Czołgi

Jestem po arcyciekawej rozmowie z moim najważniejszym źródłem po stronie ukraińskiej. Pogadaliśmy, gdyż przygotowuję się do napisania tekstu na temat zastosowania nowych technologii w toczącym się konflikcie. To robota „na zaś”, a już dziś chciałbym się z Wami podzielić ciekawą informacją. Ufam swojemu rozmówcy, ale gwoli uczciwości zastrzegam, że nie robiłem jeszcze krzyżowej weryfikacji. O jakie dane chodzi? Otóż w pierwszym miesiącu wojny używane przez Ukraińców przenośne wyrzutnie przeciwpancerne odpowiadały za 50 proc. strat sprzętowych, zadanych rosyjskim wojskom pancernym. Dziś udział zniszczonych w taki sposób czołgów spadł do 30 proc. Kolejne 30 proc. strat to efekt pojedynków pancernych (czołg-czołg – tu bez zmian w odniesieniu do wspomnianego okresu), następne 30 przypisuje się działaniu artylerii. Pozostałe 10 proc. idzie na konto lotnictwa, także tego bezzałogowego (w pierwszym miesiącu artyleria odegrała marginalną rolę w niszczeniu sprzętu pancernego, „brakujące” 20 proc. niemal w całości dotyczyło maszyn rażonych z powietrza).

Co nam to mówi o toczonej teraz głównie w Donbasie wojnie? Kilka rzeczy.

Po pierwsze, skończyła się definitywnie „romantyczna” faza konfliktu, w której lekka piechota polowała na rosyjskie kolumny niczym myśliwi na stada ociężałych zwierząt. Dziś starcia angażują rozmaite rodzaje broni po obu stronach, na znaczeniu stracił element zaskoczenia, decydujący o taktycznej przewadze Ukraińców (piechocie najłatwiej zniszczyć czołg w zasadzce, z ukrycia);

Po drugie, Bayraktary w dużej mierze już „wyszły”. Chyba że z jakichś innych powodów dowództwo sił zbrojnych Ukrainy ogranicza użycie uzbrojonych bezzałogowców na donbaskim teatrze działań. Możliwe, że jest to skutek lepszej ochrony przeciwlotniczej rosyjskich oddziałów – ostatecznie wojskom inwazyjnym towarzyszy cała gama takiego uzbrojenia, a po bolesnych doświadczeniach spod Kijowa, Rosjanie wiedzą już, jak efektywniej się chronić. Z drugiej strony, dociera do nas coraz więcej informacji o operacjach lotniczych w wykonaniu tradycyjnego (załogowego) ukraińskiego lotnictwa. Wiadomo o stosunkowo licznych misjach bezpośredniego wsparcia walczących na ziemi oddziałów, wykonywanych przez samoloty i śmigłowce szturmowe – maszyny znacznie bardziej narażone na zestrzelenie niż drony. Tak czy inaczej, zejście na drugi plan uzbrojonych bezpilotowców wcale nie oznacza, że drony przestały się liczyć. Jest zupełnie na odwrót. To one – w wersjach obserwacyjnych/rozpoznawczych – w istotnej mierze wpływają na skuteczność ukraińskiej artylerii. Odpowiednio naprowadzane lufy „wiedzą” dokąd posłać ogień.

Po trzecie, ukraińskie siły powietrzne, których rzekomo już dawno nie ma, wciąż działają, dowodząc z jednej strony słabości rosyjskiego lotnictwa (które nie wywalczyło sobie „czystego nieba”) oraz rozpoznania (agresor nie potrafi zniszczyć samolotów przeciwnika na ziemi), z drugiej zaś, niesamowitych umiejętności organizacyjnych i taktycznych personelu ukraińskiego (działanie w rozproszeniu, ze stale zmieniających się polowych baz, w oparciu o techniki lotu utrudniające lokalizację i trafienie – to składowe tych kompetencji). Na podstawie innych danych obserwuję wręcz „przebudzenie” ukraińskiego lotnictwa – niewykluczone, że to efekt dostaw sprzętu (amunicji lotniczej i, przede wszystkim, części zamiennych pozwalających na odtwarzanie zdolności bojowych).

