Martwi

Komendant, którego odwiedziliśmy, był postawnym jak na afgańskie warunki mężczyzną. Wyprostowany niczym struna, miał czyściutki mundur i starannie przystrzyżoną brodę. Gdy śmiał się – a uśmiech właściwie nie schodził mu z twarzy – obnażał garnitur równiusieńkich białych zębów. Chłop mógłby robić za reklamę swojej formacji – Afgańskiej Policji Narodowej – tak dobrze się prezentował.

Ale nie za wygląd mu płacono, a za utrzymanie porządku w jednym z sektorów miasta Ghazni. Był 2013 rok, talibska rebelia rozkręciła się już na dobre, więc nie o zwykłą policyjną robotę tu chodziło. ANP de facto pełniła rolę lekkiej piechoty i brała udział w antypartyzanckich akcjach. Jej przeciwnikiem byli bojownicy, nie złodzieje czy inni pospolici przestępcy. Policjanci regularnie się z nimi strzelali, regularnie ginęli i zostawali ranni.

Robota niebezpieczna, lecz przyzwoicie płatna, rzecz jasna jak na realia ówczesnego Afganistanu (szeregowy funkcjonariusz dostawał jakieś 150 dolarów za miesiąc).

Niech Was jednak nie zwiedzie ton tych akapitów – ANP to nie byli dobrzy chłopcy, a łobuzy. Najbardziej skorumpowana i inwigilowana przez talibów struktura w Afganistanie. Nasze wojsko współpracowało z nią – tak jak z afgańską armią – z konieczności. Przy czym współpraca to duże słowo, wszak wszelkie wspólne działania regulowała zasada bardzo ograniczonego zaufania. W praktyce wyglądało to tak, że afgańscy dowódcy dowiadywali się o zadaniach w ostatniej chwili. I nawet wówczas ich wiedza była szczątkowa. Kablowali bowiem ile wlezie…

No ale mimo wszystko to byli swoi i to im, my – NATO, ISAF, Zachód – płaciliśmy. Walizkami żywej gotówki, którą odbierali lokalni komendanci, po to, by rozprowadzić hajs pośród podwładnych. Tak to powinno było wyglądać.

A jak wyglądało? Gość, którego wizytowałem w towarzystwie wysokich rangą oficerów WP, miał pod sobą 120 chłopa; tak przynajmniej deklarował. Lecz z jakiegoś powodu, mimo tego ludzkiego dostatku, nie potrafił upilnować swojego kurnika, co zrodziło wątpliwości naszych sztabowców. Jednym z celów wizyty było policzenie oddziału, na co ów komendant z ochotą przystał. A potem wystawił na dziedzińcu posterunku trzydziestu paru ludzi. Część nieobecnych miała być na mieście (choć wszystkie wozy stały na parkingu), a część – no cóż, pojechała do domów w innych prowincjach, wykonywała jakieś tajne zadania, pochorowała się i wylądowała w szpitalu; jakich tam nieszczęść, dramatów i nieoczekiwanych historii nie było… „Ju-noł mister, jak przyjedziecie następnym razem, będą miał ich wszystkich pod ręką”.

Taaaaa…

W afgańskiej armii i policji przez lata funkcjonował system tzw. „martwych dusz” – fikcyjnych żołnierzy i funkcjonariuszy, których nazwiska widniały w dokumentach, ale którzy nie istnieli, dawno zginęli, zdezerterowali albo zostali odesłani do domów. Dowódcy pobierali za nich pensje, premie i racje żywnościowe.

Według raportu SIGAR (Special Inspector General for Afghanistan Reconstruction) z 2023 roku, system „ghost soldiers” funkcjonował przez całą misję NATO w Afganistanie, a jego istnienie było znane zarówno afgańskim władzom, jak i zachodnim doradcom.

W sierpniu 2021 roku, gdy talibowie rozpoczęli ofensywę, okazało się, że wiele jednostek ANA i ANP nie istnieje. Dowództwo w Kabulu operowało na danych, które były fikcyjne – liczba żołnierzy, dostępnego sprzętu i amunicji była zawyżona nawet o 30–50 proc. W efekcie fronty się załamały, a talibowie zajmowali kolejne miasta niemal bez walki.

