ważnym miejscem, na wzór Wiednia z czasów zimnej wojny – zapleczem do działalności wywiadowczej w Europie Środkowej).

W 2018 roku agenci GRU działający na terenie Wielkiej Brytanii, usiłowali zabić dawnego kolegę, Siergieja Skripala. Na zdrajcy – wcześniej wymienionym przez neosowietów na ujętych przez amerykańskie służby agentów – przetestowano słynny już dziś nowiczok. Skripal (i córka) przeżyli, a wykonawcy zamachu zostawili za sobą tyle śladów, że bez trudu ich zidentyfikowano. Co więcej, nie dokonały tego tylko profesjonalne służby, ale też dziennikarze śledczy. Gamoniom postawiono zarzuty (zaocznie), orkowa ambasada w Londynie także została odchudzona.

Latem 2020 roku kremlowskie służby dokonały zamachu na życie Aleksieja Nawalnego, polityka i dziennikarza, który wszedł za skórę Putinowi (demaskując korupcyjne powiązania reżimu). Nawalny przeżył próbę otrucia, a będąc w Niemczech, gdzie go leczono, rozpoczął śledztwo w swojej sprawie. I o tym opowiada film, którego kadr ilustruje ów wpis. Nazywa się toto „Nawalny” i jest do obejrzenia na HBO Max. Ekipa filmowa towarzyszy bohaterowi i jego współpracownikom, w pewnym momencie rejestrując rozmowę Nawalnego z chemikiem z FSB. Który myśląc, że rozmawia z asystentem szefa służby, przez niezabezpieczony telefon opisuje ze szczegółami okoliczności zamachu. Ogląda się to z opuszczoną szczeną, tak dramatycznie nieprofesjonalne jest zachowanie pracownika FSB.

I ja właśnie o tym. Mniejsza o moje osobiste doświadczenie – podrzucam jako ciekawostkę i dodatkową ilustrację. Ale na boga, było tyle sygnałów, że ruskie to gamonie. Że opinia o ich rzekomo świetnych służbach to mit. Że to „szpiedzy tacy jak my”, a nie żadne „dżejmsy-bondy”. I mimo znaków na ziemi i niebie wolny świat pozwalał tej legendzie funkcjonować. A przecież nie szło o jakąś renomę, a o zupełnie konkretny, wymierny efekt mrożący, jaki wywoływało przekonanie o sile Moskwy. Dziś, gdy już wiemy, że ten kolos sznurkiem od snopowiązałki trzymany, nie musimy się bać. I z takim przesłaniem – tyle że do samych Rosjan – zwraca się w filmie Nawalny. On wniosek o słabości reżimu wywodzi z przekonania o rychłym aresztowaniu („zamkną mnie, może zabiją, bo się boją”). Dziś – za sprawą wojny w Ukrainie – ujawnia się tyle niewydolności, słabości, gamoniowatości rosyjskiego państwa i jego właścicieli, że nawet ślepy musi to widzieć. Czas zatem Rosjanie, byście i wy przestali się bać.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Sieć

Motocyklista z wyrzutnią przeciwpancerną w pojemniku na plecach przywołuje skojarzenia z filmami „Mad Max”, których akcja toczy się w post-apokaliptycznym, pustynnym anturażu. W australijsko-amerykańskich produkcjach motocykl decyduje o być albo nie być resztek ludzkości, w zielonej Ukrainie również jest narzędziem w brutalnych pojedynkach na śmierć i życie. W wymyślonej rzeczywistości to głośna, paliwożerna maszyna, w tej prawdziwej – sunący bezszelestnie pojazd. W większej mierze ciekawostka niż typowy obrazek z ukraińskiego frontu, a zarazem zapowiedź procesu, przed jakim stają wszystkie armie świata. O ropie mówi się, że to „krew wojny”, ale jej czas nieuchronnie dobiega końca. Zielone nie tylko kamuflażem wojsko nadal pozostaje pieśnią przyszłości, lecz wcale nie tak odległej. Elektryczny jednoślad Delfast już dziś potrafi zapewnić ponad 300-kilometrowy zasięg. Daje przewagę zaskoczenia – bo nie słychać, gdy się zbliża – oraz sposobność do szybkiej ewakuacji po wykonanym ataku. W Ukrainie sprawdza się w polowaniach na czołgi, do tego stopnia, że Rosjanie oferują własnym żołnierzom dodatkowe nagrody za schwytanie „mad-maksów”. Jest w tym zresztą dodatkowa symbolika – oto Rosję, żyjącą z kopalin i próbującą jak najdłużej zachować paliwowe status quo – kąsa chmara małych „elektryków”.