Po czwarte, rosnący udział artylerii w niszczeniu najważniejszego elementu rosyjskiego walca, jakim jest czołg-w-swej-masie, wyznacza kierunek zachodniej pomocy. Mocno artyleryjski charakter bitwy o Donbas oznacza, że do Ukrainy powinny trafić kolejne „lufy” – zarówno holowane, jak i samobieżne. Artyleria winna być jednym z głównych obszarów budowania przewagi jakościowej armii ukraińskiej nad rosyjską. Zatem wspomnianym „lufom” musi towarzyszyć odpowiednia liczba radarów pola walki i dronów, będących „oczyma” artylerzystów. Wbrew potocznym opiniom, zachodnie działa nie są lepsze od rosyjskich/sowieckich za sprawą większej donośności (Rosjanie mają broń o podobnych parametrach). O ich klasie decydują wspomniane „oczy”, „inteligentna” samonaprowadzająca się amunicja (na przykład pociski Excalibur, wysyłane do Ukrainy przez Kanadę) oraz wyższa mobilność/manewrowość (na przykład słynne już amerykańskie haubice M777, których ponad setka trafiła na wschód, jakkolwiek są „tradycyjne”, bo holowane, są zarazem wyjątkowo lekkie, co umożliwia ich szybkie dyslokowanie). Rzecz jasna – ale to dotyczy wszystkich rodzajów broni – istotny jest także poziom wykonania. Sowiecka/rosyjska bylejakość seryjnej produkcji wprost przekłada się na żywotność uzbrojenia. Stąd postulat docelowej maksymalnej westernizacji armii ukraińskiej.

Po piąte, wbrew dziwacznym teoriom kryjącym się pod hasłem „armii nowego wzoru”, wojna w Ukrainie po raz kolejny udowadnia, że czołg to nie tylko broń ofensywna, ale i defensywna. Tanki można razić z powietrza, można niszczyć z ręcznych wyrzutni, ale niemniej efektywnym środkiem pozostaje inny czołg. Z zacytowanych danych jasno wynika, że rosyjska pancerna kosa szczerbi się także (ufam, że w końcu złamie…) o ukraiński pancerny kamień. I teraz wyobraźmy sobie, że Ukraińcy swoich czołgów nie mają. Z tej perspektywy patrząc, Polska – posyłając do Ukrainy ponad 200 maszyn – w istotny sposób wzmocniła potencjał ukraińskiej armii.

I to na razie tyle – wrócę jeszcze do tematu w kolejnych dniach.

Nz. Rosjanie przywracają do służby 40-paroletnie czołgi T-62, co oznacza, że coraz bardziej krucho u nich z zapasami sprawnego i (w miarę) nowoczesnego sprzętu…/fot. ilustracyjne za: Mikolaj Susujew

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Bałtyk

Dziś będzie krótko, bom w podróży. A chciałbym zamknąć kwestię akcesu Szwecji i Finlandii do NATO. Co obecność tych krajów w Sojuszu oznacza dla Polski?

Rzeczpospolita przez dekady zaniedbywała kwestię bezpieczeństwa morskiego. W efekcie doszliśmy do punktu, w którym flota podwodna składa się z jednego remontowanego okrętu. A możliwości bojowe jednostek nawodnych są raczej symboliczne. Tymczasem Bałtyk stał się ostatnio niezwykle ważnym elementem w naszym energetycznym „być albo nie być”. Na skutek wojennych sankcji kopaliny w jeszcze większym stopniu docierają do nas morzem, nie lądem (ze wschodu). I ów trend będzie się tylko powiększał. Patrząc z tej perspektywy, wzmocnienie natowskich sił morskich przez niezwykle nowoczesną szwedzką flotę, wpływa pozytywnie na bezpieczeństwo RP. I daje nam czas na realizację planu rozbudowy marynarki wojennej.

Lecz niesie także pewne zagrożenie. Skala wyzwań związanych z modernizacją całych sił zbrojnych, przed jaką stoi Rzeczpospolita, jest ogromna. Przykład Ukrainy nie pozostawia złudzeń, że powinniśmy rozbudować nasze możliwości w zakresie obrony przeciwlotniczej oraz wzmocnić najcięższe komponenty wojsk lądowych. A to kosztuje. Przy tej okazji ktoś może machnąć ręką na nowe okręty – „bo są ważniejsze wydatki, a na Bałtyku i tak inni chronią nam tyłki”. W historii NATO był już taki precedens w postaci Niemiec pod rządami Angeli Merkel. RFN, mimo posiadania jednej z największych gospodarek świata, łożyła na armię relatywnie niskie kwoty. Niemcy „jechały na gapę”, korzystając z amerykańskiego parasola ochronnego. Dziś, wybudzone przez Władimira Putina z letargu, potrzebują 100 mld euro na modernizację sił zbrojnych. Potrzebują „na wczoraj”.