Tak się ten pic na wodę skończył.

Zostawmy Afganistan i zerknijmy na armię rosyjską w Ukrainie.

Wojna obnażyła nie tylko jej brutalność wobec przeciwnika. Z coraz częstszych doniesień wynika, że rosyjscy oficerowie dopuszczają się morderstw na własnych żołnierzach – nie z powodów dyscyplinarnych, lecz dla pieniędzy. Żołd, który frontowcy otrzymują za udział w walkach, stał się łakomym kąskiem dla dowódców, którzy w warunkach chaosu i bezkarności traktują podwładnych jako źródło dochodu.

Według danych niezależnego rosyjskiego portalu Mediazona, od początku pełnoskalowej inwazji na Ukrainę prawie tysiąc rosyjskich żołnierzy zostało oskarżonych o morderstwo lub umyślne spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu ze skutkiem śmiertelnym. Rosyjskie sądy wojskowe notują stały wzrost takich spraw, a rok 2025 wskazuje na dalsze przyspieszenie tego trendu. Choć wiele z tych zbrodni dotyczy przemocy wobec cywilów lub jeńców, coraz częściej pojawiają się przypadki wewnętrznych egzekucji – dokonywanych przez oficerów na własnych żołnierzach.

Rosyjscy żołnierze w Ukrainie zarabiają co najmniej sześciokrotność średniej pensji w kraju. Pozorny dostatek, bo żołnierze płacą oficerom za urlopy, za przeniesienie do bezpieczniejszych sektorów, za dostęp do narkotyków i alkoholu. Albo po prostu płacą – za to, że oddychają. Ci, którzy nie płacą, znikają. W niektórych przypadkach ich śmierć jest tuszowana jako „polegli w boju”, choć nie ma żadnych dowodów na udział w walkach.

Wiosną 2025 roku ukraiński wywiad wojskowy HUR opublikował przechwycone rozmowy rosyjskich żołnierzy z jednostki stacjonującej pod Bachmutem. Jeden z rozmówców opowiadał, że dwóch młodych rekrutów zostało zastrzelonych przez oficera po tym, jak odmówili oddania premii bojowej. Ich ciała miały zostać wrzucone do leja po bombie, a oni zgłoszeni jako „zaginieni w akcji”.

W rosyjskiej armii nie istnieje realny system kontroli wewnętrznej. Oficerowie są chronieni przez hierarchię, a żołnierze – często rekrutowani z biednych regionów – nie mają żadnych narzędzi, by dochodzić sprawiedliwości. System martwych dusz ma się więc dobrze.

Nie bez powodu zacząłem od Afganistanu – i nie chodziło mi tylko o ilustrację pt. nihil novi. Znając rosyjską pogardę dla „dzikich ludów” chciałbym podkreślić różnicę między ANP/ANA a armią putina. Afgańscy komendanci nie robili krzywdy swoim ludziom – po prostu kazali im spierdalać do domów. Albo ich wymyślali, co w kraju analfabetów i szczątkowej biurokracji gwarantowało bezkarność. „Cywilizowani” rosyjscy oficerowie łasi na kasę podwładnych sięgają po przemoc i śmierć. Co kraj, to obyczaj…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewick, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Julii Dubno i osobie o nicku Mar bli.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Funkcjonariusze ANP z prowincji Ghazni, zdjęcie ilustracyjne/fot. własne

Demonstracja

30 października 1961 roku, nad arktycznym archipelagiem Nowa Ziemia, Związek Sowiecki zdetonował najpotężniejszy ładunek w historii ludzkości. Termojądrowa „Car Bomba”, znana również jako RDS-220 lub kodowo „Iwan”, miała moc 50 megaton TNT – ponad trzy tysiące (!) razy większą niż „atomówka”, która obróciła w perzynę Hiroszimę. Została zrzucona z wysokości ponad 10 km przez bombowiec Tu-95, a specjalny spadochron spowolnił jej opadanie, dając załodze 50 proc. szansy na ucieczkę.