Źle oszacowana paleta

O ich skuteczności decydują także inne czynniki, z których najważniejszy to dostęp do informacji. Internet – oczywisty atrybut niewojennej rzeczywistości, od lat służący głównie do rozrywki – właśnie sprawdza się w okolicznościach, do jakich został niegdyś stworzony. Przesył danych na przenośne urządzenia pozwala Ukraińcom na budowanie wysokiej świadomości sytuacyjnej do poziomu pojedynczego żołnierza. W wojskowej terminologii używa się w tym kontekście określenia „sieciocentryczność”. Opisuje ono środowisko cybernetyczne, gdzie następuje bieżąca wymiana danych z rozmaitych źródeł, której towarzyszy w dużej mierze zautomatyzowany proces doradczy i decyzyjny, na przykład wskazanie celów do likwidacji. Co istotne, choć środowisko to ma różne pułapy dostępu, zasilanie danymi odbywa się w sposób „demokratyczny” – każdy może wrzucić do systemu pozyskane przez siebie informacje. Rosjanie przed 24 lutego zdawali sobie sprawę z tego, że Ukraińcy zaprzęgną Sieć do walki. Lecz jak w wielu innych kalkulacjach i tu źle oszacowali paletę możliwości przeciwnika.

Nim pierwsze czołgi wtargnęły do Ukrainy, agresorzy przypuścili rozległy atak cybernetyczny. Bez wchodzenia w techniczne szczegóły – intencją było odcięcie Ukrainy od komunikacji satelitarnej, dającej dostęp do Internetu. W połączeniu z kinetycznymi atakami na naziemną infrastrukturę, poskutkowałoby to całkowitym brakiem Sieci na rozległych obszarach kraju. Przy czym w rosyjskich planach chodziło głównie o to, by wybić Ukraińcom z ręki oręż w wojnie propagandowej. Pozbawioną oficjalnych informacji ludnością łatwiej manipulować, nie staje się ona też uczestnikiem wymiany danych na temat działań wrogiego wojska. Ów plan nie przewidział reakcji… Elona Muska, właściciela m.in. przedsiębiorstwa SpaceX. Korporacja amerykańskiego multimiliardera dysponuje małymi satelitami, umieszczonymi na niskiej orbicie Ziemi, znanymi jako Starlinki. Urządzenia te zapewniają szerokopasmowe usługi internetowe w trudno dostępnych miejscach globu, gdzie nikt nie pokusił się o położenie kabli światłowodowych. Do połączenia ze Starlinkami potrzeba przenośnych terminali o walizkowych wymiarach. Musk oba elementy systemu udostępnił Ukraińcom – co ważne, nieodpłatnie. Rosjanie zareagowali groźbami, próbowali uszkodzić satelity, lecz informatycy SpaceX jak dotąd radzą sobie z hackerskimi atakami.

Algorytmem w uznaniowość

Starlinki zapewniają pełne pokrycie terytorium Ukrainy. Wiemy, że za ich pomocą do samego końca walk kontaktowali się ze światem obrońcy Azowstalu. Konferencje prasowe dowódców garnizonu Mariupola doprowadzały Rosjan do szału. Lecz ów symboliczny policzek nijak się miał do innych korzyści płynących z użytkowania starlinkowej infrastruktury. Żeby to wyjaśnić, koniecznym będzie cofnięcie się o kilka lat, kiedy w Ukrainie rozpoczęto proces cyfryzacji usług publicznych. Idea „państwa w smartfonie” na dobre zaczęła być realizowana przed trzema laty, jako obietnica wyborcza Wołodymyra Zełenskiego. U podstaw pomysłu leżało przekonanie, że będzie on jednym ze sposobów na ograniczenie trawiącej Ukrainę korupcji. Sprowadzenie czynności urzędowych do kilku kliknięć miało ograniczyć kontakt obywatela z „żywym” urzędnikiem, a automatyzacja i algorytmizacja procedur wyeliminować uznaniowość. Niejako ubocznym skutkiem wprowadzanych zmian byłaby – rzecz jasna mocno pożądana – zwiększająca się wydajność i skuteczność instytucji państwa. Tyle teoria.

W praktyce spodziewano się kolejnej systemowej porażki, ale tym razem Ukraina miała szczęście. Powołany na stanowiska ministra cyfryzacji Mychajło Fedorow objawił się jako doskonały organizator. Nie tylko sprawnie pokierował nowym resortem, ale z nie mniejszym sukcesem zagospodarował entuzjazm tysięcy „cyfrowych wolontariuszy” – młodych specjalistów z branży IT, którzy kupili wizję „państwa w smartfonie”. W takich okolicznościach powstała Diia, odpowiednik naszego mObywatela i ePUAP-u, z której korzysta dziś prawie 20 mln Ukraińców (dla porównania aplikację mObywatel pobrało 7,5 mln Polaków, a Profil Zaufany ma około 14 mln osób). Będąca zarazem platformą, na bazie której powstały kolejne użyteczne aplikacje. Gdy miliony osób zmuszone zostały do ucieczki okazało się, że państwo ukraińskie działa. Urzędy pilotowały uchodźców, dostarczając im niezbędnych na danym etapie podróży wskazówek, nie zawieszono wypłaty świadczeń, na bieżąco informowano mieszkańców konkretnych miejscowości o zagrożeniach ostrzałem artyleryjskim czy bombardowaniem. Cyfrowe mapy schronów, stale aktualizowane listy działających sklepów, stacji benzynowych, punktów pomocowych itp. Jeśli ktoś zastanawia się nad przyczynami wyjątkowej samoorganizacji Ukraińców po 24 lutego, odpowiedź znajdzie w smartfonie.