A to Niemcy – bogatsze i bezpieczniejsze od nas, bo oddalone od Rosji i jej strefy wpływów. Ukraińcy wywalczyli nam czas; niezależnie od tego, jak skończy się ta wojna, Federacja Rosyjska przez co najmniej kilka lat nie będzie w stanie poprowadzić wojskowej operacji zaczepnej. W swoich ostrożnych szacunkach jestem zdania, że okres zawieszenia potrwa nawet kilkanaście lat. Ale później może być już różnie. Bardziej niż odbudowy rosyjskiej potęgi wojskowej, obawiam się kryzysu zachodniego systemu bezpieczeństwa. Niech idiota Trump wróci na stołek prezydenta USA – i później się potoczy. A to tylko jedno z wielu zagrożeń. Rosja w każdym razie – niezależnie od kondycji gospodarczej – nie ustanie w wysiłkach z zakresu wojny informacyjnej i będzie dalej dążyć do rozbicia zachodniej wspólnoty, infekując nasz medialny ekosystem swoimi „zarazkami”. Gdzieś tam na końcu będzie Polska, która na skutek błędnych decyzji może nie być przygotowana do odparcia agresji.

Trzymam zatem kciuki za „Mieczniki”, trzymam kciuki za „Orki”, za wszystko, co poprawi nasze bezpieczeństwo na morzu.

—–

Nz. Przyszły ORP Ślązak, jeszcze w budowie (zdjęcie z 2015 roku)/fot. Michał Piekarski

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Sepultura

Walerija poznałem zimą 2015 roku pod Debalcewem. Spędziłem z nim i jego kolegami kilka godzin na posterunku ukraińskiej armii. Pierwotny plan był innym, myślałem, żeby zostać dłużej, ale… Ale postanowiłem udowodnić żołnierzom, że „Polacy nie gęsi” i spirytus pić potrafią. Pięć lat nauki w technikum przemysłu spożywczego dało mi paru świetnych kumpli (co doceniłem dopiero po latach), dało też sposobność do obywania praktyk w zakładach wódczanych. A że młodość to pęd ku wiedzy, chętnie nauczyłem się od starych wyjadaczy, jak wlać w siebie ów żrący płyn, bez zbędnych szkód dla zdrowia. No więc znałem się na rzeczy, a sugestię ukraińskich gospodarzy, że jednak mogę się nie znać, odebrałem jako wyzwanie natury patriotycznej. Dziabnąłem wypełniony po brzegi kubek od termosu, potem jeszcze poprawiłem, wprawiając towarzyszy w niemałe zdziwienie. „No brat…”, Walerij poklepał mnie po plecach. „Jak to wszystko się skończy, musisz mnie odwiedzić w Kijowie. Nie będziemy pili żadnego świństwa, tylko porządną wódkę. Zjemy dobrze, pokażę ci miasto, posłuchamy sobie muzyki. 'Sepulturę’ lubisz?”. Wzniosłem ramiona ku górze; o „Sepulturze” wiedziałem, że istnieje, że gra jakąś odmianę metalu – i tyle. „Spodoba ci się”, Walerij uśmiechnął się serdecznie. Pół godziny później ściskałem mu dłoń. Nie chciałem na „miękkich nogach” przebywać w rejonie walk, postanowiłem się ewakuować. „Widzimy się w Kijowie”, zapowiedziałem, wsiadając do samochodu, który jechał na tyły.