Eksplozja była tak potężna, że kula ognia miała średnicę 8 km, a grzyb atomowy sięgnął 64 km wysokości i był widoczny z odległości prawie 900 km. Fala sejsmiczna okrążyła Ziemię trzykrotnie, promieniowanie cieplne było w stanie spowodować oparzenia trzeciego stopnia w dystansie 100 km od miejsca eksplozji. Jeden z nadzorujących projekt fizyków, Andriej Sacharow, tak bardzo zaniepokoił się niszczycielskimi skutkami „Car Bomby”, że przeszedł na pozycję przeciwników broni jądrowej i wkrótce stał się najsłynniejszym radzieckim dysydentem…

Od 16 lipca 1945 roku, kiedy to na pustyni w Nowym Meksyku Stany Zjednoczone zdetonowały bombę „Trinity”, na Ziemi doszło do ponad 2000 testów jądrowych. Najwięcej z nich przeprowadziły USA (1032 prób), Związek Radziecki (715) i Francja (210). Chiny i Wielka Brytania mają na swym koncie po 45 prób, Indie, Pakistan i Korea Północna – po kilka. Testy te – zarówno nadziemne, jak i podziemne – odbywały się w różnych lokalizacjach: od pustyni Nevada, przez atol Bikini na Pacyfiku, po Nową Ziemię w Arktyce i pustynię Lop Nor w Chinach. Drugą największą bombę, o nazwie „Shrimp” (ang. krewetka), zdetonowali Amerykanie – w 1954 roku w ramach operacji Castle Bravo. Na miejsce testów wybrano Atol Bikini na Wyspach Marshalla, a ładunek miał moc 15 megaton TNT.

Po detonacji „Krewetki” skażenie radioaktywne rozprzestrzeniło się na setki kilometrów i konieczna okazała się ewakuacja mieszkańców atoli Rongelap i Utrik. W rejonach często powtarzanych testów (jak Nevada czy Semipałatyńsk) odnotowano zwiększoną zachorowalność na nowotwory, deformacje płodów i choroby tarczycy. Na dawnych atomowych poligonach woda i gleba do dziś są skażone – na przykład na atolu Enewetak wciąż obowiązuje zakaz osiedlania się. Według badań National Cancer Institute, dziesiątki tysięcy przypadków raka tarczycy w USA miały związek z opadem radioaktywnym z prób atmosferycznych. I to m.in. skutki dla zdrowia publicznego były powodem stopniowego odchodzenia od prób. USA przeprowadziły ostatni test w 1992 roku, ZSRR w 1990 roku.

Ostatnia potwierdzona testowa eksplozja jądrowa miała miejsce 3 września 2017 roku i została przeprowadzona przez Koreę Północną. Reżim Kim Dzong Una ogłosił, że użyto wówczas bomby wodorowej, ale eksperci nie są zgodni co do jej rzeczywistej natury.

Od tego czasu na Ziemi nie eksplodował żaden ładunek jądrowy. Zadecydował o tym również rozwój techniczny. Współczesna technologia pozwala na przeprowadzanie symulacji komputerowych, które odwzorowują zachowanie ładunków jądrowych z niezwykłą precyzją. Programy takie jak amerykański Stockpile Stewardship wykorzystują w tym celu dane z wcześniejszych testów oraz moc obliczeniową superkomputerów. W tym kontekście niedawna deklaracja prezydenta USA Donalda Trumpa – który ogłosił zamiar wznowienia prób jądrowych – wydaje się niezrozumiała. Po co Amerykanom kolejne testy?