Wirtualny spacer po ruinach

Ów smartfon służy również do przekazywania danych przydatnych wojsku. Rosjanom w Ukrainie cały czas towarzyszą oczy i uszy cywilów. Informacje na temat ruchów wojsk, ich liczebności, uzbrojenia – zbierane i wysyłane przez mieszkańców – stanowią istotne uzupełnienie danych wywiadowczych pozyskanych przez własny zwiad oraz natowskie satelity i samoloty. Oczywiście, cywile nie mają dostępu do wojskowych systemów informatycznych – cyfrowe śluzy porządkują treści i rozsyłają je do zainteresowanych podmiotów. Część danych nie służy do bieżącego zarządzania polem walki. Władze kraju poprosiły obywateli o dokumentowanie rosyjskich zbrodni oraz skali zniszczeń. To m.in. dzięki takim materiałom udało się zidentyfikować sprawców zbrodni w Buczy i odtworzyć przebieg tych dramatycznych zdarzeń (gwoli ścisłości, dla takich celów wykorzystuje się także zawartość telefonów komórkowych rosyjskich żołnierzy – zgubionych bądź znalezionych przy poległych i jeńcach). Zdjęcia i filmy są też narzędziem w wojnie informacyjnej. Ukraińcy konsekwentnie budują narrację, wedle której ich kraj jest nieustannie pustoszony przez rosyjską armię. Dzieje się to przy wsparciu zachodnich korporacji cyfrowych. Jednym z ostatnich pomysłów, realizowanych w ramach tej współpracy, jest uzupełnienie map serwisu Google (funkcji Street View) aktualnymi zdjęciami ukraińskich miast. Wirtualny spacer po ruinach służy dyskredytowaniu Rosji, wskazywaniu jej zbrodniczych „osiągnięć” w Ukrainie.

Niezależnie od ostrości takiego przekazu, wojna nie rozstrzygnie się w Sieci, a w „realu”. Ukraińskie nadzieje na zwycięstwo – rozumiane jako wyrzucenie Rosjan z zajętych terenów – będą wszak wprost związane ze sprawnością obróbki danych. Bitwa o Donbas przybrała postać morderczego pojedynku, w którym każdy manewr (oddanie, zajęcie terenu) poprzedza wymiana artyleryjskich ciosów. Najeźdźcy mają przewagę luf i zapasów amunicji, obrońcy dysponują coraz lepszym zachodnim sprzętem – działami o większej mobilności, lepszej celności i dalszym zasięgu. Wspartymi dronami i radarami pola walki – urządzeniami zbierającymi i przetwarzającymi informacje w czasie rzeczywistym. Tak, by z jednej strony precyzyjniej razić przeciwnika, z drugiej, ujść przed jego ripostą. O przewadze jakościowej ukraińskiej artylerii Rosjanie przekonali się kilkanaście dni temu podczas prób forsowania Dońca. Zakończonych zagładą dwóch batalionów. Co ciekawe, działa obrońców były wstrzelane na długo zanim nad rzeką pojawili się Rosjanie. Program używany przez hydrologów do badania kształtu koryta bezbłędnie wytypował miejsce przyszłej przeprawy. Zainstalowany, a jakże, jako apka na komórce.

—–

Nz. „Elektryk” Delfast na ukraińskim froncie/fot. Siły Zbrojne Ukrainy

Tekst, w skróconej formie, opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 23/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Kraby

„No ale Krabów to Ukrainie nie powinniśmy przekazywać. Co innego posowiecki sprzęt – to dobra okazja, żeby się go pozbyć – ale najnowsze systemy artyleryjskie w Wojsku Polskim? To już przesada” – czytam. No Szanowni nie. Nie można być trochę w ciąży – albo się w niej jest, albo nie jest. Na luksus ograniczonej pomocy dla Ukrainy mogą sobie pozwolić Niemcy, Francja czy Włochy, ale nie Polska. Jeśli orki zwyciężą na wschodzie, za kilkanaście lat pojawią się u naszych drzwi. O to, patrząc z polskiej perspektywy, toczy się w tej chwili gra. Jest więc w naszym najlepiej rozumianym interesie wspieranie Ukrainy gdzie i czym się da.