Walerij przeżył boje pod Debalcewem. Przeżył bez uszczerbku, nie dostał się do niewoli, wiosną 2015 roku został zdemobilizowany. Wiele miesięcy później przysłał mi maila, w którym opisywał, co się z nim działo po moim wyjeździe. I na końcu ponowił zaproszenie. Od tego momentu byłem w Kijowie kilka razy, ale jakoś tak się złożyło, że nie skorzystałem z możliwości wizyty. Pisywaliśmy do siebie od czasu do czasu, raczej grzecznościowo. Dla mnie, muszę to przyznać, była to rutynowa sprawa – w ten sposób, bez wielkiego zaangażowania, podtrzymuję wiele kontaktów z ludźmi spotkanymi na reporterskiej drodze. 24 lutego wysłałem wiele wiadomości do moich ukraińskich znajomych – także do kijowskiego fana „Sepultury”. Nie były to żadne rozbudowane narracje, a zwyczajne sygnały, że jest mi przykro, że trzymam kciuki, że w razie potrzeby gotów jestem pomóc tu, w Polsce. Plus, rzecz jasna, mało wyrafinowane życzenie śmierci dla tego łotra z Kremla. Walerij odezwał się na początku marca – znów był w wojsku, znów we wschodniej Ukrainie. Przyznał, że wolałby bronić stolicy, ale z drugiej strony cieszył się, że może być w miejscu, gdzie służy także jego syn. „Mam oko na drania”, żartował, choć pewnie wcale nie było mu do żartów. Później zamilkł na wiele tygodni, raz przysłał krótką wiadomość – że żyje i że cieszy go to, co stało się wokół Kijowa, gdzie moskali upokorzono i posłano w diabły. „Moje miasto niepokonane”, pękał z dumy.

Przedwczoraj odezwał się znowu. „Dwoimy się tu i troimy, a tamci wciąż naciskają. Nieważne, ilu ich zabiliśmy i raniliśmy. (…) Mówią (dowódcy – dop. MO), że Rosjanom kończą się rezerwy, że nie będą w stanie długo tak napierać. Nie mogę doczekać się, kiedy w końcu przestaną. (…)”, pisze. Nie wiem, skąd dokładnie, domyślam się jedynie, że korzystając z krótkiego pobytu na tyłach (wbrew częstym opiniom, Ukraińcy nawet na najgorętszych odcinakach frontu starają się rotować odziały, by zapewnić żołnierzom chociaż chwilę oddechu). „(…) Mam prawie pięćdziesiąt lat, niedawno urodziła mi się pierwsza wnuczka. Chciałbym ją jeszcze zobaczyć, widzieć, jak dorasta. Chciałbym, żeby jej ojciec, mój syn, wrócił do domu”. „Jeszcze posłuchacie razem Sepultury”, odpisałem, bo nic lepszego nie przyszło mi do głowy. Ku mojemu zdziwieniu, przed chwilą przyszła wiadomość zwrotna. Walerij naprawdę jest wielkim fanem brazylijskich deathmetalowców, a ja…. A ja coś tam kiedyś odpaliłem i uznałem za hałas. „Posłuchamy, posłuchamy. Z tobą też posłuchamy. Nauczyłeś się pić spirytus, nauczysz się słuchać 'Sepultury’”, czytam i dochodzę do wniosku, że dawno nie złożono mi tak wspaniałej obietnicy.

—–

Nz. W takich okolicznościach przyrody poznałem Walerija/fot. Rafał Stańczyk,

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Azowstal

Są takie chwilę, gdy spoglądając w przeszłość, żałujemy, że czegoś nie zrobiliśmy. Nawet jeśli owo „coś” było niewykonalne bądź nazbyt ryzykowne. Nawet jeśli było tylko fantazją. „Mogłem zapobiec…”, myśli się wówczas o ewentualnych skutkach zaniechanego czynu i łaja za brak konsekwencji lub odwagi. Kto mnie zna, ten wie, że mina ze zdjęcia nie wyraża nic dobrego. Nie mogła wyrażać, bo w głowie kłębiły mi się mordercze myśli. Dziś, gdy widzę wieloletnie efekty działań człowieka, któremu ściskam dłoń, mam do siebie żal, że skończyło się tylko na wywiadzie w konwencji „i tak gnoju wiem, że mnie okłamujesz”. Denis Puszylin, „premier” tzw.: Donieckiej Republiki Ludowej, to jedno z ucieleśnień zła. A ja miałem bandytę „na widelcu”…

Jako dziennikarz spotykałem się z różnymi ludźmi – niektórych uważałem/uważam za szkodników niegodnych życia na wolności. Rozmawiałem z nimi, bo tak postrzegam swoją robotę. Tu wcale nie idzie o pozorną przecież obiektywność czy o rzekomą konieczność dawania głosu każdej ze stron (wcale nie uważam tego za wymóg; są opinie, którym nie powinno się pozwalać wybrzmieć). Ale zawsze chciałem zrozumieć. I miałem ambicje, mam!, by rozumiał także mój Czytelnik. Więc gadałbym z samym diabłem czy innym Hitlerem, choć oczywiście nie tak, jak bracia Karnowscy rozmawiali z ruskim ambasadorem. Reporter nie jest podstawką pod mikrofon, zwłaszcza w sytuacji, gdy rozmówca godzi w logikę, łże, sieje nienawiść.