Po prawdzie nie wiadomo, czy rzeczywiście do nich dojdzie. Jeśli tak, nie będzie w nich chodzić o sprawdzenie czy bomba „działa” – bo to wiadomo – lecz o pokaz siły, demonstrację determinacji i próbę odzyskania inicjatywy w globalnym układzie sił. Mówiąc wprost, to komunikat dla Moskwy, Pekinu i Pjongjangu. Sygnał: „Nie cofniemy się. Jesteśmy gotowi sięgnąć po najcięższe środki.” Ale deklaracja Trumpa może być też skierowana do własnego elektoratu. Wzmacnianie armii, twarda postawa wobec Chin, odrzucenie „miękkich” traktatów – to wszystko wpisuje się w retorykę siły, która dobrze rezonuje z konserwatywną częścią społeczeństwa. W tym ujęciu próby jądrowe stają się nie tylko narzędziem geopolityki, ale i kampanii wyborczej prowadzonej na rzecz ruchu Make America Great Again.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Ten tekst, w rozszerzonej wersji, opublikowałem na portalu „Polska Zbrojna” – oto link do tego materiału.

Nz. eksplozja „Car bomby”, screen z sowieckiego filmu propagandowego.

Przemysł

Debata publiczna w Polsce dotycząca Ukrainy i toczącej się tam wojny, w dużej mierze ogniskuje się na kosztach ponoszonych przez nasz kraj i społeczeństwo. „Wzbogacona” wątkiem rzekomej ukraińskiej niewdzięczności coraz częściej staje się domeną oszołomów i narzędziem prorosyjskiej dezinformacji.

Ukraińcy zabierają nam pracę, dostęp do lekarzy, drenują zasoby przeznaczone na pomoc społeczną – tego typu argumentacja co rusz pojawia się w obiegu. Jest kłamliwa, wszelkie obiektywne dane wskazują bowiem na to, że Polska i Polacy na Ukrainie i Ukraińcach po prostu zarabiają. W gronie beneficjentów jest również nasz przemysł zbrojeniowy.

Do 2022 roku eksport polskiego uzbrojenia był stosunkowo skromny. W 2020 roku jego wartość nie przekroczyła 400 mln euro. Polska zbrojeniówka, oparta w dużej mierze na technologiach postsowieckich, nie była w stanie konkurować z ofertą producentów z USA, Niemiec, Francji czy Izraela. Dodatkowo brak długofalowej strategii modernizacyjnej oraz ograniczone inwestycje w badania i rozwój sprawiały, że polskie zakłady zbrojeniowe koncentrowały się głównie na zaspokajaniu potrzeb Wojska Polskiego. Skromnych potrzeb, zaznaczmy, wszak mizeria finansowa dotyczyła także armii, drastycznie zredukowanej po 1989 roku.

—-

Inwazja rosji na Ukrainę w lutym 2022 roku wywołała gwałtowną zmianę w europejskim krajobrazie bezpieczeństwa. Polska stała się nie tylko kluczowym hubem logistycznym dla Ukrainy. Nasz przemysł zbrojeniowy zyskał dostęp do nowego niezwykle chłonnego rynku, co z uwagi na sąsiedztwo „na wejście” dawało mu przewagę (kwestia szybkości dostaw). Widać to w danych finansowych za 2022 roku, publikowanych przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Wynika z nich, że wartość polskiego eksportu wojskowego w 2022 roku wyniosła niemal 1,2 mld euro. Przy czym kwota ta dotyczy wyłącznie sprzętu wyeksportowanego komercyjnie, nie uwzględnia wartości podarowanego uzbrojenia i amunicji.

Rok 2023 przyniósł dalszy wzrost eksportu, oszacowanego na kwotę 1,75 mld euro. Prawdziwy boom nastąpił jednak w 2024 roku – wartość sprzedanych za granicę sprzętu i uzbrojenia wyniosła rekordowe 3,2 mld euro. Polska wyeksportowała broń do 52 państw, ale przede wszystkim do Ukrainy (za sumę 2,5 mld euro). Na kolejnych miejscach znalazły się USA (190 mln euro) i Filipiny (185 mln euro). Za kwoty ponad 10 mln euro broń kupiły od nas również Hiszpania, Norwegia, Niemcy, Francja, Malezja, Czechy, Wielka Brytania, Uganda oraz Korea Południowa.

Zagraniczni dostawcy kupowali od nas przede wszystkim amunicję i zapalniki (1,3 mld euro) oraz statki powietrzne, bezzałogowce i inny sprzęt lotniczy (643 mln euro). Za niemal 350 mln euro pozyskali u nas różnego typu pojazdy lądowe i ich części. Polska sprzedała m.in.: armatohaubice Krab, wyrzutnie Piorun oraz śmigłowce S-70i Black Hawk.