Darowizny posowieckiego sprzętu pozwalają ukraińskiej armii na zachowanie/odbudowanie zdolności bojowej nadszarpniętej w trakcie walk. To sposób o naturalnie wysokiej efektywności, mowa bowiem o systemach, które Ukraińcy znają i używają, co powoduje, że proces wdrożenia jest bardzo szybki. Ale na tym sprzęcie nie da się zbudować jakościowej przewagi, bo Rosjanie mają to samo. A jakościowa przewaga jest absolutnie niezbędna, by tę wojnę wygrać, wyrzucić napastnika z kraju, a wcześniej maksymalnie go poturbować. Ilością nie stworzy się orkom konkurencji; w całej Europie Środkowo-Wschodniej nie ma takiej masy posowieckiego sprzętu.

Cieszą mnie zatem te Kraby, choć świadom jestem, że ich przekazanie odbywa się kosztem obniżenia bieżących możliwości bojowych WP. Że zakłóca to proces szkoleniowy. Ale u licha, nam nic w tej chwili nie grozi, a jak zagrozi – stoi za nami potężne NATO, zdolne przetrącić kark putinowskiej zbieraninie morderców, gwałcicieli i złodziei. Nie wiem, czy luksus posiadania takiej tarczy to standard na dekady. Bezpieczniej założyć, że nie. I się zabezpieczyć, inwestując także w ukraińskie możliwości obronne. Kraby – wiele na to wskazuje – to świetna broń. Jeśli wszystko pójdzie po dobrej myśli, wkrótce uzupełnią ją inne systemy. Liczę bardzo, że Amerykanie zdobędą się na decyzję o posłaniu do Ukrainy dalekonośnej artylerii rakietowej (formalna zgoda ma zapaść na początku tygodnia). I wtedy naprawdę może być pozamiatane.

I na koniec jeszcze jedna uwaga – prezydent Zełenski odwiedził dziś Charków i pozycje wojsk ukraińskich w pobliżu miasta. Co nam to mówi o sytuacji na wschodzie? Może najpierw rzecz symboliczna, choć niezwykle istotna. Wyobrażacie sobie Putina w takiej podróży? No ja nie. Tchórz siedzi niczym szczur w rządowych kompleksach już od początku inwazji. Ale pal go licho. Zełenski musiał do Charkowa jakoś dotrzeć, a to oznacza, że armia ukraińska jest w stanie zapewnić mu w miarę bezpieczną podróż (najpewniej lotniczą). No i pobyt. Pod nosem orków – ich potężnego lotnictwa i artylerii – grając na nosie wywiadowi. Ktoś tu kogoś właśnie upokorzył. Znowu…

Nz. Wołodymyr Zełenski w Charkowie/fot. Urząd Prezydenta Ukrainy

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Paradoksy

„Próba utrzymania pozycji w Donbasie za wszelką cenę oznacza duże prawdopodobieństwo unicestwienia zasadniczej części ukraińskiej armii. Armia rosyjska ma obecnie przewagę 1:7 i nie jest możliwe jej powstrzymanie, niezależnie od pomocy militarnej ze strony Zachodu” – pisze uczestnik popularnej grupy dyskusyjnej na Facebooku. Te słowa to fragment wypowiedzi Andrei Margellettiego, doradcy szefa włoskiego MON, dla dziennika „La Stampa”. Po tym cytacie wspomniany internauta przedstawia własny wniosek: „jednym słowem ODWRÓT”, pisze o działaniach, jakie winni teraz podjąć obrońcy. Domorośli stratedzy zwykle są zabawni, ale tu nie chodzi o pojedynczy incydent – opinię wywiedzioną z wypowiedzi średnio zorientowanego polityka. Sporo ostatnio w medialnym i społecznościowym obiegu podobnych konkluzji, formułowanych zarówno przez zwykłych zjadaczy chleba, jak i osoby mające realny wpływ na procesy polityczne czy wojskowe. Nie sposób tego ignorować, bo defetyzm jest jak wirus – z małych ognisk infekcji zrobią się większe, aż skończy się na ogólnoustrojowym zakażeniu. Ostatnia rzecz, jakiej potrzebują Ukraińcy, to zachodnie opinie publiczne przekonane o bezsensowności stawiania oporu Rosji.

Rozmyślania o źródłach tego defetyzmu zostawiam na inną okoliczność. Dla czystości intencji dodam tylko, że za takimi postawami niekoniecznie musi stać rosyjska akcja dezinformacyjna. Że gros osób, werbalizując „dobre rady”, zwyczajnie lęka się o losy Ukrainy. Łatwo sobie wyobrazić skutki dramatycznej dysproporcji sił i trudno wówczas powstrzymać się przed myślą, że „trzeba ratować, co się da i przenieść obronę w bardziej dogodne miejsce”. Albo „w ogóle się poddać, skoro wynik i tak jest przesądzony”. Ostatecznie, „szkoda ludzi, których ofiara i tak zostanie zmarnowana”.