Puszylin był właśnie takim rozmówcą, ale i pośród polskich polityków nie brakowało podobnych ancymonów. Więc gdy jeden z nich – wyjątkowa kreatura – pokazywał mi kiedyś szablę, nie mogłem oprzeć się niepoprawnym fantazjom. Perspektywa odsiadki raz wydawała się zbyt dotkliwa, innym razem nie; ostatecznie zwyciężył rozsądek i przekonanie, że „ja nie od tego”. Że jestem, by pisać – i czasem nawet tym słowem walczyć. Słowem, nie czynem. A wspominam o tym wszystkim, bo Puszylin znów pojawił się na moim „radarze”. Widzę go, jak zapowiada w orkowej telewizji, że teren po Azowstalu zostanie zrównany z ziemią. Nie dla uporządkowania, a dla wyrugowania z przestrzeni jakichkolwiek elementów mogących symbolizować ukraiński opór. No więc słucham drania, przypominam sobie jego miękką, oślizłą dłoń – i szlag mnie trafia bo miałem bandytę „na widelcu”.

Spotkaliśmy się w jednym z donieckich hoteli, gdzie zainstalował się „rząd DRL”. Droga do „premiera” wiodła przez tłum ochroniarzy, rozmowie przysłuchiwał się gość z GRU. Realnie patrząc, szanse na realizację mrocznych fantazji byłyby niewielkie. Także dlatego, że Puszylin miał być punktem pośrednim w drodze do Aleksandra Zacharczenki, „prezydenta republiki”. „Najpierw porozmawiajcie z premierem, potem się zobaczy”, obiecał „minister informacji DRL”. Zacharczenko był wtedy w Moskwie, gdy wrócił, ja byłem już po ukraińskiej stronie. Okazja, by się z nim spotkać, już nigdy się nie nadarzyła. Jakiś czas później „głowa donieckiego państwa” wyleciała w powietrze, w zamachu zorganizowanym albo przez wewnętrznych konkurentów, albo Rosjan. Puszylin okazał się skuteczniejszy, żyje, choć i na niego polowano. Potrafił dogadać się i z Moskwą, i z miejscową mafijną konkurencją, która dzierży władzę w DRL.

I teraz buja się z Kadyrowem; razem dają głos w mediach, radując się z losu Mariupola. A mnie ściska w środku z bezsilnej złości. I jeszcze ten triumfalizm sowieciarskich mediów. To żałosne, że musi je cieszyć pokonanie załogi Azowstalu, że innych bezspornych sukcesów brak. Lecz właśnie – to, niestety, jest bezsporny sukces Putinów, Puszylinów, Kadyrowów i reszty gamoni. Obrona Mariupola i Azowstalu urósła do rangi symbolu. Ilustrowała wolę ukraińskiego oporu jak żadne inne wydarzenie w tej wojnie. Miała gigantyczny wpływ na budowanie morale, tak armii, jak i społeczeństwa. Kapitulacja nie musi tego potencjału unieważniać, ale z pewnością go osłabi. Skoro ulegli „najtwardsi z twardych”, innych mogą dopaść wątpliwości. Puszylin o tym wie i stąd jego „szpile” na temat przyszłości zakładu.

A propos, Rinat Achmetow, najbogatszy ukraiński oligarcha, właściciel Azowstalu, szacuje, że na skutek walk o kombinat jest do tyłu o miliard dolarów. I że zamierza – w oparciu o międzynarodowy arbitraż – domagać się rekompensaty od władz Rosji. Jak generalnie źle życzę ukraińskim oligarchom – przez lata żerującym na państwie i społeczeństwie – tak w tym przypadku trzymam kciuki za powodzenie. (Niemal) wszystko, co drenuje pieniądz z Rosji jest dobre. I choć dużych szans na sukces nie widzę, wiem też, że Achmetow jest graczem, z którym liczą się kreatury pokroju Puszylina. Może się więc okazać, że z zapowiedzi zrównania huty z ziemią nic nie wyjdzie. Z drugiej strony, o wznowieniu produkcji nie ma mowy. Zakład jest tak zdewastowany, że należałoby go nie tyle odbudować, co postawić od nowa. Achmetow już jakiś czas temu deklarował, że nie przywróci produkcji w realiach rosyjskiej okupacji – nie będzie też pewnie inwestował w odbudowę. Obawiam się, że huta podzieli los reszty miasta – pozostanie gruzowiskiem czekającym na lepsze czasy. Oby nadeszły wraz z wyzwoleniem.