—–

Wojna w Ukrainie stworzyła bezprecedensowy popyt na sprzęt wojskowy, szczególnie w Europie Środkowo-Wschodniej. Polska, chciała czy nie, musiała wreszcie na poważnie myśleć o własnych możliwościach obronnych. Gwałtowna remilitaryzacja objęła również sektor przemysłowy. Zakłady zbrojeniowe, jak Huta Stalowa Wola, Mesko, PZL Mielec czy WB Electronics zainwestowały w modernizację linii produkcyjnych oraz rozwój nowych technologii. Produkty takie jak zestawy przeciwlotnicze Piorun czy armatohaubice Krab zyskały uznanie międzynarodowe dzięki skuteczności na polu walki w Donbasie. Środki z rządowego programy modernizacji sił zbrojnych oraz Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych wpłynęły na zwiększenie zamówień krajowych, co pozwoliło zakładom na efektywniejsze skalowanie produkcji.

Jednak pomimo tych sukcesów i generalnie korzystnej sytuacji, eksperci ostrzegają przed nadmiernym uzależnieniem od jednego odbiorcy – Ukrainy. To może okazać się problemem w przypadku końca wojny (choć nie musi, bo przecież Kijów dalej będzie utrzymywał wysoki potencjał bojowy swojej armii). Dodatkowo wiele kontraktów miało charakter interwencyjny, co utrudnia planowanie długoterminowe. Zagrożeniem jest też konkurencja ze strony globalnych graczy, którzy coraz aktywniej penetrują rynki Europy Środkowo-Wschodniej. Polska musi inwestować w innowacje, certyfikację międzynarodową i marketing. Poza dywersyfikacją rynków kluczowe będzie utrzymanie tempa innowacji oraz stabilne wsparcie państwa.

A o tym, jak na tle przemysłów innych państw wypada polska zbrojeniówka, przeczytacie w rozszerzonej wersji artykułu, który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Zmodernizowane do standardu 2PL czołgi Leopard. Maszyny zmodernizowano w gliwickim Bumarze, który jest jednym z największych beneficjantów gwałtownej remilitaryzacji Polski. To tam niebawem powstanie linia produkcyjno-montażowa dla czołgów K-2PL/fot. własne

Zdolności

Kilka dni temu rozmawiałem z gen. bryg. Witoldem Bartoszkiem, zastępcą dowódcy NSATU, powołanej niedawno natowskiej struktury odpowiedzialnej za koordynację pomocy dla Ukrainy.

Sam wywiad jest raczej dla insajderów, głęboko siedzących w tematyce wojskowej (i umiejących czytać wojskową nomenklaturę), tym niemniej kilka kwestii wartych jest tego, by o nich wspomnieć na szerszym forum. Uczynię to cytując fragmenty rozmowy (link do całości znajdziecie poniżej).

MO: Pan kieruje największym z trzech zarządów dowództwa…

WB: Tak, to Support Division, który liczy ponad 135 osób pochodzących z 31 krajów. Odpowiadam za procesy finansowe i logistykę. Dowodzę też trzema centrami logistycznymi (LENs): w Polsce (LEN-P), Rumunii (LEN-R) i Słowacji (LEN-S). Największe z nich, w Rzeszowie-Jasionce, obsługuje ponad 94% dostaw sprzętu i zaopatrzenia kierowanego do Ukrainy. (…).

MO: Czy może Pan powiedzieć, jaki konkretnie sprzęt przekazujecie Ukrainie?

WB: Od marca, gdy przejęliśmy centra logistyczne, zrealizowaliśmy ok. 80 tys. transportów – średnio 20 tys. ton miesięcznie. Wspieramy obronę powietrzną, wysyłaliśmy np. radar systemu Patriot (z zasobów Niemiec), przekazujemy sprzęt dla wojsk pancernych, artylerii, jednostek walki elektronicznej oraz inżynieryjnych. (…).