Wracając do sedna. Z tym 1:7 „samobója” strzelili sobie sami Ukraińcy (a konkretnie jeden z prezydenckich doradców). Nie wiem, z jakiego powodu dane dotyczące małego odcinka frontu, „rozciągnął” na obszar całego Donbasu. Z danych amerykańskiego wywiadu wynika, że w Ukrainie znajduje się w tej chwili 110 batalionowych grup bojowych (BGB) armii rosyjskiej. Licząc „po pełnych stanach”, to jakieś 100 tys. żołnierzy. Realnie jest ich więcej (około 150 tys.), jeśli uwzględnimy formacje niezaangażowane w walkę. 80 proc. tych sił skupionych jest na donbaskim teatrze działań, co daje nam 80 tys. (lub jak kto woli 120 tys.) wojskowych. Zakładając prawdziwość relacji 1:7, wyszłoby nam, że naprzeciw tej masy wojska stoi nieco ponad 11 tys. obrońców (17 tys. z tyłami). To absurd i parafrazując „klasyka” – niemożliwa-niemożliwość. Gdyby front na wschodzie Ukrainy trzymały tak skromne siły, Rosjanie już dawno paradowaliby w Kijowie. I Lwowie.

Ale to wcale nie znaczy, że proporcja jeden do siedmiu jest wymysłem.

Nim wyjaśnię o co chodzi, pozwolę sobie zauważyć, że pozornych paradoksów dotyczących wojskowych statystyk jest w tej wojnie więcej. Bo spójrzmy na dane wyjściowe, sprzed 24 lutego, z których wynikało, że Rosja dysponuje niemal 900-tysięczną armią, Ukraina zaś miała pod bronią ćwierć miliona wojskowych. W teorii to przewaga wystarczająca do pokonania przeciwnika, ale… Ale do „operacji specjalnej” Kreml delegował 200 tys. ludzi, co z kolei oznacza dominację obrońców. Tym większą, że już w pierwszym tygodniu wojny powołali pod broń kolejne 100 tys. osób. A mimo to na głównych kierunkach natarcia to Rosjanie mieli przewagę. Dziś też tak jest, choć Ukraina powiększyła liczebność sił zbrojnych do… 700 tys. (a niebawem może to być nawet milion ludzi). Zatem niemal zrównała się z Rosją, a niewykluczone, że ją prześcignie.

Rosyjskie dowództwo – po utracie 30 tys. ludzi (zabitych, rannych, wziętych do niewoli i zaginionych) – ma obecnie mniej żołnierzy niż przed trzema miesiącami. Składy osobowe wykrwawionych jednostek zostały częściowo uzupełnione, ale zwykle do poziomu 70-kilku-80-kilku proc. A przecież wojska u nich mnogo… Otóż nie. Pisałem już o tym, więc jedynie krótko przypomnę: Rosja to gigantyczny kraj, a jej przywództwo przekonane jest o konieczności ochrony rozległych granic. Przede wszystkim na zachodzie (przed NATO) i na Dalekim Wschodzie (przed Chinami) oraz na Kaukazie, skąd w każdej chwili może wyjść kolejna rebelia. Powierzchnia Rosji i jej położenie wymuszają posiadanie licznych jednostek obrony przeciwlotniczej, sił powietrznych i marynarki. A budżet nie jest z gumy, zaś społeczeństwo w koszmarnym demograficznym kryzysie. W efekcie wojska lądowe to ćwierć miliona ludzi, a z ekspedycyjną „nóżką” armii – oddziałami powietrznodesantowymi – nieco ponad 300 tys. I w obrębie tego rezerwuaru mogą się poruszać generałowie dowodzący „operacją specjalną” (300-tysięczna Rosgwardia to wojsko II i III kategorii, siły strategiczne/jądrowe nie mają w Ukrainie zastosowania, flota i lotnictwo nie działają na lądzie), mając z tyłu głowy wspomnianą wcześniej konieczność ochrony granic (dlatego na przykład 30-tysięczny korpus stacjonujący w obwodzie kaliningradzkim wydaje się być nie do ruszenia).

Pozorne „bogactwo” tyczy się także sprzętu – najeźdźcy wytracili dotąd 30 proc. najnowszych czołgów, ale traktowane na poważnie zagrożenie ze strony NATO każe im trzymać w rezerwie istotną część maszyn najmłodszych roczników. Mówi się o połowie wszystkich najnowszych tanków, jakie znajdowały się na stanie armii rosyjskiej w lutym 2022 roku. Utrata większości możliwych do użycia „nówek” skutkuje przywracaniem do służby 50-letnich czołgów T-62. Można się w tym miejscu zastanowić, czy rosyjskie kalkulacje mają sens (bo przecież NATO nie uderzy…), ale „kozła nie przekonasz, Kreml swoje wie”. A generałowie są zdania, że choć załogi T-62 w starciu z regularnymi oddziałami armii ukraińskiej nie będą miały wielkich szans, to po oddziałach obrony terytorialnej, szczególnie w masowym ataku, przejadą jak po polu kapusty.