Oby z niewoli wydostali się żołnierze z mariupolskiego garnizonu. Nie znam szczegółów umowy między Kijowem a Moskwą, dotyczących warunków kapitulacji załogi Mariupola. Wbrew potocznym opiniom, Rosja nie ma wielkiej swobody w decydowaniu o losach jeńców. Gdy potraktuje ich wbrew umowie (przewidującej wymianę), i wbrew konwencjom, mocno sobie zaszkodzi. Kreml nie troszczy się przesadnie o swoich żołnierzy, to fakt. Ale musi brać pod uwagę skutki ewentualnego uśmiercenia obrońców Azowstalu. Ukraińcy przestaną wówczas brać rosyjskich jeńców, a perspektywa niechybnej śmierci będzie działać demotywująco na Rosjan. Przekonanie, że ostatecznie można się poddać, ma istotny wpływ na walczących żołnierzy. To nieco wstydliwy aspekt, dlatego zwykle się go pomija w rozważaniach na temat morale. Ale dowództwo każdej armii musi go brać pod uwagę – w przeciwnym razie stanie przed falą odmów służby, dezercji i wszelkich innych objawów obstrukcji już na polu bitwy. Z rosyjską armią jest w tym kontekście „mały” problem. Otóż jej dowództwo nie potrafi przeforsować nadrzędności celów militarnych nad politycznymi. I wikła wojsko w sytuacje bez wyjścia. Presja polityczna, by ukarać „nazistów z Mariupola”, jest tak wielka, że może zwyciężyć nad racjonalną kalkulacją, z której wynika, że jeńców lepiej ocalić i wymienić.

Stąd mój niepokój. Stąd niepokój ukraińskich przywódców, którzy zadecydowali o poddaniu kombinatu. Patrząc z perspektywy czysto wojskowej, była to jedynie słuszna opcja. Opór miał sens, gdy Mariupol wiązał kilkanaście procent rosyjskich sił inwazyjnych. Tych wojsk zabrakło gdzie indziej, co przesądziło o rosyjskiej klęsce w bitwie o Kijów, niemrawej ofensywie w Donbasie i nieudanym marszu na Odessę. Tak, Mariupol ocalił Ukrainę. Ale od połowy kwietnia „wartość operacyjna” tej rubieży dramatycznie spadła. Zawężenie oporu do huty pozwoliło agresorom na dyslokowanie sił; ostatecznie kombinat blokował kontyngent niewiele liczniejszy od obrońców. W takich okolicznościach cena ludzkiego życia i cierpienia okazywała się zbyt wysoka.

A nie była to jedyna cena, płacona przez Ukraińców. Armia pokpiła obronę południa, źle się do niej przygotowała. Uderzenie z Krymu było jednym z oczywistych kierunków natarcia, trudno zatem znaleźć jakieś usprawiedliwianie dla tak dramatycznego zaniechania. Rosjnie wykorzystali je koncertowo, idąc na wschód w stronę Mariupola i na zachód, na Chersoń (docelowo na Odessę). Gdy Ukraińcy się połapali, orki miały już Chersoń i stanęły pod Mariupolem. Wymiana dowództwa pozwoliła na zatrzymanie dalszych rosyjskich postępów, niemniej to, co stracono, jest obecnie nie do odzyskania. W wymiarze politycznym obciąża to prezydenta Wołodymyra Załenskiego. Na Zachodzie tego nie słyszymy – dla nas prezydent Ukrainy to ikona. Ale sami Ukraińcy widzą na tym wizerunku mnóstwo pęknięć. Nie brakuje głosów krytyki, wypomina się Załenskiemu zbytnią ugodowość sprzed wojny. W skrajnych przypadkach oblężenie Mariupola postrzegane jest jako jego wina. Formalna rola głównodowodzącego dokładała do tego odpowiedzialność za los żołnierzy. W takich okolicznościach Azowstal zaczął ukraińskiej głowie państwa ciążyć, zwłaszcza że presja, by uratować oblężony garnizon rosła z dnia na dzień. Uratować za wszelką cenę – co ostatecznie miało miejsce. I ze skutkami czego mierzy się teraz cała Ukraina. I mierzę się ja, oglądając zadowoloną gębę Denisa Puszylina, opowiadającego o wyburzeniu huty jako o sprawiedliwym rozrachunku z „symbolem nazizmu”.