MO: Czy zdarza się, że w zasobach zachodnich armii brakuje sprzętu, który jest Ukrainie pilnie potrzebny na pierwszej linii frontu?

WB: Takie sytuacje się zdarzają. Na początku wojny pomoc opierała się głównie na zapasach, dziś coraz więcej dostaw pochodzi bezpośrednio od europejskiego przemysłu obronnego, a więc sprzęt nie jest dostępny od ręki. Dobrym przykładem jest niemiecki system IRIS-T, który trafia na pole walki prosto z fabryki. Wspieramy też rozwój ukraińskiego przemysłu, bo choć nie zapewni on pełnej samowystarczalności tamtejszej armii, to jest to kierunek, który warto wzmacniać. Musimy też pamiętać o równowadze – Ukraina potrzebuje wsparcia, ale NATO musi jednocześnie odbudowywać własne zdolności. (…).

MO: Jakie są cele NSATU na najbliższy czas?

WB: Chcemy zwiększyć przewidywalność dostaw. To kluczowe dla planowania działań obronnych. Czasem decyzje zapadają zbyt późno. To obszar, który musimy poprawić wspólnie z partnerami w Europie i poza nią. Pracujemy nad tym, by Ukraina mogła planować z większym wyprzedzeniem, a nie tylko reagować na bieżące potrzeby.

Cały czas musimy też wysyłać rosji jasny sygnał, że będziemy wspierać Ukrainę tak długo, jak będzie to konieczne. Niezależnie od planów Kremla, Ukraina nie zostanie sama. To nie tylko kwestia polityczna, lecz także moralna i strategiczna. Wierzę, że konsekwencja i solidarność są kluczowe – i że właśnie dzięki nim Ukraina przetrwa tę próbę.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

A tu aktywne przekierowanie do całości wywiadu.

Nz. Transporter opancerzony ZSU pochodzący z zasobów którejś z zachodnich armii/fot. SzG ZSU

Aksjomat?

Polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych coraz częściej wymyka się próbom sensownej syntezy. Łaska Trumpa na pstrym koniu jeździ, o czym boleśnie przekonują się Ukraińcy. Co z tego wynika dla Polski?

Po pierwsze: czas porzucić przekonanie, że sojusz z USA to aksjomat. To układ dynamiczny – zależny od polityki, nastrojów, kalkulacji. Polska, jako państwo frontowe, musi przyjąć do wiadomości, że amerykańska polityka zagraniczna jest podatna nie tylko na zmiany administracji, ale w jakiejś mierze zależy też od kaprysów głowy państwa. Że pomoc może być uzależniona od kalkulacji geopolitycznych, a nie od zobowiązań traktatowych. I że nawet najbardziej spektakularne deklaracje – o „niezachwianym wsparciu” czy „strategicznym partnerstwie” – mogą zostać zrelatywizowane, gdy w grę wchodzi szybki deal.

Po drugie: przykład Ukrainy pokazuje, że nawet bliski partner może zostać wezwany do „ustępstw na rzecz pokoju”. Że gwarancje bezpieczeństwa mogą być reinterpretowane, a zasady, na których zbudowano ład międzynarodowy – negocjowane. I że w sytuacji kryzysowej to nie katalog zobowiązań, lecz bieżący interes polityczny decyduje o tym, kto otrzyma pomoc, a kto zostanie wezwany do „realizmu”.

Po trzecie wreszcie: musimy mieć własną strategię – nie tylko wobec rosji, lecz także wobec zmieniającej się roli Ameryki. Musimy inwestować we własne zdolności obronne, budować regionalne koalicje, rozwijać niezależne systemy technologiczne. Być gotowymi na moment, w którym wiarygodność sojusznicza USA zostanie wystawiona na próbę. Przetrwanie naszego kraju nie może być zależne od wyniku tego testu…

—–

To mój krótki komentarz do wydarzeń z ostatnich dni. Jego bardziej rozwiniętą wersję, opublikowaną na portalu „Polska Zbrojna, znajdziecie pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne, wykonałem je latem tego roku na przygranicznym pasku. Za trzcinami jest już Białoruś, czyli de facto roSSja.