Wróćmy jednak do zestawień osobowych. W podobnej sytuacji, jak siły zbrojne Federacji Rosyjskiej, znajduje się ukraińska armia. Północna, wschodnia i południowa granica kraju to „strefa czerwona” – teren obecnego, przeszłego i potencjalnie przyszłego frontu. Mimo wygranej w bitwie o Kijów, stolica wciąż musi być chroniona na wypadek kolejnego rosyjskiego ataku; to samo tyczy się Charkowa i okolic. Mimo wymyków Aleksandra Łukaszenki, nadal istnieje możliwość rosyjskiego, a nawet rosyjsko-białoruskiego natarcia w kierunku zachodnich obwodów kraju. Nie da się wykluczyć ryzyka ataku na Odessę – z morza, czy w ramach operacji powietrzno-desantowej. Podejmowanie transportów broni i amunicji z Zachodu to skomplikowana, angażująca duże siły i środki operacja wojskowa. Zagrożenie dywersją dotyczy całości kraju, obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa także nie może się koncentrować w jednym miejscu (choć uczciwie trzeba zauważyć, że jej priorytetem pozostaje bezpieczeństwo stolicy). No i są jeszcze jednostki rezerwy, w trakcie formowania, szkolenia, w odpoczynku; to w tej chwili większość ukraińskich sił zbrojnych. Front to tylko jeden z kilku teatrów działań – nie znam dokładnych danych, ale w oparciu o szczątkowe informacje sądzę, że angażujący około 100 tys. ukraińskich żołnierzy jednocześnie. Innymi słowy, mniej więcej tyle samo, ilu Rosjan.

Ale nie ma tu równowagi, bo agresorzy dysponują większą ilością ciężkiego sprzętu oraz wspiera ich liczniejsze lotnictwo. To jednak za mało, by prowadzić zdecydowanie zwycięską kampanię. Obie strony są zbyt silne, by je pokonać i zbyt słabe, by zwyciężyć. Klasyczny pat, z którego istnieją dwa wyjścia. Pierwsze, czyli zbudowanie kilkukrotnej przewagi w wymiarze strategicznym. Rosyjskie luzy mobilizacyjne to w tej chwili jakieś 50-70 tys. przyzwoitego wojska – co nie starczyłoby nawet na podwojenie sił inwazyjnych. Ukraińcy mogliby swoje siły w Donbasie potroić, ale tym samym wystawiliby na ryzyko inne części kraju. No i, obawiam się, wciąż byłby kłopot z odpowiednim wyekwipowaniem tak licznych oddziałów; ta wojna brutalnie rewiduje ilościowe paradygmaty dotyczące wojska, pokazuje, że liczy się jakość, nie masa. Oba dowództwa – i rosyjskie, i ukraińskie – działają w warunkach „gospodarki niedoboru”, gdzie przedmiotem trudnej do osiągnięcia równowagi są nie tylko zasoby ludzkie, sprzętowe, ale i informacja. Wyobraźmy sobie, że Ukraińcy podejmują ryzyko i 25-tysięczny kontyngent w dużej mierze elitarnych jednostek strzegących Kijowa posyłają na wschód. W tym czasie Rosjanie, angażując 20-30-tysięczne siły zgromadzone w Białorusi (które wciąż tam są) przypuszczają atak na stolicę. Co, gdyby im się udało? Kijów to nie cała Ukraina, lecz o losach wojen często decydowały sukcesy niekoniecznie efektywne z operacyjnego punktu widzenia, ale o dramatycznej „mocy symbolicznej”.

Oczywiście, takich manewrów nie da się przeprowadzić z dnia na dzień, ale efekt zaskoczenia w działaniach o dużym rozmachu zwykle rozciąga się na wiele dni. Gdyby jedna strona wiedziała, co planuje druga, można by uniknąć tego szachowania. No ale to sytuacja mało realna – generałowie nie umawiają się na „ustawki”. Pozostaje więc wyjście numer dwa, czyli próby zbudowania lokalnych przewag – a choćby i siedem do jednego – z nadzieją, że uda się w takich miejscach rozerwać obronę przeciwnika. Rosjanie „badają” w ten sposób front od początku bitwy o Donbas – ostatnio w okolicach Siewierodoniecka. Działają w oparciu o dwa porządki – propagandowy i czysto wojskowy, operacyjny. Stąd ich determinacja, by zdobyć miasto (bo jakąś zdobyczą w końcu muszą się pochwalić), ale też przede wszystkim, by zniszczyć zgromadzone tam ukraińskie siły. Czy dopną swego? Pod Izjumem im nie wyszło, wcześniej zaprzestali presji na Charków. W worku między Siewierodonieckiem a Popasną nadal nie odpuszczają, ale…

Ale dziś pojawiło się sporo informacji o tym, że Rosjanie przerzucają większe siły na południowy odcinek frontu, w okolice Zaporoża i Chersonia. Kosztem Donbasu.