A miałem go „na widelcu”…

—–

Nz. Ucisk dłoni z Puszylinem/fot. Michał Zieliński

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Potrzask

Niemal trzy miesiące po rozpoczęciu „operacji specjalnej” w Ukrainie, rosyjski prezydent może świętować… zdobycie Mariupola, średniej wielkości miasta nad Morzem Azowskim. Nosz k…, pogratulować…

Tak, wyzłośliwiam się. Zachwyt rosyjskiej propagandy mnie nie dziwi – raczej śmieszy i sprawia, że kręcę głową z politowaniem. Ale do szewskiej pasji doprowadzają mnie zachwyty rodzimych użytecznych idiotów i sowieciarzy, piszących o „wielkim sukcesie armii rosyjskiej”, uwaga! – „celowo przemilczanym przez polskie media”. Mój boże, co trzeba mieć we łbie, żeby opowiadać takie bzdury?

Wrócę do sprawy Mariupola – na razie mam za mało danych, by napisać o okolicznościach upadku Azowstalu. Prawdę mówiąc, wcale nie jestem pewien, czy już możemy mówić o „całkowitym wygaszeniu oporu”…

Dziś chciałbym wrócić do kwestii rozszerzenia NATO – zwłaszcza że Szwecja i Finlandia oficjalnie złożyły akces do Sojuszu. Czy Moskwa może coś z tym zrobić (wczoraj pisałem, że na obstrukcję Turcji Putin nie ma co liczyć)? Rosjanie mogliby wrócić do twardej retoryki, idąc ścieżką atomowego szantażu. Zarówno Helsinki, jak i Sztokholm biorą na poważnie ryzyko takich gróźb. W obu stolicach jest oczywiste, że na okres przejściowy – od oficjalnego złożenia akcesu, po formalne członkostwo – Szwecja i Finlandia potrzebują nuklearnych gwarancji bezpieczeństwa. Waszyngton gotów jest je złożyć (oficjalnie; nieoficjalnie już zostały złożone), otwartą pozostaje kwestia, czy przyłączą się do nich Londyn i Paryż. Zapowiedź rychłej riposty unieważni ewentualne rosyjskie pohukiwania, wiadomo bowiem, że Moskwa nie zaryzykuje wymiany atomowych ciosów z Zachodem.

A czy byłaby w stanie dokonać konwencjonalnego ataku prewencyjnego? Wspominam o tym, gdyż część specjalistów od wojskowości uznaje, że jest to prawdopodobne – w nikłym zakresie, ale jest. W mojej ocenie, to dywagacje z poziomu political/war-fiction, bo Rosja nie ma siły na takie działania. Atak na Finlandię wymagałby zgromadzenia wojsk inwazyjnych co najmniej tak dużych, jak w przypadku Ukrainy – co właściwie kończy dyskusję (no bo co z Ukrainą i jak w przyśpieszonym tempie odtworzyć zdolność bojową poturbowanych tam oddziałów?). A przecież taka koncentracja nie uszłaby uwadze NATO. Co więcej, armia fińska od dekad sposobi się do odparcia inwazji ze wschodu – i jest do tego naprawdę nieźle przygotowana. Pokonać ją byłoby Rosjanom trudno, za cenę straszliwych strat. Już dziś ubytek 30 tys. wojskowych, poległych i rannych dotąd w Ukrainie, stanowi dla dowództwa rosyjskiej armii ogromne wyzwanie. Pokazuje, jak krótką „kołderką kadrową” – mimo nominalnie wysokich stanów osobowych – dysponuje wojsko Putina.

Owa kołderka staje na przeszkodzie do realizacji innego pomysłu na atak prewencyjny – zajęcia Gotlandii. Ta należąca do Szwecji wyspa, z uwagi na położenie, ma niebagatelne strategiczne znaczenie. Jej zdobycie pozwoliłoby Rosji zniwelować znaczną część skutków wstąpienia Szwecji i Finlandii do NATO. Byłby to taki rosyjski lotniskowiec w samym środku Bałtyku i jeśliby go wyposażyć w odpowiednie systemy ofensywne i defensywne, ciążyłby sojusznikom niczym kula u nogi. Tyle teorii, czas na realia. Desant w wykonaniu wojsk powietrznodesantowych Federacji jest w tej chwili właściwie niemożliwy. WDW zostały boleśnie wykrwawione w Ukrainie, proces odbudowy ich zdolności bojowych zajmie 2-3 lata. Desant morski jest jeszcze mniej prawdopodobny, bo gros okrętów desantowych Rosjanie wysłali na Morze Czarne (wszystkie najważniejsze jednostki zdolne do przeprowadzenia takiej operacji). „Bosforski korek” – przez który wiedzie droga powrotna na Bałtyk – dzierży w dłoni Turcja, a i desantowców w międzyczasie ubyło, po spektakularnym ukraińskim ataku rakietowym na port w Berdiańsku.

Może się więc Moskwa zżymać, ale nie zostaje jej nic innego, jak pogodzić się ze skutkami natowskiego akcesu Szwecji i Finlandii. A te będą katastrofalne. Dziś rosyjsko-fińskiej granicy strzeże jedna brygada regularnego wojska, wkrótce te siły trzeba będzie zwiększyć kilkukrotnie (Rosja naprawdę traktuje NATO jako zagrożenie…). I wyposażyć je we wszystko, co w armii rosyjskiej najlepsze – mimo „krótkiej kołderki”. W pożałowania godnej sytuacji znajdzie się flota bałtycka. Zatoka Fińska – „okno na świat” największego zgrupowania floty – stanie się szlakiem żeglugowym z obu stron kontrolowanym przez państwa NATO. W razie konfrontacji Rosjanie nie wyjdą stamtąd na otwarty akwen, bo ich okręty zostaną zniszczone przez nadbrzeżne wyrzutnie rakiet, ba, zagrożenie stworzy nawet zwykła artyleria, rozlokowana na fińskim i estońskim brzegu. Gdyby jakimś cudem któraś jednostka się przedarła, u ujścia zatoki natknie się na miny. Ten archaiczny zdawałoby się rodzaj broni, wciąż znajduje szerokie zastosowanie w wojnie morskiej. W ostatniej jej odsłonie, na Morzu Czarnym, przyczynił się do blokady ukraińskich portów z jednej strony, i do uniemożliwienia Rosjanom desantu z drugiej. Obaj przeciwnicy postawili własne miny, w efekcie Ukraina cierpi gospodarczo, bo nie wysyła morzem zboża, Rosja zaś dotąd nie zdobyła Odessy, co w istotnym stopniu odpowiada za niepomyślny przebieg „operacji specjalnej”. Na Bałtyku miny zamknęłyby rosyjską flotę w potrzasku, a rozstawienie ich nie nastręczałoby natowskim marynarkom większych kłopotów.

Oczywiście, Rosja ma jeszcze porty w okręgu kaliningradzkim – a z nich wyjście na otwarty akwen. Tyle że i na północy, i na południu znajdują się kraje NATO. Silna obrona antyrakietowa i przeciwlotnicza częściowo zniwelowałaby problem. Specjaliści mówią w takim kontekście o „bąblu antydostępowym”, parasolu chroniącym okręty i naziemną infrastrukturę. Systemy przeciwlotnicze to perła w koronie armii i zbrojeniówki FR, ale także w tym przypadku wojna w Ukrainie obnażyła rzeczywiste możliwości rosyjskiego sprzętu. O jego jakości najlepiej świadczy fakt, że po trzech miesiącach od rozpoczęcia inwazji, ukraińskie lotnictwo wciąż ma się nieźle i dziesiątkuje rosyjskie oddziały, którym na froncie towarzyszy cała gama przeciwlotniczych środków odstraszania. Wracając zaś do Bałtyku – gdy stanie się „natowskim jeziorem”, możliwości operacyjne zachodnich lotnictw tylko się zwiększą.

Więc znów mam ochotę zacytować klasyka, Putinowi, w twarz. „Miałeś chamie złoty róg, (…) ostał ci się jeno sznur”.

—–

Nz. Żołnierz armii fińskiej podczas ćwiczeń/fot. Ministrostwo Obrony Finlandii

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to