—–

Nz. Ukraińska artyleria/fot. Siły Zbrojne Ukrainy.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Najemnik

Media rozpisują się na temat śmierci kolejnego rosyjskiego generała (jedenastego…), Kanamata Botaszewa. Tym razem chodzi o emerytowanego wojskowego, pilota, który zginął nad Ukrainą w minioną niedzielę. Pilotowany przez niego samolot szturmowy Su-25 został zestrzelony przez ukraińską obronę przeciwlotniczą w okolicach miasta Popasna. Rosyjski MON o sprawie ani piśnie (a chodzi o najwyższego rangą spośród utraconych w tej wojnie lotników), niemniej informację o śmierci generała potwierdziło trzech jego dawnych podwładnych. Z miejsca pojawiły się pytania o to, co 63-latek robił za sterami bojowej maszyny, na linii frontu. „Udział w walkach oficera tak wysokiej rangi może świadczyć o braku wysoko wykwalifikowanych specjalistów” – oceniło BBC.

Czy słusznie?

Botaszew nie wrócił do regularnej armii – maszyna, w której zginął, nie nosiła państwowych oznaczeń, a jedynie literę „Z” wymalowaną na skrzydłach i kadłubie. Należała do Grupy Wagnera – firmy najemniczej, której pracownicy walczą w Ukrainie od początku inwazji. Okazuje się, że korporacja – formalnie prywatna, de facto blisko związana z rosyjskim wywiadem wojskowym GRU – dysponuje także komponentem lotniczym. Poległy generał był zatem – wszystko na to wskazuje – najemnikiem. Światło na jego motywacje rzucają okoliczności, w jakich rozstał się z siłami powietrznymi. Otóż w 2012 roku rozbił myśliwiec Su-27, za sterami którego nie miał prawa zasiadać. Zasiadł, bo namówił kolegę – dowódcę jednego z pułków – na wspólny lot, podczas którego nie poradził sobie z wykonaniem figury akrobatycznej. Wojskowy sąd wydalił Botaszewa z armii oraz nałożył karę odpowiadającą wysokości 140 tys. dolarów. Mówiąc wprost, generał był w finansowej potrzebie.

Za stary na liniową służbę i zbyt kłopotliwy z uwagi na przeszłość, u „prywaciarzy” mógł się jeszcze przydać. Nie wiemy, ile lotów wykonał, nim trafiła go ukraińska rakieta. Pierwsze Suchoje z „Z” na burtach zaobserwowano na froncie na przełomie kwietnia i maja. Wtedy też doszło do pierwszych strąceń. Czy Botaszewa „zabił” wiek? 63-letni organizm nie reaguje tak szybko, jak ciała (i mózgi!) młodszych o 20-30 lat pilotów. A w powietrzu, przy typowych dla współczesnych systemów prędkościach, sprawy toczą się wyjątkowo szybko. Su-25 nie jest nowym samolotem, procesu decyzyjnego nie wspomaga w nim żadna skomplikowana technologia. „Być albo nie być” to suma refleksu pilota i jego umiejętności. Te zaś należy podtrzymywać. Jest mało prawdopodobne, by po wyrzuceniu z wojska generał miał sposobność do latania na bojowych maszynach. Zwłaszcza w zakresie umożliwiającym zachowanie odpowiednich nawyków (czyli minimum 80-100 godzin rocznie). Najpewniej próbował odbudować swój warsztat po zgłoszeniu się do wagnerowców, co miało nastąpić w kwietniu tego roku. Niewykluczone, że i tak by zginął, będąc nawet w kwiecie wieku i w szczytowej formie. Ponieważ jednak sprawa dotyczy lotnictwa, gdzie kondycja fizyczna i wyszkolenie odgrywają gigantyczną rolę, z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że do śmierci generała przyczyniły się także „kalendarz” i niedostateczny trening.

Czy jest to dowód na desperację Rosjan?

Samo sięganie po najemników o niczym nie przesądza. Amerykanie również regularnie korzystają z usług prywatnych korporacji wojskowych. W Afganistanie w 2011 roku 100-tysięczny amerykański kontyngent wspierało… kolejne 100 tysięcy kontraktorów (jak w języku NATO mówi się o najemnikach). Proces zwany „komercjalizacją wojny” zaczął się jednak dużo wcześniej – i przez kolejne dekady nabierał niesamowitej dynamiki. O ile w czasie pierwszej „Pustynnej Burzy” w 1991 roku jeden kontraktor przypadał na 100 amerykańskich żołnierzy, 15 lat później, także w Iraku, ta proporcja wynosiła już 1 do 5. A później był Afganistan, gdzie w połowie minionej dekady za jednym żołnierzem stało nawet trzech najemników. Kontraktorzy ochraniali placówki dyplomatyczne, instalacje przemysłowe, siedziby firm, konwoje z ropą, żywnością i amunicją zaopatrujące bazy sił koalicji. Realizowali też misje typu capture or kill (których celem było pojmanie/zabicie dowódców rebelii), zarówno samodzielnie, jak i we współpracy z wojskiem. Faktycznie zatem wyręczali armię, co wziąwszy pod uwagę ich zarobki – zwykle kilkukrotnie wyższe niż żołnierskie pensje – mogłoby się wydawać działaniem nieracjonalnym. Ale…

Patrząc z perspektywy zleceniodawców – rządów krajów prowadzących wojnę – i tak możemy mówić o zysku. Zaletą najemników jest ich anonimowość – gdy giną, najczęściej nie podaje się ich nazwisk, jeśli w ogóle sam fakt śmierci ujrzy światło dzienne. W mediach nie ma relacji z ich pogrzebów, nie powstają materiały poświęcone zrozpaczonej rodzinie, innymi słowy, do opinii publicznej nie docierają informacje, które mogłyby obniżyć poparcia dla działań wojennych. Co ważne, najemnik to zwykle człowiek z wojskowym doświadczeniem – nie ma więc potrzeby urządzania mu wieloletnich i kosztownych treningów. Owo doświadczenie redukuje też ryzyko, jakim jest posyłanie do walki nieostrzelanego żołnierza po kilkumiesięcznym szkoleniu.

Tak to wyglądało w przypadku USA i sojuszników, tak miało wyglądać w przypadku Grupy Wagnera. Celowo napisałem „miało”, z czasem bowiem okazało się, że elitarny charakter GW to podpompowany mit (coś jak narracja o wyjątkowej nowoczesności i skuteczności armii rosyjskiej). Bo owszem, służyło tam, i nadal służy, sporo byłych żołnierzy Specnazu, WDW i „gwardyjskich” formacji, ale jest też dużo wojskowego „pospólstwa” i masa zupełnie przypadkowych ludzi. I nie jest to informacja z ostatnich tygodni. Pierwszy poważny test zrobili wagnerowcom Amerykanie w Syrii przed czterema laty – posyłając w diabły trzy setki rzekomo elitarnych żołnierzy (masakra pod Dajr az-Zaur). Kolejny sprawdzian przyszedł wraz z Ukrainą i poskutkował stratami rzędu 6-8 tysięcy wyeliminowanych z walki kontraktorów. W efekcie firma stanęła przed koniecznością poważnych, interwencyjnych rekrutacji, jeszcze bardziej obniżając kryteria. Dziś można zostać jej pracownikiem bez przeszkolenia wojskowego, podpisując krótkoterminowy (3-, 6-miesieczny) kontrakt. Takich najemników, przeszkolonych „na szybkości”, trudno nie nazwać „mięsem armatnim”.

„Mięsem” mniej kłopotliwym (chciałoby się napisać – mniej śmierdzącym). Rodziny marynarzy z krążownika „Moskwa” nie znają losów swoich bliskich. Gdy pytają przedstawicieli floty, słyszą, że syn zaginął („może uciekł?” – znamy to skądś, prawda?). Ale mimo okazywanej pogardy, oficjalne organa państwa nie mogą nie pochylić się nad sprawą. W przypadku kontraktora nic nie muszą – i z dostępnych informacji jasno wynika, że z tej użyteczność najemnictwa rosyjscy urzędnicy korzystają do bólu. „Syn/ojciec/brat zaginął? A co mnie to?”.

Botaszew nie był anonimowy – stąd zamieszanie wokół jego śmierci, którego echa dotarły także do Rosji. Był za to mężczyzną w wieku emerytalnym, zbyt starym, by latać w misjach bojowych. W mojej ocenie potwierdza to dramatyczną obniżkę kryteriów rekrutacyjnych i jest zarazem jednym z oblicz rosyjskich kłopotów z rezerwami.

Tyle na dziś. Jutro piszę tekst „do papieru”, a pojutrze poświęcę uwagę innemu generałowi, którego postać jest ważna w kontekście tego, co dzieje się na froncie. Płyną stamtąd rzekomo dramatyczne informacje – w takie szaty ubierają je media. I pożal się boże specjaliści, niemający pojęcia o obronie manewrowej.

Nz. bohater tekstu

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to